Dom samotności i nudy Matta Berningera

Z okładki najnowszego albumu The National „Sleep Well Beast” bije w nas widok, ciemnego, szarego, smętnego domu z jednym oknem. W domu są jacyś ludzie, jednak również dobrze mogłoby w nim nie być nikogo. Albo jeszcze lepiej! Niech siedzi tam samotnie Matt Berninger, lider i wokalista The National. Niech tam siedzi i chłonie tą samotność. Może przemyśli fakt, dlaczego zadręcza słuchaczy takimi nudami jak jego najnowszy album.

Na „Sleep Well Beast” nie dzieje się absolutnie nic. Nuda totalna. Nie dziwi mnie to wcale, gdyż The National już od około 2010 roku przynudzają na potęgę. Nowojorski band nigdy nie należał do jakiejś mojej czołówki indie rockowych kapel, ale ich pierwsze płyty lubiłem. No i oczywiście do dziś wspominam ich fenomenalny występ z Offa a.d. 2009. Sprawdzam za każdym razem ich najnowsze wydawnictwa i niestety muszę przyznać, że Panowie zjadają swój własny ogon.

Wyobraźmy sobie sytuacje, że zespół nie nagrywa tej nowej płyty. Co się zmienia? Absolutnie nic. Berninger coś tam próbuje jeszcze wskórać, jednak ja tego nie kupuje. Wierni fani mogą być zadowoleni, jednak czy jest ich aż tylu by wydawać płytę? Poza tym kogo oni chcą nabrać? „Day I Die” brzmi jak okrutnie podrobiony „Mr. November„, reszta albumów brzmi tak samo, że zlewa mi się to w jedną szarą papkę.

Może gdyby nie słyszał ich wcześniejszych płyt, albo w ogóle nie słyszałbym żadnej muzyki to spodobał by mi się „Sleep Well Beast„. Może… Póki co słucham tej płyty i już teraz wiem, że nigdy do niej nie wrócę. Tak jak nigdy nie wróciłem do „Trouble Will Find Me” czy też „High Violet„. Ocena: 4/10.

Reklamy

Tyler, kreator i łąka pełna kwiatków

Pan Tyler Gregory Okonma nie zwalnia tempa. Po całkiem obiecującym i mrocznym zarazem debiucie „Goblin„, reper wydał interesujące „Wolf” i genialne w mojej ocenie „Cherry Bomb„. I to wszystko na przestrzeni czterech lat! Minęły dokładnie dwa lata od jego ostatniego longplaya i czuć, że gość wciąż jest w grze. Ba, można powiedzieć, że zabawa w muzykę wychodzi mu coraz lepiej!

A to wszystko za sprawą „Flower Boy„, które ukazało się 21 lipca. Album z miejsca zebrał dobre recenzje. I to całkowicie zasłużenie. Tyler już od jakiegoś czasu stawia na bardziej rozbudowane i melodyjne beaty. W końcu to nie jest jakaś pieprzona ubojnia by rapować do wiercenia wiertarki. Cieszy mnie fakt, że Tyler obrał taką a nie inną drogę. Oczywiście nie odstawił całkowicie na bok swoich mrocznych zapędów, na najnowszym krążku usłyszymy je chociażby w „Who Dat Boy„. Jednak zdecydowanie więcej tu melodyjnego r’n’b niż psychodelicznych odlotów Tylera z czasów „Goblina„.

Czuć na tym krążku wyraźne inspiracje Frankiem Oceanem, zwłaszcza jego pomarańczową stroną z „channel ORANGE„. Okonma nie mógł wybrać lepiej. Rapowanie do elektronicznych melodii w „Garden Shed” czy też poruszanie się w bardziej popowych klimatach jak w „See You Again” to jest to co mi się podoba. Natomiast „Where This Flower Blooms” brzmi jak zaginione nagranie z wcześniej wspomnianego „channel ORANGE„. Zresztą już opener płyty „Foreword” zapowiada, że będzie dobrze. Na „Flower Boy” raperowi udała się nie lada sztuka. Mianowicie sprawił, że każdy utwór na płycie jest inny i wyróżniający się. I ja to szanuję.

Nie zagłębiam się w teksty Tylera, które są delikatnie mówić oryginalne. Jednak na sam koniec tych rozważań wspomnę, że bogata lista występów gościnnych nie zawiodła. I to też plus. Wiele by można płyt wymieniać, gdzie nazwiska na papierze na boisku pokazały tylko piach. Prym oczywiście wiedzie Frank Ocean – mentor młodego autora „Flower Boy„. Jednak należy wyróżnić takżę Estelle, Lil Wayne’a czy też Kali Uchis.

Podsumowując, „Flower Boy” to prawdopodobnie najlepsza płyta w dorobku Tylera. Bogate brzmienie, różnorodność, świeżość i kreatywna głowa rapera, to najważniejsze atuty tego longplaya. Jedna z lepszych rap rzeczy tego typu w tym roku. Mocno polecam i zachęcam do przesłuchania najnowszej płyty Okonmy. Ocena: 9/10.

Smutne historie Natalii Przybysz

Spotify to ma wyczucie. Słucham sobie najnowszego albumu Natalii Przybysz „Światło Nocne„, bo wiecie trzeba nadganiać wiecznie muzyczne zaległości i co więcej opisać coś, co jest obecnie na topie. I w czasie wysłuchiwania tegoż oto albumu, szwedzki serwis zapodaje mi reklamę… albumu Natalii Przybysz. System chyba nie wyłapuje czego aktualnie słuchamy. A szkoda bo brzmi to dość kuriozalnie! No chyba, że to kolejna niecna taktyka by zachęcić mnie do kupna konta premium. Nie tym razem drogi Spotify.

A co z najnowszym albumem Pani Przybysz? Już pędzę wyjaśniać, a raczej recenzować. Będzie krótko, gdyż nie mam  w zwyczaju analizować feministycznych wywodów Natalii Przybysz, ani też zbytnio się rozwodzić nad całym kontekstem tego albumu. Nigdy nie pozwalałem wkraczać polityce na bloga, chodź swego czasu pisali do mnie ludzi z wrocławskiego KODu (hehe). Nigdy też nie oceniałem ludzi, jedynie muzykę. Tak będzie i tym razem.

Światło Nocne” jako album jest dość przeciętne. Muzycznie nie mam nic do zarzucenia. Jest melodyjnie, dość ciekawie. Natalia Przybysz to taki trochę damski Organek, który bawi się w gitarowe brzmienia i swoim mocnym głosem opowiada konkretne historie. Początek płyty brzmi jak soundtrack jednego z filmów Lyncha i przywołuje na myśl Bar Roadhouse z Miasteczka Twin Peaks. Dalej nie jest gorzej i muszę przyznać, że te gitarowe piosenki dobrze komponują się z barwnym głosem Natalii Przybysz. Jeżeli chodzi o teksty to są one osobiste i smutne, jednak nie czuję się targetem tego krążka. Bo wiecie, te wszystkie feministyczne opowieści jakoś do mnie nie trafiają.

Generalnie daje zielone światło na odpalenie „Światło nocne” . Jednak nie liczcie na fajerwerki. Nie jest to coś innego od tego co puściłby mi znajomek na swojej youtubowej playliście w pracy. Ocena: 5/10.

P.S. Okładka jest okrutnie zła.

Nowe oblicze L.Stadt

No i proszę! Kolejna pozytywna zmiana u polskiego wykonawcy. Co prawda, po zmianie kierunku jaki obrała Brodka już jakiś czas temu, powrocie do korzeni Stachurskiego, pójście w blues Natalii Przybysz i próbie przeniesienia Opola do Kielc, nic nie jest już w stanie mnie zadziwić w rodzimym interesie muzycznym. Jednakże każdy taki skok w bok przyciąga uwagę troszkę bardziej. Tak jest i tym razem. L.Stadt znani głównie z gitarowych, indie rockowych kompozycji poszli na całość i zaczęli eksperymentować z brzmieniem. Z tym, że to nie jest to eksperymentowanie w stylu rockowych kapel, które postanowiły zatrudnić klawiszowca. To rozszerzenie brzmienia i zmiana stylu całkowita.

Kapela z Łodzi zasłynęła w 2008 roku, głównie dzięki chwytliwej balladzie „Londyn„. Ich gitarowe piosenki z debiutanckiego krążka nie były złe, ale też nie były wybitne. W 2010 roku ekipa Łukasza Lacha (Brat Izy, o której na blogu pisałem nie raz) wydała kolejny krążek „EL.P„, który przyciągnął moją uwagę głównie kapitalnym teledyskiem do „Death of a Surfer Girl”. W 2013 roku łodzianie po raz kolejny się aktywowali za sprawą epki „You Gotta Move„, która przeszła raczej bez większego echa.

Inaczej sprawa ma się z tegorocznym, najnowszym krążkiem L.Stadt zatytułowanym „L.Story‚”. Grupa bawi się na nim brzmieniem niczym Thundercat serwując nam sporo psychodelicznych odlotów, połączonych z garażowym rockiem i elementami gospelu. Zespół z Łodzi przekonuje nas, że zabawa brzmieniem nie musi być przewidywalna i nudna. No i bogactwo instrumentów została użyta z głową. W utworze „Gdybym” L.Stad pokazuje jak powinien wyglądać powrót Fleet Foxes, natomiast „Halo” to podręcznikowy przykład jak prowadzić w utworze narracje. Singlowe „Oczy kamienic” to oczywiście bardzo dobry utwór, jednak reszta wcale nie jest gorsza. Teksty za pierwszym razem wydawały mi się banalne i nieporywające, jednak gdy wsłuchałem się bardziej w ten album to doceniłem bardziej te kompozycje. To bardzo melancholijne utwory o przemijaniu i przywiązaniu do miejsca, czyli nie lada gratka dla każdego, kto lubi od czasu do czasu się posmucić, zatrzymać się i zastanowić.

Podsumowując, najnowsza płyta L.Stadt to pozycja obowiązkowa dla każdego spragnionego dobrych i ambitnych nutek słuchacza. „L.Story” to ciekawa, intrygująca płyta o przemijaniu, która broni się za sprawą bogatych brzmień i niekujący tekstów w języku polskim. Jestem jak najbardziej na TAK. Ocena: 8/10.

Odblokowani Fleet Foxes

6 lat zajęło grupie Fleet Foxes wydanie kolejnego albumu. Po debiucie w 2008 roku z kapitalnym krążkiem „Fleet Foxes” oraz jego średnim następcą w postaci „Helplessness Blues” z 2011 roku, fanów folkowej grupy zaskoczyła prawie 6 letnia przerwa ich ulubieńców. Co w tym czasie się działo? Podobno lider Robin Pecknold miał blokadę twórczości i nie potrafił nic konkretnego w tym czasie wymyślić. Jednak życie to nie tylko muzyka, pochłonęła go literatura. Zwłaszcza eseje nijakiego Francisa Scotta Fitzgeralda, znanego przede wszystkim z „Wielkiego Gatsby’ego„. Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron twórczości Fitzgeralda i wielu godzinach przemyśleń, artysta wrócił na właściwe tory twórczości. Oto geneza powstania  „Crack-Up„.

Zacznijmy od tego, że najnowszy longplay od Fleet Foxes nie wnosi absolutnie nic nowego do tematu folku. Czuć na tym materiale, że Pecknold faktycznie miał problemy z napisaniem dobrej czy tam jakiejkolwiek piosenki. Gdy jednak trafiły do jego głowy dobre pomysły, to postanowił wszystkie bezwzględnie zamieścić w „Crack-Up„. Dlatego dostajemy rozciągnięte do granic możliwości utwory pokroju openera „I Am All That I Need…” czy też „”Third of May/Odaigahara„. Niby brzmienie jest bardzo bogate, jednak nie przekłada się to na jakość utworów. Trochę brakuje mi tu prostych i melodyjnych utworów, które mnie tak urzekły w 2008 roku, kiedy słuchałem debiutanckiego albumu.

Generalnie „Crack-Up” nie jest złym krążkiem. Z tym, że od takich zespołów, zawsze wymagam więcej. I pod tym względem trochę mnie folkowcy z Seattle zawiedli. Bo wiecie co? Ja wciąż słucham tego pamiętnego krążka z 2008 roku. To był dobry czas. Dobra muzyka, beztroskie studenckie chwile. Wszystko ze sobą współgrało. A „Crack-Up” ? Szczerze wątpię bym wrócił jeszcze do tego krążka. Żadna kompozycja nie jest na tyle silna, bym zwrócił na nią ponownie uwagę. Może się mylę i odkryje ten krążek za jakiś czas na nowo, zdarzały mi się takie rzeczy. Jednak czy w tym, konkretnym przypadku tak będzie? Szczerze wątpię. Oczywiście możecie przesłuchać nową pozycję od Fleet Foxes. Śmiało to zróbcie. Jest to przyzwoity album, który może się podobać. Amerykanie udowadniają na nim, że wiedzą co to jest dobry folk. Jednak uprzedzam, nie liczcie na fajerwerki. Ich na pewno nie znajdziecie. Ocena: 5/10

Moi starzy, nowi ulubieńcy – Grizzly Bear

Wiecie, że zawsze chciałem być w następnym życiu niedźwiedziem? Najlepiej Grizzly. Perspektywa życia w Ameryce i zajadanie się pstrągiem jest bardzo kusząca. Nigdy nie chciałem być zwierzęciem, które musi się martwić o swój żywot. Grizzly przed nikim nie ucieka (No chyba, że ten ktoś ma spluwę), to wszyscy uciekają przed niedźwiedziem! Żubr też mógłby być, choć tego wolę w zimnej butelce. Dobre życie też ma mój kot – Tofik, mordercza łapka. Zero stresu, zupełnie.

Zacząłem dość filozoficznie, a przecież recka nowego krążka od miśków grizzly sama się nie napisze. Wiecie co mi album „Painted Ruins” uświadomił? To, że Nowojorczycy są jednak jednym z moich ulubionych zespołów. Zanim się wziąłem na poważnie za najnowszy krążek, wróciłem do wcześniejszych. I wiecie co? Znowu mnie wciągnęły. Kurde, ci kolesie mają dar do tworzenia na prawdę zacnych rzeczy. Nawet „Shields” z 2012 roku, które wydawało mi się spadkiem formy brzmi z perspektywy czasu na prawdę bardzo dobrze. No a wcześniejsze wydawnictwa śmiało można już określić klasyką alternatywy.

Nowy album od razu mi się spodobał. A to już jest coś! Jest melodyjnie i piosenkowo, jednak całość nie traci swojego poważnego wydźwięku. Linie gitar urzekają, a wokal Edwarda Droste’a łapie za serducho. Wsłuchajcie jak pięknie, wręcz patetycznie rozkręca się „Three Rings„. To co tam się dzieje pod koniec, to jakiś prawdziwy wybuch zajebistych dźwięków. Posłuchajcie z jaką lekkością zespół wchodzi w „Losing All Sense” czy też jak można łączyć alternatywę z przebojowością w „Morning Sound”. Ogólnie po przesłuchaniu „Painted Ruins” miałem wrażenie, że zespół postanowił wejść na bardziej melodyjne regiony. Wyszło im to całkiem na zdrowie.

Może nie jest to ich najlepszy krążek w dyskografii, jednak można śmiało stwierdzić, że to mocna propozycja. Mi mocno przypadła do gustu. Znajduje tutaj wszystko to, czego ostatnio szukam w alternatywie. Dobrze i przyjemnie spędzonego czasu. W ostatnim czasie nie miałem chęci na słuchanie indie smętów lub albumów nagranych na jedno kopyto. Grizzly Bear wychodzili z siebie, dwoili i troili by nagrać album ciekawy, wpadający w ucho i zróżnicowany. Takie właśnie jest „Painted Ruins„. Ocena: 9/10.

Stefan Wesołowski zakończył mi lato – recenzja „Rite of the End”

Nazwisko wykonawcy omawianej w tym wpisie płyty może być bardzo mylące. Stefan Wesołowski brzmi jak kolejny polski grajek pop w stylu nieudolnego Brzozowskiego czy innego śmieszka bez talentu. Wesołowski też bardziej by mi się kojarzył z jakimś kabareciarzem czy też aktorem z słabego serialu. To nazwisko absolutnie nie pasuje do zawartości „Rite of the End”, która jest mroczna, głęboka i… smutna.

Chyba nie byłem gotowy na tą płytę jeszcze. W  ostatnie wakacyjne miesiące mało słuchałem muzyki, a jak już czegoś słuchałem, to były to popy w stylu Calvina Harrisa. Nowy Grizzly Bear był jedynym przedstawicielem żelaznej alternatywy w tym czasie. Pan Wesołowski szybko sprowadził mnie na ziemię i dał do zrozumienia, że lato się kończy. Widok coraz bardziej żółtej lipy za moim oknem i wcześniejsze wieczory wprowadzają mnie w małą depresję. Jednak to jest nic w porównaniu co zrobił z moją psychiką Wesołowski po odsłuchaniu „Rite of the End„.

Wesołowski swoim krążkiem oficjalnie potwierdził, że czas zwinąć basen z podwórka i wyciągnąć grabie na liście. „Rite of the End” co prawda ukazało się wiosną, jednak album dotarł do mnie dopiero teraz. I szczerze? Okoliczności pogodowe spotęgowały doznania przy pierwszych odsłuchach. Na tym albumie jest smętnie, ponuro i niezbyt wesoło. Czuć jednak w tym wszystkim całkowitą poważność. Krążek zaczyna się dość filmowo, co nie powinno dziwić. W końcu Wesołowski nagrywał już muzykę do filmu – „Listen To Me Marlon„. Momentami zdawało mi się, że to zagubione soundtracki z któregoś obrazu Davida Lyncha. Co zachęcało mnie do dalszego słuchania. Kompozytor z Trójmiasta dość sprawnie łączy muzykę klasyczną z współczesną muzyką elektroniczną. W porównaniu do poprzednich pozycji Wesołowskiego, artysta postanowił bardziej postawić na ambient. I dobrze! Brakuje mi na polskiej scenie wykonawców, którzy mogliby rywalizować z Fenneszem czy Williamem Basinskim. Wesołowskiego to nawet całkiem dobrze to wychodzi, co całkowicie aprobuje. Co prawda smyczki grają tu kluczową rolę, jednak to elementy ambientowe mnie najbardziej zachwyciły.

Jeżeli jesteście gotowi zakończyć lato i dać się nieco porwać w ambientowe odchyły to powinniście sprawdzić najnowszy krążek Wesołowskiego. To zdecydowanie najlepsza pozycja w jego dyskografii. Nie licząc oczywiście „Trenów” Jacaszka. Ocena: 7/10.