22 miliony powodów by posłuchać nowego Bon Ivera

bon-iverPo pierwsze na prawdę daje radę.

Po drugie Justin Vernon to prekursor mody na nieokrzesanego drwala. 2007. PAMIĘTAMY!

Po trzecie cała akcja rozgrywa się w niespełna 34 minuty.

Po czwarte głos Vernona wciąż działa, chociaż piosenki do Emmy o wiele piękniejsze, ważniejsze.

Po piąte Pitchfork dał 9.0 na 10.0. Dla mnie to jednak o czymś świadczy.

Po szóste słuchając tej płyty w samochodzie złapała mnie policja i wlepiła dwie stówki za prędkość. Jak to się stało nie wiem.

Po siódme Bon Iver to jednak klasa sama w sobie, symbol artystycznej niezależności. Dziś takich artystów jest na pęczki, jednak TAKICH jak ON, nie ma. Niestety.

Po ósme „22, a million” to przyjemna w odbiorze płyta, która w najlepsze czerpie z elektroniki i… „Yeezusa” Kanye Westa.

Po dziewiąte tytuły są napisane w przystępnym języku dla młodzieży porozumiewającej się za pomocą hashtagów i snapujących o pierdołach.

Po dziesiąte na płycie nie ma ani jednego utworu nagranego z Kendrickiem Lamarem.

bon-iver-22-milionPo jedenaste Justin Vernon zamówił na eBayu do swojego domku w lesie w stanie Wisconsin syntezator. I użył go.

Po dwunaste to bardzo minimalistyczny album, ale za to jaki podniosły. Chet Faker niech się schowa i nie wychodzi.

Po trzynaste dla indie smutasów to nie lada gratka.

Po czternaste zapomniałem.

Po piętnaste już sobie przypomniałem… albo nie….

Po szesnaste… a już WIEM! To jeden z tych albumów, który zachwyci zarówno słuchacza niezależnego, jak i tego mainstreamowego.

Po siedemnaste to w jakiś sposób innowacyjny album, który potrafi przykuć uwagę. JA to szanuje.

Po osiemnaste mam nadzieje, że nie nabrałem się na jakąś mistyfikacje i spod maski Justina Vernona nie wyłoni się Kanye West niczym przestępca w Scooby Doo.

Po dziewiętnaste Justin Vernon jest spoko

Po dwudzieste Justin Vernon ma takie same imię jak Justin Timberlake i Justin Bieber.

Po dwudzieste pierwsze przemawia do mnie ta muzyka

….

….

Po dwudzieste drugie milionowe (nie wiem jak to odmienić) daje tej płycie ocenę 8/10.

Posłuchaj

Radiohead jak wino, czyli słów kilka o „A Moon Shaped Pool”

radiohead-top-10-albums-770Sevilla FC zdobyła po raz trzeci z rzędu Puchar Ligi Europy, a Radiohead po raz kolejny nagrał wyśmienity album. „A Moon Shaped Pool” to 9 w dorobku longplay Thoma Yorke’a i spółki. Stanowi on wartość dodatnią, tak samo jak wszystkie inne płyty, dlatego śmiało można go porównać do kolejnego trofea ułożonego na półce zespołu. Brytyjczycy są jak wino. Wciąż dobrzy, wciąż dają kopa.

Szczerze powiedziawszy to miałem wątpliwości by recenzować ten album. Przy tak wybitnych dziełach czuje, że brakuje mi kompetencji i odpowiedniej zgody na rozkładanie na czynniki pierwsze tak dopracowanej muzyki. Dlatego umówmy się, że po prostu z dziennikarskiego obowiązku i zamiłowania do muzyki Radiohead wspomnę na blogu, że „A Moon Shaped Pool” to płyta, której wstyd nie znać.

moon-shaped-pool-radioheadJuż od pierwszego „Burn The Witch” czujemy, że mamy do czynienia z czymś wielkim. Świetnie zaaranżowany utwór wywołuje mocne w nas emocje, a genialnie nakręcony teledysk, tylko je umacnia. Kolejny w zestawie „Daydreaming” jak sama nazwa wskazuje brzmi jak sen na jawie. Przy takich dźwiękach tracimy poczucie czasu. Trzeci w zestawie „Decks Dark” przywołuje mi Radiohead z okresu „Hail To The Thief” – jednej z najbardziej niedocenionych płyt zespołu (niesłusznie!).

Kolejne w zestawie utwory to oniryczny „Desert Island Disk„, transowy i zarazem mroczny „Ful Stop” i filmowy „Glass Eyes„. W „Identikit” zespół ładnie bawi się z elektroniką a w „The Numbers” zadziwia bogactwem brzmienia. Najlepsze jednak dostajemy na koniec. Przedostatni  „Tinker Tailor Soldier Sailor Rich Man Poor Man Beggar Man Thief” zabiera nas w podróż w czasie do roku 2000, gdzie ponownie słyszymy zespołu z okresu „Kid A„. Natomiast na koniec otrzymujemy odświeżony „True Love Waits„, czyli jedną z najpiękniejszych ballad napisanych przez Yorke’a. Takie zwrotki jak: „I’m not living. I’m just killing time” wciąż chwytają za serce.

Radiohead tą płytą po raz kolejny potwierdził swój geniusz. Nagrać 9 wyśmienitych albumów to nie lada wyczyn, Brytyjczycy tego dokonali. Dobre oceny, które zebrali w prasie i mediach są całkowicie słuszne i uzasadnione. Podpisuje się pod tym obiema rękoma. Ocena: 9/10.

Posłuchaj

Trupa Trupa – Headache

trupa trupaRecenzję nowej płyty trójmiejskiej formacji Trupa Trupa chciałem zacząć od stwierdzenia, że po raz kolejny uwierzyłem w siłę polskiej muzyki gitarowej. Jednak szybko zmieniłem zdanie przypominając sobie, że nasze rodzime brzmienie, mimo, że czerpie pełnymi garściami od zachodnich artystów już od paru wiosen stoi na całkiem przyzwoitym poziomie i nie ma czego tak na prawdę się wstydzić. Dlatego kolejne wyróżnienie polskiej płyty nie jest już taką niespodzianką, a normą. W prywatnych rozmowach z różnymi ludźmi, mocno mnie irytują opinie dzielące sztukę na dobrą zagraniczną i słabą polską. W obliczu ostatnich głośnych sukcesów medialnych (Ida, Małgorzata Szumowska, Włodek Pawlik hehe) oraz rosnącej z roku na rok liczby dobrej polskiej, niezależnej muzyki nie powinniśmy mieć problemu z wartościowaniem narodowej kultury. A mamy z tym problem. Po sukcesie „Idy” na gali Oscarów dało się słyszeć głosy, że to film antypolski. Polskie festiwale spychają dobre, polskie kapele w line-upie do pór obiadowych a lepsze miejsce czasowe przyznają głównie artystom zachodnim, niejednokrotnie gorszym od „naszych”. Dziennikarze natomiast podsumowując rok dzielą listy na kategorie Polska / Świat, tak jakby nasz kraj nie należał do tego świata?

Ok, ale ja chciałem kleić ze słów recenzję „Headache” a nie kolejny felieton z wątpliwą tezą. Trupa Trupa wydało dziś swój trzeci album. Dwa lata temu na łamach bloga recenzowałem krążek „++”. Co od tego czasu się zmieniło? Dużo i nic za razem. Na pewno słychać jest znaczący progres w aranżacji kompozycji. Nowy longplay wydaje się być bardziej przemyślany i rozbudowany. Materiał zgromadzony na „Headache” jest mniej teatralny oraz bardziej przystępny, jednak wciąż sporo na nim surowości znanej z wcześniejszych dokonań grupy. Dobrym przykładem tego stwierdzenia jest otwierający całość „Snow„, który pomimo ciężkiego, mrocznego niemalże surrealistycznego klimatu jest utworem dobrze „wchodzącym” w uszy. Poza tym wszystko po staremu. Grzegorz Kwiatkowski po raz kolejny urzeka zgrabnymi, literackimi tekstami a zespół zapędza się w psychodeliczne rejony muzyki z lat 60.

headache trupa trupaDużą rolę na albumie grają klawisze. To głównie ich brzmienie wpędza nas w dziwny stan umysłu. Druga część „Getting Older” dzięki połączonej linii klawiszów oraz ciężkich gitarowych riffów tworzy miażdżący efekt. Nie mniejsze ukłony należą się za transowy „Wasteland„, który stanowi jeden z najlepszych momentów na płycie. Poza tym podoba mi się leniwe, intymne, niemalże usypiające „Give’am All„, partia perkusji w „Sky Is Falling” oraz przypominające ostatnie dokonania Swans tytułowe „Headache„. Całość kończy kapitalne „Picture Yourself„.

Nowa płyta Trupa Trupy to materiał konkretny, dobrze zaaranżowany, równy, wypełniony intrygującymi melodiami oraz bardzo dobrze wyprodukowany. Nie jest może odkrywczy i nie wprowadza nic nowego, jednak bardzo dobrze się go słucha. Cieszę się, że zespół rozwinął skrzydła. Póki co płyta została ciepło przyjęta, całkowicie zasłużenie. Jeżeli jesteście fanami ciekawego, gitarowego grania i nie macie kompleksu polskości to gorąco zachęcam do przesłuchania „Headache„. Ocena: 7/10.

Weezer – Everything Will Be Alright In The End

Weezer-summer-2014Wydawać by się mogło, że ostatnim wpisem zrobiłem kreskę od 2014 roku i teraz będę spoglądać tylko w przyszłość. Otóż nie. Wciąż słucham płyt z zeszłego roku, na które zabrakło czasu w minionych 12 miesiącach. I spośród tych albumów największe wrażenie zrobił na mnie zespół Weezer.

Z tym Weezerem to dość niespotykana sprawa. Amerykański zespół, którego najlepszy okres przypada na lata 90 już od dłuższego czasu był przekreślony. Gdy się jest młodym, gra piosenki o liceum i robi się to dobrze to jest się cool. Inaczej sprawa wygląda, kiedy jest się przed czterdziestką i nadal śpiewa o licealnych sprawach. Tak było z ekipą Riversa Cuomo. Nie byli cool, ani wystarczająco blisko cool by ich wciąż namiętnie słuchać. Mimo, że to jeden z tych bandów, które wzbudzają sympatię. Tendencja ta jednak odmieniła się za sprawą ich zeszłorocznego albumu „Everything Will Be Alright In The End„.

weezer everything will be alrightNowy materiał raz, że brzmi wyjątkowo dobrze to po drugie w udany sposób nawiązuje do najlepszych dzieł spod ręki Cuomo. Całość zaczyna mocno energetyczne „Ain’t Got Noboty„. Następny, singlowy „Back To The Shack” nie spuszcza z tonu. Aczkolwiek w doborze singla wybrałbym inne utwory. Do moich faworytów należy „Da Vinci” z świetnym refrenem oraz „Foolish Father„. Nieźle też zaczyna się „Cleopatra” oraz żwawe „Lonely Girl„. Ładnie komponuje się duet wokalny Cuomo – Bethany Cosentino w utworze „Go Away„. Nie należy także zapominać o klimatycznym „The British Are Coming„. Całość kończy The Futurescope Trilogy, które jest najmniej atrakcyjnym momentem albumu.

Generalnie utwory na płycie są energiczne, słoneczne, szybkie i po prostu dobre. Płyty słucha się szybko i przyjemnie, co stanowi atut. Dobrze brzmi głos wokalisty i lidera grupy, który momentami w ciekawy sposób zmienia barwę wokalną. Muzyczne tło to ciepłe, gitarowe granie prosto z Kalifornii. No i najważniejsze jest to, że Weezer brzmi jak ten dobry Weezer. Grupa gra już tyle lat i wypracowała swój styl, który słuchać również na „Everything Will Be Alright In The End„. Cieszy mnie fakt, że Amerykanie nagrali dobrą płytę. Lubię ten zespół i fajnie jest coś posłuchać od nich dobrego i jednocześnie nowego. Ocena: 8/10.

The Horrors – Luminous

the HorrorsPostęp – to słowo, które jako pierwsze przychodzi mi do głowy gdy spoglądam na dyskografię grupy The Horrors. Przy okazji wydania debiutanckiego albumu „Strange House” w 2007 roku zespół wydawał się kolejnym brytyjskim bandem z nazwą zaczynającą się na The coś tam, który większy nacisk kładzie na stylówę niż muzykę. Dwa lata później pojawiło się „Primary Colours„, które eksplorowało w dokonaniach takich grup jak Joy Division, Bauhaus czy też Ramones. Jednak na pełne „wystrzelenie” Horrorsów trzeba było poczekać kolejne dwa lata. Wtedy pojawiło się „Skying„. Pamiętam, że nie specjalnie byłem zainteresowany tym wydawnictwem. W końcu, co ci kolesie w zaciasnych gaciach mogą jeszcze dobrego nagrać? Jednak gdy przyszedł czas na podsumowania roczne, odkryłem, że pominąłem bardzo ważny album, który łączy w sobie wszystko to co dobre z shoegaze, post-rocka, krautrocka, psychodelii i jeszcze wielu, wielu innych gatunków. Brzmi to teraz trochę banalnie, ale to był bardzo dobry album, do którego jeszcze czasami wracam.

Brytyjczycy jednak nie spoczęli na laurach. Po raz kolejny odświeżyli stare, wyspiarskie brzmienie i zrobili to jeszcze lepiej niż na „Skying„. Ich najnowszy krążek „Luminous” to kawał dobrej muzy, gdzie usłyszymy sporo transowych gitarowych odjazdów. Płyta wydaje się być bardziej melodyjna za sprawą większej ilości syntezatorów, muzycy także postarali się o dopracowanie wszelkich drobnych detali. Efekt? Ja mówię super. Już otwierający całość „Chasing Shadows” zdumiewa precyzją i starannością wykonania. Singlowe „So Now You Know” wprowadza sporo przejrzystości a także buja linią basu. Na płycie pojawiają się także taneczne propozycje takie jak napełniony dyskotekowymi synthami „In And Out of Sight” czy też ponad 7 minutowy „I See You”. Utwór „Jealouse Sun” to godna propozycja dla fanów topornych, jazgotliwych gitar a „Change Your Mind” to lekka i przyjemna gitarowa ballada, która szczególnie przypadła mi do gustu. Całość kończy się fajerwerkami w postaci epickiego „Sleepwalk„.

luminousSłabe momenty? Szczerze powiedziawszy to nie ma czego się czepiać w przypadku „Luminous„. Chłopaki słuchają sporo ciekawej muzy (śledzicie ich profil na fejsie? Zerknijcie. Wrzucają duże ilości dobrej i NIE SWOJEJ muzy) i też takową nagrywają. „Luminous” to wycieczka w przeszłość, w lata 70. i 80. z naciskiem na tą drugą dekadę. Faris Badwan z chłopakami poluzował trochę spodnie i przygotował dla nas revival tego co najlepsze z brytyjskiej muzyki. I zrobił to w bardzo przystępny dla ucha sposób. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Warpaint – Warpaint

warpaintMam nieodparte uczucie, że w 2014 roku nie przesłucham tylu kapitalnych krążków co w roku poprzednim. Jest to pewnego rodzaju odczucie, którego nie mogę oprzeć żadnym racjonalnym argumentem. Może tylko tym, że po dobrym okresie następuje gorszy i na odwrót. W tezę tą nie mogę też zbytnio wpisać drugiego albumu grupy Warpaint, który jest całkiem niezły.

Słuchając tej płyty mam przed oczami pewien film o wilkołakach – „Ginger Snaps„. Też zbytnio nie wiem czemu. Obraz ten przedstawia dwójkę sióstr, ich typowe dla nastolatek problemy oraz fakt, że jedna z nich (ta ładniejsza) stała się wilkołakiem. Możliwe, że porównanie to wzięło się z muzycznego pazura zawartego w niektórych piosenkach na płycie i chowającego się pod rokliwym kobiecym wokalem? Swoje zrobił pewnie też ponury nastrój towarzyszący „Warpaint„. Tak, ta płyta nie epatuje słońcem a księżycem. Wsłuchajcie się w taki „CC„, który wprowadza w pewnego rodzaju trans i dyskomfort. Dźwięki zawarte na pozostałych trackach przywołują mi przed oczy krajobrazy z wspominanego filmu: boisko szkolne okryte liśćmi, amerykańskie przedmieście, liche domy i szare podwórka.

Warpaint lpBy zgrabnie zakończyć kwestie wilkołaków i moich odczuć poruszę sprawy czysto techniczne. Najnowsza płyta od Warpaint jest mocno osadzona w latach 90. Psychodela romansuje tutaj z shoegaze dając w efekcie ciekawe połączenie obu nurtów. Główną rolę gra na całej płycie dźwięk basu, który buduje atmosferę. Swoje robią także wstawki gitar czy też klawiszy. Lirycznie poruszamy się w tematach miłości. Nie są to teksty wybitne, aczkolwiek mamy sporo metafor uczuć i elementów naturalizmu. Mi osobiście do gustu najbardziej przypadły dwa utwory. Pierwszy „Love is to Die” bardzo fajnie się zapowiada przez pierwsze sekundy, jednak gdzieś w okolicach refrenu gubi urok przez co dalej nie jest już tak efektowny. Drugi to „Disco/Very” z kapitalna perkusją, który przypomina mi najlepsze momenty z płyty „Myth Takes” od !!!.

Generalnie „Warpaint” nie jest płytą wybitną, wszystko już było na innych albumach. Jednakże krążek nadrabia klimatem i całkiem niezłymi kompozycjami. Dobra pozycja na zimowe chłodne i ciemne wieczory. Ocena: 6/10.

 

Arcade Fire – Reflektor

arcadefire2013Z Arcade Fire jest ten sam problem co z zespołami takimi jak U2 czy też Coldplay. W każdym z tych przypadków są te same lub podobne objawy. Wpierw kochamy zespół za fantastyczną debiutancką płytę, która w jakiś sposób zmienia nasze życie na jakiś czas. Odnośnie Arcade Fire jest to „Funeral” – miód na uszy fanów muzyki niezależnej, nowy poziom alternatywy. Następnie z wypiekami czekamy na kolejny krążek, który nas zawodzi. Jednak potrafimy jakoś przymknąć oko na fakt, że nie jest tak dobrze jakbyśmy chcieli. Trzeci album dzieli opinie. Niby jest dobrze, niby ssie. Następnie zespół niebezpiecznie wchodzi w świat mainstreamu, wywołuje w nas zażenowanie. Już nawet tu nie chodzi o pajacowanie na gali YouTube o której pisał Kuba Ambrożewski, ale sam sposób autokreacji. Zauważcie jak z zespołu składającego się z 7 osób wyłania nam się na pierwszy plan małżeństwo Butlerów. Dawny obraz zgranego monolitu znika. Ta nafaszerowana podniosłością atmosfera na tym poziomie kariery wywołuje co najwyżej politowanie

Arcade-Fire-Reflektor-Album-ReviewI w takich oto warunkach Kanadyjczycy wydają swój czwarty album. „Reflektor” dla jednych jest genialny, dla innych bardzo słaby. Ja sam nie mam tak jednoznacznego zdania. Są tu momenty mocniejsze takie jak przypominające stare czasy opener „Reflektor” czy też „Here Comes The Night Time” a także końcówka „Porno„. Zdarzają się jednak dłużyzny, zwłaszcza w drugiej części płyty. Mam wrażenie, że gdyby Win Butler z żonką nie przekombinował z dzieleniem albumu na dwa cd i skrócił materiał to otrzymałby całkiem zgrabny Longplay. Na którym co prawda niewiele się dzieje jednak nie oszczędziłby nam częstego ziewania. Trzeba zmierzyć się z prawdą, która jest następująca. To nie jest już ten sam zespół. Wrażliwość, którą można było uświadczyć na „Funeral” i momentami na „Non Bible” zastąpiono stadionową widowiskowością. Nie jest ona oczywiście zła i tak koszmarna jak w przypadku U2. Jednak plany wobec Arcade Fire były inne a tak zespół każe nam ubierać się w garnitury i suknie na koncerty. Chyba troszkę tego za dużo. Ocena: 6/10.