Kolejna dostawa muzyki – premiery z lutego

…Chociaż niektóre płyty mogą w sumie być z stycznia, ale co tam. Ważne, że nowości. Zapraszam do lektury.

Destroyer – Have We Met. Jest dopiero początek roku a pojawił się na horyzoncie godny pretendent do płyty roku. Jednak z tymi wszystkimi muzycznymi premierami zimowymi i rankingami grudniowymi, jest jak z Oscarami. Nikt teraz nie wypuszcza filmu, który będzie walczył o przyszłoroczne nagrody. No bo kto tam w lutym będzie pamiętał co to tam było roku temu. Jeżeli chodzi o Daniela Bajera to bez obaw, na pewno wrócę do tego wpisu przed stworzeniem swojej listy. Zawsze to robię. Pytanie, tylko, czy ta płyta przetrwa próbę czasu do tego momentu? To się dopiero okaże, a póki co za niesamowity zestaw klimatycznych utworów w stylu Destroyera daję 8/10.

Bonny Light Horseman – Bonny Light Horseman. Życie na wsi ma swoje powolne uroki. Do tego stopnia, że zacząłem słuchać amerykańskiego folku w starym stylu. BLH to projekt stworzony przez Anaïs Mitchell, Erica D. Johnsona (Fruit Bats) i Josha Kaufmana (Craig Finn, Josh Ritter, The National). Dodatkowo na płycie usłyszymy także Justina Vernona znanego szerzej jako Bon Iver. Jak widać paczka muzyków całkiem zacna. Jak im wyszła współpraca? Stworzyli całkiem lekki, przyjemny i spokojny zestaw 10 piosenek, który można odpalić o każdej porze dnia. Ocena: 7/10.

Squirrel Flower – I Was Born Swimming. Mimo, że nie umiem pływać to płyta urzekła mnie swoim nastrojem. Już od pierwszego utworu „I-80” wpadamy w wir dziwnych wrażeń, które prezentuje nam Ella O’Connor Williams. Momentami jest spokojnie, nastrojowo, sennie a chwilami nasza ruda wokalistka potrafi (uwaga nie lubię tego określenia i nie wiem czemu je tutaj wykorzystuje…) ZAGRAĆ Z PAZUREM (A już wiem, bo chciałem by było trochę śmieszno na moim sztywniackim blogu – no bo umówmy się, jaki spoko, zabawny koleś zawadiaka piszę przy sobocie o takich płytach?). Generalnie obawiałem się, że to będzie kolejna nudna płyta jakiejś tam wokalistki z gitarą – myliłem się. Ocena: 7/10.

…And You Will Know Us By The Trail of Dead – X: The Godless Void and Other Stories. No cóż, Trail of Dead raczej prochu już nie wymyślą i nigdy nawet nie zbliżą się poziomem do swojego opus magnum jakim jest „Source Tags And Codes„. Nie mniej cieszy mnie to, że wciąż wydają płyty, które sprawdzam za każdym razem. Ocena: 5/10.

Drive-By Truckers – The Unraveling. Pitchfork wrzucił ich do worka z napisem „ROCK”. Cóż, z rockiem to ma nie za wiele. Może tylko tyle, że usłyszymy gitarę i perkusję. „The Unraveling” to połączenie folku z country w starym, dylanowym stylu. Lekka i przyjemna płyta, ale niestety nic poza tym. Ocena: 5/10.

Shopping – All or Nothing. Całkiem chwytliwe i przyjemne indie rockowe granie. Tylko wiecie jak to jest z tego typu graniem? Po pierwszych dwóch, trzech utworach myślimy „fajnie, fajnie”, a chwilę później odkrywamy, że wszystkie utwory są podobne do siebie i nagrane na „jedno kopyto”. Przesłuchałem, raczej już nigdy nie wrócę do tej płyty. Ocena: 4/10.

Poliça – When We Stay Alive. Nowy album (Już piąty!) grupy z Minneapolis z pewnością ucieszy starych fanów. Nie znajdziemy tutaj niczego nowego, ale usłyszymy za to stare, dobre rozwiązania, które grupa wałkowała na poprzednich krążkach. Jeżeli jesteście fanami tego typu grania spod znaku synth-popu możecie śmiało sprawdzić, ale nie oczekujcie fajerwerków. Ocena: 5/10.

Zabawa literkami i przecinkami – recenzja „i,i” Bon Iver

Justin Vernon znany szerzej jako Bon Iver wydał swój czwarty album o tajemniczym tytule „i,i„. To kolejny krążek w którym artysta bawi się tytułami piosenek. Na ostatnim longplayu z 2016 roku „22, a Million” muzyk kombinował z cyframi i różnymi znaczkami z klawiatury. Teraz przyszedł czas na literki i znaki interpunkcyjne. O co w tym wszystkim chodzi? Nie doszukiwałbym się tutaj niczego nadzwyczaj oryginalnego i pomysłowego. Po kolesiu, który ma sztamę z Kanye Westem można się spodziewać już wszystkiego.

W mojej głowie Bon Iver wciąż funkcjonuje jako autor jednej z najpiękniejszych płyt o miłości „For Emma, Forever Ago„. Nikt tak pięknie i wzruszająco nie śpiewał o swoich emocjach, jak na tym krążku z 2007 roku. Później muzyk o aparycji drwala wydał krążek „Bon Iver„, który niestety mocno zderzył się z syndromem drugiej płyty. Po sześcioletniej przerwie wydawniczej Vernon wrócił na właściwy tor za sprawą „22, a Million„. Nowy album podtrzymuje właściwy kurs jaki obrał Amerykanin.

i,i” to album przyjemny i całkiem zgrabnie skomponowany. Vernon stosuje co prawda swoje stare (ale sprawdzone) środki by przykuć naszą uwagę. Siłę swoich utworów opiera na swoim mocnym, falsetowym wokalu. Miesza tutaj folkowe brzmienie z smyczkowymi instrumentami. Dodaje do tego także sporo elektroniki, co daje ciekawy efekt. Nie mniej trochę tęsknię za dźwiękiem gitary i jego głosem, jak na debiucie. Jednak dobrze wiem, że ten Bon Iver już nigdy nie wróci.

Jednym z najmocniejszych punktów płyty jest genialne „Hey Ma”, gdzie Vernon momentami zbliża się do debiutanckiej płyty. Sporo emocji i energii dostajemy także za sprawą „Naeem„. Pojawia się także Vernon z samą gitarą, o czym mówiłem wcześniej w utworze „Marion„, jednak to już nie jest ten sam absolut. Ciekawa rzecz dzieje się w „Salem„, gdzie Bon Iver brzmi niczym Sufjan Stevens – i to mu całkiem pasuje!

Podsumowując, najnowszy krążek Bon Ivera to rzecz dobra, ale nie rewelacyjna. Nie mniej cieszy mnie, że Justin Vernon nie rozmienia się na drobne i próbuje tworzyć wciąż rzeczy ambitne. Ocena: 7/10.

Odblokowani Fleet Foxes

6 lat zajęło grupie Fleet Foxes wydanie kolejnego albumu. Po debiucie w 2008 roku z kapitalnym krążkiem „Fleet Foxes” oraz jego średnim następcą w postaci „Helplessness Blues” z 2011 roku, fanów folkowej grupy zaskoczyła prawie 6 letnia przerwa ich ulubieńców. Co w tym czasie się działo? Podobno lider Robin Pecknold miał blokadę twórczości i nie potrafił nic konkretnego w tym czasie wymyślić. Jednak życie to nie tylko muzyka, pochłonęła go literatura. Zwłaszcza eseje nijakiego Francisa Scotta Fitzgeralda, znanego przede wszystkim z „Wielkiego Gatsby’ego„. Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron twórczości Fitzgeralda i wielu godzinach przemyśleń, artysta wrócił na właściwe tory twórczości. Oto geneza powstania  „Crack-Up„.

Zacznijmy od tego, że najnowszy longplay od Fleet Foxes nie wnosi absolutnie nic nowego do tematu folku. Czuć na tym materiale, że Pecknold faktycznie miał problemy z napisaniem dobrej czy tam jakiejkolwiek piosenki. Gdy jednak trafiły do jego głowy dobre pomysły, to postanowił wszystkie bezwzględnie zamieścić w „Crack-Up„. Dlatego dostajemy rozciągnięte do granic możliwości utwory pokroju openera „I Am All That I Need…” czy też „”Third of May/Odaigahara„. Niby brzmienie jest bardzo bogate, jednak nie przekłada się to na jakość utworów. Trochę brakuje mi tu prostych i melodyjnych utworów, które mnie tak urzekły w 2008 roku, kiedy słuchałem debiutanckiego albumu.

Generalnie „Crack-Up” nie jest złym krążkiem. Z tym, że od takich zespołów, zawsze wymagam więcej. I pod tym względem trochę mnie folkowcy z Seattle zawiedli. Bo wiecie co? Ja wciąż słucham tego pamiętnego krążka z 2008 roku. To był dobry czas. Dobra muzyka, beztroskie studenckie chwile. Wszystko ze sobą współgrało. A „Crack-Up” ? Szczerze wątpię bym wrócił jeszcze do tego krążka. Żadna kompozycja nie jest na tyle silna, bym zwrócił na nią ponownie uwagę. Może się mylę i odkryje ten krążek za jakiś czas na nowo, zdarzały mi się takie rzeczy. Jednak czy w tym, konkretnym przypadku tak będzie? Szczerze wątpię. Oczywiście możecie przesłuchać nową pozycję od Fleet Foxes. Śmiało to zróbcie. Jest to przyzwoity album, który może się podobać. Amerykanie udowadniają na nim, że wiedzą co to jest dobry folk. Jednak uprzedzam, nie liczcie na fajerwerki. Ich na pewno nie znajdziecie. Ocena: 5/10

The War On Drugs – Lost In The Dream

war-on-drugs-ws-1440Słuchając płyty „Lost In The Dream” czuje się jakbym przechadzał po Dolinie Trzech Stawów w pierwszy weekend sierpnia. Ten album  jest offowy w dwojaki sposób. Pierwsze znaczenie odnosi się do niezależności muzyki, co jest sprawą nieoczywistą. Niby z jednej strony jest to indie rock, ale z drugiej jest on już tak mocno ograny, że nie jestem pewien tej całej alternatywy. Druga kwestia offowości to ta, do której piłem w pierwszym zdaniu. To, że The War On Drugs zagrają w tym roku na OFF festiwalu to nie przypadek. Ta muzyka idealnie wkomponowuje się w to, co każdego roku serwuje nam Artur Rojek.

Już pierwszy utwór „Under The Pressure” wprowadza nas w narkotyczny klimat albumu stworzonego przez Adama Granduciela i resztę. Kolejne „Red Eyes” mogłoby spokojnie znaleźć się na ostatniej płycie Bruce’a Springsteena a „Suffering” cofa nas w czasie do przełomu lat 60. i 70. Kolejne, ponad 7 minutowe „An Ocean In Between The Wavves” oparte na gdzieś już zasłyszanym przeze mnie syntezatorze i gitarowych rozwlekłych riffach to idealna definicja amerykańskiego rocka. „Disappearing„, które funkcjonuje na płycie jako fajny wyciszacz mocno przypomina ostatnie piosenki nagrane przez Destroyer. A to nie koniec szerokich inspiracji na „Lost In The Dream„. Czy jest ktoś, kto nie słyszy Boba Dylana w utworze „Eyes To The Wind„? Dociekliwi doszukają się także Toma Petty’ego.

the war on drugs lost in the dreamGeneralnie jest to dobra płyta. Mocno gitarowa, amerykańska i narkotyczna. Momentami jednak Granduciel zamiast wprowadzać mnie w jakiś stan rozmarzenia to zwyczajnie usypia i przynudza. Zwłaszcza pod koniec płyty, gdzie piosenki ciągnął się niemiłosiernie. Jednak nie zmienia to faktu, że „Lost In The Dream” to pozycja godna uwagi. Co prawda stosuje już do bólu ograne schematy, jednak jest w tym to coś co sprawia, że chce się wracać do dzieła amerykanów. Warto dodać, że teksty, w których nie brakuje żywych emocji znacznie podnoszą oceny krążka. Czy będzie lista roku, nie wiem. Póki co polecam, zwłaszcza na ciepłe, letnie dni. Ocena: 7/10.

Patrick The Pan – Something of an End

Patrick The Pan - okładkaNa początek przyznam się, że jestem wiernym czytelnikiem head phones porno. Wiernym – gdyż mimo, że przez cały poprzedni rok pojawiły się tylko dwie notki (jedna w styczniu, a druga w sylwestra) to przynajmniej raz na dwa tygodnie zaglądałem tam z nadzieję na coś nowego. Przez długi czas widniała lista ulubionych albumów z 2011, aż do 31 grudnia. Wtedy dowiedziałem się, dlaczego blog został porzucony. Otóż Szadi (Piotr Madej) nagrał w swoim mieszkaniu płytę pod szyldem Patrick The Pan.

Brzmienie ów albumu zatytułowanego „Something of an End” nie było dla mnie większym zaskoczenie, gdyż wiedziałem jaką muzyką pasjonuje się 24-letni krakowianin. Zaskoczeniem jednak był fakt, że album ten jest wyjątkowo dobry na tle innych, podobnych projektów muzycznych. Piotr Madej nie popełnił standardowych błędów wielu młodych artystów/kapel, które często przesyłają mi swoje wypociny w nadziei na jakąś wzmiankę. Przykładowo liczne grono zespołów nawet fajnie zaczyna, ale im dłużej ich słuchamy to tym bardziej mamy ich dość. Przynudzają, smęcą, grają cały czas to samo i przekraczają cienką granice kiczowatości. Na „Something of an End” jest zupełnie inaczej. Im dłużej słuchamy tego krążka to tym bardziej jest ciekawie.

Zaskakujące jest również to, że cały album od początku do końca został stworzony w mieszkaniu Piotra. Płytę nagrał i wydał sam. Sam też ją sprzedaje (szczegóły tutaj). I zrobił to tak, że zupełnie nie słychać różnicy a w ruch poszedł zwykły mikrofon do Skype’a! Oczywiście natręt powie, że przy obecnej technice to nic takiego nagrać płytę w domu. Zgadza się, ale by taka płyta była dobra, trzeba mieć jednak talent. Piotr Madej taki talent posiada.

Poza talentem posiada również ciekawe pomysły i jeszcze ciekawsze inspiracje. „Something of an End” jest rozliczeniem z przeszłością młodego krakowianina, słychać tutaj wyraźnie wpływy Sigur Rós, Radiohead, amerykańskiego folku oraz Lenny Valentinto. Sam autor płyty śpiewa momentami jak Artur Rojek a najstarszy na płycie i jedyny zaśpiewany po polsku utwór „Hełm grozy” brzmi jak zagubiona piosenka z „Uwaga Jedzie Tramwaj!”

Ciężko jednoznacznie scharakteryzować tą muzykę. Znajdziemy tutaj wiele gatunków, przykładowo czwarty na płycie „Pov” brzmi jak połączenie Tindersticks z Fleet Foxes, „The Moon and The Crane” po klawiszowej części pierwszej nagle zamienia się w taneczną elektronikę, „Slowly” momentami brzmi jak Radiohead z okresu „Ok Computer”. Natomiast końcówka „Remains” (a zwłaszcza gitara) silnie przypomina nam wcześniej wspomniane Lenny Valentino. Przede wszystkim jednak znajdziemy tutaj sporo dobrej muzy, którą mogę polecić z szczerym sercem. Patrick The Pan ożywiło smętną ostatnimi czasy polską alternatywę. Mam nadzieje, że Piotrek się nie sprzeda nagrywając kolejną płytę (którą już ma w głowie) i zagra kiedyś na Offie (koncerty też mają się odbyć lada moment).  Ocena: 7/10.

Posłuchaj

 

 

Grizzly Bear – Shields

Grizzly Bear, ulubieńcy fanów muzyki niezależnej wracają z nowym albumem.

Na początek prosta teza: album „Shields” to naturalne następstwo „Veckatimest”. Płyta z 2009 roku oczarowała wszystkich, zespół wskoczył na kanapę na której siedzą obecni najwięksi dyktatorzy trendów w niezal świecie. Wskoczył z impetem, kazał się posunąć Animal Collective i założyć kapcie Thom’owi Yorke’owi. Teraz gdy już wygodnie siedzi z pilotem w ręku, przerzuca na kanał zatytułowany „Sheilds”.

„Shields” to płyta mocno podobna do swojej ostatniej poprzedniczki. Podobna w tego dobrym słowie znaczeniu. Nowojorczycy po prostu podtrzymali poziom nagrywając równy, świetny materiał. Słuchając tego krążka nie ma się wrażenie, że to już było. Ma się odczucie lekkiego zaskoczenia, zadowolenia? Ciężko mi sprecyzować te odczucia. Generalnie słyszymy dobrą muzykę i o to chyba najbardziej w tym wszystkim chodzi? Płyta jest bardziej jakby patetyczna (puszczam oczko do ostatnich dwóch piosenek), jednak mniej przebojowa. Nie odnajdziemy tutaj równie dobrego i charakterystycznego singla jakim był „Two Weeks”. Na szczęście jest tyle samo magii i dobrych melodii. Po raz kolejny swoim czarującym głosem uwodzi nas Ed Droste. Jeżeli chodzi natomiast o brzmienie to jest ono ciut bardziej rozbudowane i słychać to w drobnych, drobniutkich szczególikach.

Ok, Ja tutaj cały czas odnoszę się do poprzedniej płyty a co ma zrobić biedaczysko, który nigdy przedtem nie słyszał Grizzly Bear? Niektórzy mówią, że dopiero od „Veckatimest” zaczyna się prawdziwe Grizzly Bear. Otóż nie, Grizzly Bear i to dobre Grizzly Bear zaczęło się w 2004 roku wraz z wydaniem płyty „Horny of Plent”. Nie umniejszajmy ich wcześniejszym wydawnictwom tylko dlatego, że były mniej nośne (nie jestem pewien czy to dobre słowo?). Te kawałki także mają swój urok. Niepozorny, ale mają. Dlatego też drogi słuchaczu, proponuje zapoznanie się z poprzednimi trzema albumami zanim posłuchasz „Shields”. Jednak coś mi się zdaje, że jeżeli dotarłeś do tej części recenzji to zapewne już słyszałeś te albumy. Ocena: 8/10.

Andrew Bird – Hands of Glory

Andrew Bird powraca ze swoim siódmym w kolekcji albumem. Czy jest to powrót w tytułowej glorii? Odpowiedzi szukajcie w tekście poniżej.

Folk to jeden z tych gatunków w muzyce, który jest szczególnie przeze mnie ceniony. Obecnie kojarzy się on z czymś naturalnym, tradycyjnym, z jakimś brodatym kolesiem mieszkającym w lesie i śpiewającym o skowronkach. Jednak należy pamiętać, że muzyka folkowa ma bardzo bogatą historię i kilkadziesiąt lat temu była mocno upolityczniona i zaangażowana w życie społeczne. Mimo to Bob Dylan dawno temu porzucił zaangażowany folk dla przyjemnego rocka, a jego miejsce na salonach politycznych zajął Bruce Springsteen. Co w tym wszystkim robi Andrew Bird? Nagrywa dobrą muzykę folkową, tak po prostu.

„Hands of Glory” zaczyna się w piękny sposób. Pierwsze basowe dźwięki „Three White Horses” wywołują ciarki na plecach. Andrew Bird w bardzo urzekający sposób śpiewa: „Don’t dismiss it like it’s easy / Tell me what’s so easy / About coming to say goodbye?”. Istotną rolę w całym utworze odgrywa dziwny dźwięk z okolic 1:24 a także wejście gitary w 2:28. Co do skrzypiec, czyli głównej broni Andrew Bird’a to przypominały mi one w tym momencie pierwsze utwory Arcade Fire. Dalej jest jednak nie mniej pięknie. W podobny spopsób Bird wpływa na nasz nastrój utworem „Spirograph” oraz „Something Biblical”. Sielankowo brzmi jedynie utwór „Railroad Bill”, natomiast partia skrzypiec w „Orpheo” to muzyczna próba przedstawienia wszelkich smutków i depresji związanych z jesienią.

Tak samo jak pięknie się zaczyna „Hands of Glory” to jeszcze piękniej się kończy dzięki „Beyond the Valley of the Three White Horses”, który jest mocno rozbudowaną wersją openera. Andrew Bird wyciągnął z tego utworu absolutne maksimum.

Tematyka całej płyty nie odbiega od kolaboracji uczuć z zjawiskami naturalnymi. Może nie jest zbyt oryginalna, ale gdyby się tak zastanowić to o czym innym chcemy słuchać piosenek? Płyta jest nagrana w bardzo profesjonalny sposób. Bird jest szczery, uroczy, czarujący. Swoim brzdąkaniem na skrzypcach w mocny sposób wpływa na nasz nastrój. Wokalnie może nie jest już tak dobrze, ale pasuje do reszty.Wracając do zadanego na początku pytania można powiedzieć, że to dobra płyta i jak najbarfdziej Andrew Bird może być z niej dumny. Ocena: 7/10.