Blondie wciąż w grze! – recenzja „Pollinator”

W mediach, a zwłaszcza telewizji polskiej rozpoczyna się sezon ogórkowy. Jednak bez obaw! Paweuu Alternativ Blog nie robi wakacji, a co więcej obiecuje utrzymać ilość publikacji. Tym razem chwytam się za moją starą miłość, czyli Blondie.

To był przełom 2008/2009. Dopiero co rozpocząłem swoją karierę zawodową i jeszcze mieszkałem w jednym pokoju z bratem. Wtedy wieczorami zasłuchiwałem się w starych albumach Blondie. Do „Parallel Lines„, „Eat To the Beat” czy też „Plastic Letters” mam sentyment do dziś. Dla mnie te krążki stanowią ważną cegiełkę w historii muzyki rockowej. W 2011 roku po 8 latach przerwy Blondie wróciło z nowym materiałem „Panic of Girls„. Krążek ten dupy nie urywał, a jedynie był ciekawym dodatkiem do bogatej dyskografii zespołu.

Podobnie jest z najnowszym albumem „Pollinator„, swoją drogą co za głupia i trudna nazwa dla albumu muzycznego. Słychać na nim, że Christ Stein ma wciąż słuch do motywów a Debbie Harry zachowuje werwę wokalną. Jednak ta płyta absolutnie nic nie zmienia. 11 utworów zgromadzonych na tym wydawnictwie to zestaw lekkich, rockowych piosenek spośród których ciężko którąkolwiek wyróżnić. No może poza końcowym „Fragments„, który blisko trwa 7 minut i daje naprawdę radę. Reszta zlewa się niestety w jedną papkę.

Z jednej strony szkoda, ale z drugiej nie oczekiwałem niczego więcej. Jest OK, Blondie nie zhańbili się tym albumem. Wydali po prostu krążek na normalnym, nie wyróżniającym się poziomie. Dla wiernych fanów będzie to gratka, dla reszty nie koniecznie. Tak jak szybko zapomniałem o „Panic of Girls” (dopiero teraz uświadomiłem, że minęło 6 lat od premiery tej płyty!) tak pewnie szybko zapomnę o tym krążku. Jednak z obowiązku kronikarskiego odnotowuje – „Pollinator” zasługuje na szóstkę. Jednak by nie kończyć tej recenzji w ten sposób, zaznaczę, że chętnie wybrałbym się na koncert Blondie. Także, tentego zapraszamy do Polski! Ocena: 6/10.

Posłuchaj

Ja i Jeff Buckley

jb_cvrWydawanie pośmiertnych albumów było zawsze dla mnie sprawą kontrowersyjną. Jak można dzielić się  muzyką artysty, którego już nie ma na tym świecie? Czy zgodziłby się na taką publikacje? Może wolałby dopracować pewne dźwięki? A może pewne rzeczy nie powinny nigdy nie ujrzeć światła dziennego i pozostać w brudnopisie? To są pytania na które nie poznamy odpowiedzi nigdy, a przynajmniej w tym życiu. Producenci muzyczni jednak na to nie zważają, gdyż w dzisiejszych czasach liczy się głównie kasa. Dlatego też, tacy muzycy jak Michael Jackson czy 2Pac do tej pory wydają nowe albumu, mimo, że nie żyją już od paru lat.

To samo tyczy się Jeffa Buckleya – amerykańskiego muzyka, który w swoim życiu nagrał tylko jeden album pt. „Grace„. Tutaj recenzowałem go par lat temu. Pan Buckley zginął przedwcześnie, gdyż utonął w rzece Mississipi w 1997 roku. Nie ma co ukrywać, to była ogromna strata dla świata muzyki. Jego debiutancki „Grace” to był majstersztyk pod każdym względem.

you and iNa rynku właśnie pojawiła się kolejna, piąta pośmiertna kompilacja utworów Buckleya. Niestety „You And I” to słaba pozycja. Składa się ona głównie z coverów piosenek takich artystów jak The Smiths, Led Zeppelin czy Boba Dylana. Zagrane tylko przy akompaniamencie gitary nie wprowadzają nowej świeżości, a raczej przypominają zestaw piosenek z którymi Jeff Buckley się tylko bawił. Jest to ciekawa ciekawostka dla każdego fana artysty, jednak jeżeli ktoś szuka tutaj czegoś odkrywczego, to z pewnością tego nie znajdzie. Płyta po dwóch-trzech odsłuchach zaczyna być nudna. I to największy zarzut jaki można zarzucić „You And I„.

Z pewnością nie jest to album, którym sam Jeff Buckley chciałby się pochwalić. Jednak misja została spełniona, płyta się sprzedaje i ma się dobrze w rankingach. Nie chce wmawiać, że wyupuszczanie takich kompilacji to błąd. Taką tezę obala na przykład wydane w 1998 roku „Sketches for My Sweetheart the Drunk”, które było dobrym, acz niedopracowanym dziełem. Jednak trzeba znać pewien umiar, a o tym niektórzy zapominają. Ocena: 4/10.

Posłuchaj

Drony, teorie spiskowe i konflikty zbrojne, czyli Muse w natarciu

muse2Muse to jedna z tych kapel z którą łączy mnie ogromny sentyment. W czasach licealnych zasłuchiwałem się w zimnym „Sunburn„, jazgotliwym „Origin of Symmetry„, epickim „Absolution” oraz patetycznym „Black Holes and Revelations„. Nie wyobrażałem sobie by nie mieć na empetrójce chociaż jednej płyty Muse. Potem przyszedł czas studiów i niezapomniany „Resistance” – płyta, którą traktuje mocno osobiście. Następny krążek „The 2nd Law” już tak nie porywał, ale również dobrze wspominam ten album ze względu na koncert w Łodzi. Minęły trzy lata i pojawił się „Drones”. Album, który niemiłosiernie mnie wkurza.

Po przesłuchaniu najnowszej płyty Brytyjczyków czuję się tak jakby bliska mi osoba robiła coś nadzwyczaj żenującego, a ja nie mógłbym jej powstrzymać. Mówiłbym: „Przestań! To absurd, nie rób tego”. A ona dalej swoje. Czuje się tak jakby AC Milan kupił Grzegorza Rasiaka za 3o mln euro i nazywał go najlepszym napastnikiem świata. Czuje się tak jakby Trybson został Prezydentem Polski. Czuje bezsilność.

drones museDrones” to wyjątkowo słaba płyta. Zawsze wiedziałem, że Bellamy i spółka są pozbawieni własnego stylu. Czuć było w ich muzie kombinacje różnych artystów. Na początku byli to Jeff Buckley i Radiohead. Później grupa poszła w stronę progresywnego rocka spod znaku Queen. Następnie na celownik wzięli AC/DC oraz U2. Jednak zawsze mieli smykałkę do fajnego łączenia tych brzmień i nagrywania prawdziwych gitarowych wymiataczy. Na dronach tego nie ma. Jest jedna wielka autoparodia. Zatoczyli koło. Bellamy zaczął zżynać z samego siebie.

Spójrzmy na takie „Mercy„, które brzmi jak kombinacja „Starlight” (klawiszowy motyw przewodni) i „Falling Away With You” (syntezatory). Ciężkie gitary w „The Handler” przywołują na myśl progo-rockowe zapędy z „Black Holes And Revelation„. W „Aftermath” Bellamy ponownie wciela się w skórę Jeffa Buckleya a „Reapers” nie było czasem zapychaczem na „Resistance„? Mistrzostwem w zjadaniu własnego ogona jest jednak 10 minutowy „The Globalist„. Zaczyna się w westernowym stylu jak pamiętne „Knights of Cydonia„, następnie Bellamy przechodzi w nastrój ballady z pogranicza „Sing For Absolution” oraz „Unintented„. To jednak nie koniec bo w okolicy 4:34 otrzymujemy kolejną wersję „Stockholm Syndrome” a na samym końcu wracamy ponownie do klawiszów i coś na kształt patetycznej ballady, która spokojnie znalazłaby się na „Resistance„.

Muse_DronesJak widać na „Drones” znalazło się miejsce na motywy z każdej wcześniejszej płyty Muse. To jednak nie wszystko bo taki „Psycho” brzmi jak „Personal Jesus” Depeche Mode, a Bellamy nawet nie stara się tego zbytnio ukrywać. No cóż, jestem rozczarowany, ale nie zaskoczony. Już od jakiegoś czasu widoczna była tendencja spadkowa, a tracklista, która pojawiła się na początku roku jasno dała mi do zrozumienia, żebym nie spodziewał się niczego świeżego. Nawet po okładce widać obniżenie lotów. Muse mieli zawsze ładne graficzne opakowania płyt. Ta jest nazbyt wymowna i kiczowata.

I tak o to mam na telefonie pierwszą płytę Muse, której nie chce mi się słuchać. Nawet w fragmentach. Robię to wyłącznie z recenzenckiego obowiązku. Chciałem ostatnio napisać jakąś negatywną reckę, więc czemu nie Muse? Dużo prawdy jest w twierdzeniu Bartka Chacińskiego, który porównuje Brytyjczyków do cover bandu, który fajnie się słucha na żywo, ale na płycie już nie. Ocena: 3/10.

Posłuchaj

Arctic Monkeys – AM

arcticmonkeysTo niewiarygodne jak ten czas szybko leci. W tym roku grupa Arctic Monkeys obchodzi 10-lecie działalności. Wydając pierwsze płyty byli pryszczatymi gówniarzami grającymi indje rocka. Teraz są facetami kręcącymi teledysk w samochodzie a nie jak kiedyś…na chodniku. Zabłysnęli dzięki internetowi i świeżości jaką dali muzyce gitarowej. Do tej pory ich debiutanckie „Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not” jest dla mnie rewelacyjnym albumem do którego często wracam. Z kolejnymi płytami bywało różnie. Na „Favourite Worst Nightmare” są dobre single, jednak czuć tam syndrom drugiej płyty. Natomiast wydany w 2009 roku „Humbug” razi nudą i brakiem pomysłu. Sytuacja zmienia się w 2011 roki, kiedy grupa wydaje „Suck It and See”. Płyta ta jest pewną kreską w ich działalności, która odcina ich od wcześniejszej twórczości. Zmieniają image, stają się bardziej amerykańscy, kombinują z psychodelią i klasycznym rockiem. Efekt jest dość dobry, ale to wciąż tylko zalążek.

Dopiero wydany w tym roku „AM” można nazwać strzałem w dziesiątkę. Jak dla mnie tegoroczny longplay jest porównywalnie dobry do debiutu. Jednak są to zupełnie dwie różne płyty. Rozpoczynający całość „Do I Wanna Know?” to współczesny, rockowy hymn stadionowy, który bije na głowę wszystkie piosenki Kings of Leon. „R U Mine”, które śmiga w internecie już od jakiegoś czasu to prawdopodobnie najlepsza piosenka w całej twórczości zespołu Alexa Turnera. Na szczególną uwagę zasługują grające pierwsze skrzypce gitarowe riffy, które przywołują na myśl skojarzenia z Black Sabbath. Nie mniej ważna jest tutaj rola perkusisty oraz wysokich chórków. W podobnym klimacie amerykańskiego rocka są jeszcze utwory: „Arabella” oraz „I Want It All”. „One for the Road” przypomina jeden z utworów Queens of The Stone Age co akurat nie jest przypadkowe bo w procesie tworzenia płyty palce swoje maczał Josh Homme. Wokalista QOTSA miał ogromny wpływ na obrany przez anglików kierunek i chwała mu za to.

amNa płycie oprócz rockowych odniesień do słonecznej Kalifornii znajdziemy sporo brytyjskich, deszczowych melodii. I to właśnie te smutne ballady pokroju „No. 1 Party Anthem” czy też „I Wanna Be Yours” tworzą w dużym stopniu klimat tego albumu. Poza tym mamy beatlesowskie „Mad Sounds” czy też transowe „Knee Socks”. Pisząc o „AM” warto podkreślić także spory progres w warstwie lirycznej. Poetyczne teksty Alexa Turnera są na wysokim poziomie jak nigdy dotąd a na przykład rzucę teksty „Why’d you only call me when you’re high?” oraz wspomnianego wcześniej „I Wanna Be Yours”, które zaczyna się od „I wanna be your vacuum cleaner / breathing in your dust / I wanna be your Ford Cortina / I will never rust”.

Podsumowując najnowszy album Arctic Monkeys to obok debiutu najlepsza płyta w dorobku grupy z Sheffield. Połączenie tradycyjnego rocka z elementami typowymi dla brytyjskiej muzyki dały dobry efekt. „AM” obok „…Like Clockwork” QOTSA to najlepsza rockowa płyta tego roku. A już myślałem, że w 2013 będę tylko rapsów słuchał. Ocena: 9/10.

David Bowie – The Next Day

david bowie the next dayPo 10 latach przerwy powrócił legendarny David Bowie. Ale czy współczesny świat potrzebuje jeszcze ekscentrycznego Anglika?

Jego powrót był tak jak on sam. Niespodziewany i energiczny. Nagle po 10 latach ciszy David Bowie, Bołi, BAaaaaałi ogłasza: „ej, nagrałem płytę, chcecie posłuchać?”. Zawrzało. „The Next Day” obok nowego wydawnictwa My Bloody Valentine było najczęściej komentowaną płytą tego roku. Już w tym momencie można odpowiedź na zadane pytanie na początku – Tak, świat cholernie potrzebuje jego muzyki. Mimo, że okres tak zwanego „szczytowania” Bowiego minął 30-40 lat temu i obecnie mało ludzi wie o co chodzi z tym całym „Hunky Dory” czy też „Ziggy Stardust’em” to takie płyty jak „The Next Day” wiele wnoszą do współczesnej muzyki.

Nie od dziś wiadomo, że Bowie to muzyczny kameleon, który potrafi dopasować się do każdych czasów i robić swoje. Oczywiście pod tym całym płaszczykiem unowocześniania swojej muzyki za każdym razem czuć lekką nutkę melancholii i tęsknoty za młodzieńczymi latami. Nie inaczej jest na „The Next Day”. Jest to fajna, gitarowa płyta w której sporo rockowej energii jak i sennych ballad. Trudno oprzeć się urokowi „The Star (Are Out Tonight)”, nie docenić świetnej linii melodyjnej w „Valentine’s Day” bądź nie tupać nogą przy „Boss of Me”. To elegancka płyta. Sam 66-letni muzyk jest momentami hipnotyzujący, dramatyczny, literacki, trochę teatralny i przerysowany. Czyli tak jak zwykle, pasjonuje i wciąga swojego słuchacza.

Gdyby skoncentrować się na tematyce albumu to nie odbiega ona od innych płyt nagranych przez tak zwane żywe legendy. Sporo przemyśleń, refleksji o samotności, o życiu i śmierci czy też o sobie samym no bo jak inaczej interpretować fragment z „Heat”„And I tell myself, I don’t know who I am”.

Pomników nikt za tą płytę nie będzie mu stawiał, ale jedno jest pewne. David Bowie pokazał, że wciąż jest w grze i trzyma rękę na pulsie. Warto poświęcić dłuższą chwilę dla „The Next Day”. Ocena: 7/10.

Muse – The 2nd Law

„It’s not, and the problem isn’t that Muse have gone too far… they haven’t gone far enough.”

Ten dość kontrowersyjny, ale wyjątkowo trafny cytat Iana Cohena idealnie obrazuje najnowszą płytę Muse. „The 2nd Law” to kolejna płyta spod znaku eksperymentów. Wielki szok wywołał trailer płyty, który pojawił się jakiś czas temu. Muse nagrywa dubstep! Oczywiście tego dubstepu jest tyle na tej płycie ile pietruszki w rosole, ale jest i co najistotniejsze dodaje to troszkę smaczku.

Zabawa Muse z rockiem progresywnym trwa już od okresu wydania „Black Holes and Revelations”. To był początek. Dopiero na „Resistance” zespół ukazał nowe oblicze. Oblicze, które niebezpiecznie zahaczało o kicz. Słyszeliśmy wtedy w ich muzyce inspiracje Queen i momentami U2. Tym razem zespół cofnął się do lat ’70 i wczesnych lat ’80 sięgając po rozwiązania takich artystów jak David Bowie, Led Zeppelin, Pet Shop Boys oraz Queen. Tak samo jak wtedy, tak i teraz nowe kompozycje są ciężko strawne i momentami denerwujące. Jednak z upływem czasu oswajają się z naszymi uszami.

Czy zespół poszedł do przodu? I tak, i nie. Idealnie o tym mówi początkowy cytat z recenzji Pitchforka. Po pierwsze ta płyta jest strasznie podobna do poprzedniczki. Mocny, gitarowy opener, singiel, dopełniacz, zapełniacz, coś nowego, patos, rock a la Muse, kombinacja i na koniec totalna wariacja. Rozpoczynający cały album „Supremacy” po pierwszym odsłuchu wydał mi się strasznie podobny do tego soudntracku z Godzilly. To zdecydowanie najsłabszy opener płyty Muse. Następny utwór to singlowy „Madness”. To typowy popowy utwór, który na pewno kiedyś nagrali Depeche Mode, ale tego nie słyszeliśmy. Mimo to jest to strasznie chwytliwa piosenka, która wpada w ucho i pozostaje tam dość długo. Kolejny w kolejce „Panic Station” to utwór w stylu wczesnego Red Hot Chilli Peppers. Brzmi to dość kuriozalnie na początku, jednak z czasem podoba nam się ta piosenka. Wyjątkowym ozdobnikiem w „Panic Station” jest ta trąbeczka w tle i zabawy wokalne Bellamy’ego, który na prawdę pod tym względem dojrzał.

Dalej mamy olimpijski hymn z Londyny „Surival”, który zapowiedziany jest krótkim preludium. Jest to kawałek energiczny, mocny, patetyczny i bardzo, bardzo, bardzo „Resistance’owy”. Gdy pierwszy raz usłyszałem tą piosenkę to pomyślałem, że to musiał być jakiś ukryty track na płycie z 2009 roku. „Follow Me” został zadedykowany nowo narodzonemu synowi wokalisty grupy. Oprócz tradycyjnych dźwięków dla Muse użyte tutaj zostało nagranie bicia serca potomka Bellamy’ego. Poza tym naszą uwagę zwraca dubstepowy refren, jednak osobiście nie uważam by to było coś nowego. Od jakiegoś czasu dubstep mocno zakorzenił się w mainstrem’ie, dlatego tego typu zabieg wydaje się być naturalną koleją rzeczy. Trzy następne utwory to typowe a może nawet standardowe utwory Muse, które przypadną do gustu fanom starszych kompozycji zespołu.

Absolutną nowością na albumie jest dopuszczenie do mikrofonu basisty Chrisa Wolstenholme’a, który wcześniej jedynie odgrywał role chórkowe. „Save Me” oraz „Liquid State”, to jego autorskie utwory opowiadające o problemie alkoholowym basisty. Szczerze powiedziawszy byłem zdziwiony, że te piosenki są akurat o tym, gdyż zawsze sądziłem, że Wolstenholme był TYM RODZINNYM KOLESIEM. W tym sensie, że jako jedyny był żonaty i jako jedyny nie wyjechał z malutkiego Teignmouth. Te dwie piosenki na płycie są tymi najbardziej cennymi i tymi najbardziej prawdziwymi i szczerymi.

Na koniec zespół standardowo zaprezentował się ze strony mocno eksperymentalnej. „The 2nd Law: Unsustainable” łączy w sobie ciężki progresywny rock, muzykę klasyczną i dubstep. Pozostawię to raczej bez komentarza, gdyż nie jestem fanem tego typu plątaniny. „The 2nd Law: Isolated System” brzmi znacznie lepiej, nie jest aż tak przekombinowany i skupia się wyłącznie na elektronice.

Podsumowując „The 2nd Law” to płyta mocno nie równa, nie trzymająca się kupy. Są tutaj fajne, dobre momenty. Jednak nie brakuje na niej po raz kolejny przekombinowania i kombinatorstwa. Bellamy chciałby zmieścić na płycie dorobek całej muzyki, niestety takie próby nigdy nie wychodziły za dobrze. Poza tym to kolejny album Muse, gdzie brakuje własnego stylu. Dwie piosenki Wolstenholme’a to zdecydowanie za mało. Ocena: 5/10.

Plum – Emergence

Najnowsza płyta poznańskiego zespołu Plum „Emergence potwierdza pewne stare, dobre powiedzenie: „polak potrafi”.

Lekcje zostały odrobione. Słuchając „Emergence” łatwo można wyłapać wpływy prawie wszystkich najważniejszych zespołów niezal rockowych przełomu lat 80 i 90. Przykładowo taki „Crawl” przypomina nam lata świetności Sonic Youth, „Down The Ground” przywołuje na myśl Polvo a „Who is Mad?” nie może kojarzyć się z nikim innym jak Modest Mouse. A to nie wszystko. Takich smaczków jest znacznie więcej. Nie będę jednak psuł wam zabawy w „jaki zespół zagrał to wcześniej”.

Pisząc na wstępie o wpływach tych wszystkich genialnych zespołów nie mam namyśli tego, że album Plum to wyłącznie sentymentalna podróż w przeszłość. „Emergence” to energiczny album, który co prawda czerpie pełnym garściami z dorobku starszych kolegów, ale robi to w sposób świeży i nowoczesny. Wszystko jest zrobione na mocno przyzwoitym poziomie. Szkoda tylko, że ten krążek jest cholernie nie równy. Są momenty, które potrafiły mnie zadziwić, wybić z równowagi. Coś w stylu „hej to brzmi prawie jak „Inches” Les Savy Fav! A może to faktycznie Les Savy Fav?”. I to było jak najbardziej pozytywne.Jednak zdarza się tutaj sporo dłużyzn, nierówności i pewnego rodzaju nijakości. Poza tym te multum nawiązać powodują, że album staje się chwilami przewidywalny. A szkoda bo mogłaby to być jedna z lepszych polskich płyt tego roku.

Jednak końcowa ocena jak najbardziej będzie pozytywna (w końcu wrześniowe recenzje mają przedstawiać tylko dobrą muzykę) i nie ma w tym żadnej taryfy ulgowej tylko i wyłącznie ze względu, że to polski band. Osobiście nie wstydziłbym puścić się naszym zachodnim sąsiadom tej płyty. Język angielski, którym posługuje się wokalista stoi na bardzo dobrym poziomie, muzycznie także jest dobrze. Mimo, że te stare stereotypy Polaka mieszkającego w szałasie i pijącego spirytus własnej roboty dzięki nowym technologiom zanikają to wciąż niektórym należałoby pokazać, że tutaj nad Wisłą znamy Sonic Youth, Gang of Four czy też Pavement. Ocena: 6/10.

posłuchaj