Muzyka na kwarantannę – premiery z marca

Przed nami kolejna porcja najciekawszych moim zdaniem muzycznych premier minionego miesiąca.

Caribou – Suddenly. Mało brakowało a Daniel Victor Snaith, znany szerzej jako Caribou załapał by się na osobny tekst o płycie na blogu. W końcu jego najnowsze „Suddenly” to rzecz niebywała. Czemu? Gdyż na taką płytę czekałem 10 lat! Czyli całą dekadę. Ostatni raz mnie urzekł na „Swim” z 2010 roku, gdyż wydana cztery lata później „Our Love” nie przypadł mi do gustu. Już się bałem, że słuch o nim zaginął a tu taka heca. „Suddenly” to cały zestaw tego co najlepsze w Caribou. Jest trochę mrocznie i trochę tanecznie. Jest przejrzyście i mgliście zarazem. To co? Widzimy się w tym roku na Offie?! Ocena: 8/10.

Artur Rojek – Kundel. Może to i fajnie, że Artur Rojek wrócił. Nie powiem, ucieszyłem się na wieść o tej płycie. W końcu wałkowałem Myslovitz za czasów Rojasa nieustannie a i jego debiutancki solowy album też mi się podobał. Poza tym mam na półce jego wywiad rzekę „Inaczej”, odwiedzam chętnie Off Festival (Mimo, że łachudry szczypią się z akredytacjami) a Lenny Valentino to zrobiłbym nawet ołtarzyk. Lubię typa, ale nie rozumiem tej nowej płyty. Czuje, że nie jest dla mnie. Przesłuchałem ją ze pięć razy i ani razu mnie nie urzekła. Jest dla mnie zbyt bezpieczna, zbyt ogólna, zbyt dla każdego. A chyba nie tego oczekuje od kolesia, który zaraził mnie muzyką alternatywną. Brakuje mi tutaj eksperymentowania i próbowania czegoś innego jednak. Dodatkowo jak usłyszałem jak Rojek śpiewa po niemiecku to już wiedziałem, żeby uciekać. Ocena: 3/10.

Best Coast – Always  Tomorrow. Liczyłem na trochę więcej słońca od Best Coast. W końcu ta pogoda jest ostatnio taka różna. Lubię ich muzykę, dla mnie Bethany Cosentino to taka damska wersja Nathana Williamsa. Kalifornia, słońce, alkohol i niezobowiązujące lo-fi. Niestety „Always Tomorrow” nie spełnia tych wymagań w całości. Jest Ok, ale raczej nie będę wracać do tego krążka. Ocena: 5/10

Soccer Mommy – color theory. Piłkarska mamuśka urzekła mnie już na ostatni swoim krążku „Clean” z 2018 roku. Mimo, że podczas koncertu na Offie nie porwała mnie do szaleństwa to dałem nowemu wydawnictwu szansę. I wiecie co? Warto! To zdecydowanie jej najlepszy album. „color theory” to ładnie brzmiący zestaw uroczych piosenek z kategorii pop-rocka, indie i lo-fi. Ocena: 7/10.

U.S. Girls – Heavy Light. Ten album to moje osobiste odkrycie minionego miesiąca. Na „Heavy Light” mamy wszystko: ładnie brzmiące kompozycje, chwytliwe piosenki i wiele smakowitych odwołań do klasyki. Przykład? Nie trzeba wysiłku by znaleźć tutaj wiele wspólnego z pierwszymi płytami Madonny, teatralności Davida Bowie czy też z najlepszymi krążkami Blondie. Poza klasyką można tutaj doszukać się nowszych nawiązań jak chociażby do Lykke Li, Arcade Fire czy też Bat For Lashes. Pop ładnie tutaj łączy się z alternatywą, a bogactwo brzmienia zachwyca. Już otwierający całość „4 American Dollars” daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Do moich faworytów dołączam także niesamowite „And Yet It Moves/Y Se Mueve„, momentami psychodeliczne „Born To Lose” czy też „Woodstock ’99”. To jedna z tych płyt, którą warto znać. Ocena: 9/10.

Porridge Radio – Every Bad. Nie słyszałem pierwszego krążka Porridge Radio, jednak po przychylnych recenzjach postanowiłem sprawdzić „Every Bad„. Nie jest to płyta zła, ale też nie wybitna. Nie wiele mi zostało w głowie po pierwszym odsłuchu. Znacznie lepiej było za drugiem razem (Dlatego też podnoszę nieco ocenę tej płycie). Są tutaj całkiem ciekawe momenty, ale chyba nie na tyle by wałkować ten album dniami i nocami. Warto sprawdzić i ocenić samemu. Ocena: 6/10.

Dogleg – Melee. Na pierwszy rzut „ucha” płyta wydaje się fajna. Taka energiczna, gitarowa albo jak to piszą w Teraz Rocku „Z PAZUREM” (HEHE). Dla fana takiego jak JA, czyli lubiącego Wavves, Cloud Nothings i ogólnie nieco bardziej punkowe oblicze lo-fi i indie rocka powinna to być gratka. Jest tylko jedno ALE. Nie mam za bardzo chemii z tym albumem. W sensie cały czas wydaje mi się – „ALE TO JUŻ PRZECIEŻ BYŁO!”. Niby wszystko jest OK, ale bez fajerwerków. Albo to może po prostu kwestia MNIE. I chyba nie jest to mój moment na tego typu muzykę. Czas pokaże. Póki co daję: 5/10. ELO.

Coals – docusoap. Przyznam szczerze, że wyczekiwałem tej płyty dość mocno. Zwłaszcza, że single promujące były na prawdę mocarne. Przecież „Pearls” to świetna podróż do lat 90 a „Sleepwalker” to już w ogóle jakiś ODJAZD. Takie kawałki, które jednocześnie są i nie są hip-hopowe robili przecież Purity Rings czy też James Blake. I od tych kawałków zaczyna się „docusoap” i kiedy człowiek myśli co będzie dalej? To wtedy zderza się ze ścianą, gdyż Coals idzie w zupełnie inną stronę. Płyta nie jest zła, ale spodziewałem się większego WOW. Niestety tak zadziałały wybitne single, które mocno odróżniają się od reszty utworów. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest to płyta zła. Ba, powiedziałbym, że bardzo dobra. W końcu, mało się dzieje ostatnio na polskiej scenie niezależnej a duet Katarzyny Kowalczyk i Łukasza Rozmysłowskiego robi bardzo dobrą robotę. Jednak przygotujcie się na to, że będzie to zupełnie inna dawka muzyczna niż to co słyszeliście od nich w ostatnim czasie. Ocena: 7/10.

Lata 80., synth-pop i… wilkołaki – recenzja „Simulation Theory” Muse

Nastał w końcu ten czas, kiedy Matthew Bellamy ze spółką powiedzieli sobie „pieprzyć ten nadęty prog rock, nagrajmy coś lajtowego”. Jak powiedzieli – tak zrobili. Nagrali najbardziej popowy album w swojej dyskografii, który nie jest po raz pierwszy księgą objawioną tylko albumem, który można odbierać w czysto rozrywkowym kontekście. Co więcej udzieliła im się retromania i zrobili to w konwencji lat 80. Szkoda tylko, że zrobili to o jakieś 3 lata za późno.

Powiedzmy to sobie szczerze – Fajnie, że poszli w tym kierunku i że cover płyty wygląda jak plakat filmowy (W końcu zrobił go koleś odpowiedzialny za plakaty do serialu „Stranger Things„). Jednak nie robi to już takiego wrażenia, jeżeli się widziało „King Fury” i masę tego typu podobnych rzeczy. Natomiast muzyczne nawiązania do tej złotej epoki obciachu też już nie mają takiej siły rażenia. Przecież obecnie wszyscy nawiązują do kolorowych lat 90, a i pomału widać, że do łask wracają lata ’00.

Ok, Muse wywarzają otwarte drzwi, ale i tak miło, że chcą wejść do tego pokoju a nie tego obok opisanego „Najlepszy i jedyny słuszny rockowy band na Świecie”. Ostatnie ich dwie płyty były straszne. Zabawy z dubstepem na „The 2nd Law” nie są już nawet śmieszne, a „Drones” to był szczyt nadętości, który całkiem sprawnie przeszedł w autoparodie. Zespół w końcu wpuścił trochę świeżego powietrza do swoich utworów i pójść w stronę popu. Dlatego też „Simulation Theory” zbiera całkiem przyzwoite oceny, pomimo tego, że nie jest to wybitna i odkrywcza płyta.

Otwierający całość „Alogrithm” nie zapowiada w pełni zmian jakie zaszły w zespole. Utwór ten brzmi podejrzanie znajomo i jest mocno przewidywalny w technikach jakie stosuje Bellamy. Smyczki i fortepiany? Było tego już aż nadto u Muse. Kolejny „The Dark Side” to już nowa, popowa twarz grupy. „Pressure” pomimo, że nie bawi się z elektroniką jak dwa poprzednie utwory to przyjemny, gitarowy pop skierowany do fanów, którzy naciskają na grupę by wrócili do starego grania z okresu „Origin of Symmetry„. Bellamy jasno daje do zrozumienia by na niego nie naciskać, ale i tak serwuje na płycie trochę starego Muse. I trzeba to głośno powiedzieć, że to najsłabsze momenty płyty. „Blockades” jest tego najlepszym przykładem. Niektórzy też w tym przypadku wymieniają „Thought Contagion„, jednak dla mnie to całkiem spoko utwór (Chyba jestem sentymentalny).

By udowodnić, że zabawa z popem to nie przelewki Muse do współpracy zaprosili Timbalanda. „Propaganda” to efekt ich współpracy, który nie jest singlem roku. Ba, pewnie nie znalazłby się nawet top100 tego roku, ale jest to z pewnością jeden z lepszych momentów na płycie. Moim osobistym faworytem jest „The Void„, który ładnie bawi się z elektroniką. Taki Muse mogę i chcę słuchać. „Dig Down” i „Something Human” udowadniają, że single to mocna strona anglików.

Jednak pomimo tylu zmian jakie zaszły w grupie, jedna rzecz pozostała ta sama. TEORIE SPISKOWE. Bellamy przeszmugluje do każdej piosenki, płyty a nawet całej trasy całą gamę mniej lub bardziej śmiesznych teorii. Tym razem mamy do czynienia z hipotezą symulacji, której temat w zasadzie w pełni wyczerpała trylogia „Matrixa„. Jednak Bellamy musiał to zrobić. Tak jak mokrzy złodzieje z „Kevina samego w domu” musieli odkręcać wodę w zlewie, tak wokalista Muse musi zawrzeć w swoich tekstach odniesienia do teorii spiskowych. Problem w tym, że zawsze wolałem odcinki „Z Archiwum X” z potworami aniżeli z teoriami spiskowymi o kosmitach. Dlatego też wolę teledyski Muse z wilkołakami, aniżeli z tymi wszystkim hipotezami o symulacji. Ocena: 6/10.

 

Fucked Up spieprzyli sprawę – recenzja „Dose Your Dreams”

Po przesłuchaniu dwóch pierwszych utworów z „Dose Your Dreams” byłem święcie przekonany, że w końcu będę miał okazję napisać recenzję negatywną. Już to kiedyś tłumaczyłem, ale powtórzę – Jakieś 90 % rzeczy przeze mnie recenzowanych to płyty bądź filmy godne polecenia, z nalepką „Paweuu Alterativ Blog Accept”. Trochę mi szkoda czasu na słuchanie brzdąkania, które z góry wiem, że będzie kiepskie. Stąd też rzadko zdarza mi się „zjebać” autorów muzyki, a czasami warto napisać taką recenzję. Tak, dla odmiany.

Myślałem, że Kanadyjczycy z Fucked Up dadzą mi taką okazję. W końcu ich najnowszy, piąty album „Dose Your Dreams” zaczyna się bardzo źle. Na prawdę byłem zdziwiony, że autorzy takiej perełki jaką było swego czasu „The Chemistry of Common Life” potrafili się tak stoczyć. Nawet nie wiem co to było, jakieś połączenie kiepskiego hardkoru z muzyką SKA i punku? Dla niewtajemniczonych SKA to równie najgorszy gatunek muzyczny co polskie reagge. Zupełnie chybiony strzał.

Swoją drogą takich potknięć na tej płycie jest więcej. Eksperymenty w stylu „Mechanical Bull” czy też „Accelerate” nie przypadły mi do gustu. Momentami Fucked Up za bardzo kombinuje i w ostatecznym rozrachunku na tym traci. Za dużo dla mnie na tej płycie takiej oczywistej oczywistości wymieszanej z głupimi pomysłami. Strasznie mi też nie pasują w tym kobiece wokale… Nie żebym miał coś do kobiet w cięższych klimatach, bo na ostatniej płycie Deafheaven też mieliśmy damski wokal, a ich płyta najprawdopodobniej będzie moim numerem jeden w podsumowaniu całorocznym. Po prostu za dużo tu kombinowania co źle wpływa na odbiór całości. Materiał jest stanowczo za długi (prawie 82 minuty! – 18 tracków) i nierówny.

Jednakże nie mogę totalnie zjechać Damiana Abrahama i spółki bo generalnie „Dose Your Dreams” ma także dobre momenty. „Came Down Wrong” ma przyjemną linię gitar (J Macis!) i i ładnie flirtuje  z popem. Natomiast w „The One I Want Will Come for Me” dostajemy wciągającą psychodeliczną końcówkę. Na plus można także odnotować balladę „Love Is an Island in the Sea„. Jednak to stanowczo bym mógł w pełni ten krążek polecić. Niech nie zmyli was ocena na Pitchforku, oni tam ostatnio za dużo jarają legalnego ziołą z Kanady. Ocena: 4/10.

Jack White strzelił focha i na miasto wyszedł – recenzja „Boarding House Reach”

Zaskoczył swoich fanów i słuchaczy Jack White niedawno wydanym, najnowszym albumem. Muzyk do tej pory dał się poznać jako legenda gitary dzięki grze w takich zespołach jak m.in. The White Stripes czy też The Racounters. Jego dwa pierwsze solowe albumy „Blunderbuss” oraz „Lazaretto” pozostawały dalej w konwencji rocka łącząc w sobie gitarową tradycję Stanów Zjednoczonych z bluesem słuchanym przez kierowców ciężarówek. I tu pojawia się miejsce na „Boarding House Reach„, który jest ZUPEŁNIE inny niż wcześniejsze dokonania artysty.

Zaczyna się dość niepozornie od singla „Connected by Love„, gdzie elektroniczny główny motyw łączy się z mocnym, kobiecym refrenem. Kolejny „Why Walk a Dog?” uświadamia nam, że White będzie nas często częstował elektroniką. Już trzeci „Corporation” to jakaś odjazdowa podróż w lata 90 połączona z wybrykami Franka Zappy. To oczywiście nie koniec eksperymentów, bo pojawia się „Hypermisophoniac„, który wcześniej mógłby się przydarzyć Muse po zażyciu sporej dawki dopalaczy. „Ice Station Zebra” to z kolei niezdarna zabawa w rapowanie. W „Over And Over And Over” znowu wracamy do epoki Backstreet Boys i Eiffel 65. Jack White tym razem postanawia się zabawić w Toma Morello i przypomnieć nam Rage Against The Machine. „Everything You’ve Ever Learned” dosłownie wysyła nas w kosmos, a „Respect Commander” początkowo umieszcza nas w samym środku dyskoteki z lat 90, by nagle wkleić (wtf?!?) w to ciężkiego rocka. Pod koniec albumu artysta przypomina, że wciąż potrafi pisać bluesowe utwory a na sam koniec częstuje nas kołysanką „Humorasque„.

Większość słuchaczy nie była gotowa na tego typu krążek. Stąd ten podział ocen w blogosferze. Jedni krytykują kuriozalne pomysły i mieszanki jakie White serwuje na „Boarding House Reach„. Inni natomiast zachwycają się bogatym wachlarzem nawiązań i wielobarwną stylistyką. Prawda jak zwykle jest po środku. To prawda, że White zachwyca na nowym albumie niesztampowym podejście do muzyki i czerpie pełnymi garściami z dorobku muzycznego lat 70 i 90. Jednak często jego muzyczna mieszanka brzmi zbyt pretensjonalnie i kuriozalnie. Za dużo na tym albumie przypadku i brzmieniowych nonsensów, za mało przemyślanych kompozycji. Chwilami krążek brzmiał niczym niedopracowane demo, jednak doceniam próbę i sam pomysł Jacka White. Muzycznym eksperymentom zawsze mówimy TAK! A to, że czasami nie wychodzą w pełni? Trudno. Trzeba próbować. Ocena: 6/10.

Taneczny rock w wydaniu Queens of the Stone Age

Josh Homme znowu majsterkuje. Ten rockowy rudzielec, którego szczerze uwielbiam nie przestaje szukać nowych inspiracji do swojej muzyki. Zacznijmy jednak od początku. Queens of the Stone Age to jeden z nielicznych zespołów, który udowadnia, że granie starego, dobrego, mocnego rocka ma wciąż sens. W czasach, kiedy największe legendy tego gatunku dawno dały dupy, Homme i ciągle zmieniający się skład QOTSA dają czadu. Takie albumy jak „Rated R”  czy też „Songs for the Deaf” należą już do kanonu gatunku. Już od czasu debiutu Homme lubił eksperymentować z brzmieniem. Często ciężkiego rocka przeplatał z utworami bardziej przystępnymi, i wcale nie wychodził na tym źle! Spadkiem formy na pewno można nazwać album „Era Vulgaris” z 2007 roku. Jednak jak się później okazało zespół nie powiedział ostatniego słowa i w 2013 roku przypomniał o osobie rewelacyjnym „… Like Clockwork„.

Minęły cztery lata i grupa ponownie wróciła z longplayem „Villains„. Czekałem na ten album, gdyż zastanawiałem się jaki będzie następny ruch Homme’a. Singiel zapowiadający album „The Way You Used To Do” nieco ostudził moje wyczekiwanie. Taneczny rock? Nie brzmi to źle, i jest lepsze od tego co pokazało w tym roku Arcade „Nowa Abba” Fire. Jednak to nie moja bajka, chyba. Cholera, generalnie mam problem z tą nową płytą. Niby wszystko brzmi dobrze i chcę tego słuchać. Z drugiej strony, ten album nie potrafi mnie tak samo zaangażować jak chociażby poprzednik. Swoją drogą czuć tu wyraźne inspiracje „…Like Clockwork„, m.in. w „Fortress„, który brzmi jak odrzut z tej płyty właśnie. Co więcej? Wsłuchajcie się w riff przewodni w „Head Like a Haunted House„, przypomina wam to coś? Bo mi bardzo. Jednak to nie jedyne smaczki, które wyhaczyłem przy słuchaniu „Villains„.

Warto nadmienić, że za produkcją stoi Mark Ronson (Tak, też mnie to zdziwiło) i słychać to na tej płycie. Zwłaszcza w utworach, gdzie pojawiają się syntezatory „Hideaway” czy też „Un-reborn Again„. Jednak bez obaw, nie starał się zrobić z Josha Homme’a nowej wersji Adele. Przynajmniej na razie. Ronson miał sprawić, by do nowej płyty QOTSA można było się pogibać i potańczyć. Można, ale po co? Wolę słuchać Homme’a w starym wydaniu i wyobrażać, że śląskie drogi, którymi jeżdżę to jakieś pustynne, gorące amerykańskie bezdroża. A dom w którym mieszkam, nie jest w Przyszowicach, tylko… nie wiem, w Dallas czy coś? Podobał mi się ten klimat, szkoda, że na tej płycie go brakuje.

Nie wiem czy „Villains” to potrzebna płyta mi, światu, gatunkowi, zespołowi czy komukolwiek. Może potrzebował jej sam Homme, nie wiem. Nie jest to album zły. Można powiedzieć, że nawet całkiem niezły. Jest tylko jedne ALE. Po takiej perełce jakim było ostatnie „…Like Clockwork” spodziewałem się czegoś innego. Stąd to rozczarowanie, jednak jakby popatrzeć na tą sprawę z drugiej strony i wyobrazić, że „Vaillans” nagrywa inny, debiutujący, randomowy zespół. To jaka byłaby wtedy ocena? Na pewno wyższa. No, ale taki jest już świat. Od takich zespołów jak QOTSA zawsze będę więcej wymagał. Ocena: 6/10.

Z pustyni na stadiony – recenzja „Wonderful Wonderful” The Killers

Niegdyś zespół Brandona Flowersa wpisywał się w nurt tak zwane New Rock Revolution i był jednym z ciekawszych pozycji indie rockowych moich licealnych czasów. Pamiętny album „Hot Fuss” słucham do tej pory, a i też często wracam do singli z „Sam’s Town„. Nie była to muzyka najwyższych lotów, ale miało to w sobie coś fajnego. Żadna osiemnastka nie mogła się obejść bez „Somebody Told Me„, na swoim pierwszym Sonym Ericssonie puszczałem na głos „Bones„, „On Top” jak sama wskazuje była czymś szczytowym, a na moim weselu tańczyliśmy do „Mr. Brightside„. Sentyment do zespołu z Las Vegas pozostał.

Obecnie Killersi przechodzą metamorfozę i stają się bardziej popowi. Czy to dobrze? – zapyta ktoś. Nie wiem. Już w 2008 roku podbijali nieudolnie listy przebojów koszmarnym „Human„. „Battle Born” z 2012 roku było całkiem OK, jednak na dłuższą miarę album ten nie przetrwał próby czasu. A jak ma się sprawa z „Wonderful Wonderful„?

Jest dobrze, acz nie rewelacyjne. Płyta ma całkiem sympatyczne momenty. Jeżeli takie rzeczy miały być puszczane na komercyjnych stacjach, to o taki pop warto walczyć. Płytę rozpoczyna nieco niepozorny „Wonderful Wonderful„, który sili się na bycie kolejnym rockowym hymnem dekady. Co oczywiście niezbyt się udaje. „The Man” to już całkiem fajny, taneczny kawałek, który mógłby zaśpiewać David Bowie w latach 80. Trzeci w zestawie „Rut” brzmi jak skradziony utwór obecnemu Coldplayowi (stary był najlepszy). „Life To Come” to kolejna inspiracja zespołu, który kiedyś był dobry a potem stał się popularny i nudny. Mowa o U2 oczywiście. Spoko jest nawet „Tyson vs Douglas„. „Run For Cover” zaczyna się jak jedna z piosenek Placebo, jednak dalej brzmi już zupełniej inaczej. „Some Kinde Of Love” zwalnia na chwilę tempo, by później dać miejsca „Out Of Mind„, które ładnie eksploruje lata 80. Całość kończy melodyjne „Have All The Songs Been Written?„.

Podsumowując, najnowszy album The Killers jako krążek popowy należy ocenić pozytywnie. Nowe, bardziej mainstremowe oblicze pasuje od Flowersa i spółki. „Wonderful Wonderful” to całkiem zgrabny i przyjemny w odbiorze album. Jest tylko jeden szkopuł. Płyta raczej na jeden sezon, nic więcej. Ocena: 6/10.

Blondie wciąż w grze! – recenzja „Pollinator”

W mediach, a zwłaszcza telewizji polskiej rozpoczyna się sezon ogórkowy. Jednak bez obaw! Paweuu Alternativ Blog nie robi wakacji, a co więcej obiecuje utrzymać ilość publikacji. Tym razem chwytam się za moją starą miłość, czyli Blondie.

To był przełom 2008/2009. Dopiero co rozpocząłem swoją karierę zawodową i jeszcze mieszkałem w jednym pokoju z bratem. Wtedy wieczorami zasłuchiwałem się w starych albumach Blondie. Do „Parallel Lines„, „Eat To the Beat” czy też „Plastic Letters” mam sentyment do dziś. Dla mnie te krążki stanowią ważną cegiełkę w historii muzyki rockowej. W 2011 roku po 8 latach przerwy Blondie wróciło z nowym materiałem „Panic of Girls„. Krążek ten dupy nie urywał, a jedynie był ciekawym dodatkiem do bogatej dyskografii zespołu.

Podobnie jest z najnowszym albumem „Pollinator„, swoją drogą co za głupia i trudna nazwa dla albumu muzycznego. Słychać na nim, że Christ Stein ma wciąż słuch do motywów a Debbie Harry zachowuje werwę wokalną. Jednak ta płyta absolutnie nic nie zmienia. 11 utworów zgromadzonych na tym wydawnictwie to zestaw lekkich, rockowych piosenek spośród których ciężko którąkolwiek wyróżnić. No może poza końcowym „Fragments„, który blisko trwa 7 minut i daje naprawdę radę. Reszta zlewa się niestety w jedną papkę.

Z jednej strony szkoda, ale z drugiej nie oczekiwałem niczego więcej. Jest OK, Blondie nie zhańbili się tym albumem. Wydali po prostu krążek na normalnym, nie wyróżniającym się poziomie. Dla wiernych fanów będzie to gratka, dla reszty nie koniecznie. Tak jak szybko zapomniałem o „Panic of Girls” (dopiero teraz uświadomiłem, że minęło 6 lat od premiery tej płyty!) tak pewnie szybko zapomnę o tym krążku. Jednak z obowiązku kronikarskiego odnotowuje – „Pollinator” zasługuje na szóstkę. Jednak by nie kończyć tej recenzji w ten sposób, zaznaczę, że chętnie wybrałbym się na koncert Blondie. Także, tentego zapraszamy do Polski! Ocena: 6/10.

Posłuchaj