Off Festival 2009

Czwarta edycja Off Festival tradycyjnie już w Mysłowicach, mieście Artura Rojka. Więcej artystów, więcej dni muzyki, więcej sztuki, ale mniej ludzi. Zabrakło odpowiednich zespołów od dużej czcionki. Moim zdaniem jak już przyciągać ludzi na festiwal to na zespoły docenione np. tak jak rok temu Mogwai. Plotki mówiły o Super Furry Animals, Wilco czy też My Bloody Valentine.Rojas jednak zaprosił ciekawych artystów, jednak po raz kolejny nie potrzebnie przyciągał woodstockową młodzież zespołami wyrwanymi z trasy po juwenaliach całej Polski.

Mniejsza z brudasami. Cierpi na tym troszkę klimat, ale nie bądźmy samolubni. Nawet „Terror” poddał się komercjalizacji. Sam Rojek jednak pozostaje ten sam. Lubujący się w dobrej muzie niekoniecznie o dużym rozgłosie, ale rekomendacje Rojasa godne uwagi. Nie może być co roku Mogwai nie?

Tyle tytułem wstępu. Jako, że dysponowałem biletem dwudniowym nie uraczę was relacją z These New Puritans, Kozelka czy Wire. Trochę mam żal, że lider Myslovitz rozbija ciekawe koncerty po restauracjach i kościołach gdzie jest ograniczona liczba miejsc. O ile młodziaki z TNP i weterani z Wire daliby radę na dużej scenie to taki Olafur czy Kozelek bardziej pasują do małych miejsc o dobrej akustyce.

pains

The Pains of Being Pure At Heart

Piątkowe koncerty rozpocząłem od wizyty w namiocie Trójki. Kumka Olik miała zachwycać. Trochę śmieszny występ, bez jednego członka (tego w garniturze). Chłopaki przez dwie piosenki, które widziałem nie zrobili niczego by mnie zainteresować na tyle bym został do końca gigu. Tak samo kiepsko jak na płycie zaprezentowali się w namiocie. Ogromna nagonka dodatkowo im nie sprzyja. Następnie The Thermals na scenie głównej. Idąc na koncert nie spodziewałem się niczego ciekawego. Mając w pamięci słabiznę na Now We Can See po prostu stałem by jakoś przestać i odhaczyć „byłem, widziałem”. Jak się jednak okazało koncert okazał się dość fajny. Sporo energii i spontaniczności. Pani basistka skacząca tu i tam. Ogólnie słabe piosenki zabrzmiały na tyle ciekawie, że dobra zabawa nie opuszczała Main Stage przez całość występu trio z Portland. Następnie zawędrowałem pod Scenę Leśną (najlepszą). Tam już rozpoczynał się występ mocno oczekiwanej Micachu and The Shapes. Początek koncertu nie okazał się zbytnio fascynujący, jednak jak się później dowiedziałem rozkręcili się (podejrzewałem, że tak się stanie). Jednak ja już w tym czasie zahaczyłem o Komety. Co ja tam robiłem? W namiocie zrobiły się mini Juwenalia. Czas na Piwo. Tylko jedno bo zaraz mieli pojawić się na Głównej Scenie debiutanci roku. Mowa o The Pains of Being Pure at Heart. Oczekiwania duże. Oni mieli mi zastąpić brak My bloody Valentine do, których nie tylko ja ich porównywałem w swojej recenzji.Koncert dał radę. Widać było, że są młodzi. Wczesna pora także im nie sprzyjała, ale koncert godny uwagi. Zaczarowali tak samo jak na płycie. Przez 50 minut zdążyli odegrać najlepsze części swojej debiutanckiej płyty. Indie ma się dobrze dzięki takim artystom.

fuck

Fucked Up

Scena Leśna po raz kolejny wzywała. Grupa Health była jednym z licznych hardkorowych przedstawicieli na tegorocznej edycji festiwalu. Reklamowani w telewizyjnym spocie, ciekawie brzmiące single. Zaintrygowali mnie na tyle by sprawdzić jak teoria ma się w praktyce. No cóż do pewnego momentu byli do zaakceptowania przez mój mózg. Później trochę brak spójności i jakiegoś ładu drażniła. Sorry chyba nie jestem jednak hardkorem. Nie jestem? Chyba jednak jestem! Nie no sorry. Wiedziałem, że Fucked Up sprawi, że będę zachowywał się jak zwierzę. Już na sam widok Pink Eyes’a dostawałem ciarek. Wiedziałem, że za chwilę będzie tuż obok mnie, spocony bez swojej czerwonej koszulki. Czapki też się pozbył, ale nie z własnej woli. Polska mentalność. Pierwsze dźwięki. Son of The Father. Najlepszy Opener. Już wchodził we mnie wariat. Pink Eyes jeszcze na scenie, ale już przezywałem orgazm. Kilkadziesiąt sekund a Pink Eyes już na dole. Do końca koncertu już nas nie opuścił. Co mogę powiedzieć na temat tego występu? Najwięcej energii, najbardziej wulgarny, esencja punka. Nie zgodzę się, że muzycznie słabo. Fucked Up to nie tylko gruby wokalista, który stanowi bardziej hardkorową wersję Tima Harringtona z Les Savy Favs. Zespół bardzo konkretny. Łączenie psychodelii z hardkorem. Wysoki poziom. Oczywiście mało szło zrozumieć z tego co krzyczy nam do twarzy wokalista, ale koleś bardzo sympatyczny. Z dużym dystansem do swojego brzuszka i na dodatek lubiąc sobie potańczyć. Brawo.

Monotonix

Monotonix

Fucked Up w połączeniu z dużą ilością piwa wykańcza. Piątkowy wieczór to jeszcze trzy występy obejrzane powierzchownie. The Week That Was raczył indie młodzież swoja obecnością w Namiocie Offensywy. Byłem tylko przez fragment koncertu, ale urzekli mnie swoją melodyjnością. Było na prawdę ciekawie przez tą część koncertu, którą widziałem. Szkoda, że nie widziałem całości. Z pewnością nie była to strata czasu. W tym czasie występował także Monotonix na scenie Miasta Muzyki. Jakoś dziwnie to wszystko wyglądało z mojej perspektywy. Zgraja ludzi na scenie, słychać muzykę, ale gdzie ci kolesie z Izraela? Muzycznie niezbyt ciekawie. Jak później pokazał mi youtube show był nie mniejszy niż na Fucked Up. Na scenie głównej już zbliżał się koncert gwiazdy wieczoru. Za chwilę miała pojawić się grupa Spiritualized. Konferansjer wyglądający jak Andrzej Krzywy chciał pobudzić publikę, jednak dało się tylko usłyszeć rozpaczliwe: „Nie ma ludzi”. Widziałem tylko trzy pierwsze kawałki (zmęczenie), ale wdarło się trochę magii w te kilka minut obcowania z Jasonem Pierce. światła, gitary, murzynki z chóru ubrane w białe stroje. Miażdżenie mózgów dźwiękami niczym Mogwai rok temu. Szkoda, że nie wystałem dłużej i przegapiłem Final Fantasy.

Handsome Furs

Handsome Furs

Sobota na papierze zapowiadała się ciekawiej. Jednak to sprawa dość problematyczna. Tym razem trochę później rozpocząłem koncertową pielgrzymkę po Kąpielisku Słupna. 17:30 Casiotone for Painfully Alone na scenie leśnej. Z jednej strony cieszyłem się, że w namiocie, z drugiej ubolewałem, że tak wcześnie. Zabrakło klimatu, nie było magii przez duszności w namiocie i słońce mocno grzejące. Owen starał się jak mógł, ale nic na to nie mógł poradzić. Mimo wszystko podobało mi się. Brzmiało to dość wiarygodnie. Jeden człowiek obsługujący syntezatory, klawisze, automaty itd. Na dodatek wokalnie przekonywał. Plus. Na scenie Leśnej miał już odbywać się chyba najbardziej wyczekiwany przeze mnie występ tego dnia. Handsome Furs po raz kolejny w naszym kraju. Dan i Alexei mocno zadowoleni, że goszczą w swoim ulubionym wschodnim regionie. To było 50 minut świetnej zabawy. Najlepsze kawałki ze swoich dotychczasowych płyt. Nie zabrakło I’m Confused, Nyet Spasiba czy też Legal Tender. Dan (ten z Wolf Parade) w przerwach między utworami zbawiał publikę anegdotami. Ta o Terminatorze była chyba najlepsza. Natomiast jego żona Alexei Perry raczyła publikę małpimi skokami i fikuśnymi pozycjami. Bisowali, ale i tak było mi mało. Czekamy na Wolf Parade.

Cool Kids of Death

Cool Kids of Death

Na Scenie Głównej Cool Kids of Death. Byli już dwa lata temu. Tym razem mieli odegrać materiał z pierwszej płyty. Rozczarowali. Nie dlatego, że nie zagrali w końcu całej płyty, ale jakoś wydali mi się mało przekonywujący. Chyba w Katowicach było lepiej. Pomysł z odgrywaniem jednej płyty chyba nie sprawdza się na tego typu festiwalach. Chociaż niektóre utwory miały lepszą aranżację niż na płycie no i trzeba przyznać, że płyta CKOD o wiele wiele lepiej brzmi z żywą perkusją niż automatem perkusyjnym. O 21:35 w namiocie trójki zaczynał się koncert chyba najlepszego polskiego bandu na festiwalu. The Car is On Fire. Widziałem ich ostatnio w Katowiach i spodziewałem się dobrego koncertu. Zwłaszcza, że nowa płyta nawet mi się podoba. Mimo, że pod koniec były problemy z basem to koncert mocno udany. Nie zabrakło hitów z drugiej płyty takich jak Oh Joe czy Can’t Cook. Dużo pozytywnej energii.

The National

The National

Szybki powrót do namiotu po ubrania i po raz kolejny pod scenę główną. Lada chwila ma wystąpić The National. Ludzi chyba więcej niż na Spiritualized. W sumie to amerykanie byli największym killerem jeżeli chodzi o popularność. Ja osobiście nie wiele oczekiwałem po tym koncercie. Sądziłem, że przestoje godzinę bez większych emocji. Od czasu do czasu ziewając. Jak ja się myliłem? Koncert ten był największa dla mnie niespodzianką. Kolesie z piosenki na piosenkę się rozkręcali. Nie pewny, krzyczący, chodzący wszędzie, robiący dziwne miny, pijący wino Matt Beringer dawał tyle radości oku i sercu. Ogromne brawa. I ten bis. Mr. November. Matt w końcu wylądował na dole. Zawędrował wśród publiki. On chyba na prawdę przeżywał ten koncert. Wyglądało to tak prawdziwie. Ogromny plusior dla The National. Oczywiście Alligator królował w setliście plus jedna nowa piosenka.

The Field

The Field

Oczekiwanie na ostatni koncert mojego Offa czyli The Field. Po posłuchaniu końcówki Frightened Rabbit, która nie zrobiła na mnie większego wrażenia poszedłem sprawdzić Miłość. Cały czas słyszałem, że to legenda. Nawet jedna z moich koleżanek, która generalnie nie ma pojęcia o muzyce pytała się mnie o Miłość. Ja zbytnio nie rajcuje się takimi klimatami, ale wiem jedno. Lepiej by to brzmiało w zadymionym klubie. W końcu nie mogło zabraknąć Leszka Możdżera i Tymona Tymańskiego na Offie. Doczekałem jednak The Field. Już bardzo późno, albo mocno wcześnie. Opóźniony, ale wystartował. The Field. Czyli człowiek z wąsem schowany za ogromnym sprzętem plus perkusista i koleś z basem. Godzina żywiołowego transu. Spodobało się nawet ochroniarzom, którzy generalnie śpią na koncertach. Widać ich klimaty. Mimo, że im dłużej koncert trwał to miękłem a ludzie znikali to wytrwałem. Warto było. Było ciekawiej niż zwykle, czyli sam Axel Willner ze swoim legendarnym laptopem. Perkusja i bas dodały żywiołowości koncertowi. Zmęczony, ale zadowolony udałem się do namiotu.

Ciężko mi powiedzieć, czy w tamtym roku było lepiej bo jestem świeżo po Offie. Z pewnością w tamtym roku było więcej ludzi przez co mniej na oczy rzucali się osoby nie wiedzące dokładnie co robią na tej imprezie. Musimy się nauczyć, że nie do wszystkiego należy pogować. Poza tym jak sam Rojek mówi tutaj przyjeżdża się poznawać dobrą muzykę także nie ma co liczyć na wielkie gwiazdy. W tym roku Off Festival poświęcony był obchodom 70 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej. Stoisko z gadżetami związanymi z tymi obchodami było oblegane cały czas. Poza tym dużo osobowości. Jerzy Buzek pokazał się ponownie. Ludzie z wytwórni Sub Pop między innymi Jonathan Poneman, wszędobylski Lala, Marcin Meller.

Jestem rozczarowany wprowadzonymi talonami. Trochę wkurzająca sprawa. Poza tym wybór koszulek w tym roku nie powalał. KSU, Happysad, Kult. No ja proszę… z czym na Off Festival? W tamtym roku bez problemu można było kupić koszulkę Mogwai czy Menomena. Z płytami było lepiej. Duży, fajny wybór tylko te ceny… no ale nigdzie indziej tego nie kupisz. Pogoda dopisała nawet za bardzo. Z pewnością wybiorę się znowu za rok. Off Festival 2010: 80 zespołów na 90 scenach. lol

Reklamy

Final Fantasy – He Poos Clouds

finslfantasyKiedyś postawiłem taką tezę: „kto nie miał w młodości pegasusa, ten miał zzniszczone dzieciństwo”. Później pojawiły się lepsze konsole, upowszechniły się komputery. Fanem RPG nigdy nie byłem. Zawsze preferowałem pykanie w Fife, później PES-a. W między czasie Football Manager. Oczywiście Grand Theft Auto zaliczone. Mafia, Heroes, Age of Mythology, Need for Speed… Ja pierdole czy ja miałem inne zajęcia w gimnazjum?

W ogóle zastanawia mnie dlaczego Owen Pallett tak marcnie nazwał swój projekt muzyczny. Final Fantasy to gra. Sorry. Nie ogarniam. Można było inaczej to zrobić. Imię bohatera wybrać czy coś?

I jaki był zamiar tej płyty? Shit to brzmi jak soundtrack do gry RPG. Shit, ale ta gra na niego wpłynęła. No serio. Jednak trzeba przyznać, że brzmienie na He Poos Clouds jest zajebiste. Różnorakie motywy ze skrzypcami, jakiś klawisz, jakieś elementy perkusyjne. Fajny klimacik. Trzeba przyznać. Na początku troszeczkę odrzucała mnie ta pretensjonalność. Myślałem sobie: „shit ja chyba to słyszałem w Simsach…”. Jednak po paru przesłuchaniach jest ok, daje radę. Przyjemne dla ucha granie.

This Lamb Sells Condos ma w sobie trochę magii. Chórki kojarzą mi ten utwór z Arcade Fire. Trudno by nie, bo Owen udziela się w Kanadyjskiej rewelacji 2004 roku. W sumie chciałem Arcade na Offie, mam chociaż jej namiastkę. W sumie Rojek pojechał w tym roku substytowo. Chciałem Arcade Firem -> mam Final Fantasy, chciałem Les Savy Favs -> mam Fucked Up, chciałem Wolf Parade a dostałem wzamian Handsome Furs. LOL. Dobra wracając do Final Fantasy. Płyta do przesłuchania obowiązkowo. Na koncercie nie być to chyba małe festiwalowe faux pas. Owen Pallett na serio będzie czarował. Ocena: 7/10.

The Field – Yesterday and Today

thefielsyatDo The Field przyczepiono kartkę z apisem „techno”. Czasem „minimal techno”. Nie zaprzeczam. Jednak gdyby tak się zastanowić to zwykły dresiarz, fanatyk monotonnego łupania nie ogarnął by tego materiału za nic w świecie. Zagadka techno w tym wypadku to kolejna sprawa dla agentów Muldera i Scully.

Niby wszystko pasuje by wpisać projekt Axela Willnera w definicje techno. Gatunek się rozwinął odkąd był niszowym wyrazem buntu w podzielonych Niemczech. Jednak nie potrafię sobie wyobrazić tego stereotypowego dresika ze swoją niunią w kozaczkach lansujących się na ławce a z telefonu wydobywające się dźwięki Leave It czy Sequenced. Tutaj totalnie brakuje tego plastikowego bitu, rozpieprzoneo basu czy zmiksowanego wokalu kobiety mówiącej o sobie jako wokalistka.

Jest trans. Kawałki w liczbie sześciu, ale trwające nawet do piętnastu minut. Od razu widać, że nie jest to radiowa muzyka. Monotonnie, ale nie nużąco. Wszystko dobrane w odpowiedniej ilości by nie przedawkować. Nie jest hałaśliwie. Wręcz melodyjnie. Jeżeli chodzi o koncert na Offie to raczej spodziewałbym się widowiska a la Kraftwerk. Koleś z laptopem czaruje tłumem, który popada w trans. Nie jest tu tanecznie, także nie spodziewałbym się fikuśnych baunsów. Nie spodziewałbym się także krzyków a la Scooter.

Po co tutaj ten dresik się w ogóle w kółko przewija? The Field to nie muza na imprezę, nie napijesz się przy tym, nic nie wyrwiesz. Tu jest ciut zbyt ambitnie by polemizować z dejotem Remo. Na spokojnie w domu, podczas jazdy samochodem, autobusem. Serio. Poza tym sam fakt, że koleś jest ze Szwecji powinien dużo w tej materii mówić.

Kończąc naciąganą zbędnie tą notkę chciałbym wyrazić nadzieję, że się mimo wszystko spotkamy pod sceną namiotową trójki na The Field. Godzina koncertu z jednej strony beznadziejna a z drugiej dość magiczna. Jednak nocnej magii może trochę zabraknąć w namiotowych dusznościach. Obyśmy wytrwali bo warto. Ocena: 7/10

Sprawdź to dzieciak.

Casiotone For the Painfully Alone – Vs. Children

vschildrenNo cóż Interpol to nie jest.

Skąd w ogóle pomysł, że Interpol? Interpol jest spoko, taki indje new rock revolution. Nie no luz już. Casiotune (skrócę sobie bo jestem w niewygodnej pozycji na teenagera) jest całkiem fajne. Przyjemne granie, bezpretensjonalne, melodyjne. Pozostawiające trochę refleksji po sobie, a może i nie pozostawiające. Coś na pograniczu „gramy do posłuchania w spokoju” a „gramy by coś wnieść”. Wnosi nie za wiele, ale można za to mnóstwo pozytywnych wrażeń wynieść z tej muzycznej wędrówki, której głównym przewodnikiem jest Owen Ashworth.

Koleś generalnie wie co ma robić i podąża drogą, którą wyznaczył sobie jakiś czas temu. Pomysłów mu bynajmniej nie brakuje. Będe jednak szczery. Dla mnie trochę za bardzo smęci, ale to może przez fakt, że ostatnio było zajebiście ciepło. Wiecie jak to jest. Nagrzeję się przez te temperatury, spocę, napiję piwa i dalej wiadomo. Ogólnie jak jest słonecznie to człowiek jakiś weselszy.  Nie chce psuć sobie nastroju bo Ashworth przez pół płyty niemiłosiernie smęci. Intrygująco, ale jednak. To chyba nie płyta na tą porę roku. Z resztą nazwa zobowiązuje. OK.

Dobra kończę, zaraz wyjdzie, że nie mam pojęcia o czym piszę. Lepiej niż The Thermals, ale do poziomu Menomeny daleka droga. Ocena: 6/10

P.S. Jakoś nie widzę tego koncertu o tak wczesnej porze jak to jest na rozpisce Offa.

The Thermals – Now We Can See

now-we-can-see…Aż sobie puściłem dzisiaj The Pixies… Nie, żartuje oczywiście. Taka ironia względem poprzedniej recenzji Painsów. Pośmiewny jestem, chodź nie powinienem. Bo teraz powinno być poważnie. Zatem… Powaga! Ok!

Czemu na poważnie? Bo nie potrafię pojąć jak tu się jarać The Thermals niczym Pitchfork? 7.8 to względnie wysoka ocena, bardzo dobra nota. Tylko za co? Pytam się za co? Ja dawno takiego bezpłciowego grania nie słuchałem. Zespół jak setki innych w Anglii. Zero pomysłu na siebie a są już na wysokości trzeciej płyty! Hello? Coś chyba jest nie tak. No sorry ja tego nie ogarniam. Słucham, słucham. Staram się łagodnie ich oceniać, być wyrozumiałym, ale nie potrafię.

No bo po prostu tak wieje nudą, że nic tylko ziewać. Mega wtórność. Nic nowego. Ok nie muszą wymyślać nowego gatunku, ale przynajmniej mogli by zaciekawić czymś. A tego „czegoś” tutaj po prostu nie ma. Są lepsze momenty, taki Liquid In, Liquid Out jest nawet przez moment fajny. Jednak za chwilę znowu zasypiamy. I tych dłużyzn jest znacznie więcej. Wszystko zlewa nam się w jedna szarą, mętną, bezwyrazową papkę. Niby próbują zaciekawić tekstami. No chyba nie bardzo. Nie bardzo. Mam nadzieję, że live wypadnie to lepiej niż na albumie. Sorry nie chce mi się już dłużej ciągnąć tej recki. Ocena: 5/10. Idę spać.

P.S. Okładki mają za to fajne, ale chyba nie ocenia się książki po okładce? Now We Can See

The Pains Of Being Pure At Heart – The Pains Of Being Pure At Heart

the-pains-of-being-pure-at-heart…aż sobie puściłem dzisiaj My Bloody Valentine

…wcześniej oczywiście słuchając alternatywnej rewelacji tego roku. Rewelacja to chyba dobre określenie. Po koncercie na Primaverze (Hiszpański odpowiednik Off Festival) The Pains Of Being Pure At Heart (bo o nich mowa) byli na ustach wszystkich. Mimo, że ostatnio słucha się tylko jednego artysty, to i tak Painsi mogą liczyć na dobre miejsce w podsumowaniach najbardziej prestiżowych portali muzycznych.

W zasadzie po pierwszych odsłuchach płyty wydali mi się tacy banalni. Ot typowe granie w stylu mieszanki wszystkich najlepszych indje rockowych kapel. Żadna nowość. Z czasem jednak się przekonałem, że jest w tym coś więcej. Zaraz mi przyszły do głowy skojarzenia z wcześniej wspomnianym My Bloody Valentine.

Płytka może nie przebija nowego Grizzly Bear czy niemal już kultowego Animal Collective, ale daje radę. Cholernie przyjemnie się tego słucha. Każdy jeden kawałek daje sporo radości, płyta na równym, bardzo dobrym poziomie. Dużo fajnych dźwięków, miła dla ucha gitarka, gdzieś tam w tle radosne klawisze i uspokajające wokale. Mocne punkty tej płyty. I wszystko w dość szybkim tempie, że zanim się obejrzymy to już jesteśmy przy Gentle Stons i puszczamy płytkę jeszcze raz. Wracanie do tej płyty to sama przyjemność.

Jeżeli chodzi o letnie klimaty, to ta płytka genialnie się w nie wbija. Leżysz na leżaku, zajadasz kiełbaskę, popijasz tyskim, opalasz bebech, drapiesz się po jajcach i do tego słuchasz tej uroczej płyty. Zajebista sprawa. Ocena: 8/10

The National – Alligator

Alligator-NationalX_The_480Pewnego ulewnego i pochmurnego wieczoru Marzena i Andrzej siedzieli w pokoju oglądając M jak Miłość. Gdy akcja serialu przybierała na tempie Marzena wyłącza telewizor argumentując to potrzebą nauki do zbliżającej się sesji. Znużony Andrzej rozpoczyna konwersacje.

Marzenko pamiętasz taki zajebisty film z lat 80? O takim ogromnym krokodylu, który zjadł limuzynę i jeszcze inne rzeczy jadł.

-Aligator?

-O dokładnie to! Muszę poszukać go na jakimś emulu.

Mi bardziej słowo Aligator kojarzy się z niedawną płytą The National. Z resztą chyba najlepszą ich płytą.

-Wiesz co, słuchałem ostatnio tej płyty nawet. Powiem ci, że całkiem dobra. Nie jest to mistrzostwo, ale daje radę. Jakiś porządny poziom z pewnością ta płyta prezentuje. A słuchałem jej, bo wiesz odrabiam lekcje zadane przez profesora Rojka.

Ja bym tak się nie zachwycała Andrzej. Moim zdaniem momentami powiewa nudą na tej płycie. Poza tym drażnią mnie już zespoły, które chcą grać jak mój ukochany Interpol! Paul na pewno jest wkurzony, że go wszyscy chcą imitować.

-Paul raczej nie zastanawia się nad tym. Jeśli nawet tak to moim zdaniem powinien być zadowolony. Jednak nie przesadzałbym z porównaniem do Interpolu. Mi momentami przypominają Wolf Parade, chodź nie do końca. Alligator to mimo wszystko spokojna płyta. Taki „Daughters Of The Soho Riots” to sielanka a la National.

Mi bardziej chodziło o barwę głosu Matta Berningera

-A wiesz co się mówi o Banksie?

to co innego! Pozatym ta sielanka o której mówisz to nie przez cały czas. Abel to energiczny utwór, ale mnie nie przekonywuje.

Najbardziej w tym utworze podoba mi się końcowy motyw z wrzaskami. Nie mówiłem Ci jeszcze tego, ale ja na poważnie wybieram się do Mysłowic. Mam  nadzieję, że pojedziesz ze mną.

W tamtym roku było zajebiście. Była Menomena i Caribou. Moje ulubione zespoły.

-Zawsze ceniłem Ciebie za twój wyrafinowany gust muzyczny. Co robimy w tym roku?

-Wiesz co… Jak już mówiłam National jest dla mnie wtórny a to jedyny zespół, który znam z tego rocznego line-upu. Chyba sobie odpuszczę. Myślałam raczej o innym festiwalu. Będą porządne, znane zespoły.

-Na przykład?

-Kings of Leon! Wiesz jak ich uwielbiam! Na MTV2 puszczają teraz ich nowy teledysk. I tam jest taka scena, gdzie żarówka pęka. Rozumiesz? Ta żarówka już potem nie istnieje. Oni są genialni.

– Nie wiem czy National robi także takie teledyski z wybuchami, ale mi bardziej chodzi o doznania muzyczne niż o ściskanie się z tysiącami indie dzieciaków.

-Ojj jak zwykle marudzisz. Chodź będzie super!

-Nigdy też nie potrafiłem Ci odmówić… ale jak będzie za rok w Mysłowicach Death Cab for Cutie to jedziemy!

Ocena: 7/10