Gorzka pigułka TACONAFIDE – recenzja Soma 0,5 mg

Ok, wziąłem na warsztat TACONAFIDE. W końcu co druga playlista z największymi hiciorami na Spotify ma kawałki tego duetu, w sklepach muzycznych „Soma” zajmuje zaszczytne miejsce na sprzedażowych półkach a w necie pełno recenzji i memów na ich temat. Gorąca sprawa. Więc o co chodzi z tą całą wrzawą na temat „Soma 0,5 mg„?

Dla niewtajemniczonych (Są tacy?) TACONAFIDE to duet dwóch głośnych hip-hopowych nazwisk znad Wisły: Taco Hemingway’a i Quebonafide. Pierwszy błysnął jakiś czas temu świetnymi obserwacjami na krążku „Umowa na Dzieło” i od tamtego czasu pojawia się wszędzie. Drugi natomiast może pochwalić się kolaboracją z innymi artystami i wysokimi słupkami sprzedaży swoich płyt. Podobno byli skazani na siebie i sukces przy okazji, ale czy tak było rzeczywiście. Nie wiem, nie obserwowałem ich drogi.

Jednak oceniając na zimno ich wspólny krążek to muszę przyznać, że ma swoje momenty. Co prawda po przesłuchaniu singla promującego „Tamagotchi„, który swoją drogą jest kapitalny, spodziewałem się czegoś innego, lepszego. W końcu wspomniany singiel miał wszystko by przykuć moją uwagę. Świetny beat oparty na motywach wyjętych prosto z niemieckiej dyskoteki techno lat 90 oraz rewelacyjna wymiana zdań pomiędzy Taco i Quebe to idealna recepta na sukces. Jednak reszta utworów to nie zawsze miła do przełknięcia pigułka. A przecież nazwa, która nawiązuje do tabletki szczęścia z powieści „Nowy Wspaniały Świat” sugeruje, że powinno być przyjemnie.

Generalnie łatwiej mi wymienić kawałki, które poza wspomnianym „Tamagotchi” przypadły mi do gustu. Dobrze mi się słuchało „Metallica 808„, które ładnie sampluje „Fade To Black” oraz „The Unforgiven” legend ciężkiego rocka. Podoba mi się też podkład w „Ekodiesel” oraz dogryzki w „Kryptowalutach„. I to chyba by było na tyle. Reszta kawałków TACONAFIDE nie zapadła mi w pamięci. Jest zbyt przewidywalnie, momentami zbyt sztucznie a o oryginalności i świeżości możemy zapomnieć. TACO zapadł mi w pamięci jako świetny obserwator, tutaj jednak skupia się na opisywania życia odkąd zarabia na muzyce. Rapowanie o hajsie i o gorzkiej stronie życia związanej ze sławą? Gdybym był młodszy pewnie bym to łyknął. Tutaj po prostu to na mnie nie działa. Quebe natomiast ładnie brzmi wokalnie, ale treści też w tym nie za wiele. Widać, że mocno sili się na zachodnie trendy. I dobrze, w końcu Stany Zjednoczone dyktują reguły tej gry, jednak powinien odnaleźć w tym swój własny styl.

Zauważyłem, że TACONAFIDE próbuje się przylepić łatkę z napisem „Muzyka dla gimnazjalistów”. Nie żebym bronił ten hip-hopowy duet, ale po pierwsze ich target jest na wymarciu bo gimnazja wkrótce znikną. Po drugie znaczna większość fanów The Beatles w latach 60 to byli dzieciaki w wieku 14-17 lat. Więc bez napinki. Szanuje drogę jaką obrali. Doskonale uzupełnili polską scenę hip-hopową, która potrzebowała czegoś mainstreamowego nie będące wyjadaczem dorabiającym w TV (Peja, Vienio) czy też hip-hopolo w stylu 18L. Sama „Soma 0,5 Mg” to płyta przyzwoita, która ma dobre momenty. Jednak nie ma co się łudzić, nie zapisze się w historii jak chociażby „Art Brut” czy też „Światła Miast„. Ocena: 5/10.

Reklamy

Młodzi ojcowie słodzą herbatę cukrem koksowym – recenzja „Cocoa Sugar”

Szkockiego tria Young Fathers raczej nie trzeba zbytnio przedstawiać. Ich debiutancki krążek z 2014 roku „Dead” otrzymał prestiżową nagrodę Mercury Prize, dzięki czemu zespół stanął w jednym rzędzie z takimi tuzami jak m.in. Portishead, Primal Scream, The XX czy też Arctic Monkeys. Nagrodę dostali tą w pełni zasłużenie, ode mnie wówczas ten album również dostał pozytywną ocenę. Wydany rok później „White Men Are Black Men Too” ponownie zebrał pochlebne recenzje, a zespół można było zobaczyć w Polsce m.in. podczas OFF Festivalu czy też w Jazz Klubie Hipnoza w Katowicach. Nawet Danny Boyle, reżyser drugiej części Trainspotting umieścił ich utwory w filmowym soundtracku.

Niedawno ukazała się kolejna propozycja od muzyków z Edynburga. „Cocoa Sugar” to trzeci w ich kolekcji album długogrający i kolejny z kolei, który zbiera dobre oceny. Jaki jest przepis na ich sukces? Przede wszystkim Szkoci po raz kolejny nie dają się wygodnie zaszufladkować. Czego tutaj nie ma! Na tym trwającym nieco ponad półgodziny materiale usłyszymy hip-hop, obłędną elektronikę, soul, gospel, muzykę afrykańską, a i często zespół zawędruje w bardziej popowe rejony. Młodzi ojcowie pomimo tego, że czerpią inspiracje z całkowicie odmiennych gatunków, to robią to całkowicie z głową. Na tej płycie wszystko ma ręce i nogi.

Cocoa Sugar” w porównaniu do poprzednich płyt wydaje się być bardziej melodyjne i przystępne. Już singiel promujący całość „Lord” czule pieści nasze uszy swoją pogodną melodią. Young Fathers słynęli ze swojej tajemniczości i mroczności (Kto był na koncercie, ten wie), jednak na tym krążku jest więcej miejsca dla przyjemnej elektroniki i podniosłych chórków. Płytę słucha się dość szybko i przyjemnie. Jeżeli chodzi o warstwę liryczną to znajdziemy na tym LP sporo świetnych linijek/wersów. Zespół nie odstaje i nie boi się poruszać bieżących tematów.

Podsumowując „Cocoa Sugar” to album, który wyjątkowo dobrze się słucha i przy którym czas mija bardzo szybko. Pomimo ocieplenia muzycznego wizerunku, zespół wciąż brzmi intrygująco i ciekawie. Young Fathers umiejętnie mieszają gatunki, bawiąc się konwencjami i poruszając przy tym ważne tematy. Nie wiele jest takich zespołów, dlatego koniecznie warto sprawdzić trzeci longplay od szkotów. Ocena: 7/10.

Król King Krule – recenzja „The Ooz”

By odrzucić propozycję nagrania wspólnego kawałka z Kanye Westem, trzeba mieć tupet i jaja. Sukces gwarantowany, a kasa też by się zgadzała. Nie dla Archy’ego Ivana Marshalla, znanego szerzej jako King Krule. Rudzielec z Londynu stwierdził szczerze, że… się mu nie chciało. Winszuje odważnej decyzji, bo jak się okazało sława u boku Kanye Westa wcale nie jest mu potrzebna, gdy nagrywa się takie albumy jak tegoroczny „The Ooz„.

Wspomniana płyta do tej pory zbiera same pozytywne recenzje. Co więcej sam King Krule zalicza czołówki tegorocznych podsumowań muzycznych. I słusznie. U mnie pewnie będzie podobnie, gdy tylko nadrobię stertę albumów z 2017 roku. Taka moja grudniowo-styczniowa tradycja.

Wróćmu jednak do samego „The Ooz„. To chyba najbardziej niejednoznaczny i dzięki temu charakterystyczny zestaw piosenek, jaki usłyszałem w mijającym roku. Archy porusza się tutaj w gęstej mgle punkowego jazzu i post-punku, dorzucając elementy indie rocka i trip-hopu. Taki angielski odpowiednik Thundercata, który też lubi eksperymenty z brzmieniem. Z tym, że o ile Thundercat na tegorocznym „Drunk” miał wiele ciekawych motywów, to jednak żaden z nich nie doczekał się rozwinięcia. Inaczej wygląda sprawa na „The Ooz„. King Krule każdy temat ciągnie od początku do końca, dzięki słuchacz nie pozostaje w kropce.

Pomimo młodego wieku artysty (23 lata) to opisywany krążek brzmi niezwykle dojrzale. Nie jest to też jego pierwsze dzieło, gdyż wcześniej ukazały się dwa długogrające albumy: „6 Feet Beneath the Moon” z 2013 roku oraz „A New Place 2 Drown” wydany dwa lata później pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Ponadto od 2010 roku anglik wydał też parę EP-ek. Jak widać, jak na dość młody wiek zdążył już zgromadzić całkiem ciekawą kolekcję. Obok dojrzałego brzmienia i oryginalności, największego zaletą tego materiału jest jego innowacyjność. Uwierzcie, że w następnych dwóch-trzech latach kolejne post-punkowe albumy w mniejszym lub większym stopniu będą nawiązywać do „The Ooz„. Dawno nie słyszałem tak oryginalnego i innego od pozostałych albumów, który przypadłby mi tak mocno do gustu. King Krule nie bawi się w naśladowanie innych, a jego inspiracje są tak niejednoznaczne, że ciężki mi na poczekaniu wymienić jakiekolwiek nazwy.

The Ooz” to album zupełnie inny niż wszystkie inne. Mroczny, mglisty klimat łączy się tutaj z gitarową energią. Poczujecie się tutaj zarówno jakbyście byli w jednym z angielskich jazz pubów jak i na koncercie post-punkowych tuzów z lat 90. Natomiast sam King Krule pozostaje niezwykle szczery i naturalny w tym co robi. O takie płyty jak ta walczyłem, dziękuje. Ocena: 9/10.

Wymarzony debiut Keleli – recenzja „Take Me Apart”

Wygląda, że Kelela nie mogła sobie wymarzyć lepszego debiutu. Jej pierwszy długogrający album „Take Me Apart” póki co zbiera same pozytywne recenzje i już na obecnym etapie został ochrzczonych mianem jednej z najważniejszych płyt tego roku. I coś jest na rzeczy, bo gdy słucham tych utworów, to na prawdę ciężko nie zachwycić się tą enigmatycznością, klimatem oraz naturalnością.

Wiele już powiedziano na temat inspiracji, jakie można wyłapać ma „Take Me Apart„. I są to same konkretne nazwiska i nazwy. Destiny Child’s, Solange, Janet Jakcson, Aaliyah czy też Bjork. Z wszystkim się zgadzam, słychać wyraźnie w tych kompozycjach, że 34-letnia wokalistka czerpie pełnymi garściami od najlepszych w tym temacie. Jednak nie boi się też pójść swoją drogą i dodać wiele od siebie. Co prawda już na swoich wcześniejszych wydawnictwach Kelela pokazała, że ma wiele do przekazania dobrego. Zarówno mixtape „Cut 4 Me” jak i EP-ka „Hallucinogen” stały na dobrym poziomie. Jednak dopiero tegoroczny krążek można nazwać strzałem w dziesiątkę. Jeżeli chodzi o alternatywne R’n’B, to dawno nie słyszałem tak urzekającego i wpadającego w ucho materiału.

Już od pierwszego „Frontline” Kelela Mizanekristos potrafi nas złapać w swoją sieć. Nie robi tego agresywnie, a wręcz bardzo subtelnie do nas śpiewa. O czym? O różnych doświadczeniach życiowych, których w ciągu ponad 30 lat zdążyło się nazbierać. Najszczególniej do gustu przypadł mi synthpopowy „Onanon” czy też najbardziej taneczny utwór na płycie „LMK„. Ciężko mi jednak wyróżniać poszczególne tracki, z tego względu, że to mocno jednobarwny album. Poziom piosenek jest wyraźnie wyrównany, dlatego nie mogę w tym miejscu wspomnieć też o takich wspaniałościach jakimi są: „Blue Light„, „Truth or Dare” czy też „Jupiter„.

Życzyłbym sobie i Wam więcej tak dobrej muzy jak „Take Me Apart” Keleli. Debiutancki album amerykanki zachwyca przede wszystkim swoją lekkością, naturalnością, tajemniczością i aurą zgromadzoną wokół niej. To muzyka, którą ciężko jakkolwiek zaszufladkować. Prawdę powie ten, który określi ten albumem r’n’b, jednak nie będą w błędzie też ci, którzy napomną o popie, alternatywie czy też muzyce elektronicznej. Jednym słowem „Take Me Apart” to rzecz wybitnie dobra, dlatego sprawdźcie ją w wolnej chwili koniecznie. Ocena: 8/10.

Smutne historie Natalii Przybysz

Spotify to ma wyczucie. Słucham sobie najnowszego albumu Natalii Przybysz „Światło Nocne„, bo wiecie trzeba nadganiać wiecznie muzyczne zaległości i co więcej opisać coś, co jest obecnie na topie. I w czasie wysłuchiwania tegoż oto albumu, szwedzki serwis zapodaje mi reklamę… albumu Natalii Przybysz. System chyba nie wyłapuje czego aktualnie słuchamy. A szkoda bo brzmi to dość kuriozalnie! No chyba, że to kolejna niecna taktyka by zachęcić mnie do kupna konta premium. Nie tym razem drogi Spotify.

A co z najnowszym albumem Pani Przybysz? Już pędzę wyjaśniać, a raczej recenzować. Będzie krótko, gdyż nie mam  w zwyczaju analizować feministycznych wywodów Natalii Przybysz, ani też zbytnio się rozwodzić nad całym kontekstem tego albumu. Nigdy nie pozwalałem wkraczać polityce na bloga, chodź swego czasu pisali do mnie ludzi z wrocławskiego KODu (hehe). Nigdy też nie oceniałem ludzi, jedynie muzykę. Tak będzie i tym razem.

Światło Nocne” jako album jest dość przeciętne. Muzycznie nie mam nic do zarzucenia. Jest melodyjnie, dość ciekawie. Natalia Przybysz to taki trochę damski Organek, który bawi się w gitarowe brzmienia i swoim mocnym głosem opowiada konkretne historie. Początek płyty brzmi jak soundtrack jednego z filmów Lyncha i przywołuje na myśl Bar Roadhouse z Miasteczka Twin Peaks. Dalej nie jest gorzej i muszę przyznać, że te gitarowe piosenki dobrze komponują się z barwnym głosem Natalii Przybysz. Jeżeli chodzi o teksty to są one osobiste i smutne, jednak nie czuję się targetem tego krążka. Bo wiecie, te wszystkie feministyczne opowieści jakoś do mnie nie trafiają.

Generalnie daje zielone światło na odpalenie „Światło nocne” . Jednak nie liczcie na fajerwerki. Nie jest to coś innego od tego co puściłby mi znajomek na swojej youtubowej playliście w pracy. Ocena: 5/10.

P.S. Okładka jest okrutnie zła.

Pijany Thundercat, wciąż smutny Drake

Dziś dwie pieczenie na jednym ogniu. Zajrzymy co słychać u wiecznie smutnego Drake’a i dowiemy się co po pijaku robi nijaki Thundercat. Zaczniemy od tego drugiego zgrywusa. Miłej lektury! No i czekam na Wasze komentarze co sądzicie na temat albumów „Drunk” i „More Life„.

Stephen Bruner, znany szerzej jako Thundercat wyłania się powoli z wody i zerka na nas! Zerka oczami maniaka i wariata. Na szczęście muzycznego wariata. Co tu się odsmerfowało na tym albumie? Thundercat zdaje się grać przez cały czas jedną piosenkę. Każdy utwór na albumie to coś około dwóch minut rozpoczętego motywu, który nagle się urywa. Aż się prosi o rozwinięcie, lecz nie te numery z Thundercatem. Dostajemy tylko namiastkę jego pomysłu. Z jednej strony to dobrze, bo płyta intryguje i zmusza do myślenia. Jednak pozostaje pytanie, czy to nie było, tak, że artyście zabrakło pomysłu na dalszą część?

Gdy słucham „Drunk” to pierwsze co mi przychodzi na myśl to twórczość Maxa Tundry. Sporo tu dziwacznych brzmień, które za pierwszym razem mogą odrzucać. Jednak, gdy się wsłuchamy to odkryjemy w tym coś więcej niż szalone odjazdy. W moim przypadku, ten krążek zyskiwał za każdym kolejnym odsłuchaniem. Słucha się go przyjemnie, szybko i pozostawia po sobie to „coś”. A dokładnie myśl: „Kurde, ale to dobre”. Panie Stephanie, udało Ci się! Ocena: 8/10.

Drake nie zwalnia tempa. „More life” to kolejny krążek w kolekcji rapera. Niby wszystko brzmi po staremu, ale jest w tym coś po prostu lepszego. W sumie nic dziwnego, gdyż ostatni longplay Kanadyjczyka pozostawił po sobie wielki niedosyt. „Views” było cholernie nudne, a tu, gdy się wsłuchamy to dzieje się bardzo wiele. Podkłady stoją na dobrym, wysokim poziomie. Mamy tutaj chwytliwe melodie z „Passionfruit” czy też „Madiba Riddim„, które mieszają się z melancholijnymi nutami w „4422” czy też „Nothing Into Somethings„. W „Teenage Fever” Drake pokazał, że z mainstremowego mega hitu Jennifer Lopez „If You Had My Love„, można wykrzesać coś kapitalnego. No i nie zapominajmy o bangerach w postaci „Gyalchester”. Generalnie podobają mi się tutaj zgromadzone beaty, gdyż każdy wnosi coś od siebie istotnego i co najważniejsze innego. Ta różnorodność podoba mi się, Drake skorzystał ze swoich doświadczeń i przedstawił całkiem ciekawą mieszankę.

A lirycznie? No cóż, Aubrey wciąż jest smutny. Smutek, mocno bije z tej płyty. Co prawda, raper rzuca zuchwale „more life, more everything”, ale ja chyba mu nie wierzę. W sumie to dobrze, bo nic tak dobrze nie wpływa na wartość muzyki jak pęknięte serce. Drejku, bądź smutny jak najdłużej. Wychodzi Ci to na dobre, serio. Poza tym trzeba dodać, że „More Life” zostało wypuszczone w świat jako playlista. Długa playlista. I trzeba przyznać, że ta mnie oficjalna forma wydawania wychodzi raperowi lepiej od rozdmuchanych albumów długogrających. Ostatni taki twór „If You’re Reading This, It’s Too Late” zebrał dobre oceny. „More Life” na razie też zalicza same pochwały. Nie inaczej będzie u mnie. Aubrey, dobra robota! Ocena: 8/10.

Książe życia umiera

david-bowieNo i wykrakał ten Bowie. Gdy wróciłem tego dnia z pracy do domu, to zastanawiałem się, czemu wszędzie mówią o Davidzie. Aż mnie olśniło. Przecież kogoś w ten sposób się wspomina, gdy ten już nie żyje. Szybko wbiłem frazę Bowie w Google i… Nie mogłem w to uwierzyć, ale to miał być dopiero początek. Potem ten sam los podzielił Prince, Leonard Cohen i George Michael. A gdy zaczęli mówić w radiu o Dylanie to aż mi włos stanął dęba, na szczęście chodziło o przyznanie nagrody Nobla. Uff

Na swoim najnowszym i zarazem ostatnim albumie Bowie śpiewa: „Look up here, I’m in heaven / I’ve got scars that can’t be seen / I’ve got drama, can’t be stolen / Everybody knows me now”. Bardzo wymowne. To czy przewidział swoją śmierć to w zasadzie najmniej istotna sprawa. Artysta spodziewał się takiego obrotu sprawy. I o tym jest ten album. Historie z pogranicza życia i śmierci, czyli z etapu na jakim był Bowie. To sprawia, że płyta ta ma wydźwięk najprawdziwszy. I zarazem sprawia się obcujemy z czymś wyjątkowym, WAŻNYM. To słowo klucz, gdyż „Black Star” to z całą pewnością najważniejszy album minionego roku.

bowiestarA czy się broni muzycznie? Zdecydowanie tak! David Bowie pożegnał się w wielkim stylu. W jego dyskografii znajdziemy zarówno albumy wybitne jak i te mniej udane. Ten zdecydowanie należy zaliczyć do tych pierwszych. Zarówno pod względem lirycznym jak i muzycznym. Rozbijanie tej płyty na poszczególne utwory nie ma sensu. Całość tworzy unikatowy klimat i nastrój. Warto jednak nadmienić, że nagrywając ten album Bowie inspirował się „To Pimp A Butterfly” Kendricka Lamara oraz twórczością Death Grips. I jak mu to wyszło? Fenomenalnie!

Generalnie o „Black Star” jaki i samym muzyku  napisano już absolutnie wszystko, nawet to, że Bowie miał grać w Władcy Pierścieni. Dlatego nie ma sensu rozpisywać się dalej. Podsumowując, gdyby artysta wciąż stąpał po ziemi, to ocena końcowa byłaby taka sama. Szkoda tylko, że nie dowiemy się co będzie dalej. Ocena: 9/10.