Książe życia umiera

david-bowieNo i wykrakał ten Bowie. Gdy wróciłem tego dnia z pracy do domu, to zastanawiałem się, czemu wszędzie mówią o Davidzie. Aż mnie olśniło. Przecież kogoś w ten sposób się wspomina, gdy ten już nie żyje. Szybko wbiłem frazę Bowie w Google i… Nie mogłem w to uwierzyć, ale to miał być dopiero początek. Potem ten sam los podzielił Prince, Leonard Cohen i George Michael. A gdy zaczęli mówić w radiu o Dylanie to aż mi włos stanął dęba, na szczęście chodziło o przyznanie nagrody Nobla. Uff

Na swoim najnowszym i zarazem ostatnim albumie Bowie śpiewa: „Look up here, I’m in heaven / I’ve got scars that can’t be seen / I’ve got drama, can’t be stolen / Everybody knows me now”. Bardzo wymowne. To czy przewidział swoją śmierć to w zasadzie najmniej istotna sprawa. Artysta spodziewał się takiego obrotu sprawy. I o tym jest ten album. Historie z pogranicza życia i śmierci, czyli z etapu na jakim był Bowie. To sprawia, że płyta ta ma wydźwięk najprawdziwszy. I zarazem sprawia się obcujemy z czymś wyjątkowym, WAŻNYM. To słowo klucz, gdyż „Black Star” to z całą pewnością najważniejszy album minionego roku.

bowiestarA czy się broni muzycznie? Zdecydowanie tak! David Bowie pożegnał się w wielkim stylu. W jego dyskografii znajdziemy zarówno albumy wybitne jak i te mniej udane. Ten zdecydowanie należy zaliczyć do tych pierwszych. Zarówno pod względem lirycznym jak i muzycznym. Rozbijanie tej płyty na poszczególne utwory nie ma sensu. Całość tworzy unikatowy klimat i nastrój. Warto jednak nadmienić, że nagrywając ten album Bowie inspirował się „To Pimp A Butterfly” Kendricka Lamara oraz twórczością Death Grips. I jak mu to wyszło? Fenomenalnie!

Generalnie o „Black Star” jaki i samym muzyku  napisano już absolutnie wszystko, nawet to, że Bowie miał grać w Władcy Pierścieni. Dlatego nie ma sensu rozpisywać się dalej. Podsumowując, gdyby artysta wciąż stąpał po ziemi, to ocena końcowa byłaby taka sama. Szkoda tylko, że nie dowiemy się co będzie dalej. Ocena: 9/10.

Monika Brodka wciąż jest Cool

brodkaChyba każdy z nas pamięta rok 2010, kiedy to Monika Brodka przestała być gwiazdą pop a stała się artystką INDIE (Jezu, jak ja nie lubię tego sformułowania!) Co prawda „Granda” pozostawiała w wielu niedosyt, jednak dla mnie to był dobry album. Na kolejny krok ze strony artystki trzeba było czekać 6 lat. W świecie muzyki to ogromny kawał czasu. Czy warto było czekać? O tym poniżej.

Zacznijmy od tego, że „Clashes” to najdojrzalszy album w dyskografii artystki. Wiem, brzmi to jak słabe usprawiedliwianie nudnej płyty. Jednak tak nie jest. „Clashes” to dobry album, aczkolwiek nie rewelacyjny. Podejrzewam, że nie będę do niego wracał tak jak wracałem do przebojowej „Grandy„. Jednak w świadomości mojej pozostanie fakt, że Brodka nie nagrywa słabizny.

clashesBrak tu trochę tej przebojowości z jakiej słynie laureatka 3 edycji Idola. Szkoda też, że wszystkie utwory są w języku angielskim. Zdecydowanie wolę Brodkę w ojczystym wydaniu. Jednak trzeba pochwalić za szeroki wachlarz inspiracji i wydźwięk tej płyty. Jak słucham „Clashes” to cały czas wydaje mi się jakbym słuchał jakiejś klasycznej wokalistki w stylu PJ Harvey, Bjork czy Kate Bush. Słuchanie tej płyty jest przyjemne i dość szybkie. Podoba mi się zarówno rockowe wydanie Brodki w „My Name Is Youth” jak i te bardziej sentymentalne w „Horses„.

Generalnie każdy utwór to osobna historia i to mi się chyba najbardziej podoba w tym albumie. Ta różnorodność. Jest nastrojowo, klimatycznie, klasycznie oraz momentami energicznie. Sam wokal Moniki Brodki brzmi też dojrzalej. Już nie słyszymy młodej dziewczyny bawiącej się w muzykę. Słyszymy kobiecy, pewny siebie głos. Brawo! Brodka to artystka kompletna i tylko szkoda, że tak długo trzeba było czekać na ten krążek. Ocena: 6/10.

Smutny Drake, Nudny Drake

drakeNo i przyszła pora na recenzję najnowszego albumu Drake’a. Nie łatwo mi pisać o „Views„. Z prostego powodu – strasznie rozczarowała mnie ta płyta. Oczekiwania były ogromne, przecież na ten album fani czekali już od dawna. Zanim jednak to nastąpiło, Drake poczęstował nas kawałkiem tortu pod nazwą „If You Reading This ,It’s To Late„. Co prawda po pierwszym kęsie nie smakował wybornie. Wchodził w zęby i był zbyt rozmazany. Jednak po kilku przeżuciach okazało się, że to wyborne ciacho! Minął rok i Drake uraczył nas resztą swego wypieku. Jednak okazało się, że przez ten czas produkt stracił swoje właściwości i jest zwyczajnie przeterminowany!

Dość  tych kulinarnych skojarzeń. Co prawda jestem miłośnikiem spożywania dobrych posiłków i czasami oglądam Masterchefa, a ostatnio nawet trafiła w moje ręce książka Okrasy z Lidla – to jednak uważam, że co za dużo, to nie zdrowo. Bez zbędnych metafor mówię na głos – Na „Views” wieje nudą. I to straszną. Drake przyzwyczaił mnie do świetnych albumów i kapitalnych singli. Przecież „Take Care” to płyta przy której zarówno wyłem do księżyca jak i tańczyłem jak dzikus. „Nothing Was The Same” miał mocne momenty i podtrzymywał poziom a wspomniane wcześniej „If You Reading This, It’s To Late” po kilku odsłuchaniach okazuje się perełką.

views-drakePo cichu liczyłem, że to samo stanie się z „Views„. Nie stało się. A słuchałem dużo tej płyty, ciągle z tą samą nadzieją. Myłem dwa razy auto w rytmach „Views„, sprzątałem, gotowałem, jeździłem samochodem do pracy. I nic. Być może to album do słuchania podczas pełni, w fotelu z cygarem i szklaną najlepszego Whiskey. Albo przynajmniej takiego za 40 zł za 0,5 l. Ale to chyba nie chodzi by robić sobie nastrój?

Po prostu wszystko na tej płycie jest mdłe i nijakie. Już nudny wstęp „Keep The Family Close” zwiastuje śmierć od zaziewania się. Co prawda kolejny „9” daje nadzieje na coś dobrego, jednak kolejne kawałki skrupulatnie ją rozwiewają. Nie chce mi się tej płyty rozbijać na pojedyncze utwory, bo nie warto. Ogólna ocena i tak będzie słaba (Jak na Drake’a), i nawet kończący całość „Hotline Bling” nie ratuje sprawy. Trzeba przyjąć to na klatę i liczyć, że Aubrey Drake Graham ogarnie się i wróci do swojej dawnej formy. Ocena: 5/10.

Posłuchaj

Farbowany Frank, Spokojny Ocean

frankoceanNa nowy album Franka Oceana czekałem niespokojnie już od dłuższego czasu. W końcu kalifornijski muzyk uwiódł mnie w 2012 roku albumem „channel ORANGE„. Na swoim debiutanckim krążku dał pełen popis zdolności muzycznych i w pewien sposób odświeżył podejście do muzyki r’n’b. Wówczas nieznacznie przegrał u mnie z Kendrickiem Lamarem o miano najlepszej płyty AD2012. Czy zasłużenie? Do tej pory mam wątpliwości. Aczkolwiek Lamara słucham częściej, jednak o to nie trudno bo gość jest TOTALNIE WSZĘDZIE.

Wróćmy jednak do Pana Christophera Francisa Oceana, autora albumu „Blonde„. Na początek zacznę od wstydliwego przyznania się, że mój entuzjazm i zapał do tej płyty był zerowy. Z resztą widzicie kiedy o tej płycie piszę, a kiedy wyszła. Jednak kiedy już zacząłem jej słuchać, to słuchałem na dobre, cały czas. Oto moje przemyślenia:

blond-frank-oceanPo pierwsze nowy album Oceana niestety nie przeskoczył poziomu „channel ORANGE„. Tam była magia, tutaj jej niestety nie odnajdziemy. Oczywiście jest to absolutnie bardzo dobry krążek, co potwierdzę na końcu wystawiając wysoką ocenę. Jednak oczekiwania był spore, a te niestety nie zostały spełnione. Frank Ocean musiał zmierzyć się z podwójnym problemem. Pierwszy z nich to syndrom drugiej płyty, a drugi to wysoko postawiona poprzeczka świetnego debiutu. Z pierwszym z tych problemów Frank Ocean dał sobie radę. „Blonde” jest na poziomie nie osiągalnym dla wielu współczesnych artystów. Jednak gdy patrzymy na ten krążek przez pryzmat poprzedniczki to brakuje nam tutaj kawałków na miarę „Thinking About You„, „Lost” czy też „Pyramids„.

Druga kwestia to skojarzenia. „Blonde” dla mnie jest mocno czarno-białym albumem. Brakuje mi tutaj epickości i rozbudowanych, transowych i psychodelicznych odlotów na miarę „Pyramids„. Oczywiście doceniam melodyjność i kreatywność w „Pink + White„, zajebistość „Self Control” czy też synthy w „Nights„. Jednak pewnych rzeczy nie da się chyba przebić.

Trzecia sprawa to fakt, że im dłużej trwa album to tym mniej mi się podoba. Początek jest mocny, mamy naprawdę niezłego openera w postaci „Nikes” a dalej jest jeszcze lepiej.  Mamy przecież wciągające „Ivy„, popisowe „Solo” czy też przewrotny skit „Be Yourself„. Jednak końcowe utwory są zbyt dla mnie szare, nijakie, chropowate. A końcowe „Futura Free” to dla mnie przerost formy nad treść.

Generalnie polecam serdecznie „Blonde„. Jest to jedna z lepszych tegorocznych propozycji muzycznych. Frank Ocean jest w dobrej formie. Inaczej wyobrażałem sobie ten album, jednak i tak go gorąco polecam każdemu słuchaczowi spragnionemu dobrej muzyki. Jeżeli nie będziecie go porównywać do „Channel ORANGE” to może być waszym tegorocznym numerem 1. Ocena: 8/10.

Wielki powrót The Avalanches

revised-avalanchesAustralijska grupa The Avalanches postanowiła powrócić po 16 latach. Ich ostatni, legendarny już krążek „Since I Left You” ukazał się w 2000 roku, czyli w erze przed atakami na WTC i w czasach kiedy mało kto miał internet i telefon komórkowy. Co przez tak długi czas robili muzycy Avalanches? Nie mam pojęcia. A czy warto było powrócić z kolejną płytą? Zdecydowanie tak! I nie chodzi mi o wymiar materialny.

Większość recenzentów wpadła w pewnego rodzaju ślepy punkt porównując ten krążek do „Since I Left You„. Oczywiście należy szukać pewnych skojarzeń i porównywać w recenzji. Jednak w większości wypadków wygląda to tak: „Nowa płyta nie sięga do pięt poprzedniczki, nie opłaca się jej słuchać”. To trochę mylne podejście i szkodliwe dla oceny „Wildflowers„. Tak naprawdę to The Avalanches wydali bardzo dobry materiał. Porównywanie go do płyty z 2000 roku mija się z celem, gdyż dzieli je za duża przestrzeń czasowa i kulturalna. Za dużo przez te 16 lat się wydarzyło, by takie porównanie miało sens.

wildflowers-the-avalanchesMam do tego prawo, by nie oceniać nowej płyty przez pryzmat poprzedniczki. Tak jak nie ocenia się nowych zespołów rockowych przez pryzmat dokonań The Beatles, bo przecież wiadomo, że w takim porównaniu nie miałyby najmniejszych szans. Swoją drogą na „Wildflowers” całkiem sporo twórczości Lennona i McCartneya. The Avalanches nie zatracili zmysłu do samplowania co skutecznie udowadniają w nowych kompozycjach. Tegoroczna ich płyta to zbiór przyjemnych, transowych, momentami psychodelicznych utworów. I mówię bez wyjątku o każdym utworze na płycie, nawet szeroko krytykowanym „Frankie Sinatra„.

Podoba mi się dobór utworów, które samplują a także rapowe featuringi z Dannym Brownem czy też Doomem na czele. Poza tym płyta dobrze wpada w ucho. Oczywiście nie będzie to pewnie tak legendarna propozycja jak „Since I Left You„, ale  jest to jedna z lepszych płyt jakie słyszałem w tym roku. Na prawdę jestem ciekaw co dalej. Kolejna płyta za 16 lat? Trochę długo. Szkoda tracić pęd, zwłaszcza jeśli jest się w takiej formie twórczej jak obecny The Avalanches. Ocena: 7/10.

Ja i Jeff Buckley

jb_cvrWydawanie pośmiertnych albumów było zawsze dla mnie sprawą kontrowersyjną. Jak można dzielić się  muzyką artysty, którego już nie ma na tym świecie? Czy zgodziłby się na taką publikacje? Może wolałby dopracować pewne dźwięki? A może pewne rzeczy nie powinny nigdy nie ujrzeć światła dziennego i pozostać w brudnopisie? To są pytania na które nie poznamy odpowiedzi nigdy, a przynajmniej w tym życiu. Producenci muzyczni jednak na to nie zważają, gdyż w dzisiejszych czasach liczy się głównie kasa. Dlatego też, tacy muzycy jak Michael Jackson czy 2Pac do tej pory wydają nowe albumu, mimo, że nie żyją już od paru lat.

To samo tyczy się Jeffa Buckleya – amerykańskiego muzyka, który w swoim życiu nagrał tylko jeden album pt. „Grace„. Tutaj recenzowałem go par lat temu. Pan Buckley zginął przedwcześnie, gdyż utonął w rzece Mississipi w 1997 roku. Nie ma co ukrywać, to była ogromna strata dla świata muzyki. Jego debiutancki „Grace” to był majstersztyk pod każdym względem.

you and iNa rynku właśnie pojawiła się kolejna, piąta pośmiertna kompilacja utworów Buckleya. Niestety „You And I” to słaba pozycja. Składa się ona głównie z coverów piosenek takich artystów jak The Smiths, Led Zeppelin czy Boba Dylana. Zagrane tylko przy akompaniamencie gitary nie wprowadzają nowej świeżości, a raczej przypominają zestaw piosenek z którymi Jeff Buckley się tylko bawił. Jest to ciekawa ciekawostka dla każdego fana artysty, jednak jeżeli ktoś szuka tutaj czegoś odkrywczego, to z pewnością tego nie znajdzie. Płyta po dwóch-trzech odsłuchach zaczyna być nudna. I to największy zarzut jaki można zarzucić „You And I„.

Z pewnością nie jest to album, którym sam Jeff Buckley chciałby się pochwalić. Jednak misja została spełniona, płyta się sprzedaje i ma się dobrze w rankingach. Nie chce wmawiać, że wyupuszczanie takich kompilacji to błąd. Taką tezę obala na przykład wydane w 1998 roku „Sketches for My Sweetheart the Drunk”, które było dobrym, acz niedopracowanym dziełem. Jednak trzeba znać pewien umiar, a o tym niektórzy zapominają. Ocena: 4/10.

Posłuchaj

Amrou Kithkin – White Passage EP

amrou kitkihnNigdy nie byłem w Kielcach. Teraz nawet nie muszę tam jechać, bo reprezentanta Kielc będę miał na co dzień w TV. Tak, oczywiście mowa o naszym najnowszym nabytku do Sejmu – Panu Piotrowi Marcowi, znanemu szerzej jako Liroy. Nie wiem czy stolica województwa Świętokrzyskiego jest dumna z twórcy takich hitów jak: „Scyzoryk„, „J**** mi się chce” czy też „Scoobiedoo Ya„, jednak na tyle go popiera, że udało mu się dostać do elit rządzących. Oczywiście nie mam zamiaru rozwodzić się w tym wpisie nad Liroyem, ani polską polityką a po części kielecką grupą zwaną Amrou Kithkin.

Kielecko-Łódzka formacja jak najbardziej przynosi powody do dumy swoim rodzinnym miastom. Wszystko za sprawą debiutanckiej EP-ki „White Passage„, która pojawiła się w kwietniu tego roku. Materiał ten składa się z czterech, udanych kompozycji, które od pierwszego odsłuchu przykuły moją uwagę. I nie chodzi o to, że jest to jakiś nowy rozdział w muzyce z gatunku elektroniki. Bo nie oszukujmy się, chłopaki z centralnej Polski prochu nie wymyślili. Na tym wydawnictwie nie usłyszymy absolutnie niczego nowego. Jednak mają na tyle świeże podejście do tematu, że po czterech odsłuchach z rzędu nie znudzili mnie sobą. W dobie zalewu wszelakich indie bandów, jest to nie lada wyczyn, który pozwala mi przypuszczać, że jeszcze o nich usłyszymy.

Póki co sprawdźcie „White Passage” bo to jedna z lepszych tegorocznych EP-ek, która stoi na dość dobrym i solidnym poziomie. Otwierający całość „Suburban Destroyer” to energiczny i melodyjny kawałek oparty na zimnym, nowo falowym motywie przewodnim. Następny „A walk” to syntezatorowa podróż do lat 80, a trzeci w kolejności „Spike and Julia” to przyjemna dla ucha elektroniczna ballada. Całość natomiast kończy mglisty „Snowhag„. Oczywiście to na razie tylko EP-ka, i jak wspominałem wielokrotnie na krótkim materiale o wiele łatwiej zaciekawić słuchacza niż na pełnym albumie. Dlatego też na razie wystawiam mocną szóstkę i czekam na więcej. Potencjał jest, mam nadzieje, że na pełnym albumie panowie z Łodzi i Kielc udowodnią, że warto było na nich postawić. Ocena: 6/10.