Sowa lepsza od skorpiona – recenzja albumu „Scorpion” Drake’a

Napisanie czegoś nowego i odkrywczego na temat Drake’a to rzecz wybitnie trudna, a wręcz niemożliwa. Sam artysta daje ku temu powody, gdyż w jego stylu i sposobie rapowania od dłuższego czasu nie wiele się zmienia. Po prostu stary, dobry Aubrey nagrał kolejny materiał (W zasadzie piąty pełnoprawny longplay), który może nie podbił serc recenzentów, ale sprzedaje się jak świeże bułeczki. Nie będę jednak pisał o komercyjnym sukcesie płyty, bo to raczej sprawa drugorzędna dla fana porządnego rapowego gówna.

Nie wiem czy „Scorpion” to najmniej udany czy też wręcz najgorszy krążek Kanadyjczyka w dyskografii. Wiem, jednak na pewno, że jest tak samo za długi, nierówny i przegadany jak ostatnie krążki rapera („More Life„, „Views„). W zasadzie nie wiem co sądzić o tym materiale. Drake wypuścił totalny misz masz wszystkiego, który nie ma żadnego konkretnego kierunku. W dodatku piosenek jest tyle, że podzielił to na dwa krążki. Najgorzej. Po drugiej stronie Kanye West (który też raczej nie wybił się w tym roku czymś specjalnym) skondensował esencję swojej twórczości i postawił na krótki materiał, co w mojej ocenie jest lepszym działaniem.

Podobno CD1 miał być bardziej hip-hopowy, a CD2 melodyjny. Podobno. Poza „Summer Games” i „Nice For What” próżno szukać tutaj melodyjnych i zahaczających o pop kawałków. Topornego i pretensjonalnego hip-hopu jest znacznie więcej. Pan Graham ponownie stosuje swój ulubiony zabieg przerostu formy nad treścią. Na przemian przechwala się wrzucając hasła typu „My Mount Rushmore’s me with four different expressions” by za chwilę zamienić się w potulnego maminsynka i wyznać, że kocha tylko swoje łóżko i mamę. Na znacznie wyższym poziomie stoi produkcja płyty. Wiele beatów, pomimo tego, że nie wyznacza nowych standardów to wpadła mi do gustu. I tak „Nonstop”, „I’m Upset” czy też „After Dark” to rzeczy mocno porządne jak niemieckie samochody. Drake nie angażował też zbyt wielkiej ilości artystów przy występach gościnnych. Pojawia się Jay-Z, Ty Dolla $ign, Static Major i uwaga sam Michael Jackson (A w zasadzie zarejestrowany kiedyś tam krótki fragment  króla popu).

Scorpion” to album monotonny, przegadany, momentami zajebisty (Jak to Drake), ale częściej nudny i bezbarwny. Dzięki głośnemu beefowi z Pushą T i faktu, że na płycie przyznał się do posiadania syna liczba odsłuchać na portalach streamingowych zgadza się, i to bardzo. Mnie to jednak nie rusza, i raczej wiem, że nie wrócę prędko do tego materiału. Albo inaczej. Wrócę, ale do pojedynczych utworów. Do całości już na pewno nie. A to chyba nie najlepiej świadczy o całości, prawda? Ocena: 5/10.

Reklamy

Kan”ye” West czasami boi się samego siebie.

Kanye West zdążył już przyzwyczaić swoich słuchaczy, że albo nagrywa rzeczy wielkie, albo przynajmniej głośne i inne, na swój szalony sposób. O ósmym albumie rapera nie można powiedzieć ani pierwszego, ani drugiego. Trwający ledwie 25 minut krążek „ye” bardziej brzmi jak EP-ka zapowiadająca coś znacznie większego i lepszego. Nie jest to materiał wybitny, jednakże na dobrym poziomie. Kanye West po raz kolejny udowodnił, że jako producent spisuje się ponad normę. Kompozycje ładnie się łączą ze sobą, beaty stoją na solidnym poziomie a i słychać też dbałość o szczegóły. Jednym słowem standard Kanye Westa.

Nie jest to też kolejny szalony wybryk Westa. Ostatnie albumy rapera za każdym razem były inne. Od patetycznego „My Twisted Dark Fantasy„, przez surowe i chropowate „Yeezus” po innowacyjnie niechlujne „The Life Of Pablo„. Na tle tych krążków „ye” wygląda jak uczennica ubrana w szkolny uniform stojąca przy zespole punk rockowym. Płyta jest mocno stonowana i nie wywołuje większych emocji. Oczywiście swój medialny szum przeżyła, bo w końcu to krążek samego Kanye Westa i stanowi jakiś tam fragment wydawnictw spod szyldu GOOD Music. Poza tym porusza głośne tematy nawiązując do polityki Stanów Zjednoczonych, osoby Donalda Trumpa oraz akcji „Me Too„. No i małego smaczku dodaje sama okładka, która jest po prostu fotką strzeloną przez Westa na dzień przed premierą w górach Wyoming.

Czy warto sięgnąć po „ye„? Tak samo jak po każdy inny krążek rapera z Atlanty. West pewien standard zapewnia i generalnie jego najnowszego krążka słucha się dobrze. Z tym, że bez fajerwerków. Nie oczekujcie nic wielkiego, rewolucji nie ma. Ale takie kawałki jak „Ghost Town” czy też „Violent Crimes” potrafią wpaść w ucho. Niektórzy uważają, że ten album to zapowiedź znacznie większej i głośniejszej petardy. Ja osobiście uważam, że West po prostu dojrzał i zmienił się w pewien sposób. Myślę, że najbardziej szalone i najlepsze rzeczy ma już za sobą. Co nie zmienia faktu, że i tak sięgnę po jego kolejną muzyczną propozycję. Ocena: 7/10.

Pusha T vs reszta świata – recenzja „Daytona”

Powoli zaczynam się przekonywać, że rok 2018 to dobitnie rok hip-hopowy. Duża w tym zasługa Kanye Westa, który wydał już w tym roku swój kolejny album „Ye” (recenzji spodziewajcie się niebawem), wraz z Kid Cudim opublikował album jako Kids See Ghosts oraz pozostawił duży swój ślad na najnowszym wydawnictwie od Pusha T, gdzie wcielił się w rolę producenta i dorzucił kilka swoim wersów do utworu „What Would Meek Do?„.

Daytona” to zaledwie trochę ponad 20 minutowy materiał składający się z siedmiu utworów. Jednak nie chodzi o ilość, a o jakość. A ta jest wyborna. Pusha T z Kanye Westem serwują nam zestaw siedmiu KONKRETNYCH utworów, bez żadnego lania wody i przeciągania. Sama esencja, czysty alkohol bez zbędnej reszty. Nie ma tutaj ani jednej zbędnej sekundy. Cieszy mnie to, gdyż wspomniany duet szanuje mój czas, w przeciwieństwie do Drake’a (któremu notabene oberwało się od Pusha T), który ze swoimi płytami nie schodzi poniżej 20 utworów trwających ponad godzinę!

Całość zaczyna przyjemne dla ucha „If You Know You Know”, które idealnie wprowadza w ten krążek. Sporo wpływów Pana Westa odnajdziemy w kolejnym „The Games We Play„, gdzie możemy doszukiwać się powiązań z tegorocznym „Ye„. Następny w zestawie „Hard Piano” zachwyca popowym refrenem i udanym gościnnym występem Ricka Rossa. Soulowo rozpoczyna się „Come Back Baby” by szybko przejść do konkretnego, twardego hip-hopu, gdzie popis daje Pusha T swoimi ostrymi i ciętymi zwrotami. „Santeria” zachwyca głównie świetnie dobranym podkładem z zapadającym w pamięci gitarowym riffem. Całość kończy tajemnicze i mgliste „Infrared„.

Dlaczego warto przesłuchać „Daytona„? Przede wszystkim dla świetnych zwrotek pisanych przez Pusha T. Raper nie tylko rozprawia się tutaj ze swoimi rap rywalami ( boroczek Drake), ale bierze na swój cel tematy polityczne i religijne. Dzieje się, a nie zapominajmy, że płyta trwa trochę ponad długość odcinka Świata Według Bundych. Druga sprawa to świetne beaty wyprodukowane przez Kanye Westa, który pomimo tego, że jest mocno irytującym kolesiem to ucho i rękę do tworzenia chwytliwych beatów MA! Co więcej? „Daytona” to konkret płyta, która ma także swój niepowtarzalny klimat. Nie jest to może rzecz wybitna, która zapisze się w historii muzyki, ale z pewnością jeden z lepszych hip-hopowych materiałów wydanych do tej pory. Słuchać, nie gadać! Ocena: 9/10.

Beach House nauczyli się nie nudzić – recenzja „7”

Liczba siedem ma wiele określeń. Zarówno pozytywnych i negatywnych. Niektórym przynosi szczęście, wiele religii uważa ją za  liczbę spełnienia i dopełnienia a tacy piłkarze jak Szewczenko, Cristiano Ronaldo, Raul Gonzales, Franck Ribery czy też David Villa grali bądź grają z siódemką na plecach. Wiele się mówi też o magicznym siódmym roku w związku, który uważa się za kryzysowy i nie do przejścia dla niektórych małżeństw. Nową symbolikę tej liczbie nadała amerykańska grupa dream popowa Beach House, gdyż okazuje się, że przy siódmej płycie długogrającej można w końcu nagrać coś nie usypiającego słuchacza.

Ok, może trochę przesadzam. Przecież Beach House po prostu gra mało energiczny gatunek muzyki. Dream Pop – sama nazwa już wskazuje, że to coś sennego i lekkiego. Poza tym jak można się czepiać, kiedy to ich płyty zawsze dostawały wysokie oceny. Duet z Baltimore jest oczkiem w głowie recenzentów z Pitchforka, co odbijało się ocenami w pozostałych serwisach. Nie ukrywam, również i u mnie. Jednak będąc szczerym to pomimo tego, że sam przyznawałem dość dobre oceny płytom spod ręki Beach House to nigdy nie wracałem do tych albumów. Z jednej prostej przyczyny – piekielnie mnie nudziły. Wokal Victorii Legrand, momentami brzmiący na męski częściej odrzucał niż przyciągał, kompozycje zlewały się w jedną całość a senny klimat płyt sprawiał, że chciało mi się spać. Czy z perspektywy czasu zmieniłbym oceny? Pewnie nie, a jak już to nieznacznie. Także z jednej przyczyny, Beach House konsekwentnie nagrywa ambitne rzeczy.

Jednak dopiero przy siódmym albumie potrafili u mnie wywołać ten efekt WOW. Po pierwszym odsłuchu myślałem, że słucham jakiejś zapomnianej płyty Slowdive, która została nagrana we spółce z Kevinem Shieldsem. Już od pierwszych sekund album wbija w fotel za sprawą głębokich gitar w „Dark Spring„. Wyśmienicie rozwija się z sekundy na sekundę utwór „Dive„, gdzie pod koniec otrzymujemy ścianę brzmień gitarowych jak u Swans. Ręka w górę komu motyw przewodni w „Lemon Glow” przywołuje na myśl psychodeliczne zapędy Tame Impala? To nie koniec skojarzeń, gdyż  „Black Car” przypomina mi These New Puritans z okresu „Field of Reeds” a elektroniczne brzmienie „Woo” może budzić skojarzenia z The Chromatics. Jednym słowem nowa płyta Beach House to majstersztyk. Zarówno pod względem brzmienia całości jak i poszczególnych kompozycji.

Trochę szkoda, że musieliśmy aż tyle czekać by Amerykanie wskoczyli na właściwe tory. Z drugiej jednak strony to ich zaskoczenie nie było aż takie oczywiste i dobrze, że nagrali najnowszy longplay w takim kształcie . Sprawdźcie siódemkę, na prawdę warto. Jeżeli chcecie poczuć wyśmienite brzmienie gitar, wyłapywać te wszystkie skojarzenia z najlepszymi przedstawicielami shoegaze, indie rocka i post punku oraz posłuchać po prostu dobrej, ambitnej muzyki to trafiliście idealnie. Ocena: 9/10.

W Tranquilty Base Hotel & Casino wieje nudą – recenzja nowej płyty Arctic Monkeys

Arctic, the Monkeys po pięcioletniej przerwie powróciło z nowym materiałem. Niestety dla wszystkich fanów grupy i słuchaczy spragnionych dobrej muzyki mam złe wieści. Nie ma tutaj muzycznego sequelu na miarę „Obcy: Decydujące Starcie” czy też kolejnej części „Ojca Chrzestnego„. Dostajemy raczej nudną kontynuację nieźle zapowiadającego się filmu. Zacznijmy jednak od początku. W latach 2005-2007 Brytyjczycy byli jedną z najlepszych i najgłośniejszych kapeli tak zwanej New Rock Revolution. Wydane w tym czasie „Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not” czy też „Favourite Worst Nightmare” to już klasyki indie rocka. Jednak kiedy rewolucja się skończyła i opadł kurz należało znaleźć dla siebie nowe miejsce. Te Arctic Monkeys znalazło przy boku Josha Homme’a nagrywając kawałki w starym, dobrym stylu przypominające dokonania Black Sabbath. Przykładów szukajcie na rewelacyjnym „AM” z 2013 roku. Problem pojawił się dopiero w postaci omawianego „Tranquilty Base Hotel & Casino„.

Nie powiem, wieść o nowej płycie arktycznych małp mocno mnie ucieszyła. Jednak po pierwszych odsłuchach mój entuzjazm upadł. Nie jest to płyta co prawda zła, i być może faktycznie wystarczy ją puścić o drugiej w nocy w fotelu przy lampce dobrej brandy z piwniczki. Tylko co zrobić jeżeli ktoś nie ma brandy w piwnicy? Ba, nawet nie ma fotela (nie mówiąc o piwnicy z trunkami) a o drugiej w nocy śpi, bo ma na rano do roboty? Tutaj się pojawia problem. Podobał mi się ten amerykański, ciepły, mocny powiew w ich muzyce. Tutaj go dostaję w jakimś minimalnym stopniu, np. w chyba najlepszym „Star Treatment„. Przez resztę albumu wieje nudą i jest tak samo bezbarwnie  jak nowe zdjęcia promocyjne grupy w śmiesznych golfach.

Sam Alex Turner, który zawsze był jednym z najmocniejszych punktów grupy tutaj zawodzi na całego. Teksty są mało porywające, a sam wokalista przez większą część płyty śmiesznie pojękuje i wyje niczym wilk do księżyca. Gitary ustępują miejsca dźwiękom klawiszowym, co niestety nie pomaga. Nie chcę dalej czepiać się szczegółów, bo nie w tym sens. Główny i najpoważniejszy zarzut to nijakość tej płyty. Spodziewałem się jakiegoś fajnego, gitarowego koncept albumu a dostałem nie udaną próbę bycia The Beatles. Nie ma niczego gorszego w muzyce jak nudy.

Owszem, jeżeli ktoś będzie chciał bronić ten album to znajdzie odpowiednie argumenty. W końcu pod względem technicznym „Tranquilty Base Hotel & Casino” to wciąż rzecz nieosiągalna dla większości grup. Płytę słucha się całkiem dobrze, i pomijając fakt, że nie przynosi nam wielu wrażeń to nie jest ona stratą czasu. Rzecz w tym, że od  Arctic Monkeys można i powinno się wymagać więcej, a tutaj nie udało im się sprostać moim oczekiwaniom. Szkoda. Ocena: 6/10.

Gorzka pigułka TACONAFIDE – recenzja Soma 0,5 mg

Ok, wziąłem na warsztat TACONAFIDE. W końcu co druga playlista z największymi hiciorami na Spotify ma kawałki tego duetu, w sklepach muzycznych „Soma” zajmuje zaszczytne miejsce na sprzedażowych półkach a w necie pełno recenzji i memów na ich temat. Gorąca sprawa. Więc o co chodzi z tą całą wrzawą na temat „Soma 0,5 mg„?

Dla niewtajemniczonych (Są tacy?) TACONAFIDE to duet dwóch głośnych hip-hopowych nazwisk znad Wisły: Taco Hemingway’a i Quebonafide. Pierwszy błysnął jakiś czas temu świetnymi obserwacjami na krążku „Umowa na Dzieło” i od tamtego czasu pojawia się wszędzie. Drugi natomiast może pochwalić się kolaboracją z innymi artystami i wysokimi słupkami sprzedaży swoich płyt. Podobno byli skazani na siebie i sukces przy okazji, ale czy tak było rzeczywiście. Nie wiem, nie obserwowałem ich drogi.

Jednak oceniając na zimno ich wspólny krążek to muszę przyznać, że ma swoje momenty. Co prawda po przesłuchaniu singla promującego „Tamagotchi„, który swoją drogą jest kapitalny, spodziewałem się czegoś innego, lepszego. W końcu wspomniany singiel miał wszystko by przykuć moją uwagę. Świetny beat oparty na motywach wyjętych prosto z niemieckiej dyskoteki techno lat 90 oraz rewelacyjna wymiana zdań pomiędzy Taco i Quebe to idealna recepta na sukces. Jednak reszta utworów to nie zawsze miła do przełknięcia pigułka. A przecież nazwa, która nawiązuje do tabletki szczęścia z powieści „Nowy Wspaniały Świat” sugeruje, że powinno być przyjemnie.

Generalnie łatwiej mi wymienić kawałki, które poza wspomnianym „Tamagotchi” przypadły mi do gustu. Dobrze mi się słuchało „Metallica 808„, które ładnie sampluje „Fade To Black” oraz „The Unforgiven” legend ciężkiego rocka. Podoba mi się też podkład w „Ekodiesel” oraz dogryzki w „Kryptowalutach„. I to chyba by było na tyle. Reszta kawałków TACONAFIDE nie zapadła mi w pamięci. Jest zbyt przewidywalnie, momentami zbyt sztucznie a o oryginalności i świeżości możemy zapomnieć. TACO zapadł mi w pamięci jako świetny obserwator, tutaj jednak skupia się na opisywania życia odkąd zarabia na muzyce. Rapowanie o hajsie i o gorzkiej stronie życia związanej ze sławą? Gdybym był młodszy pewnie bym to łyknął. Tutaj po prostu to na mnie nie działa. Quebe natomiast ładnie brzmi wokalnie, ale treści też w tym nie za wiele. Widać, że mocno sili się na zachodnie trendy. I dobrze, w końcu Stany Zjednoczone dyktują reguły tej gry, jednak powinien odnaleźć w tym swój własny styl.

Zauważyłem, że TACONAFIDE próbuje się przylepić łatkę z napisem „Muzyka dla gimnazjalistów”. Nie żebym bronił ten hip-hopowy duet, ale po pierwsze ich target jest na wymarciu bo gimnazja wkrótce znikną. Po drugie znaczna większość fanów The Beatles w latach 60 to byli dzieciaki w wieku 14-17 lat. Więc bez napinki. Szanuje drogę jaką obrali. Doskonale uzupełnili polską scenę hip-hopową, która potrzebowała czegoś mainstreamowego nie będące wyjadaczem dorabiającym w TV (Peja, Vienio) czy też hip-hopolo w stylu 18L. Sama „Soma 0,5 Mg” to płyta przyzwoita, która ma dobre momenty. Jednak nie ma co się łudzić, nie zapisze się w historii jak chociażby „Art Brut” czy też „Światła Miast„. Ocena: 5/10.

Kolejny debiut Soccer Mommy – recenzja „Clean”

Soccer Mommy, czyli Sophie Allison po raz kolejny zadebiutowała na rynku muzycznym. Co prawda artystka pochodząca z Szwajcarii nagrała już do tej pory pięć płyt, z czego cztery we własnym pokoju, to dopiero najnowszy „Clean” został zarejestrowany we studio z grającym zespołem. Jako, że piosenkarka wychowała się w Nashville – amerykańskiej stolicy country, to słychać w jej twórczości skłonności do kowbojskiego popu. Mówiąc o muzycznych wpływach, to są to przede wszystkim kobiety z gitarą. Te bardziej mainstreamowe jak Avril Lavgine czy Taylor Swift oraz bardziej niszowe jak chociażby ostatnie objawienie Mitski czy też Frankie Cosmos.

Jej tegoroczny produkt „Clean” póki co zbiera same wysokie oceny, a Pitchfork już zdążył ogłosić wokalistkę odkryciem roku. Ten pozytywny odbiór wcale mnie nie dziwi. Jej krążek to piękna, sentymentalna podróż do czasów młodości. Delikatny głos działający w spółce z przyjemną gitarą zadowoli każdego słuchacza o romantycznej duszy. Bądźmy szczerzy, większość ludzi lubi wracać myślami do starych czasów, zwłaszcza beztroskiej młodości, gdy człowiek martwił się jedynie czy mu starczy pieniędzy na wakacje lub browara. Ta płyta pomaga nam w tej podróży w czasie zdecydowanie!

Płyta opiera się głównie o powolne, balladowe utwory. Rzadko kiedy usłyszymy coś więcej poza brzmieniem gitary i głosem Sophie Allison. Artystka w swoich tekstach rozlicza się z wakacyjnych miłości i wraca do czasów dojrzewania. Te wypełnione sentymentalnymi wspomnieniami teksty idealnie łączą się z łagodną warstwą muzyczną. Najlepszy na tym krążku „Your Dog” zachwyca świetną partią basową. Niewinnie rozpaczające się „Flaw” z każdą sekundą pięknie się rozkręca, natomiast „Blossom (Wasting All My Time)” mógłby nagrać Sufjan Stevens, gdyby był kobietą. Do gustu jednak najmocniej przypadł mi „Last Girl„, z tego względu, że lubię tego typu odjechane kawałki, które mógłby zagrać Mac DeMarco.

Podsumowując, piłkarska mamuśka prochu tym albumem nie wymyśla, jednak jest w nim coś co przykuwa naszą uwagę. Chyba czasem dobrze jest posłuchać czegoś szczerego i nie robionego na siłę. „Clean” to pięknie zagrana, sentymentalna płyta, która jest idealna na ciepły dzień (czyli na jeden raz). Ocena: 6/10.