Cold War Kids i zestaw letnich przebojów.

Swego czasu mocno hajpowałem amerykański indie-rockowy band Cold War Kids. Ich debiutancki album „Robbers & Cowards” wciąż jest przeze mnie wysoko oceniany. Kolejny w zestawie „Loyalty To Loyalty” ceniłem, a Mine Is Yours z 2011 roku miał całkiem dobre momenty. Potem nie interesowałem się losami grupy. „Dear Miss Lonelyhearts” przesłuchałem bez większych emocji, a „Hold My Home” pomimo tego, że osiągnął komercyjny sukces to nie zwrócił mojej uwagi. W tym roku grupa z Long Beach w Kalifornii wydała 6 album „La Divine„. Postanowiłem wrócić do starych, dobrych czasów i odpalić Cold War Kids.

Co się zmieniło? Przede wszystkim to, że Cold War Kids nie jest już tym samym zespołem. Sukces komercyjny poprzedniego krążka sprawił, że Nathan Williams ze spółką przechodzi tą samą drogę, którą niegdyś przeszli U2, Coldplay czy też Arcade Fire. Od niesamowitego debiutu po komercyjne popłuczyny. Słychać na „La Divine” wszelkiego rodzaje chwyty by sprzedać krążek w jak największej ilości pozostając jednocześnie „niezależnym” zespołem indie rockowym. Czy to źle? Niekoniecznie. Jeżeli sama muzyka stoi na wysokim poziomie, to nie widzę przeciwwskazań w tego typu zabiegach.

Na „La Divine” z poziomem jest różnie. Niby całość brzmi lekko, przyjemnie, mocno letnio. Jednak, gdy wsłuchuje się w pojedyncze utwory to słyszę w nich krzyk rozpaczy „kuuup mnie”. Wolałem chyba Cold War Kids z okresu, kiedy to pili tanie wina i pracowali jako kelnerzy. Druga sprawa, że tego typu granie mało mnie rusza. Za dużo tu wstawek popowych, za mało prawdziwego kalifornijskiego gitarowego grania. No i ta nazwa z okładką na czele. Nie mogło być nic bardziej letniego. Nie potrzeba nam kolejnego Livin’ La Vida Loca czy też Viva La Vida.

Ja ciągle narzekam, ale generalnie to nie jest zła płyta. Wciąż to lepsza opcja niż słuchanie nowych utworów Coldplay czy też zespołów w stylu The Chainsmokers. Są tu całkiem przyzwoite momenty, a Nathan Williams jeszcze nie jest nowym Bono. Jeżeli szukacie przyjemnego, lekkiego indie rockowego grania to śmiało możecie sięgnąć po „La Divine„. Lato już niedługo, grille na działkach już od jakiegoś czasu śmigają, więc czemu nie sprawdzić 6 longplaya od Cold War Kids? Ocena: 6/10.

Reklamy

Playlist: 10 piosenek na urodzinową imprezę

larry-fillmer-birthday-1955W dniu dzisiejszym Paweuu Alternativ Blog obchodzi swoje 8 urodziny! Gdyby blog ten był dzieckiem to za parę tygodni szedłby do Pierwszej Komunii. Przez te 8 lat wiele się wydarzyło. Zarówno na blogu, jak i moim życiu. Zapraszałem artystów do tworzenia podsumowań całorocznych, brałem udział w konkursie Blog Roku organizowanym przez Onet, relacjonowałem najważniejsze polskie festiwale a także współpracowałem z Canal Plus Film. Gdy zaczynałem tworzyć ten blog byłem licealistą, dziś już jestem po studiach i pracuję. Czuć tą zmianę w tworzonych przeze mnie tekstach. Wydaje mi się, że z każdym rokiem tworzenie tego miejsca szło mi coraz sprawniej. Przyznaję, że w ostatnim czasie trochę zaniedbałem blog. Mam jednak nadzieję, że jeszcze będziecie odwiedzać Paweuu Alternativ a ja będę tworzył ciekawe teksty. A na dziś mam specjalną playlistę urodzinową. Posłuchajcie i świętujcie 8 gyburstag Paweuu.

 

Lista życzeń – 6 koncertów, które chciałbym zobaczyć

Parę koncertów życia mam już zaliczonych jednak pozostaje nadal kilku wykonawców, których chciałbym zobaczyć na żywo. Oczywiście w mojej liście nie uwzględniam zespołów już nieistniejących lub niekoncertujących. Bycie na koncercie The Beatles czy też Blondie, Beach Boys z najlepszych czasów to wspaniała sprawa, ale wymagająca podróży w czasie. Mam nadzieje, że poniższą listę uwzględni kiedyś Artur Rojek przy doborze artystów na OFF Festiwal.

W kolejności alfabetycznej na pierwszym miejscu mojej listy znajduje się Kanadyjski zespół Arcade Fire. Zespół, który do tej pory jeszcze mnie nie zawiódł swoimi wydawnictwami. Natomiast debiutanckim albumem „Funeral” podbił moje serducho. Epickie utwory, bogato zaaranżowane wyśmienicie brzmią na żywo w wykonaniu tego licznego w członków zespołu. Uwielbiam wszelkiej maści akcenty smyczkowe, cymbałki w tle. Widziałem kiedyś ich koncert z jakiegoś francuskiego festiwalu zarejestrowany kamerą i wyglądało to na prawdę rewelacyjnie. W poprzednim roku była okazja zobaczyć ten zespół na żywo, jednak nie obraziłbym się gdyby przyjechali jeszcze raz do Polski. Może ciut bliżej śląska? Byłoby by miło.

Bon Iver to grupa, która w ostatnim czasie zanotowała ogromny wzrost popularności. Troszkę mnie to zmartwiło bo pamiętam jakim zespołem parę lat temu był Coldplay a jakim jest teraz. Nie chciałbym by Bon Iver poszli tą drogą. Justin Vernon odpowiedzialny za ten projekt udzielał się na ostatniej płycie Kanye Westa, występował w telewizji, ale na szczęście nie zgodził się na błazenadę podczas gali rozdania Grammy. Dlatego nadzieja na mały, kameralny, akustyczny koncert jest wciąż żywa. Wyobraźcie sobie to. Bon Iver z gitarą gra całą płytę „For Emma, Forever Ago”. Wiele bym dał by usłyszeć te smutne, ale piękne piosenki zaśpiewane na żywo przez tego drwala.

Cut Copy to jedna z tych kapel, którą chciałbym słuchać na żywo i tańczyć. Inaczej chyba się nie da. Gdybym był ciut bogatszy to chętnie bym im zapłacił by zagrali na moim weselu. Chciałbym poczuć miłość słuchając „Feel The Love”, wariować na podświetlanym parkiecie przy „Lights and Music”, baunsować przy „Hearts on Fire”. To byłby jeden z tych kolorowych koncertów. Oczywiście preferowałbym tracklistę złożoną głównie z największych hitów „In Ghost Colours”, ale jakby pojawiło się parę starszych i nowszych piosenek to nie czułbym się zawiedziony. Rduchu szepnij im tam w tej Australii parę słówek by odwiedzili jeszcze raz Polskę.

Kiedyś istniała taka strona internetowa z koncertami na żywo (nie pamiętam jak się nazywała), było tam wiele ciekawych pozycji do zobaczenia (Między innymi występy of Montreal). Zanim ten interesujący projekt padł to zdążyłem zobaczyć tam w całości koncert grupy Cold War Kids. To co zobaczyłem utwierdziło moje przekonanie, że gdyby ten koncert miałby miejsce w Polsce z pewnością byłbym tam w pierwszym rzędzie. Amerykańska grupa ma na swym koncie wiele świetnych piosenek, których spokojnie starczyłoby na dwu godziny gig. I tak jak w przypadku Bon Iver najlepszym miejsce na ten koncert byłby jakiś zadymiony klub lub scena leśna na Off Festiwal. Arturze apeluje!

Les Savy Fav to grupa, którą chciałbym zobaczyć z dwóch powodów. Pierwszym bez wątpienia jest postać wokalisty i lidera zespołu Tima Harringtona. Słowo wariat to za mało by opisać w pełni tą charakterystyczną postać. Koleś z łysiną, brodą, gołym brzuchem w samych gaciach szczekający to mikrofonu jest sporą atrakcją każdego koncertu. Drugi powód to zajebistość piosenek Les Savy Fav, których jestem dużym fanem. Filmik poniżej udowadnia, że ich koncerty są mocno energiczne, żywiołowe i spontaniczne. Szkoda tylko, że swoimi trasami koncertowymi omijają szerokim łukiem Europę Środkowo-Wschodnią.

Do tej pory nie mogę odżałować zeszłorocznego koncertu Sufjana Stevensa w Warszawie. Muzyka o litewskich korzeniach chciałbym zobaczyć z jednej strony w jakimś sympatycznym miejscu, gdzie w połączeniu z samą gitarą mógłby dać chwytający za serce, akustyczny występ. Z drugiej natomiast chciałbym zobaczyć go w tym wymiarze dużych sal, konfetti, balonów, kolorowych strojów, tańczących chórzystek, dopiętych skrzydeł i taneczno-elektronicznych kawałków.

 

 

Muzyczne podsumowanie roku 2011: Płyty

Pora na listę 10 albumów, które moim zdaniem najwięcej wniosły do muzyki i dały najwięcej radości moim uszom. Płyt takich oczywiście było więcej, ale nie chce mi się robić tak rozbudowanych list jak na  Rolling  Stone. Interesują mnie tylko konkrety.

10. The Antlers – Burst Apart. Ranking płyt zacznę od najbardziej klimatycznego i magicznego indie poprzedniego roku. Nowojorski zespół The Antlers postarał się i zaprezentował materiał, który najlepiej jest określić słowami „mistyczny” i „tajemniczy”. Nastrojowe brzmienie gitar dopełnione jest dobrze brzmiącym wokalem. Rozbudowane aranżacje wciągają i co najważniejsze nie nudzą. Dobra pozycja dla fanów Jeffa Buckleya i nie tylko. Jeżeli nie zapoznałeś się z „Burst Apart” to jeszcze nic straconego. Jeżeli chodzi o mnie to takie płyty działają na moją osobę jak lep na muchy. Ciężko przestać mi słuchać The Antlers.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

9. The Weeknd – Echoes Of Silence. Kanadyjski autor zeszłorocznej trylogii ambitnego hip-hopu najbardziej wyróżnił się swoim trzecim albumem wypuszczonym pod koniec roku. „Echoes Of Silence” to powinna być lektura obowiązkowa dla każdego muzyka zabierającego się za r’n’b i hip-hop. W końcu Abel Tesfaye jest uczniem samego Drake’a i wydaje się być kwestią czasu kiedy uczeń pokona mistrza i The Weeknd będzie wyżej notowany w rankingach podsumowujących. Póki co jest dobrze, jak na debiut i ilość wypuszczonego materiału to młody Kanadyjczyk dał radę. Trzy dobre płyty w jednym roku to coś zdumiewającego.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

8. Cold War Kids – Mine is Yours. Do twórczości Nathana Willetta zawsze miałem słabość. Przede wszystkim za rewelacyjny debiut z 2006 roku „Robbers & Cowards”. Na drugim longplayu trochę spuścili z tonu, jednak zeszłoroczny krążek udowadnia, że dalej są w grze. „Mine is Yours” to fajna, piosenkowa płyta z duża porcją smakowitych gitar. Momentami jest patetycznie, ale nie aż za nad to. Dodatkowo po raz kolejny Pan Willett wyróżnił się umiejętnościami tworzenia życiowych tekstów. Trudno było mi odmówić umieszczenia ich na tej liście.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

7. Atlas Sound – Parallax. Ten album jest tak różnorodny, że każdy powinien coś dla siebie znaleźć. Bradford Cox zaserwował nam rożne aspekty swojej twórczości na jednej płycie. No bo jak porównywać do siebie słodko brzmiący „Lightworks” do sennego „Terra Incognita” czy też narkotycznego „Modern Aquatic Nightsongs”? Można sobie tylko zadawać pytanie, czy gdyby album był bardziej wyrównany byłby wyżej w rankingu? Czy byłby po prostu nudny? Nie można jednak odmówić Bradfordowi Coxowi, że posiada unikatowy talent tworzenia dobrych piosenek.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

6. The Diogenes Club – The Diogenes Club. Z Georgiem Michaelem ostatnio krucho, ale mamy przecież The Diogenes Club. Świetne, świeże i pełne życia połączenie popu z muzyką gitarową. Słuchając tej płyty całkowicie się odprężam, a myśli są gdzieś daleko. Bez żadnej napinki, zwykła prostota i chwytliwość tych melodii wystarczają by mnie zrelaksować. Czy też widzicie te różowe chmurki? P.S. Nic nie brałem, wystarczy posłuchać. I want to believe.

przeczytaj recenzję / posłuchaj

5. Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki i Gruz. Marcin Zagański i reszta wydali w zeszłym roku album wyśmienity. Długo wyczekiwany krążek zaspokoił wszystkie moje potrzeby. Każda minuta na tej płycie ma znaczenie, ma jakiś cel. Styl zespołu nie odbiegł daleko od tego co już było, jest jesienie i depresyjnie z domieszka słodkości. Stąd nazwa „Karmelki i Gruz”. Jest to najczęściej przeze mnie słuchany polski, gitarowy album minionych 12 miesięcy. Teraz już tylko czekamy na jakąś trasę koncertową.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

4. WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain. Chyba najoryginalniejszy wokal roku 2011 i jeden z ciekawszych indie rockowych debiutów ostatnich paru lat. Czemu? Brakowało mi takiego zespołu, który zgromadziłby w sobie wszystko co najlepsze z takich kapel jak Wolf Parade, Arcade Fire itd. I jednocześnie bardzo dużo czerpie z dokonań Modest Mouse. Świetne, energiczne, gitarowe nagrania z sensem. Chłopaki udowadniają, że indie się nie skończyło i jeszcze można coś wartościowego z tego gatunku wyciągnąć. Mi się to podoba a wam?

przeczytaj recenzje / posłuchaj

3. Iza Lach – Krzyk. Płyta o której nie wspominałem wcześniej. Teraz nadaje się do tego idealna okazja. Przyznam szczerze, że początkowo zignorowałem fakt, że Iza Lach wydaje nowy album. Dopiero na początku tego roku przesłuchałem „Krzyk” i cóż to byłby za błąd, gdybym to podsumowanie opublikował w grudniu! Drugi krążek Izy to pop spod znaku tego rewelacyjnego. Jest tutaj multum fajnych popowych melodii przyprawionych elektroniką. Charakterystyczny wokal Izy Lach dodaje tej płycie uroku. Te kompozycje są ujmujące nie tylko ze strony muzycznej, ale i także lirycznej. No bo przecież „Najtrudniej jest zobaczyć siebie z drugiej strony”. Jest to z całą pewnością najlepsza polska popowa płyta z zeszłego roku. Niektórzy porównują ją do „Grandy” Moniki Brodki. Jak dla mnie „Krzyk” > „Granda”. To co tu usłyszałem jest po prostu piękne. Brązowy medal dla Izy Lach zasłużony.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

2. Drake – Take Care. Najlepszy album hip-hopowy poprzedniego roku. Drake wydaje się być idealną opozycją do duetu Jay-Z i Kanye West. „Take Care” zachwyciło mnie w 2011 roku świetnymi podkładami, nawijakami prosto z serca, dobrym wyczuciem r’n’b, fajnym klimatem i momentami romantycznym nastrojem. Wczytując się w teksty można dostrzec w nich wiele smutku jak i miłości. Złamane serce nie po raz pierwszy jest tematem płyty genialnej. Bo Drake to artysta genialny co udowadnia w każdym utworze na tym krążku. To jedna z tych płyt, która sprawia nam jednocześnie niezmierną przyjemność w odsłuchu i zarazem wbija nam gwoździe w serce. Wydawać by się mogło, że to sytuacja bez wygranej. Jednak nie. Muzyka tryumfuje.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

1. Destroyer – Kaputt. Daniel Bejar za tą płytę powinien stać się człowiekiem roku według Magazynu People, Newsweek, Piłka Nożna Plus itd. Kaputt jest płytą rewelacyjną. Każda minuta wprowadza nas w błogi stan zadumy i latania w chmurach z wielorybami. Świetny nastrój sielanki wytworzony na tych 9 utworach wspomagany przez miłe dźwięki saksofonu i tego wibrującego basu zasługują na duże uznanie. W moim przypadku na najwyższe. Niektórzy narzekają na nudę i nijakość, ja jej nie zauważam. Dla mnie każda minuta spędzona z ta płytą to był czas z przyjemnością spożytkowany. Poza tym gdy myślę o tej płycie i jej słucham to przed oczami mam czarno-biały obraz Jacka Nicholsona, który kręci się po okolicach miasta aniołów (w tym czasie poznawałem legendarny film Romana Polańskiego „Chinatown”). Generalnie senny klimat na płycie idealnie się sprawdza jako valium dla każdego posiadacza kredytu w frankach szwajcarskich.

przeczytaj recenzje / posłuchaj


Muzyczne podsumowanie roku 2011: Single

Muszę przyznać, że w poprzednim roku usłyszałem wiele fajnych piosenek. Zrobienie tego podsumowania nie było łatwe. Oto próba odwzorowania roku 2011 w singlach:

20. Adele – Rolling In The Deep. Mocny, fajny głos Adele, energiczna piosenka i kolejne bite rekordy popularności. Idealna opozycja dla Lady Gagi, która zjada już swój ogon. Mimo, że ma za dużo tych wszystkich speców od marketingu, którzy zupełnie do niej nie pasują to lubię ją a „Rolling In The Deep” to jedna z tych piosenek, która mi się wciąż podoba mimo, że radio wałkuje ją na okrągło.

Posłuchaj

19. Cool Kids of Death – Plan Ewakuacji. Podoba mi się ta nowa odsłona „Kulek”. Bardziej melodyjna i popowa strona im pasuje a „Plan Ewakuacji” udowadnia tę tezę w zupełności. Fajny tekst, dobrze zaśpiewany przez Krzyśka Ostrowskiego plus muzyka a la różowo-gorzkie The Rapture. Brawo.

posłuchaj

18. Uffie – Wordy Rapinghood. Cover piosenki Tom Tom Club w wykonaniu Anna-Catherine Hartley to jeden z fajniejszych cover’ów poprzedniego roku. Odświeżony, energiczny z fajnym „ramciamtamtam” i quasi rapem Uffie. Na zupełnym luzie. Fajne, fajne, czekamy na drugi album.

posłuchaj

17. WU LYF – Cave Song. Wu Lyf to moje ubiegłoroczne odkrycie w rytmach indie rocka spod znaku takich typów jak Wolf Parade. Fajna, gitarowa, momentami patetyczna piosenka z kopem. Rojas wiesz co masz robić.

posłuchaj

16. Iceage – White Rune. Młodziki z Danii ożywiły zeszłoroczną scenkę ambitnego punka. White Rune to esencja żywiołowego, dwu minutowego grania ze świetnym refrenem, ostrym gitarowym riffem i rewelacyjną perkusją. Dobra robota.

posłuchaj

15. Destroyer – Kaputt. Świetny teledysk, ale sama piosenka również dodała wiele miłych wrażeń. W sumie to wszystkie piosenki z najnowszej płyty Destroyer’a zasługują na wyróżnienie, jednak trzeba było wybrać tę jedna „reprezentatywną”. Poczujcie ten smooth klimat i zagłosujcie na tak przy nazwie Destroyer.

posłuchaj

14. Katy B – Broken Records. Pomysłowe połączenie popu z dubstepem, które idealnie odnajduje się na parkiecie. Fajny głos Katy B plus dyskotekowy klimat transu dało nadspodziewany dobry efekt. Mimo, że listy przebojów nie dały jej zbyt dużo czasu na otwarcie oczu ludziom to ja to kupuje.

posłuchaj

13. Neon Indian – Polish Girl. Ciężko by zabrakło w tym zestawieniu Alana Palomo, który tworzy utwory ambitne a zarazem taneczne. ‚Polish Girl” to takie chillwave’owe „Kokomo„. Dodatkowo należy wspomnieć, że to polskie dziewczyny najładniejsze i najfajniejsze są! Neon Indian też docenił.

posłuchaj / wersja z offa

12. Beyonce – Countdown. Beyonce jest chyba jak wino, tendencja zwyżkowa jest u niej widoczna już od paru lat. Tym singlem udowadnia, że piosenkarka z niej nietuzinkowa. Świetny podkład muzyczny plus ta zabawa głosem. Łączy w sobie kontrasty, szkoda tylko, że taki pop nie ma sił przebicia w radiu.

posłuchaj

11. Drake – Shot For Me. Zachwycałem się samym Drake’em całkiem niedawno. „Shot for Me” to dla mnie genialny kawałek o tęsknocie. Dużo uczucia, świetny tekst z frazami typu: „The way you’ve got your hair up: did you forget that’s me?” i generalnie wow, wow. Poza tym ten anielski głos Grahama.

posłuchaj

10. Cold War Kids – Skip The Charades. Z krótkim opisem tej piosenki miałem najwięcej problemów. Wiem, że podobnych utworów jest wiele, jednak dla mnie ten kawałek ma wymiar sentymentalny. Dodatkowo jest fajną piosenką, która dobrze się słucha. Całość oparta jest na cukierkowym, gitarowym motywie i mocnym głosie Nathan’a Willett’a. Wokalista Cold War Kids ma unikatową zdolność do pisania dobrych i życiowych tekstów.

posłuchaj

9. Iza Lach – Nic Więcej. Słodki, charakterystyczny głos Izy + fajny popowy podkład nawiązujący do tej najlepszej strony Cut Copy + świetny klawisz + „Nigdy nie powiesz nic więcej, choćbyś chciał i choć mnie trzymasz na rękę, puścisz i tak.” = rewelacyjna, popowa piosenka ze złamanym serduszkiem w tle. Może „Nic Więcej” nie jest jakieś skomplikowane, ale w prostocie siła. Wiedział to nawet Grzegorz Piechna potocznie nazywany kiełbasą. Trudno nie zauroczyć się w kompozycji młodej mieszkanki Łodzi.

posłuchaj

8. Florrie – Begging Me. Fajny, gitarowy pop z uroczą blondynką na wokalu. Życzyłbym sobie więcej takich piosenek, które zdobywają listy przebojów. Ta piosenka ma wszystko by się podobać: fajny, troszkę naiwny tekst, miły w odbiorze głos Florrie plus tło muzyczne jakby stworzone z połączenia The Strokes z Tears for Fears. <Tupię nóżką>.

posłuchaj

7. Washed Out – Far Away. Najlepszy chyba kawałek spod gatunku chillwave’u, który wypłynął w 2011. Genialny klimat, wokal Ernest Greene’a wydobywający się gdzieś z piwnicy, patetyczne skrzypce i cymbałki. „Far Away” naprawdę sprawia, że odlatujemy gdzieś daleko, daleko. Mój rok 2011 można podzielić na trzy etapy: przed Far Away, Far Away i post-Far Away.

posłuchaj / wersja ze saksofonikiem

6. Jay-Z & Kanye West – Niggas in Paris. Kanye West solo jest rewelacyjny, Jay-Z solo jest rewelacyjny. Więc jaki jest efekt ich współpracy? Jeszcze lepszy. Ci kolesie się dopełniają niczym RUN-DMC, Mulder i Scully czy też Tom i Jerry jednocześnie. Fajny, prosty podkład plus nawijka tych dwóch geniuszy składania trafiających w sedno zwrotek dało ciekawy efekt w postaci „Watch The Throne„. A o tym, że czarnuchy w Paryżu bujają się pokazali ostatnio na jakimś wybiegu mody. Yo.

posłuchaj

5. Juvelen – Make U Move. Ah Jonas Pettersson. Cała Ep-ka Make U Move była bardzo dobra, jednak to „Make u Move” przypadło wyróżnienie ze względu na bogatą warstwę muzyczną, taneczność, dynamikę, miażdżący bas oraz ogólną zajebistość tych 4 minut istnego szaleństwa. No i oczywiście te szepty na początku. Dobry electro-pop jest w cenie, a Szwed robi to doskonale.

posłuchaj

4. Wugazi – Sleep Rules Everything Around Me. Chyba najlepszy mash-up wszech czasów. Pomysł połączenia mojego ukochanego Wu-Tang Clan z moim ukochanym Fugazi był rewelacyjny. Operacja połączenia dała nadzwyczajne efekty a „Sleep Rules Everything About Me” jest wisienką na torcie. Nawijka wyrwana z „C.R.E.A.M.” (hip-hopowy hymn lat 90) z balladą Fugazi (Oni nie grywają ballad) ukazała nową świeżość.

posłuchaj

3. Atlas Sound – Lightworks. Piosenka stworzona jakby od niechcenia. Bradford Cox znany jest z tego, że piosenki pisać umie dobre. „Lightworks” było w poprzednim roku takim puszczeniem oczka. Jest słodko, jest miło i przytulnie. I to wszystko nagrane jakby gdzieś w jakimś garażu. Lightworks wydaje się być raczej utworem o śmierci, aniżeli miłości. „Everywhere I look / There is a light and There’s no pain”, ciekawy kontrast, ciekawe opisanie tego co nieuniknione.

posłuchaj

2. The Rapture – How Deep Is Your Love? W ubiegłe lato przypomnieli o sobie w wielkim stylu wydając, świetny, oparty na prostym klawiszu kawałek w ich stylu. Wszystko co najlepsze z dance-punku zgromadzone w jednym utworze: energiczna perkusja, błyskotliwy basik, banalny klawisz i jak zwykle bezkompromisowy głos Luke’a Jennera wyrzucający z siebie najważniejsze w tym momencie pytanie: How Deep Is Your Love? To była miłość od pierwszego usłyszenia.

posłuchaj

1. Junior Boys – Banana Ripple. Kanadyjski duet przy okazji wydania nowego albumu zapodał miażdżącym system 9-minutowym electro-pop’owym killerem. Junior Boys bardziej popowe ma rację bytu. „Banana Ripple” to dla mnie esencja poprzedniego lata – czyli najbardziej deszczowego i pochmurnego lata ostatnich 20 lat. Smutne disco w ich wykonaniu świetnie sprawdza się w każdej sytuacji a ciągłe powtarzanie „no You never” przyprawia o tak zwane ciary na plecach.  A wszystko oparte na prostych, lecz jak wciągających hookach. I najważniejsze spostrzeżenie, ten kawałek im dłużej trwa to tym większej nabiera mocy, rozkręca się ze sekundy na sekundę. Owacje na stojąco.

posłuchaj

Cold War Kids – Mine is Yours

Rok 2011 pomimo braku czasu związanego z terminami, sesjami, drapieżnym mercato Milanu wykazuje się obfitością dobrych albumów, które pazernie słucham, słucham i jeszcze raz słucham. Teraz nadszedł czas na zrecenzowanie tego co wysłuchałem.

Cold War Kids od momentu debiutu byli zawsze w mojej drużynie. Debiutancka płyta wyposażona w wiele fajnych piosenek nadal przyciąga mnie i często do niej wracam. Loyalty to Loyalty to już wspomnienia z 2008 roku, długie podróże by studiować nauki polityczne oraz świetne hity pokroju I’ve seen enough. W 2009 roku za sprawą Audience na Ep-ce Hehave Yourself dodali trochę więcej słońca do swoich utworów. Był to pewnego rodzaju zwiastun nadchodzącej dużymi krokami płyty. I tak 25 stycznia wyszedł Mine is Yours.

Album inny niż poprzednie, bardziej dojrzalszy, bardziej przebojowy? Niektórzy porównują ich do Maroon 5 i Kings of Leon. Ok, za produkcją stał koleś od ostatniego Kings of Leon, ale i także od Modest Mouse. To, że piosenki są bardziej melodyjny to nie cios w stronę tej całej maniery bycia indje hipsterem. Nie słyszę tutaj ani przez moment lansowania się na bycie sexy gwiazdorem dla teenage gyrls. Słysze natomiast bardziej osobiste teksty Nathana Willetta, więcej żywiołu w perkusji Matta Aveiro i większej pompy w melodiach, która momentami zbliża się podniosłości znanej tylko Coldplay’owi.

W CWK zawsze imponowały mi teksty, bo były „o czymś”. Teraz wokalista i ldier grupy wyszedł z założenia, że ich piosenki muszą opowiadać coś o nich, musi nastąpić ta sama metamorfoza co u R.E.M. Obu kapelom wyszło to na dobre, Mine is Yours jako bardziej osobisty krążek jest świetny. W ten sposób powstał taki Sensitive Kid o intrygującym brzmieniu, z podkładem automatu perkusyjnego i tekstem opowiadającym o licealnych czasach Nathanach tuż po rozejściu się jego rodziców. „My mom’s going out with my best friends’ dad / She talking loud I can’t believe what she said” czy też „They sold the house, left photo albums there”.

Mine is Yours z pewnością jest płyta bardziej dojrzalszą, emocjonalną a także goniąca melodyjność spod znaku nowych KoL i ekipy Chrisa Martina. Wszystkie utwory stanowią ciekawy zlepek melodii, historii i ukrytych znaczeń. Taki Bulldozer buduje świetne napięcie a Skip The Charades przywołuje w mojej głowie wspaniałe wspomnienia, które pod tak krótkim czasie słuchania pojawiły się i zostaną długo tam. Ocena: 8/10

Posłuchaj

Muzyczne Podsumowanie Roku 2010: Single

Część trzecia naszego podsumowania zeszłorocznego to zestawienia 20 najlepszych singli, które bawiły moje ucho w ostatnich 12 miesiącach. Nie brakowało w tym roku fajnych produkcji, które teraz doceniam. Dawaj!

20. Microexpressions – Festival. Tegoroczne odkrycie prosto z Jeleniej Góry. Festival zachwyca nas przede wszystkim swoim urokiem indie fajnej piosenki, która przywraca wspomnienia lata 2007 nad morzem. Słonecznych dni, podróż zapełnionym pociągiem, spodnie w kratę a w słuchawkach Car is On Fire.

posłuchaj

19. Toro y Moi – Talamak. Chaz Bundick to skurczybyk jeden. Wydał w tym roku świetną płytę z takimi hiciorami chillwave’u, że nikt nie podskoczy, choć paru wciąż próbuje. Tą drogę wybiorą młode zespoliki, które będziemy zapewne oglądać na przyszłorocznym Offie. Słuszny kierunek.

posłuchaj

18. Kanye West – POWER. To nie jedyny utwór Kanye z pompą i odpowiednim rozmachem na My Beautiful Dark Twisted Fantasy, jednak wyróżnia się spoko nawijką pana Westa do odpowiedniego podkładu oklasków, tupania i innych okrzyków. Słuchając tego kawałka wydaje ci się, że palisz fajkę pokoju z wodzem. Jeden z mocniejszych momentów nowej, na serio dobrej płyty. Ogarnijcie moment 3:24, kiedy to fajnie wycisza się utwór do całkiem spoko syntezatora.

posłuchaj

17. Efterklang – Modern Drifts. Opener z Magic Chairs poraża spokojem i melodyjności wyrwaną niczym z debiutu Menomeny. Rekomendacja Rojasa w pełni zasłużona. Efterklang ogólnie charakteryzują fajne bębny i ciekawe, lecz proste melodie. Tego nie zabrakło w Modern Drifts. Dodatkowo uszy cieszą się zgrabnymi skrzypcami.

posłuchaj

16. Kamp! – Heats. Odkrycie ubiegłego roku, zwłaszcza za sprawą tego singla na kótrym czuć świeży powiew elektroniki i ciekawych brzmień. Kolesie hype’owani ostatnio przez Krzysia Ostrowskiego z kulek, ostatnio jeździli po Polsce z póki co sławniejszym zespołem z Łodzi Cool Kids of Death. Słyszalne inspiracje latami 80 i ostatnimi osiągnięciami w gatunku typu Cut Copy. A Pan Tomek daje się poznać jako ciekawy wokalista. Ciekawi mnie to co wydadzą w nowym roku, Łódzka scena muzyczna zmienia się z punk rockowej w fajną, interesującą scenę popowych, elektronicznych piosenek. Zdecydowanie jestem na TAK.

posłuchaj

15. The Count & Sinden feat. Mystery Jets – After Dark. Ten hicior rządził zeszłego lata na parkietach. Jeżeli nie to powinien bo kawałek ma wszystko by wymiatać. Jest energiczny i dobry, w sam raz by się przy nim bujać. After Dark to Kokomo 2010 roku, mamy luzacki syntezator na początku, fajną gitarkę, „We’ve never had a heart to heart, bu You still call me up after dark” i te okrzyki yeah yeah yeah na końcu. Tak się robi taneczne szlagiery, a Mystery Jets są w sumie znani z tego, że single potrafią robić świetne. Pamiętamy taki Two doors Down albo Youn Love z Panną Marling na featuringu, które zasłuchiwaliśmy jakiś czas temu.

posłuchaj

14. These New Puritans – White Chords. O These New Puritans już pisałem parę razy, lubię tych angielskich blokersików, oni nie przynudzają. Dużo fajnych bębnów mają poza tym. A White Chords dla mnie osobiście najmocniej wyróżnią się z całego nowego albumu Hidden. Z tym utworem będą mi się kojarzyć wczesno wiosenne dni zeszłego roku.

posłuchaj

13. Broken Bells – The High Road. Miałem w zamiarach pisać reckę, całej płyty, ale skończyło się tylko na zamiarach. Już raczej tego nie zrobię, więc napiszę coś tutaj. Miałem coś tam wspomnieć o zasłyszanych skojrzaniami z kimś, inspiracjami itd, ale już nie pamiętam. Bo niby dobre to, ale słabo wpada w ucho na dłużej. Poza openerem, który jest pierwszą najlepszą piosenką na płycie i zarazem ostatnią. Ta melodia zostaje na dłużej w głowie. Na prawdę dobra piosenka,  z dzisiejszego punktu widzenia w pewnym sensie oldschoolowa.

posłuchaj

12. Brodka – Szysza. Zmiana repertuaru na ambitniejszy wyszedł Monice na dobre. Nie rezygnując z ciupagi i ludowych wzorców dodała ciut indie popu i elektroniki. Trochę za dużo skojarzeń z Nosowską, ale Szysza jest zarąbistą piosenka o kwiatach, wstążkach. Grandę chwaliłem już zaraz po debiucie. Słuchając tej piosenki mam rozum jak po głębszych dwóch. Umarła komercyjnie, ale wygrała muzycznie, już jej nie puszczają w RMF FM. Należy docenić.

posłuchaj

11. Kanye West – Runaway. No kurtka, trzeba jednak przyznać Kanye Westowi, że zeszłoroczny album jest bardzo dobry, a Runaway jedną z lepszych piosenek ostatnich 12 miesięcy. Ok tekst nie poraża, ale jeżeli ktoś nie zna angielskiego to i tak nie skuma. Poraża natomiast to brzmienie. Zawsze lubiłem pana Westa, ale za jego muzę. Te murzyńskie przechwałki, złote buty i wielkie, puste gale zawsze mnie wnerwiały. Jednak potrzeba nam takiej muzy, muzy wielkich. Skumajcie sukces Lady Gagi, ludzie tego oczekują. I Kanye West im to daje. Łączy takim Justinem Vernonem, Raekwonem, Kidem Cudi. Go West.

posłuchaj

10. Muchy – Przesilenie. Z muszkami to my już  sobie możemy mówić na „Ty”. Choć Notoryczni Debiutanci ciut rozczarowują względem Terrorromansu a w odniesieniu do takich hitów jak Miasto Doznań czy Najważniejszy Dzień te piosenki nie mogą się równać. Natomiast Przesilenie jest najfajniejszą gitarową piosenką, która wyszła w zeszłym roku na naszych ziemiach. Pamiętne pierwsze ciepłe dni, zmiana obuwia zimowego na letnie i śmiganie po ulicy a na słuchawkach Wiraszko wołający „Wszyscy idziemy na plac wolności by tam zapomnieć dobre rady”.

posłuchaj

9. Uffie – First Love. O miłosnych zwierzeniach piosenek nigdy mało. Uffie na którą czekaliśmy 4 lata wydała album z pełna ilością przebojowych utworów i tam znalazł się między innymi ten utwór. Z całego First Love najbardziej chyba uwielbiam moment 3:35 z pamiętnym „Mhm You Did”.

posłuchaj

8. Robyn – Dancing on My Own. Najlepszy utwór szwedki ze wszystkich części Body Talk. Brzmi to nieźle i jest takim popem jakiego oczekuje, miłym dla ucha, pozwalającym na chwile relaksu i mający coś co odróżnia go od innych, słabych papek radiowych. Ogólnie ten rok w moim słuchaniu muzyki można podzielić na dwie części: jedna popowa a druga klasyka gatunków. Poznawanie nowości i tego co powstało kiedyś ale nie do ocenienia jest wpływ na to co grane jest dziś. Co do Robyn to zasługuje na oklaski.

posłuchaj

7. The-Dream – Love King. R&B to nie żadna Rihanna, Beyonce ani tym bardziej nowe oblicze Eminema. The-Dream wydał w poprzednim roku dobrą, choć trochę przydługą płytę Love King. Tytułowy opener jest fajną piosenką o zajebistych hookach i poczuciem luzu. Zakładam białe adidasy, ciemne okulary i moją skórzaną błyszczącą kurtke i śmigał na miacho. yoo. spradzcie też remix z Ludacrisem. yo yo

posłuchaj

6. Cold War Kids – Audience. To był pierwszy fajny singiel z tamtego roku, który usłyszałem i od razu wiedziałem, że za rok o nim wspomnę. Do Nathana Willetta i ekipy zawsze miałem słabość i tym razem także udało im się uwieść moje ucho fajną, prostą, melodyjną piosenką. Słuchałem jej w zimne styczniowe dni jednocześnie będąc myślami przy ciepłych plażach i niezapomnianych wakacjach. Audience mam nadzieje, że zapowiada kolejną fajną płytę grupy, którą będę mógł się już cieszyć w 2011 roku.

posłuchaj

5. Sky Ferreira – One. 18-letnia Sky Ferreira jest autorką jednej z lepszych popowych piosenek tego roku. Mimo młodego wieku słychać w tym dojrzałość tworzenia przebojów. One jest tą piosenką lata 2010, która najfajniej mi się kojarzy. Idealnie komponowała się do rozpędzonej srebnej strzłay, którą przemierzałem śląskie drogi. Trzymam kciuku i wyczekuje dalszych kroków w nowym roku. Urzekła moje uszy swoim delikatnym głosikiem i wyczuciem melodii. P.S. Śpiewanie do żarówki takim samym odkryciem jak rapowanie do meczety.

posłuchaj

4. Toro y Moi – Minors. Ciężko by zabrakło tego pana w czołówce zestawienia singli. Cichutki wokalik, fajny podkład. Kurde ten utwór wywoływał u mnie ciarki na plecach. Nie zmieniło to mojego życia może, jednak miejsce w zupełności zasłużone za te wszystkie dźwięki, które zostały skupione ponad 3 minutach. Minors dla mnie jest najlepszym utworem z Causers of This a na żywo brzmiał równie zajebiście jak na płycie. Nie tylko ja się zachwycam: „just heard it ova 98.1 kentucky radio, and luv it!!! YA DIG..dis iz whatcha cruise wit”.

posłuchaj

3. Uffie – ADD SUV. Podoba mi się to jak Uffie nawija o tym, jak była na imprezie, obudziła się i nie pamięta gdzie była. Dodatkowo fajnie w tym wszystkim odnajduje się muzyczny plankton Pharrell Williams, który wspomina o filmie Memento. Dodajmy do tego spoko bicik w tle i uroczy głos Anny Katarzyny Hartley. Ogólnie z Sex Dreams and Denim Jeans można by zestawić połowe mojego podsumowania, ale ADD SUV dzięki fajnemu imprezowemu klimatowi i udziałowi Pharrella znalazło się najwyżej.

posłuchaj

2. Foals – Spanish Sahara. Po tych panach to nigdy bym się nie spodziewał, że zmiażdżą, zdepczą, skopią moje serce wrażliwe na takie melodie. Total Life Forever jest całkiem, dobrym albumem jednak to piosenka numer 5 wzbudza najwięcej emocji. Utwór jest całkiem długi (6:49), ale upływa w mgnieniu oka i dzieli się jakby na dwie części. Wpierw budowanie napięcia, które zaczynają się od niemal całkowitej ciszy, szepczącego wokalu. Spokojna perkusja, która z czasem nabiera coraz większego tempa. Syntezator wprowadzający mnie w ten zaniepokojenia. Na to też się składa wokal. gitara dalej sobie fajnie plumcze. I następuje punkt kulminacyjny w okolicach 4:12. Wybuch. Wtedy wpadamy w trans, ta gitara robi ze mną co chce. Zajebiste perkusyjne przejścia. I tak do 5:55 by nagle ucichł wokal a tempo zwalniało jak dojeżdżający pociąg do stacji kolejowej. To była niesamowita podróż, która chce się powtórzyć.

posłuchaj

1. Yeasayer – ONE. Kolejna piosenka numer 5, tylko, że z albumu Odd Blood. Jest to chyba najbardziej efekciarski, przebojowy, rażący melodią, intensywnością, zajebistościa utwór jaki usłyszałem w poprzednim roku. Żadna sekunda, żadna melodia, żaden dźwięk nie jest tu zbędny, nudny. Wszystko gra na 102. Cały album nie jest niestety tak dobry i ogólnie jest gorszy od debiutu chłopaków. ONE jednak od pierwszej sekundy do ostatniej trzyma równy, dziesiątkowy poziom. Te ponad pięć minut słuchania doprowadza do pojawienia się uśmiechu na twarzy, tupania nóżką i wywoływania naszych zakopanych najskrytszych marzeń gdzieś pod myślami codziennego życia.

posłuchaj