Życie bez dźwięku według Cloud Nothings

cloud-nothingssTo, że Cloud Nothings (na równi z Wavves) są moimi indie rockowymi pupilkami nie muszę chyba zbytnio przypominać. Przy okazji recenzji każdej płyty z pogranicza lo-fi i garage rocka przypominam o ich zajebistości i słuszności słuchania. Kolejna płyta w wykonaniu grupy z Cleveland to kolejny dla mnie powód do radości.

Tak, „Life Without Sound” jara mnie dość konkretnie. Trochę przesadzam i zdaje sobie z tego sprawę. Jednak dla tej grupy robię wyjątek. W ich muzyce nie za wiele się zmienia. Ten sam schemat (na szczęście sprawdzony) powtarza się na każdym albumie. Jest energicznie, intrygująco a momentami psychodelicznie. Nie zabraknie elementów screamo i punku, jak i spokojnych brzmień. Weźmy taki opener (najlepszy na płycie utwór) „Up to the Surface„. Zaczyna się jak jakiś podrzędny utwór w stylu Braci Cugowskich by przeistoczyć się w istny wulkan. To właśnie lubię w Cloud Nothings, że potrafią tymi gitarami i perkusją rozwalić mózg.

lifewithoutsound__article-hero-1130x430CLOUD NOTHINGS RULEZZZZZZZZZ, ale zdaje sobie sprawę, że to ich najgorszy album w dyskografii. Debiutanckiemu „Attack On Memory” ciężko podskoczyć a i też „Here And Nowhere Else” stało na wysokim poziomie. Tutaj jest całkiem przyzwoicie i niestety bardziej wymagającego słuchacza zespół może rozczarować. Jednak dla takich fanatyków jak Ja będzie to nie lada gratka.

To może umówmy się tak? Nie bierzmy tej płyty na poważnie. Jeżeli szukacie chwilowego relaksu i zapomnienia. Chcecie trochę poszaleć, poskakać, poczuć się jakbyście znowu mieli te 17 lat i przy okazji posłuchać porządnego, energicznego indie rocka to odpalcie sobie „Life Without Sound„. Gwarantuje, że to wypali. W moim przypadku tak było. Ocena: 7/10.

 

Reklamy

Muzyka na jesienną chandrę

W ostatnim czasie wyszło wiele świetnych, kapitalnych, bardzo dobrych, średnich i słabych płyt. Szkoda byłoby nie wypowiedzieć się na temat niektórych. Zatem do dzieła!

wavves-cloud-nothingsWavves x Cloud Nothings – No Life For Me (2015). Generalnie nie przepadam za wszelkiego rodzaju superbandami. To zawsze się kończy przerostem formy nad treścią, co skutecznie udowadnia chociażby Bono biorący udział w tego typu przedsięwzięciach. Jednak gdy usłyszałem, że Nathan Williams planuje nagrać coś z chłopakami z Cleavland to się lekko podjarałem. „No Life For Me” to krótki, bo około 20 minutowy materiał, który jest K-A-P-I-T-A-L-N-Y!!! Obaj liderzy, obu kapel są w ostatnim czasie w formie, co słychać na tej EP-ce. Świetne, chwytliwe melodie łączą się tutaj z zadziornymi gitarowymi riffami. Kto by się spodziewał, że przepite łajzy z Kalifornii tak idealnie dopasują się do studencików z drugiej strony Stanów. Podobno przeciwieństwa się przyciągają – to słychać na tym albumie. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

grooms cover combGrooms – Comb the Feelings Through Your Hair (2015). Kwintet z Brooklynu dzięki swojemu najnowszemu dziełu, wspomógł moją wiarę w muzykę gitarową. Cieszę się niezmiernie, że są takie zespoły jak Grooms, które potrafią jeszcze wykrzesać coś ciekawego z szeroko pojmowanego indie rocka. Nuda, przewidywalność czy też schematyczność? Nie na tym wydawnictwie. Wszystko tutaj jest odpowiednio wyważone. Czas trwania – jedna połowa piłkarskiego meczu. Poza tym przy takim materiale wydaje się to ledwie 25 minut. Melodie są nieco zimowe, depresyjne, ale zarazem wciągające i ciekawe. Nowojorski band nie odgrywa po raz kolejny tych samych dźwięków, które kiedyś słyszeliśmy. Kombinuje i stara się dodać coś od siebie. Nie ma mowy tutaj o graniu na jedno kopyto, muzycy z Grooms znaleźli swój styl, który może nie jest odkrywczy, ale ma w sobie to „coś”. A w muzycy chyba o to chodzi?  Szkoda tylko, że ta płyta przeszła bez większego echa. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

dr dre compton 2015Dr. Dre – Compton (2015). Gdy sięgałem po najnowszy album od Dre, zastanawiałem się co może jeszcze ciekawego opowiedzieć 50-letni gość. Otóż całkiem sporo. Wiele zachwytów można usłyszeć w ostatnim czasie na temat filmu „Staight Outta Compton” – czyli biografii najniebezpieczniejszej grupy hip-hopowej. Dr. Dre postanowił wrócić do tematu i opowiedzieć pewne historie dotyczące jego miasta. W końcu jak jest popyt to musi być i podaż. Pomimo, że były członek NWA nigdy nie słynną z dobrej nawijki to na „Compton” daje radę. Dobór gości jest idealny. Usłyszymy sporo nieznanych szerzej nazwisk, pojawiają się raperzy na topie (Kendrick Lamar!) jak i starzy wyjadacze (Eminem, Snoop Dogg, Xzibit). Najmocniejszym jednak punktem albumu są podkłady. Dre jako producent wciąż ma ucho do dobrych beatów w stylu starej szkoły. „Compton” to kawał dobrego hip-hopu, który udowadnia, że jego legendarny twórca wciąż jest w tej grze. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

TameImpala-Currents-560x560-560x560Tame Impala – Currents (2015). Najnowszym album Australijczyków różni się od tego co zaprezentowali 3 lata temu na „Lonerism„. Przede wszystkim więcej tutaj indie-popu wymieszanego z elektroniką od psychodelicznego rocka lat 60. Oczywiście to nie oznacza, że „Currents” to gorsze dziecko Tame Impala. To wciąż kapitalna muzyka, której chce się słuchać. Wiele bym dał, by współczesne młode zespoły tak podchodziły do indie rocka. Przyznaje jednak, że tamto wydanie ich muzyki było bardziej intrygujące… Jednakże patrząc na sprawę z drugiej  strony, należy docenić fakt, że nie siedli na laurach i nagrali coś w innym stylu. I to całkiem dobrze! Jeden z lepszych tegorocznych albumów w kategorii indie z domieszką elektroniki. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

taco umowa o dzieloTaco Hemingway – Umowa o dzieło (2015). Temat wszelkich umów o dzieło jest mi dobrze znany. Chyba każdy z moich rówieśników w podobny sposób zaczynał dorosłe życie. Stąd chyba ten cały sukces Pana Taco. „Umowa o dzieło” stała się pewnym głosem pokolenia urodzonego na przełomie lat 80 i 90, określanego mianem pokolenia Z. Tematy poruszane przez rapera są obrazem życia przeciętnego, młodego polaka. Emigracja, słaba praca na zlecenie, imprezy, brak zainteresowania polityką, facebook, błonnik, alkohol – te i inne wątki przewijają się w ciekawych historiach, które snuje Taco. A to wszystko na tle dobrych, suchych beatach. Jedyna rzecz zasługująca na minus to flow rapera. Jednak przy takich podkładach, i takich życiowych tekstach czy to ważne? Ocena: 7/10.

Posłuchaj

 

Z grubej rury: Podsumowanie roku 2014

taylor-swift-dancing-3Rok 2014, jak każdy poprzedni rok chciałem zwieńczyć notką zawierającą krótkie recenzje płyt pominiętych acz wartych odnotowania. Jednak szkoda mi było klawiatury i palców na stukanie na temat krążków, które ponownie będę prześwietlał przy okazji podsumowania. Stąd pomysł na zręczne przejście do notki podsumowującej. Rok 2014 był dla mnie rokiem złym. Niechętnie do niego wracam, dlatego też standardowe rozwlekłe podsumowanie chce zawęzić do jednej notki. Nie będzie wydarzeń, teledysków, list gości oraz podsumowania polskiej muzyki. Pojawi się klasyczna lista płyt i singli. Wszystko to znajdziecie poniżej.

TOP 10 Płyt roku 2014:

Swans_To_Be_Kind10. Swans – To Be Kind. Szczerze powiedziawszy nowe albumy Swans podobają mi się bardziej niż te stare. A „To Be Kind” uważam za ich opus magnum. Płyta trudna, rozciągnięta i mocna. Posiada jednak to „coś” co karze mi słuchać tych rozciągniętych do granic możliwości gitarowych riffów. Dobra pozycja na surrealistyczne podróże pociągiem.

luminous9. The Horrors – Luminous. Przy okazji recenzowania tej płyty wspominałem o postępie jakim dokonała grupa The Horrors. Progres w przypadku tego krążka to słowo klucz. Czuć go zwłaszcza za sprawą zgrabnego przemycania motywów z lat 70 i 80 do współczesnego podejścia do muzyki gitarowej. Jest trans, psychodelia i melodyjność w jednym. Muzyka tego zespołu wciąż ewoluuje, a horrorsi idą w dobrym kierunku.

lp1 fka8. FKA Twigs – LP1. Najlepsza zeszłoroczna płyta z pogranicza popu i r’n’b. Osiągnięcie duże, tym bardziej, że reszta stawki nie była taka słaba (Tinashe, Liz). Pani Tahliah Debrett Barnett wyprzedziła wszystkich ze względu na emocje zawarte na swoim albumie. Intymne teksty łączą się tutaj z warstwą muzyczną cofającą nas w lata 90.

here-and-nowhere-else7. Cloud Nothings – Here And Nowhere Else. Już ich debiutanckie „Attack On Memory” mnie zachwyciło. Przed wydaniem zeszłorocznego albumu miałem lekkie obawy, gdyż myślałem, że spuszczą z tonu i dopadnie ich syndrom drugiej płyty. Na szczęście Baldi udowodnił, że nadal potrafi pisać dobre piosenki a zespół z Cleveland dalej umiejętnie łączy indie rocka z mocniejszym, punkowym brzmieniem.

spoon6. Spoon – They Want My Soul. Jeżeli chodzi o grupę Spoon to prawdziwa jest teza, że tylko co drugi album im wychodzi. Tym razem na plus wypadło zeszłoroczne „They Want My Soul„, które uraczyło mnie dobrym, przyjemnym i nieco przebojowym brzmieniem. Dobra muzyka na okres wakacyjno – jesienny.

the war on drugs lost in the dream5. The War on Drugs – Lost In The Dream. Lubię takie amerykańskie, gitarowe granie. Podczas pisania recenzji odwoływałem się do takich artystów jak Bruce Springsteen, Bob Dylan czy też Destroyer. „Lost In The Dream” podoba mi się z trzech prostych powodów. Po pierwsze ma wciągający, narkotyczny klimat. Po drugie usłyszymy na nim szeroki wachlarz inspiracji wpisujących się w moje gusta. I po trzecie nie jest to płyta na jeden raz, mimo, że momentami może się dłużyć.

RunTheJewelsRTJ24. Run The Jewels – Run The Jewels 2. Według wielu najlepszy album roku, jednak moim zdaniem przed wcześnie ogłoszony tym mianem. „RTJ2” to album przede wszystkim równy, mocny (teksty!) i mający wiele do zaoferowania. El-P ponownie stworzył dobre beaty a Killer Mike zadbał o to by historie na płycie nie nudziły. Czekam na kocią wersję.

salad days3. Mac DeMarco – Salad Days. Nieco zabawny a przede wszystkim pretensjonalny Marc DeMarco wydał w tym roku nie dość, że najlepszy album z pogranicza lo-fi i indie rocka to najprzyjemniej słuchający się materiał. „Salad Days” mówiąc potocznie samo „wchodzi”. Utwory są lekkie, przyjemne, wpadające w ucho. Jednak nie ma w tym typowej dla muzyki letniej banalności bo wszystko jest całkiem serio. Nie jestem fanem stylówy DeMarco (nie kupiłbym na aukcji jego dziurawych butów), ale jego muzyka całkiem mnie zahipnotyzowała.

problem2. PRO8L3M – Art Brut. O PRO8L3Mie napisano już chyba wszystko. Ja swoje trzy grosze rzuciłem w październiku. Jak dla mnie jest to polski album roku. „Art Brut” to przede wszystkim fenomenalne podkłady składające się z mniej lub bardziej znanych polskich przebojów z lat 70 i 80, autentyczne, osiedlowe historie opowiedziane zachrypniętym głosem rapera Oskara oraz wstawki dialogów z klasycznych polskich filmów („Sztos„, „Wielki Szu„). Mixtape ten to materiał wciągający i łączący interesy młokosów słuchających blokerskich rap płyt z wszystkimi odmianami współczesnych hipsterów. Podobno na nowy rok ma wyjść długogrający album PRO8L3M, czekam!

"Black Messiah"1. D’Angelo and The Vanguard – Black Messiah. Michael Eugene Archer wydając swój nowy album w połowie grudnia pokazał środkowy palec wszystkim frajerom robiącym muzyczne podsumowania już w listopadzie. Ludzie, ogarnijcie się. Rok kończy się 31 grudnia, a święta Bożego Narodzenia są w grudniu a nie na przełomie października i listopada. Wróćmy jednak do płyty numer 1. Po 14 latach !!! przerwy D’Angelo udowodnił, że dalej trzyma formę. „Black Messiah” to album może nie kompletny pod każdym względem, ale najlepszy jaki miałem okazję usłyszeć w zeszłym roku. Krążek ten już w momencie swojej premiery stał się klasykiem. D’Angelo momentami przybiera maskę Prince’a, słyszymy sporo gitar, chwilami przypomina to utwory The Roots. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze, ale mająca wiele smacznych detali, które połączone w całość dają wyśmienity rezultat.

TOP 10 Singli 2014:

zastary-kes10. ZaStary – Kęs. Za sprawą tego kawałka z niecierpliwością czekam na coś więcej od Jakuby Sikory, wokalisty Crab Invasion. „Kęs” to ciekawe połączenie lo-fi z elementami chillwave’u, czyli gatunków, które zawsze będą na propsie. Czuć sporo świeżości w tym kawałku i to jest jego największą zaletą.

Posłuchaj

againstthemooniceage9. Iceage – Against The Moon. Duńczycy porzucili w pewnym sensie nihilistyczny punk rock i zaczęli grać muzykę bardziej melodyjną i łagodną. To spore wyzwanie. Z własnego muzycznego doświadczenia wiem, że łatwiej jest nagrać hałaśliwą, szybką rockową piosenkę aniżeli wolniejszy utwór oparty na melodii. Im się to udało a wisienką na „Plowing Into the Field of Love” jest omawiany indeks numer 10. „Against The Moon” swoją strukturą i brzmieniem mocno mi przypomina The Field z ich ostatniej płyty, a chyba nie muszę powtarzać, że to genialna muzyka była.

Posłuchaj

cloudnothingsimnotpartofme8. Cloud Nothings – I’m Not Part Of Me. Dylan Baldi w tym roku dorósł do miana naczelnego kompozytora indie szlagierów. „I’m Not Part Of Me” za sprawą fajnego tekstu i warstwy muzycznej z pazurem jest właśnie tego dobrym przykładem. Za sprawą Cloud Nothings dalej wierzę w muzykę gitarową.

Posłuchaj

caribou cant do without you7. Caribou – Can’t Do Without You. Dan Snaith na każdym swoim albumie udowadnia, że posiada wysokie zdolności kompozycyjne. Płyty spod jego ręki przeważnie nie są równe, ale na każdej znajdzie się perełka. Na zeszłorocznym „Our Love” taką perełką jest „Can’t Do Without You„, które uwodzi niezwykłymi synthami.

Posłuchaj

macd_pass6. Mac DeMarco – Passing Out Pieces. Piosenka ta świetnie udowadnia dziwaczność Pepperoni Playboya – zobaczcie teledysk! Pod względem lirycznym zgrabnie ułożona kompozycja. Natomiast warstwa muzyczna to K-A-P-I-T-A-L-N-Y główny motyw. Oczywiście na „Salad Days” jest więcej tego typu perełek, tą jednak wyróżniłem ze względu na to, że w pełni wyraża osobowość Kanadyjczyka.

Posłuchaj

john and mary todd terje5. Todd Terje – Johnny And Mary (feat. Bryan Ferry).Johnny And Mary” w wykonaniu duetu Todd Terje – Bryan Ferry to jeden z tych coverów, który brzmi lepiej od oryginału. Utwór jest nastrojowy, melancholijny i łapiący za serce. Trochę mało pasuje do „It’s Album Time” Szweda i też nie jest najlepszym utworem na płycie. No, ale zachwycać się Inspektorem Norsem na przełomie 2014\2015 jest bez sensowene, zwłaszcza, że utwór ten śmiga już od jakiś trzech lat.

Posłuchaj

SOHN-Artifice4. SOHN – Artifice. Christopher Taylor w poszukiwaniu spokoju zaszył się w Wiedniu, gdzie nagrywa swoje spokojne ballady. Jednak utwór „Artifice” udowadnia, że w Angliku pozostało jeszcze trochę z tanecznego, głośnego Londynu.

Posłuchaj

Tinashe-2-On-608x6083. Tinashe feat. SchoolBoy Q – 2 On. Tinashe to jedno z odkryć roku. Współpracują z nią popularni w ostatnim czasie raperzy, występuje w znanych programach telewizyjnych, podkochują się w niej recenzenci, uwielbiają fani. „Aquarius” to dobra płyta, jednak mająca parę „ale”. Co do singla „2 On” takich wątpliwości już nie mam.

Posłuchaj

Taylor-Swift-Shake-It-Off2. Taylor Swift – Shake It Off. Mówcie co chcecie, ale „Shake It Off” jest dla mnie esencją nośnego, popowego i przyjemnego w odbiorze singla. Taka Taylor Swift całkowicie mi pasuje, szkoda tylko, że całe „1989” nie jest tak dobre jak ten utwór.

Posłuchaj

Kendrick-Lamar-i1. Kendrick Lamar – I. Na początku byłem w szoku. To jest nowy Kendrick? Nie może być. Jednak z czasem (dość krótkim), odkryłem, że to jest to! Nowa odsłona rapera całkowicie zaskakuje i całkowicie jest dobra. Nagrywanie drugiej części „good kid, MAD City” czy też podobnego koncept albumu minęłoby się z celem. Lamar postanowił pójść dalej, co udowadnia radiowym, gitarowym „I„. Ciekaw jestem jak będzie wyglądał jego nowy longplay. Póki co mocny props i numer jeden na mojej liście.

Posłuchaj

Cloud Nothings – Here And Nowhere Else

cloud-nothings-503f4747f422eSą rzeczy w muzyce, których nie potrafię sobie wyobrazić. Przykład? Wyobraża sobie ktoś, że mamy rok 2016 a Radiohead powraca do britpopu i nagrywa album o nazwie „Radiohead”? Albo to, że Coldplay postanawia przestać flirtować z komercją i nagrywa płytę lepszą od „Parachutes„? Eminem gra debiut na Offie? Można by wymieniać dalej. Lista takich wyobrażeń zapewne byłaby długa. Inaczej ma się rzecz z drugim krążkiem od Cloud Nothings, gdyż ich najnowsza płyta jest dokładnie taka jak ją sobie wyobrażałem.

Zacznę od początku. W 2012 roku zespół Dylana Baldiego zachwycił mnie rewelacyjnym „Attack On Memory” na tyle mocno, że na nowo pokochałem gitary w roku, który obfitował głównie w dobre rapsy. Na tamtej płycie była energia, były emocje i przede wszystkim dobre, rockowe kompozycję. Minęły dwa lata i zespół z Cleveland w stanie Ohio wydaje kolejny album zatytułowany „Here and Nowhere Else„. Płyta ta jest dla mnie, czyli dla fana zespołu dokładnie taka jak ją sobie można by wyobrazić. Dylan Baldi z ekipą w dobry i zgrabny sposób rozwinął to co zaczął dwa lata temu. Materiał na krążku również jest energiczny, gitarowy, a momentami hałaśliwy i chaotyczny. Baldi po raz kolejny operuje głosem by śpiewać na przemian melodyjnie, przystępnie oraz agresywnie i scream’owo. No i powtarza się schemat 8 piosenek, z których jedna jest mocno rozbudowana do długości ponad 7 minut.

here-and-nowhere-elsePomimo wspomnianych wyżej powtórzeń, całość brzmi świeżo i ciekawie. Amerykanie powtórzyli co prawda pewne schematy, jednakże zrobili to w taki sposób zachwycić słuchacza ponownie. Udało im się. Przy tym albumie nie można się nudzić. Słuchanie go mija nam szybko i przyjemnie. Zachwycają kapitalne gitarowe riffy z „Just See Fear” oraz „Psychic Trauma„, chropowatość „Pattern Walks„,  bębny w „Giving Into Seeing” czy też epickość „I’m Not Part Of Me„. Tutaj nie ma momentów słabych, jednakże nie odważę się powiedzieć, że jest to lepsza płyta od „Attack On Memory„. Obie są świetne, i obie warto przesłuchać. Ocena: 9/10.

Spring is Here Playlist

spring is hereWiosna zawsze była moim faworytem. Po męczącej, dołującej, ciemnej, mroźnej zimie można w końcu ściągnąć ciężkie ciuchy i poczuć luz. Co prawda w tym roku prawdziwej zimy nie było toteż niedawno przybyła primavera nie cieszy tak jak zwykle. Mimo to postanowiłem stworzyć okolicznościową playlistę, którą publikuje w nowej (nowoczesnej) formule. Nie będę się rozpisywał na temat poszczególnych tracków, postaram się odpowiednio scharakteryzować całość by zachęcić do odsłuchu. Na „Spring is Here” znajdziemy 20 tracków. Ilość odpowiednia by odpalić całość na cd i słuchać w samochodzie itd. Znajdziemy na niej tegoroczne nowości jak i kawałki starsze. Ciepłe, energetyczne gitary reprezentują Cloud Nothings i Wavves. Co ciekawe obie grupy nagrały wspólny album, który ma się pojawić w tym roku. Dylan Baldi mówił, że to będzie brakujące ogniwo w relacji obu zespołów – brzmi fajnie, nie?

Dalej znajdziemy sporo modnego w ostatnim czasie r’nb w wykonaniu LIZ, Tinashe czy też Jhene Aiko. Nie zabraknie oczywiście hip-hop, którym jaram się od dłuższego czasu. Poza wszędobylskim Kendrickiem Lamarem, hype’owanym SchoolBoyem i YG będzie też Drake, A$AP Rocky i Juicy J. Fani szeroko pojętej alternatywy nie powinni być zawiedzeni, gdyż na wiosennej playliście usłyszymy Niemców z Moderat, Banks, Le Youth, MØ oraz Metronomy. Z Popu też wydusiłem to co najlepsze. „Superlove” Charli XCX dla zakochanych oraz Sama Smitha. Jedyny polski akcent to uczestnik tegorocznego X Factora – grupa Crab Invasion. Miłego słuchania i cieszenia się wiosną!

OFF Festival 2013

offKolejna edycja OFFa już za nami a co za tym idzie pora podsumowań. Dla mnie to była już szósta przygoda z festiwalem organizowanym przez Artura Rojka lecz dopiero pierwsza w pełnym czterodniowym wymiarze. Jak było tym razem?

Before Party:

Na Before Party udałem się do Katowickiego Centrum Kultury. Wybrałem opcję najbardziej optymalną, ze względu na to, że w tym roku niestety Artur Rojek nie wcisnął w czwartkowe imprezy żadnej perełki, której nieobejrzenie zrywałoby mi sen z powiek jak miało to miejsce w latach wcześniejszych. Początkowo myślałem, że impreza odbędzie się na scenie przed budynkiem jednak po chwili odkryłem, że blisko dwu godzinny spektakl będzie miał miejsce w środku w sali z miejscami siedzącymi. Taka sceneria była odpowiednia do kameralnych i akustycznych występów A Band of Buriers i Patricka Wolfa. Poza tym możliwość oglądania na siedząco pozwoliło mi na większe skupienie po mocno męczącym i zabieganym dniu. A Band of Buriers zaprezentowali się całkiem przyzwoicie. Byłem zaciekawiony jak zabrzmi na żywo mieszanina angielskiego folkloru z poetycznymi, rapowanymi tekstami wokalisty. Zespół składający się z gitarzysty, perkusisty, skrzypaczki, klawiszowca oraz dwu-osobowego żeńskiego chóru pomimo widocznej niskiej średniej wiekowej zaprezentował się mocno dojrzale i profesjonalnie. Jednakże punktem centralnym był James P. Honey, który momentami pozwalał sobie na mały freestyle. Utwory z zeszłorocznego „Flith” brzmiały znacznie ciekawiej, zwłaszcza „Slides by”. Czekam na dalsze wieści o tym zespole.

Niecałą godzinę później zaprezentował się „gwiazdor” dnia, czyli Patrick Wolf. Koleś o nieokreślonej płci, ubrany w dziwne sukienko-spodnie ma całkiem sporą grupkę fanów w Polsce, która widoczna była również na koncercie. Towarzyszyła mu skrzypaczka oraz akordeonista, którzy momentami opuszczali scenę by Wolf mógł błyszczeć pełną mocą. Niestety nie było czuć chemii pomiędzy nimi. Sam występ był nudny jak flaki z olejem a ciekawie zrobiło się dopiero gdy Wolf zapomniał tekstu piosenki (specjalnie?). Pod koniec zrobiło się nawet śmiesznie, gdy pozwolił jednej z fanek śpiewać swoją piosenkę a chwile później czteroosobowa grupka robiła chórek. Było to show, którego niestety nie jestem odbiorcą.

Dzień I

Pierwszy dzień plenerowych zmagań rozpocząłem od koncertu wyczekiwanego przeze mnie Mikala Cronina. Niestety wczesna, jeszcze gorąca pora nie pozwalała mi wejść do dusznego namiotu Trójki. Mimo to sam koncert odbieram pozytywnie, było rockowo i po kalifornijsku. Cronin grał głównie piosenki z ostatniego albumu „MCII” dlatego nie zabrakło jego największych hiciorów takich jak „Weight” czy też „Change”. O 19:40 dotarłem pod scenę główną by zobaczyć Cloud Nothings. Autorzy chyba najlepszej indie rockowej płyty zeszłego roku dali występ pełen energii. Zagrane na żywo „Stay Useless” czy też „Fall In” zabrzmiały równie dobrze jak na płycie. Nie jestem pewien czy pojawiły się starsze piosenki gdyż setlista wydawała się mocno krótka. Trochę więcej się spodziewałem po kończącym koncert „Wasted Days”, który został rozciągnięty do granic możliwości byle tylko wypełnić do końca czas zaplanowany na występ grupy z Cleveland. Straciła przez to ta niezwykła piosenka swoją dynamikę i pazur.

wodeckiO 21:50 miał się zacząć koncert dnia i chyba całego Offa. Zbigniew Wodecki i grupa Mitch&Mitch odkurzyli materiał sprzed 37 lat. Chodzi o debiutancką płytę Wodeckiego o której sam autor nawet zapomniał, a szkoda bo to kawał dobrej muzyki, która przy mitchach dostała nowych kolorów. Sam Wodecki był w dobrej formie, jego wygląd nie zmienia się od lat a postawa wzbudzała tylko sympatię. W tłumie można było usłyszeć podśpiewki dwóch największych szlagrów Wodeckiego jednak po tym historycznym koncercie ludzie zapamiętają kolejną, odegraną na bis „Rzuć to wszystko co złe” z sielankowym na na na na na. Sprawdziłem również w jakiej formie utrzymują się Brytyjczycy z The Pop Group. Niestety zarówno jak na płycie tak i na żywo nie przekonali mnie do siebie. Dzień zakończyłem z gwiazdą dnia, czyli The Smashing Pumpkins. Grupa co prawa swoje lata świetności ma za sobą, jednak w ostatnim czasie odżyli za sprawą albumu „Ocenia”. I to z najnowszego krążka piosenki brzmiały najlepiej, zwłaszcza „Panopticon” czy też „Violet Rays”. Niestety sami muzycy nie porwali ogromnego tłumu a klasyczne utwory takie jak „Tonight, Tonight” nie były tak epickie jak by mogły być.

Dzień II

Drugi dzień festiwalowych zmagań rozpocząłem nieco później niż chciałbym. Niestety przez afrykańską temperaturę odpuściłem występ Trupa Trupa i załapałem się jedynie na końcówkę występu Bisza. Po szybkim ogarnięciu tematu spostrzegłem się, że załapałem się na ich najlepsze piosenki, które zostawili na koniec. O 17:00 na scenie leśnej rozpoczął się koncert jednej z najciekawszych rodzimych formacji – Ul/KR. Niestety to nie była właściwa pora i właściwa scena dla tego typu koncertu. Ludzie szukali cienia a cała psychodela znana z ich debiutanckiej płyty gdzieś się rozproszyła w suchym powietrzu. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało wieczorową porą w jednej z namiotowych scen, które mogłyby stanowić imitację zadymionego klubu. O 17:50 stawiłem się pod sceną główną, gdzie swój wystąp miało nowe oczko w głowie Sub Popu – Metz. Na każdej edycji Rojas stara się zaserwować nam coś hardkorowego i pod tym względem grupa nie zawiodła. Dla tych, którym było mało obiecali wrócić na jesień do Polski. Następnie udałem się na długo oczekiwanego w Polsce Jensa Lekmana. Niestety pojawił się ten sam problem, zła pora, zła scena. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało na leśnej, przy zachodzącym słońcu i pełnym akompaniamencie muzycznym. A tak dostaliśmy uroczy acz odegrany w połowie z kasety występ Lekmana w dusznym namiocie w piknikowej atmosferze (co akurat nie było takie złe). Szwed zaserwował nam mieszankę nowych utworów i tych z „Oh You’re so silent Jens”. Fanki nie czuły się zawiedzione. Kolejny występ tego dnia to The Walkmen grający na głównie. Po ich ostatniej, nudnej płycie spodziewałem się, że nie za wiele się wydarzy na scenie. I nie zawiodłem się. Kulminacyjny moment to odegrany gdzieś w środku „The Rat” a reszta koncertu była mocno przewidywalna aczkolwiek na swój sposób wciągająca za sprawą frontmana. Dla fanów zimnego i eleganckiego grania koncert mógł być nie lada gratką, niestety ja takiej muzyki słucham już coraz mniej.

walkmenGrający zaraz po amerykanach Skalpel był jedynym zespołem, którego wcześniej nie słuchałem. W tym miejscu muszę się wyspowiadać przed wami, że moja tegoroczna forma jest fatalna. Chodziłem na koncerty tylko tych, których wcześniej znałem. Przez cały festiwal nie poznałem niczego nowego oprócz wspomnianego Skalpela. Shame on me. Wracając jednak do polskiej grupy grającej psychodeliczną elektronikę to muszę przyznać, że był to występ miły zarówno dla oka jak i ucha. Wspaniałe wizualizacje z fragmentami filmów i teledysków grupy ciekawiły i dodawały kolorystyki, natomiast muzyka wprowadzała w trans. Był to spektakl nie gorszy od koncertów Kraftwerk. Ostatni koncert dnia to Godspeed You! Black Emperor. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że co roku reprezentanci post-rocku stanowią najważniejsze ogniwo line-up, jednak osobiście wolałbym więcej różnorodności przy doborze gwiazd dnia. Koncert GY!BE z pewności nie należał do najładniejszych do oka. Liczna grupka muzyków skryła się w ciemności sceny a do fanów dochodziły jedynie, potężne dźwięki z ich najnowszej płyty. Nie mam pojęcia ile zagrali utworów (ciężko było ogarnąć kiedy kończy się jeden a zaczyna drugi), ale można je policzyć na palcach jednej ręki. Mimo, że jak dla mnie brzmiało to zbyt cicho (wiadomo rekord głośności zarezerwowany był dla MBV) to mocno podobał mi się ten występ, który był idealnym zwieńczeniem tego gorącego i męczącego dnia.

Dzień III

Ostatni dzień offa zapowiadał się najbardziej hardkorowo pod względem must see. Maraton rozpocząłem od występu grupy Gówno na scenie Głównej. Wcześniejszy trening przed offem dużo pomógł punk-rockowcom, gdyż zagrali bardzo dobry koncert. Pod sceną zebrała się wierna grupa ultrasów Gówna a muzycy natomiast zrewanżowali się czystym punkiem. Maciej Salamon utrzymywał dobry kontakt z widownią a jego ironiczne wstawki wzbudzały uśmiech. Nie zabrakło mgły smoleńskiej, ale i uwag o polskiej młodzieży, która potrafi tylko pisać posty na facebooku. Grupa zagrała materiał z debiutu oraz ostatniej płyty „Czarne Rodeo”, szkoda tylko, że zabrakło rodeo punka na koniec. Aha wokalista wystąpił w koszulce The Kurws, Rojas wiesz co robić. Pięć minut po Gównie występował kolejny ciekawy polski projekt o nazwie Rebeka. Muszę przyznać, że utwory z „Hellady” znacznie lepiej zabrzmiały na żywo niż na albumie. Co prawda każdy w tym momencie szukał cienia w drzewach mimo to był to jeden z najlepszych występów, które widziałem na scenie leśnej. Kolejny występ to spore rozczarowanie. Mowa o Autre Ne Veut. Czekałem na ten koncert szczególnie, gdyż dobrego r’n’b jak i hip-hopu na offie wiecznie nie wiele. Niestety było tak sobie pomimo, że leciały same hity z „Anxiety”. Artur Ashin co prawda dał popis wokalny jednakże nie potrafił rozruszać widowni do tańca. Poza tym na minus wpłynęły: zerowy kontakt z publiką, zaduch namiotu no i muzyka w 90% puszczona z taśmy, oj nie podoba mi się to. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało na leśnej wieczorem przy pełnym zespole i efektownych światłach.

Molesta_OFF_Festival_bede_6205921Po Autre Ne Veut powróciłem na Scenę Leśną gdzie miał wystąpić zespół, który uratował muzykę gitarową. Oczywiście chodzi o kanadyjski duet Japandroids dla którego był to ostatni koncert na europejskiej trasie. Chłopaki udowodnili, że przy akompaniamencie samej gitary, perkusji i dwóch ryczących ryjów można zrobić niezłe rockowy rozpiździel. Setlista złożona z kawałków z ostatniej płyty i kilku starszych urozmaicona została pod koniec wstawką „Enter Sandman”. Nie zabrakło potu, pogo, gitarowych i perkusyjnych solówek. Ogólnie czad, gdybym był młodszy pewnie bym skakał pod barierkami. Po Kanadyjczykach na Scenie Głównej wystąpiła grupa Molesta, która miała odegrać swój debiutancki album „Skandal”. Warszawiacy dali jeden z najlepszych występów całego festiwalu. Album zagrany został w całkowicie nowej aranżacji przy pełnym zespole (była nawet trąbka!). Natomiast Pele, Włodi i Vienio rozbujali widownie i nawet mieli przy jednym utworze pogo. Próbowali zaśpiewać „Długość Dźwięku Samotności”, utrzymywali ciągły kontakt z publiką i byli w ciągłym ruchu. Przy odgrywaniu „Sztuki” w stronę sceny poleciały staniki (Pierwsze od 17 lat!). Nie jetem pewien czy zagrali wszystkie utwory ze „Skandalu„, gdyż grali je w innej kolejności niż ta na albumie. Pojawiły się natomiast inne utwory takie jak „Muzyka Miasta” czy też „Wszystko wporzo”. Po ciągłym machaniu ręką nie miałem sił by tłoczyć się na scenie eksperymentalnej podczas występu Thee Oh Sees. Jednakże nie mogłem odpuścić tego koncertu dlatego też przybrałem wygodną pozycję w oddali przed namiotem. Zaczęli mocno od utworów z ostatniego LP, było głośno i energicznie, czyli tak jak miało być. Zespół miał grać równą godzinę, jednak opuścił scenę po około 40 minutach (pomyłka czy celowo?). Wrócili jednak by dograć resztę czasu ja jednak już myślami byłem przy kolejnym występie na scenie głównej. Deerhunter zaczął mało ciekawie, mrocznie. Na szczęście rozkręcili się a Bradford Cox nabrał smiałości i nawet się rozgadał. Zdissował ruskich nas natomiast pochwalił za otwartość. Cieszymy się bardzo i zapraszamy ponownie! Setlista zawierała wszystko to co chciałem usłyszeć. Nie zabrakło genialnego „Desire Lines”, pocieszającego „Don’t Cry” czy też utworów z ostatniego longplaya „Monomonia”. Najlepsze jednak było na końcu, gdzie zaserwowali istny muzyczny szał. Po tym występie pomimo ogromnego zmęczenia chciało się więcej.

mykki blancoPo jedynej w tym dniu przerwie udałem się pod namiot gdzie miał wystąpić Mykki Blanco. W zamiarze miało być jedynie 20 minut by zdążyć przynajmniej na godzinę z gwiazdą całego festiwalu – My Bloody Valentine. W namiocie spędziłem jednak więcej czasu i były to najdziwniejsze minuty mego życia. Pierwsze dwa utwory odegrane przez innego rapera (również o niepewnej płci) miały rozgrzać przed występem Blanco. Nim to jednak nastąpiło na scenie pojawiła się dziwna czarnoskóra postać o niezidentyfikowanej płci ubrana w białą szatę i umalowana na biało. DJ w tym momencie puścił jakieś dwie przeróbki starych hitów? Nie jestem pewien. Postać ta natomiast świeciła dziwnym jasnym światłem prosto z jamy ustnej i dłoni! Wyglądała przerażająco niczym zombie i jednocześnie było w tym coś pasjonującego. Po tym pokazie pokazał się Mykki Blanco. Rapował, fristajlował, zagadywał, biegał w scenie w dziwnych białych majtach z podwiązkami? Co chwilę poprawiał długie, czarne rozpuszczone włosy. Koleś jest nie przewidywalny jednak przy jego „Wavvy” czy też „HazeBoogie” wszyscy dobrze się bawili. A zainteresowanie było ogromne, namiot wypełnił się po brzegi (Czego się nie spodziewałem ze względu na równocześnie grające MBV). Nie obejrzałem tego występu do końca gdyż chciałem zobaczyć druga połowę występu Irlandczyków. Na My Bloody Valentine faktycznie było głośno. W odróżnieniu do GY!BE Kevin Shields i ekipa postawili na światła i wizualizacje, szkoda tylko, że okazali się drętwiakami zakazując robienia zdjęć. Nie można odmówić im profesjonalizmu, na scenie wyglądali dobrze i energicznie. Odegrali najlepsze kawałki z legendarnego „Loveless” z „Only Shallow” na czele. Nie zabrakło także piosenek z ostatniej, nowej płyty „M B V”. Mimo to nie powalili mnie na kolana i zacząłem trochę żałować, że nie zostałem na Mykkim Blanco do końca. Zwłaszcza, że ten pod koniec występu rzucił się w tłum i stracił swoją cenną perukę! Z resztą raper został w
Polsce na dłużej, gdyż na jego profilu Facebook’owym można zobaczyć jak świetnie się bawił w stolicy. W ten sposób zakończyłem swoją przygodą z kolejną edycją Off Festiwalu.

Podsumowanie

Podsumowując Offa należy na pewno wyróżnić ogromną różnorodność występujących artystów i fakt, że festiwal ten jako jedyny w Polsce i nieliczny na świecie dyktuje pewne trendy w muzyce. Dzięki tej edycji poznaliśmy kapitalny debiut Zbigniewa Wodeckiego, który nie jest dla większości z nas jedynie kolesiem od Tańca z Gwiazdami i Pszczółki Mai. Na duży plus zasługuje pomysł organizacji spotkań z artystami w strefie Converse. Były one ciekawe i dodają festiwalowi uroku, gdyż nie jest to już tylko wyłącznie impreza gdzie pije się piwo i słucha muzyki. Kolejny mega plus za dobór filmów. Dzięki offowi poznałem zapomniany polski film z 1929 roku „Mocny Człowiek”. Poza tym na „plaży” można było także zobaczyć „Nóż w Wodzie” Polańskiego. Filmy były także wyświetlane na scenie leśnej, jednakże nie miałem okazji tego zobaczyć ze względu na późną porę pokazów. Po raz kolejny Kawiarnia Literacka kusiła dobrym doborem pisarzy i poetów a cała Dolina była obwieszona różnymi plakatami, które przykuwały uwagę na dłużej niż 2 sekundy. Na koniec pochwał chciałbym pochwalić Rojka za lepszy dobór polskich artystów. Pojawiły się ciekawe, rodzime debiuty takie jak: Trupa Trupa, Drekoty, Gówno, Rebeka czy też wyjadacze tacy jak wspomniany Wodecki, Skaplel i Molesta. Kiedyś był z tym problem bo notorycznie widziano te same polskie twarze z CKOD, Hey, Janerką na czele. Jest jeszcze wiele ciekawej polskiej muzyki, która zasługuje na pokazanie światu.

Teraz trochę zażaleń. Na początku chwaliłem festiwal za różnorodność, jednakże boli mnie nacisk na muzykę gitarową z post rockiem na czele. Scena główna przeważnie zarezerwowana jest na rockowych wyjadaczy a w moim odczuciu należałoby dać szansę więcej ilości młodym kapelom, które coś aktualnie wnoszą.  Poza tym za mało hip-hopu i r’n’b. Koncert Molesty i Mykki Blanco pokazał, że zainteresowanie tą muzyką jest coraz większe. Ogromny minus za nagłośnienie. To co działo się na Deerhunterze i Moleście nazwałbym Skandalem. Sprzęgało, szumiało, nie działały mikrofony. Na GY!BE było cichutko,  na innych scenach też ten dźwięk nie raz brzmiał nie tak jak powinien. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale skoro taki nagłośnieniowy laik jak ja słyszy, że nie jest dobrze to znaczy, że chyba coś zawiodło. Poza tym kwestie organizacyjne, pierwszy dzień to był jakiś koszmar. Kolejki po odbiór internetowego biletu, zacinające się karty zbliżeniowe, problemy na polu namiotowym (nie byłem, ale słyszałem narzekania) czy też problem z dostaniem się do jedzenia to najpoważniejsze przeszkody. Poza tym czy w tak upalne dni ta butelka z wodą jest tak ogromny niebezpieczeństwem dla uczestników? Dobrze chociaż, że strażak polewał wodę z hydrantu, dawało to ulgę. Mimo ogromnego zmęczenia festiwalem jestem zadowolony. To świetna okazja by poznać ciekawych ludzi, posłuchać dobrej muzyki i mile spędzić czas z najbliższymi. Za rok na pewno będę też.

10 koncertów OFF’a, których nie wolno przegapić

Znudziła mi się formuła „off’owych propozycji” dlatego też postanowiłem stworzyć jeden post, który będzie zawierał całą esencję zbliżającego się dużymi krokami off’a w postaci 10 zespołów, których po prostu NIE MOŻNA przegapić. Kolejność alfabetyczna. Zapraszam do lektury i czekam na wasze opinie.

autre-ne-veutSkąd pochodzi? Brooklyn (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z Arthurem Ashinem, zapaleńcem, który kursuje pomiędzy muzyką r’n’b a popem. I całkiem dobrze mu to idzie!

Lektura obowiązkowa: Autre Ne Veut ma na koncie dwa albumy: „Autre Ne Veut” z 2010 i tegoroczny „Anxiety”. Obydwa należąłoby przesłuchać z wskazaniem na ten ostatni, który jest po prostu fenomenalnym dowodem na to, że muzyka r’n’b przeżywa swój renesans.

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

cloudnothingsSkąd pochodzą? Cleveland (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z indie rockową formacją założoną przez Dylana Baldi’ego. Zespól istnieje od 2009 roku. Słynie z energicznego, żywiołowego grania. Nikt z członków załogi się nie opieprza, zwłaszcza perkusista. Indie rock to jedynie przykrywka, w ich muzyce słychać sporo noisowego, brudnego rzempolenia wymieszanego z przyjemnym lo-fi. Jeżeli chcecie się wyskakać i wykrzyczeć na koncercie to musicie być pod sceną główną pierwszego dnia festiwalu.

Lektura obowiązkowa: Do tej pory wydali trzy, równe albumy, ale to zdecydowanie dzięki ostatniemu „Attack On Memory” się wybili na szerokie wody.

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

deerhunterSkąd pochodzą? Atlanta (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z indie rockowym bandem, którego mózgiem i sercem jest Bradford Cox. Lider grupy słynie ze swojej zawziętości do tworzenia cholernie dobrych utworów. Nie ważne czy nagrywa je sam jako Atlas Sound czy też ze swoim zespołem. Możemy się spodziewać ciekawego show obfitego w elegancko zapakowane piosenki.

Lektura obowiązkowa: Należałoby się skupić na tegorocznym albumie „Monomonia”, jednakże warto także sprawdzić „Halycon Digest” i „Micorcastle”.

Odnośniki: allmusic.com

Godspeed You Black EmperorSkąd pochodzą? Montreal (Kanada)

Z kim mamy do czynienia? Z legendą post-rocka. Okres ich największej aktywności to lata 1998-2002. W 2010 roku powrócili po prawie 7 latach ciszy a w zeszłym roku wydali czwarty longplay. Możemy się spodziewać widowiska bogatego w brzmienie. Najkrótsza ich piosenka ma trochę ponad 6 minut, także można się spodziewać, że zagrają 4-5 utworów, które zmienią nasze życie.

Lektura obowiązkowa:Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven” a także zeszłoroczny „Allelujah! Don’t Bend Ascend”.

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

mikalcroninSkąd pochodzi? Laguna Beach (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z basistą Ty Segall, który poza działalnością solową może pochwalić się aktywnością w takich zespołach jak: Okie Dokie, Epsilons, Party Fowl oraz Moonhearts. Jak widać całkowicie poświęcony muzyce. Cronin jest reprezentantem zachodniego wybrzeża, dlatego możemy się spodziewać słonecznego garage rocka, który wraz z odpowiednią,gorącą pogodą doda offowi kalifornijskiego klimatu.

Lektura obowiązkowa: „MCII”

Odnośniki: allmusic.com

molestaSkąd pochodzą? Warszawa (Polska)

Z kim mamy do czynienia? Z Vieniem, Włodim i Pelsonem. To oni obecnie tworzą Molestę, aczkolwiek można przypuszczać, że w Katowicach pojawią się w szerszym składzie. Molesta to legenda polskiego hip-hopu, która ma na koncie wiele dobrych rapalbumów. Jednak na offie zaprezentują tylko jeden z nich, debiutancki „Skandal” z 1998. Z całkowitą pewnością nieźle się nastukamy.

Lektura obowiązkowa: W tym przypadku tylko i wyłącznie „Skandal”.

Odnośniki: allmusic.com youtube

mbvSkąd pochodzą? Dublin (Irlandia)

Z kim mamy do czynienia? Z twórcami Shoegaze. My Bloody Valentine to jeden z najważniejszych zespołów w dziejach muzyki nie tylko alternatywnej. Ich zasługi są nie do przecenienia. Mistrzowie w tworzeniu tzw. ściany dźwięku. W tym roku po ponad 20 latach przerwy wrócili z nowym LP. Idealna okazja by zaprezentować się na offie. Zdecydowanie najmocniejszy punkt line-up’u.

Lektura obowiązkowa: Wszystko

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

mykkiblancoSkąd pochodzi? Nowy Jork (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z raperem transwestytą. Nie stroni od kontrowersyjnych stroi, zachowań czy też make-up’ów. Jednakże muzycznie się broni, gdyż jest jednym z najzdolniejszych raperów w ostatnim czasie. Możemy się spodziewać wielu nietypowych scen oraz świetnej rapowej zabawy. Minusem tego wszystkiego jest to, że gra w tym samym czasie co MBV…

Lektura obowiązkowa: No cóż nie ma tego wiele, ale powinniście znać mixtape o wymownej nazwie „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ssa”

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

smashingpumpkinsSkąd pochodzą? Chicago (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z legendą lat 90. The Smashing Pumpkins to jeden z najciekawszych przedstawicieli nurtu z pogranicza pop-rocka. Postacią wiodącą w zespole jest wokalista Billy Corgan, którego teksty zmuszają do refleksji. Wyspecjalizowali się w graniu psychodelicznych ballad rockowych, które silnie oddziałują na psychikę. Headliner dużego formatu, można spodziewać się tłoku pod sceną.

Lektura obowiązkowa: Zdecydowanie trzy pierwsze LP i ostatnia „Oceania”, która jest na bardzo dobrym poziomie.

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

zbigwodeckiSkąd pochodzą? Kraków (Polska)

Z kim mamy do czynienia? Z dwoma żywiołami. Z jednej strony legenda polskiej muzyki popowej – Zbigniew Wodecki. Znany z „Pszczólki Maja”, „Zacznij od Bacha„, „Chałupy welcome to„, niezliczonych występów na Festiwalu w Opolu oraz Tańca z gwiazdami. Z drugiej najdziwniejszy polski zespół, którego liderem jest Macio Moretti. Nie przesłuchałem ich żadnej płyty, ale na żywo są bardzo oryginalni. To połączenie już kiedyś zaistniało na antenie radia Trójki, jestem arcyciekawy jak będzie to wyglądało na off’owej głównej scenie.

Lektura obowiązkowa: W tym przypadku debiutancki album Wodeckiego z 1976 roku „Zbigniew Wodecki”.

Odnośniki: youtube

Ławka rezerwowych: Na koniec jeszcze kilka nazw bez rozpisywania się, które także warto zobaczyć.

AlunaGeorge, Austra, Blondes, Drekoty, Girls Against Boys, Gówno, Japandroids, Jens Lekman, Rebeka, Solange, The Pop Group, The Walkmen, Thee Oh Sees, Trupa Trupa, UL/KR oraz Woods.