Czytanka dla dorosłych – recenzja „Bowie. Biografia”

David Bowie to postać nietuzinkowa, wręcz legendarna dla popkultury. Niemniej mam poczucie, że za mało miejsca na blogu poświęciłem temu kapitalnemu artyście. Mówią mi o tym pytania typu: „To ty lubisz Bowiego?”. Może nie był moim idolem na miarę innych artystów z tego czasu, ale jego ostatnie płyty przecież recenzowałem  – „The Next Day” i „Black Star„, a samego Bowiego niezmiernie cenię jako muzyka i aktora. Mam nadzieję, że tym wpisem nieco nadrobię tę zaległość.

Bowie. Biografia” to świetnie wydana literatura, która skupia się na głównych wydarzeniach z życia artysty. Nie znajdziecie w niej mało znanych anegdot o Bowiem, ani też rozbudowanych opisów przeżyć czy też osobistych przemyśleń. Maria Hesse oraz Frank Ruiz – autorzy tej biografii prowadzą narrację pierwszoosobową jako Bowie, używając jego wypowiedzi z innych biografii, wywiadów oraz materiałów archiwalnych. W ten sposób poznajemy 69 lat artysty w pigułce opowiedzianych z punktu widzenia samego Bowiego. Dzięki temu zabiegowi książkę czyta się niezwykle szybko i sprawnie. A to zaleta dla osób, które nie chcą zbytnio zagłębiać się w życie Bowiego.

Drugim najważniejszym atutem tego wydania są KAPITALNE ilustracje. Mocno charakterystyczne, nieco karykaturalne i kolorowe. Każda strona zawiera takowe i co najważniejsze ilustrują one kwestie poruszane na danej stronie. Zabieg ten zbliża książkę nieco do dziecięcej czytanki, ale broń Boże nie czytajcie tej książki dzieciom. Bowie może i był kosmitą, ale na pewno nie takim bez grzechu.  Świetnym pomysłem też było zilustrowanie dyskografii anglika w ten sposób.

Jeżeli lubicie muzykę Davida Bowiego, ale nie znacie faktów o jego rodzicach, bracie Terrym, synu Duncanie a także nie wiecie co się stało z jego lewym okiem to powinniście sięgnąć po tą pozycję. Przybliży wam ona także narkotyczne lata 60 i 70, próbę zdobycia mainstreamu w latach 80, eksperymentalny okres z lat 90 i ostatni koncert Bowiego z 2004. Dowiecie się nieco czemu Bowie mieszkał w Berlinie oraz o jego znajomości z Lou Reedem, Johnem Lennonem oraz Iggy Popem. Jeżeli znacie te fakty, to powinniście sięgnąć po tą książkę chociażby dla samego barwnego wydania.

Reklamy

Na taki powrót Uffie czekałem! – recenzja „Tokyo Love Hotel”

Anna Catherine Hartley znana szerzej jako Uffie  po 9 letniej przerwie powróciła z nowym wydawnictwem, jakim jest EP-ka „Tokyo Love Hotel„. Co prawda nie była to dekada ciszy w wykonaniu wokalistki. W między czasie wypuściła kilka fajnych singli jak np. „Wordy Rappinghood” czy też „Sideways” oraz udzieliła się na płycie Charli XCX oraz Jin Akanishi. Niemniej po dobrze przyjętym debiutanckim albumie „Sex Dreams and Denim Jeans” czekaliśmy z utęsknieniem na kolejny wydawniczy krok artystki.

Czy EP-ka „Tokyo Love Hotel” spełnia te oczekiwania? W moim przypadku jak najbardziej tak. Co prawda, to tylko 20 minutowy materiał, ale ile tu pięknych brzmień! To bardzo osobisty i emocjonalny krążek. Już otwierające całość „Drugs” urzeka nas wyznaniami w stylu: „The drugs don’t love you like I do / Don’t walk away from me tonight” czy też „Everything we ever wanted is in front of us / Begging you to try and see before you give it up„. Z kolei w „Sharpie” będącym na płycie „breakup anthem” Uffie ubolewa nad rozstaniem i z żalem wspomina: „But, I really miss the wild / Nights like this„. Swoją drogą wiele się zmieniło w życiu Anny Katarzyny. Na swoim pierwszym longplayu z 2010 roku śpiewała o pierwszej miłości, pierwszych pocałunkach i imprezach. Teraz po dwóch ciążach artystka śpiewa o burzliwym związku i rozstaniu. Jedynym wspólnym mianownikiem są imprezy. Z tym, że wtedy je celebrowała a teraz w „Sadmoney” śpiewa, że w każdy poniedziałek rano ma wyrzuty sumienia.

Sama osobowość artystki też uległa zmianie. W „No Regrets” w istnie raperskim stylu stwierdza, że ciężko jej się teraz otworzyć przed kimś i jest zimna niczym lód: „I wear my ice, yeah / I wear my ice around my neck / Like a gold chain„. W „My Heart” widzi swoje winy: „I know you’re good / I know you’re right / Why do I still put up a fight?„. Jednak i tak ostatecznie w „Nathanielu” stwierdza: „I don’t wanna hurt you / I just wanna love you„.

A jak wygląda płyta pod względem brzmienia? Jest melodyjnie, różnorodnie i modnie. Moje ulubione „No Regrets” to trapowy szlagier, gdzie Uffie funkcjonuje poza beatem niczym Post Malone. „Sadmoney” oraz „Drugs” to z kolei spokojne indie ballady, oparte na prostych, zapętlonych motywach. Najbardziej przyjazne radiu „Sharpie” to pełen energii pop z fajnymi hookami. „My Heart” to klasyczny utwór popowy oparty na charakterystycznym gitarowym motywie. A kończący całość electro-popowy „Nathaniel” przypomina mi nieco mieszankę wczesnego MGMT z utworami granymi przez fikcyjny band Munchausen by Proxy z filmu „Yes Man„.

Podsumowując, „Tokyo Love Hotel” to udany powrót po dłuższej przerwie  przez Uffie. Bezpretensjonalna, mocno emocjonalna, a momentami intymna płyta to prawdziwy dowód na to, że artystka wciąż potrafi zachwycić. Nowa EP-ka Uffie to mieszanka świetnej muzyki z dobrymi, osobistymi tekstami. Szkoda tylko, że ta wspaniała przygoda trwa nieco ponad 20 minut. Ocena: 8/10.

PRO8L3M rozlicza się z problemami Świata – recenzja „Widmo”

Album „Widmo” to kolejna propozycja wydawnicza od duetu PRO8L3M. Grupa, która zasłynęła za sprawą świetnie przyjętego mixtejpu „Art Brut” ponownie próbuje się zmierzyć z sukcesem materiału z 2014 roku. Czy im się udało? O tym poniżej.

Z całą pewnością nowy krążek jest w pewnym sensie logicznym następnym krokiem w ich twórczości. Oskar i Steez konsekwentnie budują swoją pozycję na polskiej rap scenie. To, że „Widmo” sprzedaje się jak ciepłe bułeczki a koncerty wyprzedają się w mgnieniu oka to nie tylko zasługa tego, że w Polsce rap się dobrze sprzedaje. PRO8L3M to w tej chwili marka, która przyciąga nie tylko fanów hip-hopu. Na ich koncerty chodzą zarówno ludzie w raperskich ciuchach jak i cała gama młodej hipsterskiej młodzieży po fanów alternatywnego grania. Grupa gra na najlepszych polskich festiwalach a recenzje „Widma” znajdziecie na portalach o różnych profilach.

Fakt, PRO8L3M to marka, ale jak wygląda nowy longplay pod względem muzycznym? Podoba mi się droga jaką obrała grupa. „Widmo” z jednej strony jest mroczne i opowiada o problemach współczesnego Świata przy mglistych beatach: „Miliard ludzi nie ma wody, ośmiu ludzi rządzi światem” czy „Czemu świat jest na zakręcie„. Z drugiej natomiast Oskar częściej śpiewa (I rewelacyjnie mu to wychodzi!) niż rapuje a Steez swoimi produkcjami udowadnia, że potrafi więcej niż produkowanie rapowych utworów i całkiem sobie nieźle radzi z bardziej popowym obliczem grupy. Może to karkołomne porównanie, ale ta metoda idealnie się sprawdza jak w serialu „Ślepnąc od Świateł„, gdzie obraz mrocznej i brudnej Warszawy mieszały się z abstrakcyjnymi wizjami apokalipsy i ciepłymi widokami z argentyńskich plaż. „Widmo” serwuje nam identyczne rozwiązania, co w moim odczuciu jest jak najbardziej OK.

Poza problemami Świata PRO8l3M ponownie skupia się na materializmie, używkach i hedonistycznym życiu. Z tym, że tym razem są to bardziej gorzkie historie. O ile na wcześniejszych płytach Oskar opowiadał uliczne historię o tym jak się wzbogacić i o ciągłym imprezowaniu to na „Widmie” opowiada o tych sprawach z większym pesymizmem. Idealnie to słychać w „National Geographic„, gdzie Oskar mówi wprost:

Gdy patrzę na auta, to widzę rozjebany hajs
Gdy patrzę na błędy – widzę mnie
Gdy patrzę na miasto, to widzę alkoholizm tam
Gdy patrzę na przyszłość – widzę źle

Można by pomyśleć, że Oskar zdziadział jednak to jest właśnie ta naturalna kolej rzeczy o której pisałem na wstępie. PRO8L3M z płyty na płytę dojrzewa i opowiada te same historię, używając różnych perspektyw. Słychać to bardzo dobrze w „Monza„, gdzie materializm przybiera inny wymiar dla autora:

„Więcej, więcej, zawsze chciałem mieć więcej
Jeszcze, jeszcze, zawsze chciałem M5 mieć
Pięćset, sześćset, dni które straciłem
Pięknie, w piekle będę się smażył za chwilę”

Nie potrafię rozgryźć co w tym wszystkim robi „To nie był film” z gościnnym udziałem Artura Rojka. Marketingowo to oczywiście strzał w dziesiątkę, gdyż utwór Myslovitz z 1997 roku to klasyk polskiej piosenki. I w dodatku taki kontrowersyjny. A jedyny featuring na płycie wykonuje sam Artur Rojek, czyli człowiek którego jako ostatniego by można posądzać na nagranie czegokolwiek z Oskarem i Steezem.  Przyciąga to uwagę, jednak sama interpretacja utworu nijak pasuje do reszty. Jednak nagranie w przyszłości takiego mixtejpu z własnymi interpretacjami polskich utworów mogłoby być fajnym pomysłem. Jednak póki co to większe na mnie robi wrażenie „112„, które jest utworem o samobójstwie.

Podsumowując podoba mi się taka twarz duetu. Po udanym mixtejpie „Art Brut” ciężko mi było pogodzić się z poważną i napiętą postawą grupy na ostatnich „Ground Zero Mixtape” i „PRO8L3M„. Jednak nowe pomysły Steeza idealnie się komponują z bardziej dojrzałymi przemyśleniami Oskara i jego debiutanckimi wokalami puszczonymi przez autotune. Ocena: 7/10.

Gołębie – Jest mi tak dobrze, że lepiej poczułbym się tylko martwy

Gdy polski zespół gitarowy nazywa swój debiutancki krążek: „Jest mi tak dobrze, że lepiej poczułbym się tylko martwy„, musi się liczyć z tym, że taki fanatyk polskiego niezalu jak ja nie przejdzie obok tej płyty obojętny. Zresztą jak całkiem spora innych fanów dobrej i ciekawej muzyki wyprodukowanej na rodzimym rynku. Na szczęście debiutancka płyta Gołębi nie jest wyłącznie intrygującą nazwą, gdyż ma równie wciągające wnętrze.

Jest mi tak dobrze, że lepiej poczułbym się tylko martwy” to zestaw 10 tracków, które ciężko wrzucić do jednej kategorii muzycznej. Czego w zasadzie tutaj nie ma? Shoegaze, Punk, Post-Punk, Indie Rock, Alt-Rock? Zgodzę się z każdym takim stwierdzeniem. Już otwierający całość „We Śnie” pięknie nawiązuje go muzyki gitarowej lat 90. Zagłuszony wokal przez falę hałaśliwych gitar przywołuje na myśl pionierów shoegaze. Kolejny „Sierpień” stawia na bardziej post-punkowe brzmienie, które można kojarzyć chociażby z The Replacements. „Łaśkotki” to ładne wyciszenie i melodyjne przejście w rejony indie rockowe. Kolejny w zestawieniu „Listopad” ponownie wraca do zabójczego brzmienia z przełomu lat 70 i 80. Jednak lepiej temat penetruje najdłuższe na płycie „Smarzykowo„, które przez blisko około 10 minut serwuje nam istny gitarowy popis. To prawdopodobnie najlepszy numer na płycie, a przynajmniej mój ulubiony.

Kwiaty” to z kolei zastrzyk punkowego brzmienia, gdzie wokalistę swoim głosem wspiera Bibi. Podoba mi się brzmienie zespołu w „Wszystkie Nastroje Pogody„, gdzie Gołębie nieco zwalniają tempa. Jednak to tylko cisza przed burzą jaka ma się wydarzyć w ostatnim „Ostatni Wspólny Spacer„. Trwa ona co prawda tylko dwie minuty, ale to istna instrumentalna, post-punkowa petarda.Utwór ten sprawia, że mamy niedosyt i chcemy przesłuchać całość jeszcze raz. Świetne zakończenie niezwykle udanej płyty.

Chłopakom z Gołębi trzeba przyznać też, że mieli fantazję nie tylko przy tworzeniu nazwy płyty. Niektóre tracki także mają dość ciekawe nazwy. Wystarczy wspomnieć: „Wiolleta Villas Nakarmi Swoje Psy Waszymi Kośćmi” czy też „Trzymaj Się Wiatru Ziom„. Jeżeli chodzi o liryczną stronę płyty to teksty nie przykuwają naszej uwagi, gdyż dookoła dzieje się tyle ciekawych rzeczy! Wystarczy wspomnieć sobie te gitarowe wstawki i riffy z „Smarzykowa„, by uświadomić sobie, że teksty nie grają na tej płycie pierwszej roli. Debiut Gołębi to dobra i wartościowa rzecz. Jeżeli lubicie rockowe klimaty z rejonów post-punku to z pewnością przypadnie wam do gustu. Ocena: 7/10.

Jeszcze bardziej piosenkowa Rebeka – recenzja „Post Dreams”

Duet Rebeka składający się z wokalistki Iwony Skwarek i producenta Bartosza Szczęsnego wydał właśnie swój trzeci długograj pt. „Post Dreams„. Jest to najbardziej melodyjny i piosenkowy album grupy, pięknie eksplorujący motywy lat 80. Jest to także prawdopodobnie ich najlepszy krążek jak dotąd. Ale o tym później. Przypomnijmy sobie pokrótce historię poznaniaków. Grupa powstała w 2010 roku, jednak ich debiutancki longplay pojawił się dopiero trzy lata później. Hellada” zebrała wówczas dobre recenzje, co pozwoliło Rebece wypłynąć na szersze wody polskiego przemysłu muzycznego. W 2016 grupa musiała się zmierzyć z „syndromem drugiej płyty”. Wydany w tym czasie „Davos„to niezły album, jednak w mojej ocenie nie przeskoczył debiutu. Jednakże po czasie całkiem przyjemnie słuchało mi się tych kompozycji.

Parę tygodni temu ukazał się trzeci longplay Rebeki „Post Dreams„. Płyta była zapowiadana jako najbardziej piosenkowe wydawnictwo poznańskiego duetu. I rzeczywiście taka jest. Co oczywiście pozytywnie wpływa na odbiór całości. Przyznaje szczerze, że te luźne, melodyjne, wręcz popowe oblicze (oczywiście z małą domieszką zimnofalowości) bardziej pasuje do Rebeki, aniżeli te poważne z wcześniejszych płyt. Fajnie też, że Iwona Skwarek coraz bardziej przekonywuje się do śpiewania w ojczystym języku. Na nowej płycie mamy jedenaście utworów, z czego trzy są zaśpiewane w języku polskim. W moim odczuciu były one na wyższym poziomie, niż te w języku angielskim.

Całość otwiera spokojna „India„, która opiera się na świetnych synthach z elementami smyczkowymi. Kapitalny refren wprowadza nas w bardziej popowe oblicze grupy. „Cavegirl” ładnie nawiązuje do lat 80, a jego joggingowa wersja jest nagrana po prostu w dynamiczniejszym tempie. Czy dobrze się przy tym biega? Tego nie sprawdzałem, ale wierzę, że tak! „Elesi” to chwytliwy, dyskotekowy wręcz kawałek do którego nóżka sama tupta. Słychać sporo inspiracji Cut Copy. Kolejny „Fale” uderza bardziej w post-punkowe brzmienie i jest jednym z najlepszych momentów płyty. Tempo płyty nam nieco zwalnia przy „Zachodzie„, które za sprawą trąbki brzmi momentami jazzowo. Warto zwrócić uwagę na mroczne, ponure, ale jednocześnie piękne „Światła„. Całość natomiast kończy balladowe „Mama„.

Podsumowując, Rebeka wydała bardzo dobrą płytę, która zaskakuje momentami chwytliwością i melodyjnością. Są tu również momenty bardziej mroczne czy też gitarowe. Co nie zmienia faktu, że takie oblicze poznaniaków podoba mi się. Duet ładnie wchodzi w lata 80 i wyciąga z nich to co najlepsze. Mam nadzieję też, że w przyszłości Iwona Skwarek da jeszcze więcej miejsca na kompozycje w języku polskim. Ocena: 7/10.

Lepiej późno, niż wcale – recenzja „The Whole Thing Is Just There” Young Jesus

Wracam jeszcze na chwilę do zeszłego roku, bo jak się okazuje popełniłem ogromny błąd. Nie wspomniałem na blogu o REWELACYJNEJ płycie w wykonaniu Young Jesus. A jest po co wracać, bo to esencja gitarowego grania i żywy dowód na to, że indie rock wciąż ma sens. Nawet pomimo tego, że jak to zauważył Wyciu nazwa zespołu bardziej kojarzy się z jakimś czarnoskórym raperem.

Grupa powstała w 2015 roku w Los Angeles. Do tej pory wydała trzy długograje, jednak dwóch wcześniejszych „Grow/Decompose” oraz „S/T” nie miałem okazji przesłuchać. Wydawać by się mogło, że skoro ich najnowsze dzieło składa się tylko z 6 utworów to jest to króciutka płyta. Nic bardziej mylnego. Całość trwa 49 minut i to głównie za sprawą pozycji numer 6, która trwa ponad 20 minut! Jak na muzyczne standardy to kolosy!

The Whole Thing Is Just There” to płyta głównie oparta o jazgotliwe szarpane gitary, wykrzyczane wokale zdartym głosem i dające wycisk walenie w bębny. Stary dobry indie rock lat 90 wraca do łask. Powiecie Modest Mouse, Built To Spill, Pixies czy Pavement? Zgodzę się – To idealne skojarzenia dla tych 49 minut. To piękna muzyka przecież! Super sprawa, że Young Jesus czerpie z tego pełnymi garściami. Bo jak wiecie lub nie (ale pewnie tak) to lata 90 przeżywają swój renesans już od dawna. Zarówno w  w modzie, muzyce, telewizji jak i całej kulturze ogółem ujętej.

Czy warto sprawdzić ten album? Jeżeli lubicie energiczny, nieco brudny, hałaśliwy, ale w pełni szczery indie rock a lata 90 sprawiają, że łezka wam się w oku kręci – to jak najbardziej tak. Ta płyta to istny wehikuł czasu, która nie jest tylko ślepym zżynaniem ze starych płyt Modest Mouse czy Built To Spill. Ona niesie swoją własną, niepowtarzalną jakość.  I tylko szkoda, że tak późno ją odkryłem bo to wybitnie dobry krążek. No, ale jak to się mówi – lepiej póżno, niż wcale. Wam też to radzę, jeżeli jeszcze nie słyszeliście Young Jesus. Ocena: 9/10.

 

 

Jak się powinno robić remake klasycznego horroru? – radzi Luca Guadagnino – recenzja Suspirii

Dzisiejsze kino hollywoodzkie, zwłaszcza gatunkowe jest zdominowane przez wszelakie sequele, preguele i remake’i. Współcześni producenci i twórcy często obierają drogę na skróty by końcowy rachunek był na plusie. Wiele klasycznych horrorów zostało zdruzgotanych przez nieudolne kontynuacje. Wystarczy wspomnieć Ridleya Scotta, który dorabia niepotrzebną filozofię historii o Obcym w „Prometeuszu” oraz „Obcym: Przymierze” czy też niezbyt udane remake’i „Halloween„, „Martwego Zła„, „Coś” i wielu, wielu innych. Ktoś może powiedzieć, że trudno dziś o dobrą historię bo wydaje się, że kino przez ponad 100 lat zdążyło wyczerpać wiele tematów. Nie jest to prawdą, gdyż takie perełki z ostatnich lat jak „Uciekaj„, „Ciche Miejsce„, „Hereditary: Dziecictwo„, „Coś Za Mną Chodzi” czy też „Czarownica: Bajka Ludowa z Nowej Anglii” udowadniają, że w tym mainstreamowym kinie grozy wciąż jest wiele do powiedzenia. Dlaczego zatem tak wiele dzisiejszych remake’ów to filmowe klapy?

Odpowiedź jest prosta. Twórcy idą na skróty bo wiedzą, że ludzie i tak pójdą do kina. W końcu lubimy oglądać i słuchać rzeczy, które znamy. Tą drogą, na szczęście nie poszedł włoski filmowiec Paolo Guadagnino, który postanowił wziąć na warsztat klasyka Dario Argento – „Suspirię„. W zasadzie ciężko nazwać ten film remake’iem. Guadagnino zastosował wiele zmian, od fabularnych po miejsce akcji (Ta klasyczna miała miejsce we Wiedniu, nowa we Berlinie). Nie mniej odnajdziemy w tym obrazie wiele wspólnych cech i ukłonów dla włoskiego twórcy giallo.

Akcja toczy się w Berlinie z lat 70. Podzielone miasto nie jest przyjaznym miejscem ze względu na liczne ataki terrorystyczne oraz strajki. Wstawki wiadomości radiowych i telewizyjnych cały czas nam przypominają o tym czarnym rozdziale w historii miasta. Dodatkowo w miejscowej słynnej szkole tańca prowadzonej przez Madame Blanc (W tej roli genialna Tilda Swinton) w niewyjaśnionych okolicznościach znikają młode tancerki. Sprawą interesuje się wyłącznie Dr. Josef Klemperer (W tej roli również Tilda Swinton!). W tym samym czasie do grupy tanecznej dołącza amerykanka Susie Bannion (Dakota Johnson), która przejmuje główną rolę w sztuce „Volk”.

Największą zaletą nowej „Suspirii” jest jej niepowtarzalny i unikatowy klimat. Dzięki efektownemu montażowi, doborowi kolorów, przepięknym zdjęciom oraz klimatycznej muzyce mamy do czynienia z czymś niezwykłym a wręcz niepowtarzalnym. Co prawda Gudagnino nie trzyma nas w niepewności długo, gdyż już od początkowych sekwencji wiemy, że oglądamy film o czarownicach prowadzących szkołę tańca. Jednak jaki byłby sens robienia z tego tajemnicy, tak jak w pierwowzorze, skoro większość ludzi widzących film Argento i tak się tego spodziewała? Jednakże spokojna głowa, ten film wciąż intryguje i wiele ważnych odpowiedzi uzyskamy dopiero w końcowym epilogu.

Drugą ważną zaletą jest fakt, że nowa „Suspiria” nie próbuje nas straszyć zwykłymi jump scare’ami czy też wylewanymi hektolitrami krwi. Robi to w zupełnie inny sposób stosując taktykę niedopowiedzeń, dziwnych scen, domysłów, niepokojącej muzyki i momentami ciężkiego klimatu. Oczywiście pojawiają się tutaj sceny gore, a nawet jest ich całkiem sporo w czerwonej sekwencji filmu. Jednak dla fana „Piły” czy też „Hostelu” nowa „Suspiria” będzie filmem za długim, nudnym i niezrozumiałym.

Trzecia zaleta filmu to, że jest on wielowymiarowy. To nie wyłącznie straszna historia o wiedźmach i zaginięciach młodych dziewczyn. To film o sztuce i trudnym akcie tworzenia. Sporo w nim scen tańca co jest sporą zaletą, gdyż solowy taniec Susie a także finalny występ „Volk” robi na prawdę spore wrażenie. Poza tym pojawia się tutaj sporo polityki – zimna wojna, terroryzm a także rozliczenie z holocaustem i II Wojną Światową. Nowa „Suspiria” to także film o relacji matka-córka, w który wmieszane jest sporo nawiązań religijnych i filozoficznych.

Świetną robotę robi tutaj genialna gra aktorska. Tilda Swinton przyzwyczaiła już nas, że filmy z jej udziałem zawsze robią duże wrażenie. Niespodzianką dla mnie była Dakota Johnson, która mnie jak i pewnie większości widzów kojarzy się głównie z niezbyt ambitną serią „50 Twarzy Greya„. W „Suspirii” z długimi, rdzawymi włosami wygląda kapitalnie i idealnie wkomponowuje się w nową wersje Susie Bannion. Co ciekawe odtwórczyni tej roli z oryginału – Jessica Harper też znalazła się w obsadzie. Na osobne zdanie zasługuje muzyka filmowa. Pochwały w tym miejscu dla twórcy – Thoma Yorke’a, ale to już wiecie bo jakiś czas recenzowałem soundtrack do tego filmu. Nie mniej jednak myślę, że lider Radiohead pokazał klasę. Może nie przeskoczył wysoko postawionej poprzeczki przez grupę Goblin, która zrobiła muzykę do pierwowzoru, ale jego ścieżka dźwiękowa świetnie współgra z tym co widzimy i ma niepowtarzalny, mroczny klimat.

Podsumowując nowa „Suspiria” to pozycja obowiązkowa dla każdego fana kina grozy, który nie boi się trudnych rozwiązań. Film Guadagnino to obraz mroczny, ciekawy, ambitny, który co prawda ma swoje mankamenty jednak stanowi żywy dowód, że można zrobić remake z klasą. Ocena: 8/10.