Run The Jewels po raz trzeci

run-the-jewelsRun The Jewels podwajają się i potrajają by zachwycić swoich fanów. Ich najnowszy, trzeci już krążek nazwany po prostu „RTJ3” został wrzucony do sieci w Wigilię bez wcześniejszej zapowiedzi. I to za friko! Niezły prezent od Killer Mike’a i El-P, co nie? Ponadto premierze towarzyszyły śmieszne filmiki w internecie w których raperzy ironizowali premierę krążka. Niby to już wszystko było, bo darmowe udostępnianie albumów zaczęło się od pamiętnego krążka Radiohead „In Rainbows” a niezapowiedzianych premier płyt też już mieliśmy ostatnio sporo – to jednak takie akcje zawsze mają pozytywny wydźwięk. Szkoda tylko, że zawartość „RTJ3” już takiego pozytywnego wydźwięku nie ma.

Na pozór wszystko wygląda dobrze. EL-P ponownie przyłożył się do stworzenia mocnych, ciekawych i elektronicznych beatów natomiast Killer Mike niczym karabin wyrzuca z siebie zwrotki jak pociski. Tematyka? Nie wiele się zmieniło. Górują tematy polityczno – społeczne o niedoli czarnoskórych obywateli. Krążek zaczyna się od tego, że Killer Mike wyraża nadzieje, że nie będzie musiał wracać do handlowania drugami. W następnym utworze „Talk To Me” Mike zamienia się w rapowego terrorystę i rzuca: „Born Black, That’s dead on arrival / My job is fight gor survival„.  W „2100” pojawiają się bardziej globalne przemyślenia typu: „How long before the hate that we hold /
Lead us to another Holocaust?” czy też „It’s too clear, nuclear’s too near„. Na całym krążku jest więcej takich perełek, ale to nie jedyna tematyka albumu. Pojawiają się kwestie „LEGENDARYZMU” ich muzyki w „Legend Has It„, hajsu w „Stay Gold” czy też śmierci ziomków w „Thursday in the Danger Room„.

rtj3Pod względem technicznym nie mam absolutnie nic do zarzucenia „RTJ3„. Historię opowiadane przez Killer Mike brzmią prawdziwie, a sposób w jaki je wygłasza wzbudza szacunek. Czarnoskóry raper z „lekką” nadwagą śmiało może walczyć o fotel prezydenta USA. EL-P ponownie zrobił dobry kawał muzyki, szczególnie do gustu przypadł mi mroczny „2100” z fajną gitarką w środku. Ponadto na wyróżnienie zasługują: „Everybody Stay Calm” oraz energiczne „Panther Like A Panther„. Skoro wymieniłem już tyle plusów, to co w tym albumie jest nie tak? Sprawa jest prosta. Pomału czuć wypalenie formuły. Ten album nie oddziałuje na mnie tak samo jak dwa poprzednie. Pierwsza wersja „RTJ” brzmiała surowo, trochę chaotycznie i wyglądała na brudnopis z zajebistymi pomysłami, które zostały w pełni rozwinięte na „RTJ2„. W tych albumach było to „coś”, co wywoływało wypieki na twarzy i szybsze bicie serca. Na trójce to „coś” pojawia się tylko momentami, i tego mi chyba najbardziej brakuje.

Podsumowując Killer Mike i El-P wydają dość dobry, przyzwoity album. Jednak formuła Run The Jewels pomału się wypala. Pytanie co zrobią z tym raperzy? Mam nadzieję, że przy następnym albumie znajdą rozwiązanie. Ocena: 6/10.

Muzyczne podsumowanie roku 2016

Tytuł tego wpisu brzmi dość poważnie i może wprowadzać czytelnika w błąd. Nie będzie to obszerne podsumowanie roku, jak niegdyś miałem w zwyczaju. Zamiast tego zaserwuje krótką, zwięzłą listę 10 płyt, które najbardziej mi przypadły do gustu.

blood-orange10. Blood Orange – Freetown Sound. Nowy krążek Blood Orange to przede wszystkim majstersztyk produkcyjny. Jednak samo chwalenie produkcji brzmi dość banalnie. „Freetown Sound” to również perełka w morzu shitu jeżeli chodzi o alternatywne R’n’B. Angielski producent Dev Hynes ma nosa do tego typu muzyki i z albumu, na album brzmi coraz bardziej przekonywająco i lepiej, tak po prostu.

solange9. Solange – A Seat At The Table. Szkoda mi tej Solange. W momencie kiedy nagrywa swój album życia to ta jej bardziej znana siostra też nagrywa wielkie dzieło. Zawsze w cieniu. Na mojej liście też. Dość jednak tego współczującego bełkotu! Nowy Album Solange to rzecz wielka. Już w ostatnim wpisie zachwycałem się tak ujętą muzyką pop. Mam nadzieje, że w 2017 roku ten sposób nagrywania muzyki wciąż będzie na czasie. Natomiast sama Solange pokazuje coraz to większe ambicje, oby to nie był Mount Everest jej marzeń. Walk This Way!

8. Bon Iver, 22. A Million. Gdy sobie pomyślę, że takiej płyty jak „For Emma, Forever Ago” już nigdy nikt nie nagra to zbiera się we mnie smutek. Powiem wam szczerze, że rok 2007 był na prawdę SPOKO. Milan wygrał LM, życie było beztroskie a ile fajnych wtedy płyt wyszło. Przemawia przeze mnie starość. Może, ale jak dobry ten nowy krążek od Bon Ivera by nie był, to „For Emma, Forever Ago” nie przebije. Justin Vernon poszedł z duchem czasu, i udało mu się. Obecna młodzież to kupi, chociaż dla mnie te tytuły są trochę śmieszne. No, ale wiecie liczy się wnętrze, a to się potrafi obronić.

blakee7. James Blake – The Colour in Anything. W ostatnim wpisie na blogu obiecałem Panu Blake’owi umieszczenie na liście podsumowującej. By nie być gołosłownym – spełniam, to o czym wspominałem. Oczywiście ów „wyróżnienie” nie wynika wyłącznie z poczucia winy ze względu na brak osobną recenzję „The Color in Anything„. Głównym powodem jest fakt, że tą płytą Blake pozamiatał absolutnie. Z albumu na album Brytyjczyk jest dojrzalszy, lepszy i bardziej MAGICZNY. Ten krążek to kawał dobrej muzyki. Co prawda smutnej i depresyjnej, ale spójrzmy wprawdzie w oczy. Wesołe i wakacyjne piosenki zawsze będą gorsze od tych o nieszczęśliwej miłości.

frank-ocean-performs-ny-2012-billboard-15486. Frank Ocean – Blonde. Trochę mnie wymęczył ten Frank Ocean. Po „channel ORANGE” spodziewałem fajerwerków a tu nowy krążek strasznie na początku przynudzał. Jednak po iluś tam przesłuchaniach w końcu wychwytujemy smaczki i myślimy sobie: hmmmm w sumie to nie jest złe. Cytrusowe kolory wciąż są OK.

car-seat-headrest5. Car Seat Headrest – Teens of Denial. Top 10 bez indie szarpaniny? No way! Mało słuchałem indie rocka w zeszłym roku. Mac DeMarco nic nie wydał. Cloud Nothings też a u Wavves ciszaaa. Niemniej coś tam przesłuchałem i najbardziej do gustu przypadła mi, któraś już z kolei płyta Car Seat Headrest. Jest moc, dobre teksty i nie nudzi. A co najważniejsze, gdy tak posłuchamy tego krążka kilka razy to przekonamy się jednak, że to wyjątkowa rzecz.

beyonee4. Beyonce – Lemonade. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Na „Lemonade” znajdziemy sporo dobrej muzyki i odniesień do polityki USA i haseł feministycznych…. Kur*** nie wyszło.

chance-the-rapper3. Chance The Rapper – Coloring Book. Sporo czasu spędziłem z tym albumem w minionym roku. I to nie ze względu, że chciałem go zrecenzować. Głównie dlatego, że przypadł mi do gustu. Jeżeli chodzi o czarne klimaty, to w mojej ocenie nie było lepszej płyty we zeszłym roku. Oczywiście czuć tutaj wyraźny wpływ „To Pimp A Butterfly„, ale to nic dziwnego, gdyż zeszłoroczny krążek Lamara to dzieło przełomowe. Chance również na swoim krążku miesza gatunki, jak na imprezie trunki. Mamy tutaj sporo gospelu, nutkę jazzu a i też niepogardzono R’n’B. Lirycznie też daje radę, bo te wspominki były „so REAL”. Ja to kupuje.

radiohead2. Radiohead – A Moon Shaped Pool.  W sumie to nic nowego od Thome’a Yorke’a i spółki. Znaczna większość piosenek istniała już od lat 90 i gdzieś tam funkcjonowała w świadomości fanów grupy. Niemniej Radiohead w wyjątkowo dobrym stylu zebrali tą gromadę piosenek, odkurzyli, odświeżyli i połączyli w nowym album. Jak im to wyszło? REWELACYJNIE. Zachwycałem się nowym życiem danym „True Love Waits” a i też wciągnąłem się w piękno „Daydreaming” i „Burn The Witch„. Jeżeli mają być nagrywane płyty z b-side’ami – to tylko w takim stylu jak robi to grupa z Oxfordu.

david-bowie-press-photo-2016-billboard-650-15481. David Bowie – Black Star. Można by się przyczepić, że Bowie dostał jedynkę za kontekst w jakim ukazał się ten album. A powiem wam, że GÓWNO PRAWDA. To absolutnie wybitny krążek. Może nie doskonały, ale na tyle dobry by przyznać mu to zaszczytne miejsce. Co prawda okoliczności śmierci artysty zaraz po wydaniu płyty miały nie mały wpływ na odbiór tego albumu, ale spójrzmy prawdzie w oczy – znaczna liczba muzycznych wydawnictw zawdzięcza swoje miejsce w historii, dzięki kontekstowi. Większość serwisów muzycznych olała „Black Star” na swoich listach. Znalazły lepsze pozycje typu: „Life of Pablo” czy też „Atrocity Exibition”. W moim odczuciu tylko po to by pokazać, że są „ponadto”. Uwierzcie, że za 10, 15, 20 lat o „Black Star” będzie się mówić a o wątpliwej innowacyjności Westa nikt nie będzie pamiętać. Mówię to wam Ja, Jarząbek. Bez odbioru.

Muzyczne zaległości z 2016

Tradycyjnie już wracam do moich muzycznych zaległości z 2016 roku. Z roku, na rok jest ich coraz więcej. Dlatego też z dziennikarskiego obowiązku słów kilka na temat przegapionych przeze mnie albumów z minionych dwunastu miesięcy.

tribeA Tribe Called Quest – We got it from Here… Thank You 4 Your Service. Legendarny już zespół hip-hopowy postanowił się po raz drugi reaktywować. I tym razem udało się im to zrobić dobrze. Album „We got it form Here… Thank You 4 Your Service” nie jest ani odgrzewanym kotletem, ani też pogonią za swoim ogonem. Nasza trójka z Queens w ciekawy sposób nawiązuje do swojej epoki, czyli początku lat 90. Dodatkowo prezentuje ciekawy fachlarz nazwisk, które pojawiają się na tym longplayu. Mamy głośne nazwiska Kanye Westa, Kendricka Lamara czy też Eltona Johna. Pojawiają się też tacy wyjadacze jak Andre 3000, Busta Rhymes oraz Jack White. Warto samemu sprawdzić i wyrobić sobie ocenę. Dla mnie rarytas. Ocena: 7/10.

animal-collectiveeAnimal Collective – Painting This. Wymęczył mnie ten album niesamowicie. Słuchałem go jakoś w pierwszym półroczu 2016 i mało pamiętam z tej płyty. Miałkie, nudne, niewyraziste kompozycje z nowej płyty zwierzęcego kolektywu zlewają się w jedną szarą papkę. Brak pomysłu na siebie? Być może. Serce podpowiada, że to tylko chwilowa tendencja spadkowa. Rozum mówi natomiast, że Panda Bear ze spółką już nie nawiążą do „Strawberry Jam” czy też „Merriweather Post Pavilion„. Ocena: 4/10.

Blood Orange – Freetown Sound. Dev Hynes skrywający się za pseudonimem Blood Orange sukcesywnie udowadnia, że alternatywne R’n’B to jego mocna strona. Już debiutancki „Coastal Grooves” pokazał, że w tej materii artysta ma wiele do powiedzenia. Większość krytyków zachwycała się już „Cupid Delux” z 2013 rok, dla mnie jednak swoje mistrzostwo pokazał na zeszłorocznym „Freetown Sound„. Barwne, oryginalne brzmienie połączył z lekkością R’n’B. Producencki majstersztyk, który w pełni zasługuje na oceny, które przyznali mu inni recenzenci. Ocena: 8/10.

Danny Brown – Atrocity Exhibition. No cóż…. płyta bez historii. Przynudza strasznie ten Danny Brown. Może jeszcze się opamięta i nagra coś dobrego, bo tej płyty nie da się słuchać. Ocena: 3/10.

frankie-cosmosFrankie Cosmos – Next Thing. Muzyka autorstwa 22-letniej Grety Kline to dawka lekkiego i niezobowiązującego indie popu. „Next Thing” słucha się przyjemnie i szybko, co jest zarówno plusem jak i minusem tej płyty, gdyż raczej nie zapisze się w  annałach muzycznych indie rocka. Gdybym miał ten album porównać do jedzenia, to krążek Frankie Cosmos byłby śledzikiem na raz. Na lekki głód jak znalazł, jednak na obiad nie polecam. Ocena: 6/10.

james-blakeJames Blake – The Colour in Anything. W sumie to aż wstyd, że ten album nie ma osobnej recenzji na blogu. Tak wyszło, niestety. James wybacz! Mam nadzieje, że zrewanżuje Ci to ocena jaką wystawię w tym wpisie i rezerwacja miejscówki na liście podsumowującej. Deal? Ok! A tak na poważnie to James Blake z płyty na płytę jest coraz to dojrzalszy, bardziej intrygujący i lepszy. Jego najnowszy krążek całkowicie tę tezę obrazuje. „The Colour in Anything” to kawał dobrej muzyki, tak po prostu. Ocena: 8/10.

Moderat – III. Mój stosunek do Moderata zmienił się w ostatnim czasie. Miałem ich za nudziarzy, jednak po wysłuchaniu „II” stwierdziłem, że są jak najbardziej OK. Niestety najnowszy album nie sprawił, że zakochałem się w tej muzyce na zabój. Ot, dobry kawałek muzyki elektronicznej, która szybko wpada w ucho i równie szybko z niego wypada. Ocena: 5/10.

Mogwai – Atomic. Jezu, niby nie tak dawno temu szykowałem się na ich występ podczas Offa 2008 (Jeszcze wtedy w Mysłowicach, wiecie o tym?). Byli dla mnie wtedy LEGENDĄ, GWIAZDĄ i największą podjarką całej imprezy. Kuzyn z Rybnika do dziś śni o pałeczce perkusisty, którą wtedy niemal złapał. OD tamtego czasu minęło prawie 9 lat i nowa płyta od Mogwai jest dla mnie już tylko ciekawostką wydawniczą. Niby sprawny post rock w ich stylu, ale bez rewelacji. Jak się wam nie chce to nie musicie sprawdzać, a jak chcecie to raczej nie stracicie czasu. Ocena: 6/10

parquet-courtsParquet Courts – Human Performances. Aż dziwne, że „Human Performances” to już szósty album Parquet Courts! Wcześniej nie słyszałem o nowojorskim bandzie, dlatego też ich tegoroczny krążek był zakrytą kartą. Energiczny indie rock, z lekką nutką brytyjskich wpływów oraz enigmatycznych tekstów sprawił, że polubiłem ten krążek. Jednak nie jest to błyskotliwe i odkrywcze granie niestety i bez tej płyty indie rock i tak by przetrwał. Ocena: 6/10.

pet-shop-boysPet Shop Boys – Super. Przy tym albumie można i potańczyć, i podumać. Więc czemu nie? Jak to śpiewał Muniek: „Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?” – Przyłączam się do tego w pełni. Ocena: 6/10.

rebeka_dRebeka – Davos. Liczyłem na coś więcej od Rebeki. Pamiętny debiut „Hellada” zaostrzył mi smaka na „Davos„. Co prawda całkiem mi się przyjemnie spacerowało po lesie przy tych dźwiękach. Jednak nie będę tych spacerów wspominał do końca życia. Jest dobrze, ale chciałoby się więcej. Ocena: 6/10.

rihannaRihanna – Anti. Niby „Anti” to dobry album. Jednak, gdy przyjrzymy się jemu bliżej to w zasadzie nie ma czym się ekscytować. Weźmy na to najlepszy na płycie utwór – „Same Ol’ Mistakes„. Świetny, psychodeliczny, magiczny! Tak by można go opisywać… jednak to cover Tame Impala, czyli nic nowego. Sprawę może ratować singiel „Love on the Brain„, który jest absolutnym popisem wokalnym wokalistki. Generalnie całość przywołuje problem ostatniego Albumu Drake’a – czyli nudę i bezbarwność. Jest dobrze, ale bez rewelacji. Ocena: 6/10.

solangeSolange – A Seat At The Table. Nowy album Solange, jak i sama artystka jest w cieniu swojej siostry Beyonce. Niesłusznie! Wokalistka już wcześniej wykazywała spore umiejętności muzyczne a „A Seat At The Table” jest tego najlepszym przykładem. Totalnie bezpretensjonalny i wpadający w ucho pop na tej płycie, jest czymś czego szukam w tego typie muzyki. Dzięki Solange znalazłem to. Wielkie dzięki! Jay-Z nie zazdroszczę żony, zazdroszczę tak muzykalnej szwagierki! Ocena: 8/10.

Beyonce nagrywa ważną płytę, znowu

beyonceMój stosunek do Beyonce jest jak stosunek XVIII-wiecznego wieśniaka z przedmieść Paryża do operowej divy. Czuje się zdołowany i nieistotny. Oto przed nami stoi obraz kobiety XXI wieku, kobiety sukcesu. Przynajmniej tak kreowanej przez media. Były (za niedługo) prezydent Stanów Zjednoczonych to jej ziomek, mąż milioner albo miliarder, mniej rapuje, więcej kasuje a jej dzieci to pupilki całej Ameryki albo nawet Świata! I jak w tym odnajduje się taki Ja? Z kilkutysięcznej mieścinki gdzieś tam w Polsce….

Słucham Beyonce odkąd zadebiutowała, z albumu na album jest doskonalsza, a wszyscy głośno komentują jej płyty. Pomijając fakt, że czuje się przy rodzinie Jaya-Z jak plankton to muszę przyznać, że „Lemonade” słucha się wybornie! Podobno to najważniejsza jej płyta w całej dyskografii. Idąc dalej – najważniejszy krążek zeszłego roku. Nie dla mnie, bo jednak „Black Star” nie można przebić kapitalnymi podkładami i feministycznymi tekstami. Nie przy tak spektakularnym odejściu Bowiego.

Niemniej jednak to krążek prawie doskonały. Taki pop całym sobą kupuję. Po pierwsze muzyka! Podkłady są zróżnicowane, chwytliwe, piękne. Całość zaczyna się od niepozornego „Pray You Catch Me„. Na kolejnym „Hold Up” artystka się rozkręca. W „Don’t Hurt Yourself” Beyonce zanurza się w starym amerykańskim bluesie, a pomaga jej w tym odkurzony Jack White. Tutaj już słyszymy konkretną Beyonce, która z wyrzutem rzuca: „Who the fuck do you think I am? / You ain’t married to no average bitch boy„. To zdecydowanie lepsze teksty od cukierkowego popu, którym nas raczyła 10 lat temu.

lemonade-beyonceW następnym „Sorry” mamy całkiem przyjemną zabawę z elektroniką. „6 Inch” to kolejna udana kolaboracja na płycie. Mowa o będącym w różnej formie kolesiu z The Weekend. Tutaj zdecydowanie się dopasowali i stworzyli razem jeden z najbardziej pamiętnych tracków na płycie. „Daddy Lessons” to z kolei sentymentalny utwór, który doskonale by się odnalazł jako soundtrack w kinie drogi. „Love Drought” wyjątkowo przypadł mi do gustu ze względu na popis wokalny Pani Knowles oraz przyjemne tło muzyczne.

Kolejne dwa utwory spokojnie mogłyby rywalizować z balladami Adele. Wspomniane „Sandcastles” to urzekający utwór w którym Beyonce przy  dźwiękach fortepianu śpiewa o niespełnionej miłości i próbie zapomnienia: „What is it about you that I can’t erase, baby?„. Utwór ten zgrabnie przechodzi w następny „Forward„, który jest popisem  Jamesa Blake’a.

Na „Lemonade” nie zabrakło również Kendricka Lamara, którego możemy spotkać na prawie każdym istotnym albumie 2016 roku. Omawiane „Freedom” to powrót do klasyki rocka z lat 70. Lirycznie utwór opowiada o wolności, co można wywnioskować już po samym tytule. Natomiast zwrotka rapera za Compton to majstersztyk, jednak na solowych albumach brzmi bardziej przekonywająco.

Wydawać by się mogło, że po takim zestawie piosenek można by już zakończyć album. Nic z tych rzeczy. Przedostatni „All Night” to wciągający i wpadający w ucho pop, z wyjątkowo melodyjnym refrenem. Całość kończy „Formation„, który można określić eksperymentem w którym Beyonce próbuje rapować. Szczerze? Jak dla mnie tego utworu mogłoby nie być na płycie, o wiele lepszym zakończeniem byłoby „All Night„.

beyonce-gifPodsumowując „Lemonade” Beyonce to jeden z najlepszych albumów popowych (i ogólnie) zeszłego roku. Wpływają na to wyjątkowo dobre kompozycje, świetne teksty, będąca w formie wokalnej artystka i zdecydowanie dobrze dobrany zestaw występów gościnnych. Polecam! Ocena: 9/10.

Chance The Rapper nagrywa album życia

chance_the_rapper-offical-tumblrTak, to prawda. Chcance The Rapper jest w życiowej formie. Co prawda już wydany cztery lata temu „Acid Rap” stał na przyzwoitym poziomie, jednak dopiero „Coloring Book” okazał się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Najnowszy mixtape rapera z Chicago porywa świetnymi podkładami. Beaty są urozmaicone, taneczne i energiczne. Wystarczy wsłuchać się w „No Problem” czy też „Angels” by to odkryć. Znajdziemy tutaj miejsce na gospel w „D.R.A.M. Sings Special” oraz „How Great„, lekką nutkę jazzu w „Blessings” czy też klasyczne r’n’b w „Finish Line/Drown„.

Szerokie inspiracje też są wyczuwalne na tym albumie. Przykładowo początek „Summer Friends” brzmi jak brakujący kawałek na wspomnianej niedawno przeze mnie najnowszej płycie  Bon Iver „22, A Million„. Swoją drogą to chyba najbardziej klimatyczny utwór na „Coloring Book„. Co więcej? Gitara i smyczki w końcówce „Same Drugs” przywołują mi na myśl pomarańczową twórczość Franka Oceana, natomiast mroczność „Mixtape” porównałbym do rapsów od Future. Poza tym śmiało można dopatrywać się tutaj inspiracji twórczości Kendricka Lamara oraz Kanye Westa, czyli czołówki tabeli ligowej.

coloring-bookDruga kwestia to zestaw gościnnych występów jakimi uraczył słuchaczy Chancelor Johnathan Bennett. Na płycie znajdziemy między innymi pretensjonalnego jak zwykle Kanye Westa, jarającego skręta Lil Wayne’a, Pana 2 Chainz, Future oraz Justina Biebera. Natomiast sam Chance też daje radę i rzuca dobrymi zwrotkami w stylu: „Bunch of tank top, nappy headed bike-stealing Chatham boys„. Generalnie „Coloring Book” to mocna sentymentalna rzecz. Chancelor wraca wspomnieniami do swojej 79 ulicy na, której dorastał. Wspomina swoje stare znajomości, jabłecznik swojej mamy, dom babci i rzuca na koniec „Shut UP! Start Dancing!„. Ja to kupuję.

Coloring Book” to zdecydowanie najlepsza rzecz jaka wyszła spod ręki Chance The Rappera. Płyta jest bardzo przyjemna w odbiorze, dobrze jej się słucha i nie jest naszpikowana tym gangsterskim gównem, którego czasami jest za dużo. Ile można słuchać o tych wszystkich zjaranych blantach, zaliczonych dziwkach i kilogramach złotych łańcuchów? Chancelor dokonał małego podsumowania swojego dotychczasowego życia i wyszło mu to jak najbardziej w porządku. Jeżeli poszukujecie czegoś w czarnych klimatach, zróżnicowanego, łączącego piosenki „radio friendly” z ciekawymi przemyśleniami to powinniście sięgnąć po kolorowanego Chance The Rappera! Nie pożałujecie. Ocena: 9/10.

Dobry Indie Rock zawsze w cenie

car-seat-headrest-2016-tourNajistotniejsze media dokonały już podsumowań całorocznych, a ja wciąż z dziennikarskiego obowiązku nadrabiam muzyczne zaległości. Rok 2016 nie był szczęśliwy dla muzyki. W globalnym znaczeniu należy przypomnieć muzyczne osobowości, które odeszły z tego świata: David Bowie, Prince, George Michael czy też Leonard Cohen. Natomiast w moim przypadku świadczy o tym ilość słuchanej muzyki. Prawie wcale nie poznawałem nowej muzyki, dlatego też recenzja takiego zespołu jak Car Seat Headrest to w jakimś stopniu rarytas.

Rok 2017 a ja wciąż słucham Indie Rocka, gatunku od którego zaczęło się u mnie obcowanie z muzyką na poważnie. Co prawda ilość przesłuchanych płyt z tego szerokiego kręgu gitarowego grania jest coraz to mniejsza, jednak zawsze znajdę jakąś perełkę. I taką właśnie jest najnowszy album grupy Car Seat Headrest „Teen of Denial„. Grupa z Leesburg w stanie Virginia istnieje już od 2010 roku i dała się poznać jako zespół niezwykle płodny w albumy. Niestety ilość nie szła w parze z jakością, dlatego też większość z słuchaczy usłyszała o nich dopiero w tym roku za sprawą „Teen of Denial„.

teen-denialTegoroczny krążek to zestaw niezwykle chwytliwych indie rockowych kawałków. Amerykanie grają bezpretensjonalnie, lekko i przyjemnie. Album zaczyna się dość niepozornie, nudnie nawet można by rzec. Jednak na wysokości 3 kawałka „Destroyed by Hippie Power” zespół odkrywa swoje prawdzie oblicze na tym krążku. Świetnie riffy z pazurem przypominają o co tak na prawdę chodzi w tego typu graniu. Dalej jest oczywiście niemniej ciekawie i porywająco. Mamy przecież psychodeliczne odjazdy niczym na najlepszych utworach Arcade Fire w „Just What I Needed/ Not Just What I Needed„, zimne gitarowe solówki przywołujące na myśl dokonania Interpolu w „Cosmic Hero” oraz beztroskę The Strokes w „Unforgiving Girl” a także kapitalne perkusyjne solówki w „Connects The Dots„.

Minusów raczej się nie dopatrzyłem. Przynajmniej nie takich by można sobie nimi zawracać głowę. Nie wiem czy album ten jest na tyle dobry by do niego wracać po 5, 10 latach. To jak zwykle pokaże czas Jest jednak na tyle wartościowy by uznać go za jeden z lepszych indie rockowych krążków minionego roku. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Książe życia umiera

david-bowieNo i wykrakał ten Bowie. Gdy wróciłem tego dnia z pracy do domu, to zastanawiałem się, czemu wszędzie mówią o Davidzie. Aż mnie olśniło. Przecież kogoś w ten sposób się wspomina, gdy ten już nie żyje. Szybko wbiłem frazę Bowie w Google i… Nie mogłem w to uwierzyć, ale to miał być dopiero początek. Potem ten sam los podzielił Prince, Leonard Cohen i George Michael. A gdy zaczęli mówić w radiu o Dylanie to aż mi włos stanął dęba, na szczęście chodziło o przyznanie nagrody Nobla. Uff

Na swoim najnowszym i zarazem ostatnim albumie Bowie śpiewa: „Look up here, I’m in heaven / I’ve got scars that can’t be seen / I’ve got drama, can’t be stolen / Everybody knows me now”. Bardzo wymowne. To czy przewidział swoją śmierć to w zasadzie najmniej istotna sprawa. Artysta spodziewał się takiego obrotu sprawy. I o tym jest ten album. Historie z pogranicza życia i śmierci, czyli z etapu na jakim był Bowie. To sprawia, że płyta ta ma wydźwięk najprawdziwszy. I zarazem sprawia się obcujemy z czymś wyjątkowym, WAŻNYM. To słowo klucz, gdyż „Black Star” to z całą pewnością najważniejszy album minionego roku.

bowiestarA czy się broni muzycznie? Zdecydowanie tak! David Bowie pożegnał się w wielkim stylu. W jego dyskografii znajdziemy zarówno albumy wybitne jak i te mniej udane. Ten zdecydowanie należy zaliczyć do tych pierwszych. Zarówno pod względem lirycznym jak i muzycznym. Rozbijanie tej płyty na poszczególne utwory nie ma sensu. Całość tworzy unikatowy klimat i nastrój. Warto jednak nadmienić, że nagrywając ten album Bowie inspirował się „To Pimp A Butterfly” Kendricka Lamara oraz twórczością Death Grips. I jak mu to wyszło? Fenomenalnie!

Generalnie o „Black Star” jaki i samym muzyku  napisano już absolutnie wszystko, nawet to, że Bowie miał grać w Władcy Pierścieni. Dlatego nie ma sensu rozpisywać się dalej. Podsumowując, gdyby artysta wciąż stąpał po ziemi, to ocena końcowa byłaby taka sama. Szkoda tylko, że nie dowiemy się co będzie dalej. Ocena: 9/10.