Smutne historie Natalii Przybysz

Spotify to ma wyczucie. Słucham sobie najnowszego albumu Natalii Przybysz „Światło Nocne„, bo wiecie trzeba nadganiać wiecznie muzyczne zaległości i co więcej opisać coś, co jest obecnie na topie. I w czasie wysłuchiwania tegoż oto albumu, szwedzki serwis zapodaje mi reklamę… albumu Natalii Przybysz. System chyba nie wyłapuje czego aktualnie słuchamy. A szkoda bo brzmi to dość kuriozalnie! No chyba, że to kolejna niecna taktyka by zachęcić mnie do kupna konta premium. Nie tym razem drogi Spotify.

A co z najnowszym albumem Pani Przybysz? Już pędzę wyjaśniać, a raczej recenzować. Będzie krótko, gdyż nie mam  w zwyczaju analizować feministycznych wywodów Natalii Przybysz, ani też zbytnio się rozwodzić nad całym kontekstem tego albumu. Nigdy nie pozwalałem wkraczać polityce na bloga, chodź swego czasu pisali do mnie ludzi z wrocławskiego KODu (hehe). Nigdy też nie oceniałem ludzi, jedynie muzykę. Tak będzie i tym razem.

Światło Nocne” jako album jest dość przeciętne. Muzycznie nie mam nic do zarzucenia. Jest melodyjnie, dość ciekawie. Natalia Przybysz to taki trochę damski Organek, który bawi się w gitarowe brzmienia i swoim mocnym głosem opowiada konkretne historie. Początek płyty brzmi jak soundtrack jednego z filmów Lyncha i przywołuje na myśl Bar Roadhouse z Miasteczka Twin Peaks. Dalej nie jest gorzej i muszę przyznać, że te gitarowe piosenki dobrze komponują się z barwnym głosem Natalii Przybysz. Jeżeli chodzi o teksty to są one osobiste i smutne, jednak nie czuję się targetem tego krążka. Bo wiecie, te wszystkie feministyczne opowieści jakoś do mnie nie trafiają.

Generalnie daje zielone światło na odpalenie „Światło nocne” . Jednak nie liczcie na fajerwerki. Nie jest to coś innego od tego co puściłby mi znajomek na swojej youtubowej playliście w pracy. Ocena: 5/10.

P.S. Okładka jest okrutnie zła.

Reklamy

Pijany Thundercat, wciąż smutny Drake

Dziś dwie pieczenie na jednym ogniu. Zajrzymy co słychać u wiecznie smutnego Drake’a i dowiemy się co po pijaku robi nijaki Thundercat. Zaczniemy od tego drugiego zgrywusa. Miłej lektury! No i czekam na Wasze komentarze co sądzicie na temat albumów „Drunk” i „More Life„.

Stephen Bruner, znany szerzej jako Thundercat wyłania się powoli z wody i zerka na nas! Zerka oczami maniaka i wariata. Na szczęście muzycznego wariata. Co tu się odsmerfowało na tym albumie? Thundercat zdaje się grać przez cały czas jedną piosenkę. Każdy utwór na albumie to coś około dwóch minut rozpoczętego motywu, który nagle się urywa. Aż się prosi o rozwinięcie, lecz nie te numery z Thundercatem. Dostajemy tylko namiastkę jego pomysłu. Z jednej strony to dobrze, bo płyta intryguje i zmusza do myślenia. Jednak pozostaje pytanie, czy to nie było, tak, że artyście zabrakło pomysłu na dalszą część?

Gdy słucham „Drunk” to pierwsze co mi przychodzi na myśl to twórczość Maxa Tundry. Sporo tu dziwacznych brzmień, które za pierwszym razem mogą odrzucać. Jednak, gdy się wsłuchamy to odkryjemy w tym coś więcej niż szalone odjazdy. W moim przypadku, ten krążek zyskiwał za każdym kolejnym odsłuchaniem. Słucha się go przyjemnie, szybko i pozostawia po sobie to „coś”. A dokładnie myśl: „Kurde, ale to dobre”. Panie Stephanie, udało Ci się! Ocena: 8/10.

Drake nie zwalnia tempa. „More life” to kolejny krążek w kolekcji rapera. Niby wszystko brzmi po staremu, ale jest w tym coś po prostu lepszego. W sumie nic dziwnego, gdyż ostatni longplay Kanadyjczyka pozostawił po sobie wielki niedosyt. „Views” było cholernie nudne, a tu, gdy się wsłuchamy to dzieje się bardzo wiele. Podkłady stoją na dobrym, wysokim poziomie. Mamy tutaj chwytliwe melodie z „Passionfruit” czy też „Madiba Riddim„, które mieszają się z melancholijnymi nutami w „4422” czy też „Nothing Into Somethings„. W „Teenage Fever” Drake pokazał, że z mainstremowego mega hitu Jennifer Lopez „If You Had My Love„, można wykrzesać coś kapitalnego. No i nie zapominajmy o bangerach w postaci „Gyalchester”. Generalnie podobają mi się tutaj zgromadzone beaty, gdyż każdy wnosi coś od siebie istotnego i co najważniejsze innego. Ta różnorodność podoba mi się, Drake skorzystał ze swoich doświadczeń i przedstawił całkiem ciekawą mieszankę.

A lirycznie? No cóż, Aubrey wciąż jest smutny. Smutek, mocno bije z tej płyty. Co prawda, raper rzuca zuchwale „more life, more everything”, ale ja chyba mu nie wierzę. W sumie to dobrze, bo nic tak dobrze nie wpływa na wartość muzyki jak pęknięte serce. Drejku, bądź smutny jak najdłużej. Wychodzi Ci to na dobre, serio. Poza tym trzeba dodać, że „More Life” zostało wypuszczone w świat jako playlista. Długa playlista. I trzeba przyznać, że ta mnie oficjalna forma wydawania wychodzi raperowi lepiej od rozdmuchanych albumów długogrających. Ostatni taki twór „If You’re Reading This, It’s Too Late” zebrał dobre oceny. „More Life” na razie też zalicza same pochwały. Nie inaczej będzie u mnie. Aubrey, dobra robota! Ocena: 8/10.

Książe życia umiera

david-bowieNo i wykrakał ten Bowie. Gdy wróciłem tego dnia z pracy do domu, to zastanawiałem się, czemu wszędzie mówią o Davidzie. Aż mnie olśniło. Przecież kogoś w ten sposób się wspomina, gdy ten już nie żyje. Szybko wbiłem frazę Bowie w Google i… Nie mogłem w to uwierzyć, ale to miał być dopiero początek. Potem ten sam los podzielił Prince, Leonard Cohen i George Michael. A gdy zaczęli mówić w radiu o Dylanie to aż mi włos stanął dęba, na szczęście chodziło o przyznanie nagrody Nobla. Uff

Na swoim najnowszym i zarazem ostatnim albumie Bowie śpiewa: „Look up here, I’m in heaven / I’ve got scars that can’t be seen / I’ve got drama, can’t be stolen / Everybody knows me now”. Bardzo wymowne. To czy przewidział swoją śmierć to w zasadzie najmniej istotna sprawa. Artysta spodziewał się takiego obrotu sprawy. I o tym jest ten album. Historie z pogranicza życia i śmierci, czyli z etapu na jakim był Bowie. To sprawia, że płyta ta ma wydźwięk najprawdziwszy. I zarazem sprawia się obcujemy z czymś wyjątkowym, WAŻNYM. To słowo klucz, gdyż „Black Star” to z całą pewnością najważniejszy album minionego roku.

bowiestarA czy się broni muzycznie? Zdecydowanie tak! David Bowie pożegnał się w wielkim stylu. W jego dyskografii znajdziemy zarówno albumy wybitne jak i te mniej udane. Ten zdecydowanie należy zaliczyć do tych pierwszych. Zarówno pod względem lirycznym jak i muzycznym. Rozbijanie tej płyty na poszczególne utwory nie ma sensu. Całość tworzy unikatowy klimat i nastrój. Warto jednak nadmienić, że nagrywając ten album Bowie inspirował się „To Pimp A Butterfly” Kendricka Lamara oraz twórczością Death Grips. I jak mu to wyszło? Fenomenalnie!

Generalnie o „Black Star” jaki i samym muzyku  napisano już absolutnie wszystko, nawet to, że Bowie miał grać w Władcy Pierścieni. Dlatego nie ma sensu rozpisywać się dalej. Podsumowując, gdyby artysta wciąż stąpał po ziemi, to ocena końcowa byłaby taka sama. Szkoda tylko, że nie dowiemy się co będzie dalej. Ocena: 9/10.

Monika Brodka wciąż jest Cool

brodkaChyba każdy z nas pamięta rok 2010, kiedy to Monika Brodka przestała być gwiazdą pop a stała się artystką INDIE (Jezu, jak ja nie lubię tego sformułowania!) Co prawda „Granda” pozostawiała w wielu niedosyt, jednak dla mnie to był dobry album. Na kolejny krok ze strony artystki trzeba było czekać 6 lat. W świecie muzyki to ogromny kawał czasu. Czy warto było czekać? O tym poniżej.

Zacznijmy od tego, że „Clashes” to najdojrzalszy album w dyskografii artystki. Wiem, brzmi to jak słabe usprawiedliwianie nudnej płyty. Jednak tak nie jest. „Clashes” to dobry album, aczkolwiek nie rewelacyjny. Podejrzewam, że nie będę do niego wracał tak jak wracałem do przebojowej „Grandy„. Jednak w świadomości mojej pozostanie fakt, że Brodka nie nagrywa słabizny.

clashesBrak tu trochę tej przebojowości z jakiej słynie laureatka 3 edycji Idola. Szkoda też, że wszystkie utwory są w języku angielskim. Zdecydowanie wolę Brodkę w ojczystym wydaniu. Jednak trzeba pochwalić za szeroki wachlarz inspiracji i wydźwięk tej płyty. Jak słucham „Clashes” to cały czas wydaje mi się jakbym słuchał jakiejś klasycznej wokalistki w stylu PJ Harvey, Bjork czy Kate Bush. Słuchanie tej płyty jest przyjemne i dość szybkie. Podoba mi się zarówno rockowe wydanie Brodki w „My Name Is Youth” jak i te bardziej sentymentalne w „Horses„.

Generalnie każdy utwór to osobna historia i to mi się chyba najbardziej podoba w tym albumie. Ta różnorodność. Jest nastrojowo, klimatycznie, klasycznie oraz momentami energicznie. Sam wokal Moniki Brodki brzmi też dojrzalej. Już nie słyszymy młodej dziewczyny bawiącej się w muzykę. Słyszymy kobiecy, pewny siebie głos. Brawo! Brodka to artystka kompletna i tylko szkoda, że tak długo trzeba było czekać na ten krążek. Ocena: 6/10.

Smutny Drake, Nudny Drake

drakeNo i przyszła pora na recenzję najnowszego albumu Drake’a. Nie łatwo mi pisać o „Views„. Z prostego powodu – strasznie rozczarowała mnie ta płyta. Oczekiwania były ogromne, przecież na ten album fani czekali już od dawna. Zanim jednak to nastąpiło, Drake poczęstował nas kawałkiem tortu pod nazwą „If You Reading This ,It’s To Late„. Co prawda po pierwszym kęsie nie smakował wybornie. Wchodził w zęby i był zbyt rozmazany. Jednak po kilku przeżuciach okazało się, że to wyborne ciacho! Minął rok i Drake uraczył nas resztą swego wypieku. Jednak okazało się, że przez ten czas produkt stracił swoje właściwości i jest zwyczajnie przeterminowany!

Dość  tych kulinarnych skojarzeń. Co prawda jestem miłośnikiem spożywania dobrych posiłków i czasami oglądam Masterchefa, a ostatnio nawet trafiła w moje ręce książka Okrasy z Lidla – to jednak uważam, że co za dużo, to nie zdrowo. Bez zbędnych metafor mówię na głos – Na „Views” wieje nudą. I to straszną. Drake przyzwyczaił mnie do świetnych albumów i kapitalnych singli. Przecież „Take Care” to płyta przy której zarówno wyłem do księżyca jak i tańczyłem jak dzikus. „Nothing Was The Same” miał mocne momenty i podtrzymywał poziom a wspomniane wcześniej „If You Reading This, It’s To Late” po kilku odsłuchaniach okazuje się perełką.

views-drakePo cichu liczyłem, że to samo stanie się z „Views„. Nie stało się. A słuchałem dużo tej płyty, ciągle z tą samą nadzieją. Myłem dwa razy auto w rytmach „Views„, sprzątałem, gotowałem, jeździłem samochodem do pracy. I nic. Być może to album do słuchania podczas pełni, w fotelu z cygarem i szklaną najlepszego Whiskey. Albo przynajmniej takiego za 40 zł za 0,5 l. Ale to chyba nie chodzi by robić sobie nastrój?

Po prostu wszystko na tej płycie jest mdłe i nijakie. Już nudny wstęp „Keep The Family Close” zwiastuje śmierć od zaziewania się. Co prawda kolejny „9” daje nadzieje na coś dobrego, jednak kolejne kawałki skrupulatnie ją rozwiewają. Nie chce mi się tej płyty rozbijać na pojedyncze utwory, bo nie warto. Ogólna ocena i tak będzie słaba (Jak na Drake’a), i nawet kończący całość „Hotline Bling” nie ratuje sprawy. Trzeba przyjąć to na klatę i liczyć, że Aubrey Drake Graham ogarnie się i wróci do swojej dawnej formy. Ocena: 5/10.

Posłuchaj

Farbowany Frank, Spokojny Ocean

frankoceanNa nowy album Franka Oceana czekałem niespokojnie już od dłuższego czasu. W końcu kalifornijski muzyk uwiódł mnie w 2012 roku albumem „channel ORANGE„. Na swoim debiutanckim krążku dał pełen popis zdolności muzycznych i w pewien sposób odświeżył podejście do muzyki r’n’b. Wówczas nieznacznie przegrał u mnie z Kendrickiem Lamarem o miano najlepszej płyty AD2012. Czy zasłużenie? Do tej pory mam wątpliwości. Aczkolwiek Lamara słucham częściej, jednak o to nie trudno bo gość jest TOTALNIE WSZĘDZIE.

Wróćmy jednak do Pana Christophera Francisa Oceana, autora albumu „Blonde„. Na początek zacznę od wstydliwego przyznania się, że mój entuzjazm i zapał do tej płyty był zerowy. Z resztą widzicie kiedy o tej płycie piszę, a kiedy wyszła. Jednak kiedy już zacząłem jej słuchać, to słuchałem na dobre, cały czas. Oto moje przemyślenia:

blond-frank-oceanPo pierwsze nowy album Oceana niestety nie przeskoczył poziomu „channel ORANGE„. Tam była magia, tutaj jej niestety nie odnajdziemy. Oczywiście jest to absolutnie bardzo dobry krążek, co potwierdzę na końcu wystawiając wysoką ocenę. Jednak oczekiwania był spore, a te niestety nie zostały spełnione. Frank Ocean musiał zmierzyć się z podwójnym problemem. Pierwszy z nich to syndrom drugiej płyty, a drugi to wysoko postawiona poprzeczka świetnego debiutu. Z pierwszym z tych problemów Frank Ocean dał sobie radę. „Blonde” jest na poziomie nie osiągalnym dla wielu współczesnych artystów. Jednak gdy patrzymy na ten krążek przez pryzmat poprzedniczki to brakuje nam tutaj kawałków na miarę „Thinking About You„, „Lost” czy też „Pyramids„.

Druga kwestia to skojarzenia. „Blonde” dla mnie jest mocno czarno-białym albumem. Brakuje mi tutaj epickości i rozbudowanych, transowych i psychodelicznych odlotów na miarę „Pyramids„. Oczywiście doceniam melodyjność i kreatywność w „Pink + White„, zajebistość „Self Control” czy też synthy w „Nights„. Jednak pewnych rzeczy nie da się chyba przebić.

Trzecia sprawa to fakt, że im dłużej trwa album to tym mniej mi się podoba. Początek jest mocny, mamy naprawdę niezłego openera w postaci „Nikes” a dalej jest jeszcze lepiej.  Mamy przecież wciągające „Ivy„, popisowe „Solo” czy też przewrotny skit „Be Yourself„. Jednak końcowe utwory są zbyt dla mnie szare, nijakie, chropowate. A końcowe „Futura Free” to dla mnie przerost formy nad treść.

Generalnie polecam serdecznie „Blonde„. Jest to jedna z lepszych tegorocznych propozycji muzycznych. Frank Ocean jest w dobrej formie. Inaczej wyobrażałem sobie ten album, jednak i tak go gorąco polecam każdemu słuchaczowi spragnionemu dobrej muzyki. Jeżeli nie będziecie go porównywać do „Channel ORANGE” to może być waszym tegorocznym numerem 1. Ocena: 8/10.

Wielki powrót The Avalanches

revised-avalanchesAustralijska grupa The Avalanches postanowiła powrócić po 16 latach. Ich ostatni, legendarny już krążek „Since I Left You” ukazał się w 2000 roku, czyli w erze przed atakami na WTC i w czasach kiedy mało kto miał internet i telefon komórkowy. Co przez tak długi czas robili muzycy Avalanches? Nie mam pojęcia. A czy warto było powrócić z kolejną płytą? Zdecydowanie tak! I nie chodzi mi o wymiar materialny.

Większość recenzentów wpadła w pewnego rodzaju ślepy punkt porównując ten krążek do „Since I Left You„. Oczywiście należy szukać pewnych skojarzeń i porównywać w recenzji. Jednak w większości wypadków wygląda to tak: „Nowa płyta nie sięga do pięt poprzedniczki, nie opłaca się jej słuchać”. To trochę mylne podejście i szkodliwe dla oceny „Wildflowers„. Tak naprawdę to The Avalanches wydali bardzo dobry materiał. Porównywanie go do płyty z 2000 roku mija się z celem, gdyż dzieli je za duża przestrzeń czasowa i kulturalna. Za dużo przez te 16 lat się wydarzyło, by takie porównanie miało sens.

wildflowers-the-avalanchesMam do tego prawo, by nie oceniać nowej płyty przez pryzmat poprzedniczki. Tak jak nie ocenia się nowych zespołów rockowych przez pryzmat dokonań The Beatles, bo przecież wiadomo, że w takim porównaniu nie miałyby najmniejszych szans. Swoją drogą na „Wildflowers” całkiem sporo twórczości Lennona i McCartneya. The Avalanches nie zatracili zmysłu do samplowania co skutecznie udowadniają w nowych kompozycjach. Tegoroczna ich płyta to zbiór przyjemnych, transowych, momentami psychodelicznych utworów. I mówię bez wyjątku o każdym utworze na płycie, nawet szeroko krytykowanym „Frankie Sinatra„.

Podoba mi się dobór utworów, które samplują a także rapowe featuringi z Dannym Brownem czy też Doomem na czele. Poza tym płyta dobrze wpada w ucho. Oczywiście nie będzie to pewnie tak legendarna propozycja jak „Since I Left You„, ale  jest to jedna z lepszych płyt jakie słyszałem w tym roku. Na prawdę jestem ciekaw co dalej. Kolejna płyta za 16 lat? Trochę długo. Szkoda tracić pęd, zwłaszcza jeśli jest się w takiej formie twórczej jak obecny The Avalanches. Ocena: 7/10.