These New Puritans potwierdzają swoją pozycję – recenzja „Inside The Rose”

Braterski duet Barnettów ponownie udowodnił, że These New Puritans jest w dobrej formie. Ich najnowszy album „Inside The Rose” od razu ujął moją duszę, a i z tego co czytałem w internetach to jest to jedna z lepszych płyt alternatywnych tego roku. Są głosy mówiące, że ich czwarty album jest ih opus magnum. Mógłbym się z tym stwierdzeniem zgodzić, gdyby „Field of Reeds” nie było tak genialnym albumem! Generalnie Anglicy w piękny sposób się rozwijają. Ich debiutancki album „Beat Pyramid” był intrygującą mieszanka indie rocka, elektroniki z elementami r’n’b? Kolesie wyglądali na osiedlowych freaków bawiących się w muzykę, ale nie wiedzących jeszcze jak ma brzmieć ich twórczość. Wszystko się ustabilizowało wraz z wyjściem „Hidden„, które w pewien sposób określiło ich jako twórców z pogranicza post-rocka i elektroniki. Jednak prawdziwa perełka wyszła trzy lata później. „Field of Reeds” brzmiało dokładnie tak jak zapomniana w dyskografii płyta Radiohead.

OK, skoro nowy album nie przeskakuje dokonań poprzedniego to czy warto go przesłuchać? Absolutnie, TAK! W mojej ocenie różnica pomiędzy tymi dwoma krążkami jest tak nie wielka, że całkiem możliwe, że za jakiś czas będę twierdził, że to „Inside The Rose” jest jednak tym najlepszym. Bracia Barnett ponownie postawili na intymne, piękne i intrygujące kompozycję, gdzie doszukamy się zarówno inspiracji wspomnianym wcześniej Radiohead jak i Talk Talk. Sporo tutaj kapitalnie brzmiącej elektroniki, która z gracją wkomponowuje się w bardziej gitarowe momenty. Anglicy bardzo dobrze operują na płycie różnymi nastrojami i barwami dźwięku.

Całość otwiera świetnie wprowadzający w klimat płyty „Infinity Vibraphones„, który defacto jest najbardziej energicznym utworem na albumie. Bogate brzmienie i świetne partie wokalne mocno oddziałują na nasze zmysły. „Anti-Gravity” zaczyna się niczym soundtrack filmowy by przyciągnąć naszą uwagę perkusją. Z kolei „Beyond Black Suns” zachwyca głównie klawiszowymi wstawkami i kapitalnymi chórkami. Tytułowy „Inside The Rose” to elektroniczny rozpierdziel, gdzie kapitalne synthy łączą się z wycofanym wokalem i elementami smyczkowymi. „Where The Trees Are On Fire” to moim zdaniem najpiękniejszy i najlepszy utwór na płycie, który najbardziej przypomina kompozycje z „Field of Reeds„. Drugi najlepszy utwór z płyty to „A-R-P„, gdzie przez blisko ponad 6 minut otrzymujemy świetne synthy oraz świetnie poprowadzoną dramaturgię utworu. Całość kończy epicki „Six„.

Podsumowując, These New Puritans nie zawiedli. Wręcz przeciwnie, dali popis swojego podejścia do muzyki i wrażliwości. W udany sposób zaprezentowali świetnie brzmiący materiał. Piękne, niemalże kryształowe, bez jakiejkolwiek skazy kompozycję cieszą ucho i serce. Pozycja obowiązkowa dla każdego konesera dobrej i ambitnej muzyki. Ocena: 9/10.

Reklamy

Jeszcze bardziej piosenkowa Rebeka – recenzja „Post Dreams”

Duet Rebeka składający się z wokalistki Iwony Skwarek i producenta Bartosza Szczęsnego wydał właśnie swój trzeci długograj pt. „Post Dreams„. Jest to najbardziej melodyjny i piosenkowy album grupy, pięknie eksplorujący motywy lat 80. Jest to także prawdopodobnie ich najlepszy krążek jak dotąd. Ale o tym później. Przypomnijmy sobie pokrótce historię poznaniaków. Grupa powstała w 2010 roku, jednak ich debiutancki longplay pojawił się dopiero trzy lata później. Hellada” zebrała wówczas dobre recenzje, co pozwoliło Rebece wypłynąć na szersze wody polskiego przemysłu muzycznego. W 2016 grupa musiała się zmierzyć z „syndromem drugiej płyty”. Wydany w tym czasie „Davos„to niezły album, jednak w mojej ocenie nie przeskoczył debiutu. Jednakże po czasie całkiem przyjemnie słuchało mi się tych kompozycji.

Parę tygodni temu ukazał się trzeci longplay Rebeki „Post Dreams„. Płyta była zapowiadana jako najbardziej piosenkowe wydawnictwo poznańskiego duetu. I rzeczywiście taka jest. Co oczywiście pozytywnie wpływa na odbiór całości. Przyznaje szczerze, że te luźne, melodyjne, wręcz popowe oblicze (oczywiście z małą domieszką zimnofalowości) bardziej pasuje do Rebeki, aniżeli te poważne z wcześniejszych płyt. Fajnie też, że Iwona Skwarek coraz bardziej przekonywuje się do śpiewania w ojczystym języku. Na nowej płycie mamy jedenaście utworów, z czego trzy są zaśpiewane w języku polskim. W moim odczuciu były one na wyższym poziomie, niż te w języku angielskim.

Całość otwiera spokojna „India„, która opiera się na świetnych synthach z elementami smyczkowymi. Kapitalny refren wprowadza nas w bardziej popowe oblicze grupy. „Cavegirl” ładnie nawiązuje do lat 80, a jego joggingowa wersja jest nagrana po prostu w dynamiczniejszym tempie. Czy dobrze się przy tym biega? Tego nie sprawdzałem, ale wierzę, że tak! „Elesi” to chwytliwy, dyskotekowy wręcz kawałek do którego nóżka sama tupta. Słychać sporo inspiracji Cut Copy. Kolejny „Fale” uderza bardziej w post-punkowe brzmienie i jest jednym z najlepszych momentów płyty. Tempo płyty nam nieco zwalnia przy „Zachodzie„, które za sprawą trąbki brzmi momentami jazzowo. Warto zwrócić uwagę na mroczne, ponure, ale jednocześnie piękne „Światła„. Całość natomiast kończy balladowe „Mama„.

Podsumowując, Rebeka wydała bardzo dobrą płytę, która zaskakuje momentami chwytliwością i melodyjnością. Są tu również momenty bardziej mroczne czy też gitarowe. Co nie zmienia faktu, że takie oblicze poznaniaków podoba mi się. Duet ładnie wchodzi w lata 80 i wyciąga z nich to co najlepsze. Mam nadzieję też, że w przyszłości Iwona Skwarek da jeszcze więcej miejsca na kompozycje w języku polskim. Ocena: 7/10.

James Blake przyjął kolejną formę – recenzja „Assume Form”

Nowy rok recenzencki zaczynam z kopyta. W końcu James Blake obecnie to nie byle kto. Ma na koncie cztery albumy (wszystkie bardzo dobrze przyjęte), sześć EP-ek, nagrodę Mercury Prize za album „Overgrown” oraz liczne muzyczne współprace z największymi współczesnymi muzykami i producentami m.in. Kendrickiem Lamarem, raperem Jay-Z i jego żoną Beyonce czy też Frankiem Oceanem. Ponadto londyńczyk stworzył swój własny, unikalny i niepowtarzalny styl, który dopracowuje i urozmaica na każdym swoim nowym krążku.

To samo dotyczy jego najnowszej produkcji, czyli „Assume Form„. Anglik ponownie wchodzi w świat minimalnej elektroniki okraszonej licznymi zagraniami fortepianu, która łagodnie wtapia się w soul i R’n’B oraz zachwyca się współczesnym hip-hopem. Kolejny raz wrażenie robi na nas lista gości, która wspomaga Jamesa Blake’a. Pojawia się przecież legendarny już Andre3000, usłyszymy także popularnego ostatnio Travisa Scotta a także ROSALIA, Metro Boomina oraz Moses Sumneya. Utwór „Where’s The Catch?” w którym swoją zwrotkę ma jeden z liderów OutCast to najbardziej mocny i hip-hopowy kawałek na albumie, gdzie dominują raczej klimaty spokojniejsze. „Mile High” z udziałem Scotta to nawiązanie do współcześnie popularnych trendów w rapie. Kolejny „Tell Them” podtrzymuje jeszcze ten klimat, jednak w mniejszych stężeniach, gdyż raczy nas szerszą paletą dźwięków i nawiązań.

Barefoot In The Park” z kolei to najbardziej melodyjny i wpadający w ucho utwór. Dzięki wokalowi Rosali nabiera on sporo latynoskiego folkloru i można w sumie powiedzieć, że to chyba najbardziej radiowy kawałek – o ile taka definicja obecnie jest jeszcze w stanie cokolwiek zobrazować. A co z pozostałymi utworami, w których James Blake działa w pojedynkę? No też jest świetnie. Anglik tym razem wydaje się być szczerszy i bardziej otwarty. Chwyta słuchacza za serducho gdy bezpośrednio śpiewa: „Are You In Love? Do your best impression for me /  I try my hardest for you„. Innym razem zaraża optymizmem rzucając: „I thought I might be better dead, but I was wrong / I thought everything could fade, but I was wrong / I thought I’d never find my place, but I was wrong / And where I least wanted to look, it came along”. Jego „Don’t Miss” momentami przypomina mi świetne refreny z „Burst Apart” The Antlers a „Into The Red” tworzy kapitalny motyw klawiszowy. Całość kończy kołysnaka w Blake’owym stylu „Lullalby For My Insomniac„.

Na „Assume Form” James Blake ponownie nas zachwyca swoimi zdolnościami zarówno wokalnymi jak i produkcyjnymi. Anglik ma świetne poczucie muzycznej estetyki i potrafi tak kolaborować gatunkami i stylami, że wciąga słuchacza w swój świat bez opamiętania. Podoba mi się także, że jest otwarty na  hip-hop i pozostaje na czasie wrzucając także trochę trapów na swój album. Poza tym jego czwarty w kolekcji krążek wydaje się być najdojrzalszym i najbardziej otwartym wyznaniem autora. Pozycja stanowczo obowiązkowa dla każdego fana dobrej, nieco trudnej, ale wciągającej muzyki. Ocena: 8/10.

 

 

 

Jak muzyka do filmu, to tylko u Thoma Yorke’a – recenzja soundtracku Suspirii

To nie pierwsza przygoda z muzyką filmową dla Thoma Yorke’a. 18 Lat temu wokalista Radiohead wraz z Bjork nagrał utwór „I’ve Seen It All” specjalnie na potrzeby filmu „Tańcząc w ciemnościach„. Druga próba miała miejsce w 2015 roku przy okazji wydania piosenki „Spectre„, która ostatecznie nie znalazła się w filmie z Jamesem Bondem. Pomimo tego anglik nigdy nie miał okazji stworzyć całego soundtracku filmowego, dlatego propozycja by stworzył ścieżkę filmową do remake’a klasycznego już horroru Dario Argento była dla niego zaskoczeniem.

Przyznam szczerze, że wyczekiwałem tego albumu z niecierpliwością. Zaprezentowany wcześniej utwór „Suspirium” przykuł moją uwagę do tego muzycznego wydarzenia. A wydane później „Has Ended” zaostrzyło tylko mój apetyt. Teraz gdy przesłuchałem całość, mogę śmiało powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowany tym co otrzymałem. Nie byłem na początku pewien w którą stronę pójdzie muzyk i czy przypadkiem nie zaserwuje nam zbyt eksperymentalnej muzyki. Jednak Thom Yorke zachował pełną równowagę i co najważniejsze ten niepowtarzalny klimat.

Soundtrack stworzony przez lidera Radiohead składa się z 25 utworów podzielonych na dwie płyty. Materiału do zapoznania było zatem sporo. Yorke całkiem sprawnie miesza tutaj muzyczne gatunki od muzyki orientalnej po mroczny ambient. Nie brakuje tutaj również typowej, instrumentalnej muzyki filmowej, która idealnie oddaje charakter filmu. Mianowicie wprowadza uczucie niepewności i zagubienia, a o tym właśnie jest ten film. Przynajmniej wersja Dario Argento z 1977 roku. W soundtrack są także wplecione typowe piosenki jak wspomniane wcześniej „Suspirium„, „Has Ended” czy też „Unmade„, gdzie usłyszymy jak zwykle wspaniały głos Pana Yorke’a.

Nie jestem fanem remake’ów, jednak po przesłuchaniu tego soundtracku jestem strasznie ciekaw nowego filmu w reżyserii Luki Guadagnino. Poza tym czy film w którym gra Tilda Swinton może nie być ciekawy? Soundtrack do „Suspirii” to wyjątkowa podróż przez mroczne korytarze cenionej szkoły baletowej. Jest na tej płycie klimat tej historii, jest mrocznie (jak to w horrorze) i wciągająco (jak to u Yorke’a). Mam nadzieję, że usłyszę jeszcze w jakimś filmie (Najlepiej horrorze) muzykę Yorke’a, wychodzi mu ona kapitalnie. Ocena: 8/10.

Fucked Up spieprzyli sprawę – recenzja „Dose Your Dreams”

Po przesłuchaniu dwóch pierwszych utworów z „Dose Your Dreams” byłem święcie przekonany, że w końcu będę miał okazję napisać recenzję negatywną. Już to kiedyś tłumaczyłem, ale powtórzę – Jakieś 90 % rzeczy przeze mnie recenzowanych to płyty bądź filmy godne polecenia, z nalepką „Paweuu Alterativ Blog Accept”. Trochę mi szkoda czasu na słuchanie brzdąkania, które z góry wiem, że będzie kiepskie. Stąd też rzadko zdarza mi się „zjebać” autorów muzyki, a czasami warto napisać taką recenzję. Tak, dla odmiany.

Myślałem, że Kanadyjczycy z Fucked Up dadzą mi taką okazję. W końcu ich najnowszy, piąty album „Dose Your Dreams” zaczyna się bardzo źle. Na prawdę byłem zdziwiony, że autorzy takiej perełki jaką było swego czasu „The Chemistry of Common Life” potrafili się tak stoczyć. Nawet nie wiem co to było, jakieś połączenie kiepskiego hardkoru z muzyką SKA i punku? Dla niewtajemniczonych SKA to równie najgorszy gatunek muzyczny co polskie reagge. Zupełnie chybiony strzał.

Swoją drogą takich potknięć na tej płycie jest więcej. Eksperymenty w stylu „Mechanical Bull” czy też „Accelerate” nie przypadły mi do gustu. Momentami Fucked Up za bardzo kombinuje i w ostatecznym rozrachunku na tym traci. Za dużo dla mnie na tej płycie takiej oczywistej oczywistości wymieszanej z głupimi pomysłami. Strasznie mi też nie pasują w tym kobiece wokale… Nie żebym miał coś do kobiet w cięższych klimatach, bo na ostatniej płycie Deafheaven też mieliśmy damski wokal, a ich płyta najprawdopodobniej będzie moim numerem jeden w podsumowaniu całorocznym. Po prostu za dużo tu kombinowania co źle wpływa na odbiór całości. Materiał jest stanowczo za długi (prawie 82 minuty! – 18 tracków) i nierówny.

Jednakże nie mogę totalnie zjechać Damiana Abrahama i spółki bo generalnie „Dose Your Dreams” ma także dobre momenty. „Came Down Wrong” ma przyjemną linię gitar (J Macis!) i i ładnie flirtuje  z popem. Natomiast w „The One I Want Will Come for Me” dostajemy wciągającą psychodeliczną końcówkę. Na plus można także odnotować balladę „Love Is an Island in the Sea„. Jednak to stanowczo bym mógł w pełni ten krążek polecić. Niech nie zmyli was ocena na Pitchforku, oni tam ostatnio za dużo jarają legalnego ziołą z Kanady. Ocena: 4/10.

Lepsi, dojrzalsi, jeszcze lepsi The Dumplings – recenzja płyty „Raj”

Jakie to w muzyce jest przewrotne, gdy w jednej chwili czegoś nie cierpimy by za chwilę to wielbić. Przyznaje się bez bicia, że nie jestem fanem wczesnej twórczości duetu z Zabrza. „No Bad Days” był dla mnie albumem chamsko rzucającym się na fejm elektronicznego indie, przejhajpowanym, słabym i po prostu nudnym. Siłą rzeczy nie byłem zainteresowany by zapoznać się z „See You Later„. Jednak gdy pewnego dnia na Trójce usłyszałem utwory z płyty „Raj” to byłem w szoku, jakiej niebywałej transformacji dostąpił śląski duet.

Po pierwsze wszystkie utwory są zaśpiewane w naszym, pięknym, rodzimym języku. Gratuluje tej decyzji, gdyż śpiewanie po polsku nie jest prostą sprawą. Łatwo można uderzyć w pretensjonalność lub banał a tu udało się tego uniknąć. Swoją drogą, lubię gdy polskie zespoły śpiewają po polsku. Nie oszukujmy się, wielkiej kariery nie robimy na zagranicznych rynkach, śpiewanie po angielsku jest po prostu łatwiejsze.

Druga sprawa to rozwój wokalny jaki zanotowała Justyna Święs. To, że jest ona utalentowaną wokalistką mogliśmy się przekonać na płytach takich zespołów jak: Rysy, Małe Miasta czy też Fisz, Emade, Tworzywo. Jednak pełnie swoich zdolności pokazała dopiero na tej płycie. Bardzo wciągający i dojrzały głos wokalistki jest duży atutem „Raju„. Z grzeczności zacząłem od Pani Święs, ale na wyróżnienie zasługuje również muzyka stworzona przez Jakuba Karasia.

The Dumplings sięgają na tej płycie po wiele muzycznych gatunków od muzyki filmowej po orientalną. Przykładowo otwierające całość „Kino” brzmi jak soundtrack z serialu „Rojst„, by po chwili wejść w mocno elektroniczne klimaty zahaczające prawie o techno. Tytułowy „Raj” niebezpiecznie uderza w tony dance-punku, natomiast „Deszcz” ociera się o ambient. „Uciekam” to klasyczny elektro-pop, który mocno mi się kojarzy z muzyką Izy Lach. W utworze „Nieszczęśliwa” The Dumplings już nie próbuje nawet ukrywać swoich fascynacją muzyką elektroniczną i uderza w stronę techno i łączy to z muzyką orientalną. „Frank” ocieka latami 80, a kończący całość „Tam gdzie jest nudno, ale gdzie będziemy szczęśliwi” zaczyna się jako patetyczna ballada oparta na fortepianie i mocy głosu Justyny Święs by przeobrazić się w synth-popowy szlagier.

Jest mocno nastrojowo, klimatycznie i chwytliwie. Słychać na tej płycie, że Jakub Karaś nie boi się eksperymentów. Podoba mi się droga jaką obrali zabrzanie i z całą pewnością z większym zainteresowaniem sięgnę po ich następną płytę. Ocena: 7/10.

Gorzka pigułka TACONAFIDE – recenzja Soma 0,5 mg

Ok, wziąłem na warsztat TACONAFIDE. W końcu co druga playlista z największymi hiciorami na Spotify ma kawałki tego duetu, w sklepach muzycznych „Soma” zajmuje zaszczytne miejsce na sprzedażowych półkach a w necie pełno recenzji i memów na ich temat. Gorąca sprawa. Więc o co chodzi z tą całą wrzawą na temat „Soma 0,5 mg„?

Dla niewtajemniczonych (Są tacy?) TACONAFIDE to duet dwóch głośnych hip-hopowych nazwisk znad Wisły: Taco Hemingway’a i Quebonafide. Pierwszy błysnął jakiś czas temu świetnymi obserwacjami na krążku „Umowa na Dzieło” i od tamtego czasu pojawia się wszędzie. Drugi natomiast może pochwalić się kolaboracją z innymi artystami i wysokimi słupkami sprzedaży swoich płyt. Podobno byli skazani na siebie i sukces przy okazji, ale czy tak było rzeczywiście. Nie wiem, nie obserwowałem ich drogi.

Jednak oceniając na zimno ich wspólny krążek to muszę przyznać, że ma swoje momenty. Co prawda po przesłuchaniu singla promującego „Tamagotchi„, który swoją drogą jest kapitalny, spodziewałem się czegoś innego, lepszego. W końcu wspomniany singiel miał wszystko by przykuć moją uwagę. Świetny beat oparty na motywach wyjętych prosto z niemieckiej dyskoteki techno lat 90 oraz rewelacyjna wymiana zdań pomiędzy Taco i Quebe to idealna recepta na sukces. Jednak reszta utworów to nie zawsze miła do przełknięcia pigułka. A przecież nazwa, która nawiązuje do tabletki szczęścia z powieści „Nowy Wspaniały Świat” sugeruje, że powinno być przyjemnie.

Generalnie łatwiej mi wymienić kawałki, które poza wspomnianym „Tamagotchi” przypadły mi do gustu. Dobrze mi się słuchało „Metallica 808„, które ładnie sampluje „Fade To Black” oraz „The Unforgiven” legend ciężkiego rocka. Podoba mi się też podkład w „Ekodiesel” oraz dogryzki w „Kryptowalutach„. I to chyba by było na tyle. Reszta kawałków TACONAFIDE nie zapadła mi w pamięci. Jest zbyt przewidywalnie, momentami zbyt sztucznie a o oryginalności i świeżości możemy zapomnieć. TACO zapadł mi w pamięci jako świetny obserwator, tutaj jednak skupia się na opisywania życia odkąd zarabia na muzyce. Rapowanie o hajsie i o gorzkiej stronie życia związanej ze sławą? Gdybym był młodszy pewnie bym to łyknął. Tutaj po prostu to na mnie nie działa. Quebe natomiast ładnie brzmi wokalnie, ale treści też w tym nie za wiele. Widać, że mocno sili się na zachodnie trendy. I dobrze, w końcu Stany Zjednoczone dyktują reguły tej gry, jednak powinien odnaleźć w tym swój własny styl.

Zauważyłem, że TACONAFIDE próbuje się przylepić łatkę z napisem „Muzyka dla gimnazjalistów”. Nie żebym bronił ten hip-hopowy duet, ale po pierwsze ich target jest na wymarciu bo gimnazja wkrótce znikną. Po drugie znaczna większość fanów The Beatles w latach 60 to byli dzieciaki w wieku 14-17 lat. Więc bez napinki. Szanuje drogę jaką obrali. Doskonale uzupełnili polską scenę hip-hopową, która potrzebowała czegoś mainstreamowego nie będące wyjadaczem dorabiającym w TV (Peja, Vienio) czy też hip-hopolo w stylu 18L. Sama „Soma 0,5 Mg” to płyta przyzwoita, która ma dobre momenty. Jednak nie ma co się łudzić, nie zapisze się w historii jak chociażby „Art Brut” czy też „Światła Miast„. Ocena: 5/10.