Przegląd filmowy: Obcy

W sumie, to aż dziwne, że wcześniej nie zrobiłem takiego przeglądu na blogu. Zwłaszcza, że jestem MEGA HIPER ARCY OGROMNYM FANEM serii o Obcym. Podobny przegląd zaserwowałem filmom o Batmanie oraz Jurrasic Park, temat Obcego natomiast pojawił się w mojej liście 15 najlepszych horrorów, no i recenzji filmów „Obcy vs Predator II” oraz „Prometeusz„. Okazja by taki przegląd sporządzić jest doskonała, gdyż do kin wszedł właśnie najnowszym film z serii „Obcy: Przymierze„. Do dzieła!

Obcy – 8 Pasażer Nostromo / Alien (1979, reż. Ridley Scott). Wciąż uważam, że to najlepszy horror jaki kiedykolwiek powstał. Film opowiada historię członków załogi Nostromo, która podczas powrotu na Ziemię, zostaje nagle przebudzona. Okazało się, że statek odebrał dziwny sygnał z pobliskiej planety. Załoga zobowiązana umową z firmą, jest zmuszona by to sprawdzić. Od tej pory wszystko idzie nie tak. Jeden z członków załogi – Kane (W tej roli ś.p. John Hurt) wraca na statek z przeczepioną do twarzy dziwną, obcą formą życia. Co gorsza, nie można jej zdjąć ze względu na obecny w krwiobiegu kwas. Gdy dziwny pajęczak obumiera a Kane się budzi, wszyscy oddychają z ulgą. Nie na długo. Z klatki Kane’a wydobywa się mały obcy, z którym przyjdzie załodze stoczyć bój o przetrwanie.

Za co kocham film Ridleya Scotta? Przede wszystkim z wspaniały, mroczny, tajemniczy i gotycki klimat. Do końca seansu, nie wiemy z czym załoga Nostromo ma do czynienia. Obcy nie ukazuje się nigdy w pewnej krasie. Statek jest pełen mrocznych zakamarków. Czuć wszędobylskie zagrożenie i osamotnienie. Obcy wydaje się być niezniszczalny, a załoga jest zdana tylko na siebie. Co gorsza film powoli odkrywa tajemnicze zamiary firmy, dla której pracują. Sprawa z góry jest przegrana. Swoją cegiełkę do klimatu filmu dołożył ś.p. Hans Rudolph Giger. To on stworzył wygląd obcego, który stał się kultowy.

Fakt, że film jest oszczędny w pokazywaniu Obcego i pomieszczeń w pełnej krasie sprawia, że obraz Scott’a wcale się nie zestarzał, pomimo upływu już ponad 38 lat od Premiery! Warto także zwrócić uwagę na dobrze napisane postacie, które nie są nam obojętne. Sigourney Weaver dzięki roli w „Obcym” wybiła się na szerokie wody Hollywood. Dla mnie film Ridleya Scotta to przykład idealny jak nakręcić horror sci-fi. Mamy tutaj tajemnicze zagrożenie, wiarygodnych bohaterów oraz kapitalny klimat osaczenia. Arcydzieło kina. Ocena: 10/10.

Obcy – Decydujące starcie / Aliens (1986, reż. James Cameron). Druga część serii o Obcym nakręcona przez Jamesa Camerona to zupełnie inny film. Inny, nie oznacza gorszy. Śmiało można określić obraz ten jednym z najlepszych sequeli w historii kina, zaraz obok „Ojca Chrzestnego II„, „Mrocznego Rycerza” czy też „Terminatora II„. Fabuła wygląda następująco. Jedyni ocalali z załogi Nostromo: Ellen Ripley (Sigourney Weaver) oraz jej kot Jonesy po wieloletnim dryfowaniu po kosmosie, w końcu lądują na Ziemi. Firma zatrudniająca Ripley nie wierzy w historię o Obcym, który zabija całą załogę. W między czasie okazuje się, że planeta na której członkowie Nostromo znaleźli obce formy życia, ma zostać zasiedlona przez ludzi. Jak się okaże, była to błędna decyzja, gdyż kontakt z ludźmi na LV-426 urywa się. Na miejsce zostaje wysłana misja ratunkowa, do której w charakterze doradczy dołącza Ellen Ripley.

James Cameron w przeciwieństwie do Scotta serwuje nam sprawnie nakręcone kino akcji. Obcy pojawiają się w dużych ilościach. Okazuje się, że można go zabić – wystarczy duża spluwa i nieskończony zapas amunicji. Tak więc w „Aliens” krew i kwas obcych leje się strumieniami. Co więc jest tak świetnego w tym filmie? Przede wszystkim został utrzymany klimat zagrożenia. Wciąż czujemy się osaczeni przez ksenomorfy, pomimo, że posiadamy cały asortyment wojskowy. Obcy zostali ukazani w filmie jak sprawnie pracujące mrowisko ze swoją królową. W filmie jest wiele trzymających w napięciu scen, a czujnik ruchu potęguje w nich tylko poziom adrenaliny.

Po raz kolejny dostajemy wiarygodne, dobrze napisane i przejmujące postacie. Ellen Ripley w tej części serii ukazuje się jako damski terminator z miotaczem ognia, w której budzi się matczyny instynkt gdy poznaje jedyną ocalałą z kolonii dziewczynkę Newt. Poza tym pojawia się ponownie android – Bishop, który tym razem jest przyjacielski oraz cały zastęp kosmicznych marines. Cameronowi udało się w tym filmie zachować prawdziwość Obcego i jednocześnie dodać coś od siebie. Tak powinno kręcić się sequele. Ocena: 9/10.

Obcy 3 / Alien 3 (1992, reż. David Fincher). Trzecia część sagi o Obcym, wyreżyserowana przez Davida Finchera jest lekkim powrotem do pierwowzoru stworzonego przez Ridleya Scotta. Do Statku Sulaco, w którym znajdują się ocalali z księżyca LV-426 dostaje się facehugger. Dochodzi do pożaru, a kapsuła ratunkowa rozbija się na pobliskiej Planecie Furia 161. Katastrofę przeżywa jedynie Ripley. Ocalałą odnajdują jedyni mieszkańcy planety – więźniowie z koloni karnej. Okazuje się, że Ripley to nie jedyna ocalała. Wspomniany facehugger również uchodzi z życiem i ponownie daje życie Obcemu.

David Fincher ponownie postawił na mroczny, tajemniczy klimat oraz nierówną walkę ludzi bez broni z Obcym. Ksenomorf tym razem jest trochę inny, gdyż wychodzi z ciała psa – dlatego porusza się na czterech łapach. Po raz pierwszy także zostały użyte efekty specjalne do pokazania Obcego. I w zasadzie to jedyna nowość jaką nam serwuje Fincher. Poza tym, to już wszystko mieliśmy w pierwszej części. Ripley oprócz walki z Obcym, będzie się musiała zmierzyć ze zgrają najgorszych kryminalistów. Ludzie będą biegać po ciemnych, mrocznych zaułkach kolonii karnej. Obcy natomiast będzie się wydawać wszędobylską bestią, która jest w stanie porwać każdego. Co gorsza na planetę Furia 161 zmierzają ludzie z firmy Wyland-Yutani, i nie mają dobrych intencji. Sprawa ponownie jest z góry przegrana.

Można mieć pretensje do Davida Finchera, że nie dodał nic nowego do tej opowieści a powielił to co zaserwował wcześniej Ridley Scott w „Ósmym Pasażerze Nostromo„, jednak jego „Obcy 3” to dobry film. Ma mroczny klimat, trzyma w napięciu i jest w nim sporo odwołań religijnych. Poza tym to mocno pesymistyczny film, mówiącu wprost „Nie ma nadziei”. Obcy będzie zabijał, a ludzie za wszelką cenę będą chcieli go użyć jako broni. Jednak temat ten rozwinie dopiero czwarta część. Ocena: 7/10.

Obcy: Przebudzenie / Alien: Resurrection (1997, reż. Jean-Pierre Jeunet). Czwarta część Obcego została wyreżyserowana przez kolejnego, wspaniałego reżysera. Francuski filmowiec Jean-Pierre Jeunet, twórca takich klasyków jak: „Amelia„, „Miasto Zaginionych Dzieci” czy też „Delicatessen” dorzucił swoje trzy grosze do historii o Obcym. 200 lat po wydarzeniach z Obcego 3 na statku USM AURIGA naukowcom udaje się sklonować Ripley oraz Obcego. Tworzą oni hodowlę Ksenomorfów i starają się je wytresować, by służyły ludziom. Na statku cumuje załoga przemytników, dostarczających naukowcom ludzkich ciał potrzebnych do hodowania nowych Obcych. Jak można przewidzieć, ponownie wszystko idzie nie pomyśli ludzi. Obcy wydostają się z klatek i zaczynają wybijać załogę. Co gorsza USM AURIGA obiera awaryjny kurs na Ziemię. Jednak bez obaw. Ripley wraz z androidką CALL (W tej roli Winona Ryder) postarają się zapobiec katastrofie.

Jaunet tworząc film „Obcy: Przebudzenie” udanie połączył klimat mroku znanego z pierwszej części z ostrą jatką, którą otrzymaliśmy w obrazie Camerona. Otrzymujemy wspaniałe lokacje oraz obraz eksperymentów na ksenomorfach. Akcja trzyma w napięciu, a momentami jest na prawdę groźnie. Oczywiście, nie obyło się bez wpadek. Postać mutanta powstałego wskutek połączenia obcego z człowiekiem była dość mało atrakcyjna, natomiast ginące po kolei postaci nie wzbudziły w nas takich samych emocji jak załoga Nostromo. Jednak uważam, że film Alien: Resurrection jest mocno niedocenioną częścią sagi. Zupełnie niezasłużenie, bo to całkiem doby film, który wieńczy serię z Ellen Ripley. Ocena: 6/10.

Obcy vs. Predator / Alien vs. Predator (2004, reż. Paul W.S. Anderson). Miałem wątpliwości czy filmy z serii AvP powinny być w tym zestawieniu. Fabularnie nie nawiązują one do serii o Obcym zapoczątkowanej przez Ridleya Scotta. Poziomem również te filmy nie dorównują. Jedyne co je łączy to postać samego Ksenomorfa. Film w zasadzie bardziej starał się nawiązać do gier komputerowych oraz komiksów z tej serii. Czy był potrzebny? Nie wiem. Sam, jako fan chciałem by powstały te obrazy. Jednak można było je zrobić lepiej.

W „Alien vs. Predator” akcja toczy się gdzieś na Antarktydzie. Ludzie z firmy Weyland odkrywają pod warstwą śniegu Piramidę. Okazuje się, że rasa Predatorów stworzyła to miejsce do walki z rasą ksenomorfów. Dochodzi do walki, gdzie po środku znajdują się ludzie. Zacznijmy, że AvP to bardzo mierny, przewidywalny film. Czuć w nim na kilometr chęć wyszarpania pieniędzy od fanów serii o Obcym. Oczywiście wizualnie wszystko gra, a sceny walk Obcego z Predatorem robią wrażenie. Jednak słaby scenariusz i błędy w logice robią swoje. Zagorzali fani słusznie byli zawiedzeni. Szkoda, bo potencjał był duży. Zarówno uniwersum Obcego jak i filmy o Predatorze to całkiem sporo dobrego materiału, na świetny film. Szkoda tylko, że twórcy postawili na łatwy szmal. Ocena: 4/10.

Obcy vs. Predator 2 / Aliens vs. Predator Requiem (2007, reż. Colin i Greg Strause). Film ten jest kontynuacją wydarzeń z „Obcy vs. Predator”. Statek Predatorów rozbija się gdzieś w Stanach Zjednoczonych. W tym momencie rozpoczyna się plaga Obcych a na miejsce zostaje wysłany inny Predator, który ma posprzątać bajzel po swoich nieudolnych kolegach.

O tym obrazie będzie krótko bo szkoda czasu na to gówno. Nic tu nie gra. Scenariusz leży. Motywacje postaci są nie zrozumiałe, zachowanie Predatora idiotyczne. Nie ma w tej historii zupełnie nic ciekawego. Ot, Obcy naparzają się z Predatorem w jakiejś amerykańskiej mieścinie. Jedyne plusy to pokazanie Obcego na Ziemi, tu i teraz oraz walki z Predatorem. Wisienką na tym zgniłym torcie jest Predalien, czyli Obcy z dredami. Totalnie nie warto. Ocena: 3/10.

Prometeusz / Prometheus (2012, reż. Ridley Scott). O tym filmie w zasadzie już pisałem na blogu stosunkowo nie dawno TUTAJ (Nie wstydzę się dziś tej recenzji). Jednak warto dodać parę uwag po 5 latach od premiery. Przypomniałem sobie ten film ostatnio. I wiecie co? Nie jest taki zły, jak próbują nam wmówić recenzenci. A już prawie uwierzyłem, że Ridleyowi Scottowi się nie udało. GÓWNO. Może nie jest to wybitny obraz, ale jest to całkiem sprawnie przedstawiona historia.

Prometeusz” jako prequel „Obcego” to ciekawy obraz pełen filozoficznych pytań. Podoba mi się to, że postacie inżynierów wciąż pozostały tajemnicze, pomimo tego, że sporo się o nich dowiedzieliśmy. Film porusza wiele ciekawych wątków, które powinny być rozwinięte. Większość recenzentów doczepiła się tego, że w filmie nie ma Obcego i paru błędów logicznych (legendarna już scena operacji). To, że akurat nie ma w filmie ksenomorfów (Przynajmniej do ostatniej sceny) wychodzi mu tylko na plus. Pamiętajmy, że to prequel „Obcego„, który miał pokazać od czego zaczął się przypał na Nostromo. Co do błędów logicznych, to nie byłbym aż tak uszczypliwy. W wielu klasykach kina jest więcej głupot, na które przymyka się oko. Reasumując „Prometeusz” to dobry film i niezasłużenie zjechany za przerost formy nad treścią. Ocena: 7/10.

Obcy: Przymierze / Alien: Covenant (2017, reż. Ridley Scott). Najnowszy film Ridleya Scotta jest jednocześnie sequelem „Prometeusza” oraz prequelem „Obcego„. Fabuła opowiada historię załogi statku „Przymierze”, który napakowany kolonistami, zarodkami, załogą i androidem Walterem (W tej roli Fassbender) podąża na nową planetę by ją zasiedlić. Po drodze dochodzi do awarii oraz zmiany planów, okazuje się, że znacznie bliżej znajduje się inna planeta, która wydaje się być bardziej atrakcyjnym miejscem do zasiedlenia. Załoga jeszcze nie wiem, że to będzie fatalna w skutkach decyzja. Okazuje się, że na nowej planecie rozgościł się dobrze nam znany inny android David (W tej roli również Fassbender) – jedyny ocalały z statku „Prometeusz”.

Zacznijmy od tego, że tuż po seansie miałem mieszane uczucia. Nie chodzi oczywiście o różnorodne błędy logiczne, do których przyczepili się recenzenci. Bardziej chodzi mi o sposób przedstawienia postaci obcego. Wcześniejsze filmy z serii, przyzwyczaiły nas do pewnych stałych zasad, które ten film łamie. O ile pokazane w filmie neomorfy są nowymi stworzeniami i możemy zaakceptować to jak się zachowują, powstają itd. to wizerunek ksenomorfa mocno odbiega od tego, który znamy chociażby z „Ósmego Pasażera Nostromo„. Proces infekcji trwa błyskawicznie, sam ksenomorf w ciągu kilku sekund przyjmuje dojrzałą formę, no i atakuje wyjątkowo agresywnie. Trochę to zaburzyło mój obraz przerażającej, tajemniczej bestii. Poza tym miałem wrażenie, że sam Obcy to postać drugoplanowa, dolepiona do tego filmu na siłę. Rozumiem negatywne opinie recenzentów, gdyż mieli prawo ponownie poczuć się wyrolowani przez Ridleya Scotta, który bawi się ksenomorfem i nie pozwala nikomu go używać.

Przejdźmy jednak do plusów. O ile „Obcy: Przymierze” słabo sprawdza się jako film o obcym, to jako sequel „Prometeusza” jest kapitalny. Ta filozoficzno-egzystencjonala historia została wzbogacona o kolejny ciekawy wątek. Na pierwszy plan wysuwa się duet Fassbender-Fassbender, czyli rozmowy dwóch androidów. Z jednej strony mamy Davida, który pragnie tak jak człowiek tworzyć. Gra na flecie, słucha muzyki poważnej, zacytuje się w trudnej literaturze, mówi wierszem i bawi się w tworzenie obcych. Z drugiej strony pojawia się Walter, oddany ludziom pomocnik. Scott idzie o krok dalej, w „Prometeuszu” wyjaśnił skąd wzięła się ludzkość, „Obcy: Przymierze” wyjaśnia natomiast skąd wzięła się rasa aliena. Pytanie, czy te odpowiedzi były potrzebne? Czy nie lepiej było jak ksenomorf był tajemniczym organizmem doskonałym?

Warto także zwrócić uwagę na aspekty techniczne. Po raz kolejny zdjęcia Dariusza Wolskiego zasługują na pochwałę. Sama scenografia również robiła wrażenia. Opustoszałe lasy, ślady poprzedniej cywilizacji, ślady walk ładnie wpisały się w mroczną estetykę Obcego. David Fassbender sprawdził się w podwójnej roli Davida i Waltera. Pozostali bohaterowie raczej nie zrobili furory. Z Daniels (W tej roli Katherina Waterson) próbowano wykreować nową Ellen Ripley, natomiast reszta załogi nie wzbudziła w nas większych emocji.

Czy polecam ten film? Generalnie tak. Fabuła jest ciekawa i zawiera zapadający w pamięć wątek egzystencjalny androida Davida. Trochę rozczarował mnie sposób przedstawienia Obcego, który nie spełnił moich oczekiwań. Jednak zdecydowanie ten film nie można określić przerostem formy nad treścią. Co więcej, jestem ciekaw czy Scott zdecyduje się na przedstawienie obcego w Łowcy Androidów? To mogłoby być ciekawe, a pamiętajmy, że sam reżyser przyznał, że oba filmy należą do jednego uniwersum. Czekam na dalszy rozwój wypadków. Ocena 7/10.

10 najbardziej pominiętych recenzji płyt na Paweuu Alternativ

1Przez 10 lat mojej blogowej działalności pominąłem oczywiście znacznie więcej wartościowych muzycznych albumów. Gdy tak przeglądałem rok po roku płyty o których śmiało mógłbym napisać, to zauważyłem pewną zależność: Im odleglejszy rok, tym więcej miałem takich zaległości. Wiąże się to oczywiście z faktem, że wiele wspaniałych płyt poznałem dużo później po premierze. I co gorsza ta lista ciągle się poszerza. Niemniej udało mi się wybrać zestaw 10 albumów z każdego roku mojej twórczości o których należałoby wspomnieć.

tigercity2_2Tigercity – Pretend Not To Love (2007). Album ten śmiało można określić esencjonalnym. Każdy utwór z tej EPki to rzecz zjawiskowa i charakterystyczna. „Other Girls” czy też „Solitary Man” to popowe hymny roku 2007. Może i dobrze, że w tamtym czasie nie podjąłem się recenzji tego krążka, gdyż moje wpisy o muzyce z tamtego czasu… nie stały na najwyższym poziomie. Niemniej szkoda, że pokrótce przypominam ten szlachetny i wspaniały materiał. Grupa z Northampton w stanie Massachuttes wspięli się na wyżyny swoich umiejętności. Na „Pretend Not To Love” z daleka wyczuwa się lata 80 i wspaniałe inspiracje Princem czy też Roxy Music, jednak nie one są najważniejsze. Tigercity złapali za serce. Tak po prostu.

lil-wayne-34Lil Wayne – The Carter III (2008). Długo się broniłem przed Lil Waynem. Wydawał mi się wtórny i  zbyt pretensjonalny. Nie rozumiałem fenomenu Pana Dwayne’a Michaela Cartera Juniora. Wiecie, w 2008 roku zasłuchiwałem się w Indie Rocku i nie dopuszczałem do siebie zbyt wiele innej muzyki, zwłaszcza rapsów. Po czasie otworzyłem się na inne gatunki muzyki i zrozumiałem w czym tkwi sekret sukcesu Pana Cartera. W sumie do tej pory uważam go za jednego z lepszych raperów. W pewien sposób to od tej płyty zmienił się kierunek hip-hopu. Twardy, gangsteski rap spod znaku The Game’a czy też X-Zibita został wyparty przez innowacyjny i elastyczny rap Lil Wayne’a. Tą drogą poszli A$AP Rocky, Drake, Future i cała masa raperów, których aktualnie się słucha. Naszpikowane elektroniką beaty mieszają się z charakterystycznym stylem rapu. „The Carter III” jest opus magnum Lil Wayne’a i kamieniem milowym dla współczesnego rapu, dlatego warto wspomnieć o tym krążku.

wladekWładek – MySpace EP (2009).Zbyszek wypił chyba ze dwudziesty kieliszek, Coś mu odjebało i zaczął krzyczeć, strzelił focha i na miasto wyszedł, i zakłócał ludziom nocną ciiiiiiiszę” – Gdy takie coś słychać na tle funku, to musi być to dobre! Do tej pory nie wiadomo kto stoi za projektem Władek. Władek pojawił się nagle w 2009 roku na MySpace (pamięta ktoś ten serwis?) i natychmiast zrobił furorę. Świetne, zabawne teksty z takimi imionami jak Zbyszek, Danuta, Władek, Żaklina czy też Stefan w rolach głównych łączyły się z tanecznymi rytmami funku. Wyjątek stanowił utwór „Kac„, który był o… kacu. Piękna sprawa. Niby dla jaj, ale cała realizacja stoi na wysokim poziomie i słucha się tego wciąż wybornie!

caribouCaribou – Swim (2010). Dan Snaith, kanadyjski matematyk i muzyk to chyba najbardziej pominięta osoba na moim blogu. Zarówno legendarna „Andorra” nie doczekała się recenzji jak i jego następne albumy. Jedynie o „Our Love” udało mi się wspomnieć podczas nadrabiana zaległości z 2014 roku. Co więc mogę powiedzieć o „Swim„? Z pewnością nie był to tak melodyjny i singlowy album jak „Andorra„. Sporo tutaj schematyczności, mroku i transowych odjazdów. Chwytające za serce piosenki zostały zastąpione brudnymi, chaotycznymi odjazdami. Oczywiście już na wcześniejszych krążkach Pan Snaith bawił się z elektroniką. Jednak nigdy wcześniej tak daleko nie odjeżdżał. Należy także zwrócić uwagę na jeden z najlepszych openerów EVER jakim jest „Odessa„. To chyba najmniej przystępny album w dorobku artysty, jednak mimo upływu 7 lat od premiery wciąż do niego wracam.

iza-lachIza Lach – Krzyk (2011). Fenomenalny album łódzkiej wokalistki nie był tak do końca pominięty. W końcu zajął honorowe trzecie miejsce w moim podsumowaniu z roku 2011. Niemniej tak się niefortunnie złożyło, że osobnej recenzji nigdy się nie doczekał. A szkoda, bo słuchałem tego krążka na przełomie 2011/2012 na okrągło. Co można powiedzieć o „Krzyku„? Piękne teksty o niespełnionej miłości mieszają się tutaj z melodyjnymi, elektronicznymi podkładami. Ulubione kawałki? „Futro” – prawdopodobnie najlepszy polski opener ostatnich lat, „Chociaż Raz” – definicja singla idealnego oraz „Nic Więcej” – za refren! Jednak nie sposób nie wspomnieć o poruszającym „Boję się” czy też chwytliwym „Tylko Mój„. Szkoda tylko, że Iza już nie nagrywa takich piosenek!

mykki-blanco-reveals-he-is-hiv-positive-990x650-jpg_1-1Mykki Blanco – Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss (2012). Barwna postać Mykki Blanco gdzieś tam umknęła mi na blogu. Może dlatego, że sam album „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss” nie porywał? Jednak dla samego Pana/Pani Blanco i singli z tego krążka warto wspomnieć o tym wydawnictwie. W końcu swego czasu słuchał tego każdy, nawet katowiccy metale. Nieodżałowane wypady do stolicy województwa i OFF Festiwal 2013 to momenty, które przywołują mi na myśl Mykki Blanco. Bądźmy szczerzy, w domu nie dało się tego słuchać. Jednak jako soundtrack do mocno zakrapianej imprezy? Idealna sprawa! Ma ta płyta swoje momenty a sam Blanco nawet nieźle rapuje, jednak na dłuższą metę (i to na trzeźwo) to nie jest album do słuchania bez końca.

Kurt Vile – Wakin On A Pretty Daze (2013). Niegdyś, gdy byłem młodszy. Trochę bardziej szalony i spoglądający na Świat przez aspekt muzyki to zasłuchiwałem się w indie rocku bardziej energicznym. Niemal punkowym. W stylu Cloud Nothings, Wavves itd. Musiało być tak zwane „pierdolnięcie”. Oczywiście nie chodzi mi o podwójną stopę ani nic z tych rzeczy. Ale musiało być nieco dekadencko, nihilistycznie i z pazurem. Z czasem jednak odkryłem w sobie uwielbienie do spokojniejszych utworów. Takich, które przygrywa Kurt Vile w swoich długich i porywających utworach. Ta stylistyka i ten sposób prowadzenia muzycznej narracji przypadł mi do gustu. Nie wiem czy to kolejny etap w mojej ewolucji czy chwilowe odejście od normy? Jednak nie czuje się muzycznym tatusiem-kapciem, bo Wavves i Cloud Nothings dalej słucham i szanuje \m/

dangeloD’Angelo And The Vanguard – Black Messiah (2014). Jak to się stało, że mój numer 1 roku 2014 nie doczekał się osobnej recenzji. Ba, nie doczekał się żadnej wspominki do momentu podsumowania całorocznego. Trochę wstyd bo „Black Messiah” to nie jedynie najfajniejszy album roku 2014. To krążek już podczas premiery LEGENDARNY. D’Angelo raczej nie rozpieszcza swoich fanów wydawnictwami muzycznymi.  Od momentu debiutu w 1995 roku wydał 3 pełne longplaye, z tym, że na najnowszy trzeba było czekać 14 lat. Na szczęście dla muzyka bardziej od ilości liczy się jakość. I „Black Messiah” to całkowicie potwierdza. Krążek ten to kapitalna mieszanina muzyki R’n’b z wpływami popu i hip-hopu. Świetna, innowacyjna, świeża muzyka łączy się tutaj z wokalnym geniuszem D’Angelo, który po prostu czaruje.

jamie-xx-webJamie XX – In Colour (2015). Jamie XX, czyli członek grupy The XX w całkiem udany sposób nagrywa również solo. O jego bandzie pisałem przy okazji każdej nowej płyty. Jednak o samym Jamiem – nigdy. Co prawda debiut „We’re New Here” nie porwał mnie, jednak „In Colour” zdecydowanie powinien zostać dostrzeżony. W końcu artysta nagrywał ten materiał przez 5 lat! Uwierzcie, że słychać to. Jamie XX skrupulatnie zadbał o każdy szczegół tego krążka. I wiecie co? Opłaciło mu się to, gdyż recenzje miał dobre a i nawet nominacja do Grammy się pojawiła. Dobry kawał elektronicznych dźwięków. Może nie dla każdego, ale warto dać szanse tej płycie.

anohniAnohni – Hopelessness (2016). Z Anohni zetknąłem się już dawno temu, gdy jeszcze śpiewał jako Anthony And The Johnsons. Pamiętny jest zwłaszcza album „I’m A Bird Now„, gdzie artysta wyjawiał swoje intymne problemy w takich tekstach jak ten: „One day I’ll grow up, I’ll be a beautiful woman / But for today I am a child, for today I am a boy„. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zwłaszcza płeć artysty. Jednak jedna rzecz pozostała niezmiennie wspaniała – muzyka. „Hopelessness” to album zawierający sporo elektroniki. Brzmienie stało się lżejsze i łatwiejsze w odbiorze, jednak powaga pozostała ta sama. Patosu na tym krążku jest, aż nadmiar. Anohni porzuciła problemy osobiste na rzecz problemów globalnych. Brzmi to trochę naiwnie, ale nie przeszkadza zbytnio w pozytywnym odbiorze całości. P.S. Okładka jest okrutnie ZŁA.

 

 

Vehicle Playlist – idealne piosenki do podróży samochodem

car-travel-paweuuCo prawda sezon urlopowy już za nami, a podobną listę już kiedyś stworzyłem. Jednak nie mogłem sobie odmówić odświeżenia tematu, dlatego dzisiaj na blogu znajdziecie listę 11 piosenek, które idealnie nadają się jako tło muzyczne do podróży samochodem.

Wavves – My Head Hurts (V, 2015). Na pierwszy ogień polecam utwór z ostatniej płyty Wavves. Ten kto zagląda na bloga w miarę regularnie, to wie, że twórczość Nathana Williamsa wielbię. Dlatego też, nie powinien dziwić fakt, że w moim aucie często można usłyszeć Kalifornijską kapelę. Żwawy, mocno gitarowy i melodyjny utwór sprawia, że podróż mija nam znacznie szybciej.

Posłuchaj

Kurt Vile – Pretty Pimpin (b’lieve i’m goin down…, 2015). Spokojne dźwięki gitary amerykańskiego muzyka umilą nam każdą drogę, nawet tą zakorkowaną. W jakiś dziwny sposób Kurt Vile potrafi za pomocą swojej muzyki mnie uspokoić. Masz zły dzień posłuchaj? Zdecydowanie sięgnij po zeszłoroczny album „b’lieve i’m goin down… bądź „Wakin on a Pretty Daze„.

Posłuchaj

Duke Dumont – Ocean Drive (Blasé Boys Club Pt. 1, 2015). Zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy na swoich listach zamieszczam BARDZO znane piosenki, które lecą w radiu co 10 minut. Jednak Nie mogłem odpuścić tego kawałka. Zwłaszcza, że w tytule ma słowo RIDE a  w teledysku grupka młodych kobietek jeździ po mieście autem. DJ puszczał ją na moim weselu, puszczam i ja w samochodzie. Wy też pewnie jej słuchacie. I dobrze!

Posłuchaj

The Beatles – Drive My Car (Rubber Soul, 1966). Jak można robić playlistę do samochodu i zapomnieć o tym nieśmiertelnym kawałku? Co prawda w 1966 roku większość z Was nie było na świecie (Luzik, mnie też) a po polskich drogach jeździła garstka aut, ale to nie o to chodzi. Rock’nRoll w wykonaniu Liverpoolczyków to świetna muzyka do wszystkiego, zwłaszcza do samochodu.

Posłuchaj

Moderat – Bad Kingdom (Moderat II, 2013). Kiedyś niemiecki band kojarzył mi się z ucieleśnieniem nudy i braku pomysłu. Na szczęście w pewnym momencie postanowili swoje Kraftwerkowe zapędy połączyć z czystym popem. Wyszło to im na dobre, a w samochodzie aż chce się tego słuchać.

Posłuchaj

car-travel-2SOHN – Artifice (Tremors, 2014). Najbardziej energiczny i taneczny utwór z „Tremors” to idealny podkład do kręcenia kółkiem. Sprawdzone osobiście. Z czystym sercem możecie wrzucić ten utwór na swoją playlistę, trust me.

Posłuchaj

Son Lux – Lost It To Trying (Lanterns, 2013). Piosenka ta została użyta niedawno w reklamie pewnego koreańskiego samochodu. Jednak nie ze względu na ten komercyjny klip postanowiłem umieścić na swojej liście ten kawałek. Jest to po prostu bardzo przyjemna piosenka z mocno wpadającym w ucho motywem przewodnim, która przypomina mi twórczość Menomeny. A takie inspiracje lubię najbardziej.

Posłuchaj

The Chromatics – Lady (Kill For Love, 2012). Większość z Was pewnie po obejrzeniu filmu „Drive” wolałaby jeździć przy dźwiękach użytego w filmie „Tick of the Clock„. Ja bardziej polecam utwór „Lady„. Skojarzenia te same, doznania znacznie większe!

Posłuchaj

Queens of The Stone Age – Go With The Flow (Song For The Deaf, 2002). Ten utwór QOTSA zamieszczam z specjalną dedykacją dla ludzi, którzy lubią zapier….

Posłuchaj

The Vines – Ride (Winning Days, 2004). Szukałem do mojej listy jakiegoś chropowatego, indie rockowego kawałka robiącego rozpierduche. Chyba dobrze trafiłem?

Posłuchaj

Schoolboy Q – John Muir (Blank Face, 2016). Nie byłbym sobą gdybym nie dorzucił rapsów. Tegoroczny Schoolboy Q ze swoim gangsta kawałkiem wpisuje się w moją wizję jazdy samochodem perfekcyjnie. Zimny łokieć i te sprawy. Poza tym ten samochody klip dopełnia całej roboty. Nic dodać, nic ująć.

Posłuchaj

10 Najlepszych Piosenek Zespołu Muchy

MuchyW dniu dzisiejszym poznańskiemu zespołowi Muchy stuknęło 10 lat. Z tej okazji składam chłopakom najszczersze życzenia pomyślności i muzycznego dobrobytu. Jako, że bardzo lubię twórczość Michała Wiraszki i jego ekipy postanowiłem stworzyć okolicznościową listę 10 najlepszych tracków od muszek.

’93 (2010, Notoryczni Debiutanci). Najlepszy utwór z drugiego długogrającego krążka Much. Piosenka bazuje na świetnych syntezatorach przenoszących nas w lata 80 i klimaty pokroju Kombi. Na koniec dostajemy epicki śpiew chóralny, który wywołuje gęsią skórkę u największego twardziela.

Posłuchaj

Dzwonię (2005, Galanteria). Mój numer jeden z debiutanckiej demówki. Pamiętam, że strasznie żałowałem, że zespół nie postanowił wcisnąć tego utworu na „Terroromans„. Przecież jest tak zarąbisty i ten kapitalny refren „Nie nagram się, nie nagram się„. Coś pięknego.

Posłuchaj

Galanteria (2005, Galanteria). Wersja z dema tego utworu jakoś bardziej mi się podoba. Chociaż różnicy nie ma dużej. W ogóle lubię wracać do „Galanterii„. Przecież to najbardziej odkrywczy materiał nie tylko dla polskiego indie rocka, ale ogólnie indie rocka światowego. Utwór „Galanteria” to przykład jak w blisko cztery minuty odświeżyć gatunek, dla którego wydawać by się mogło nie ma ratunku.

Posłuchaj

Miasto Doznań (2007, Terroromans). Całkiem możliwe, że to mól ulubiony utwór poznaniaków. Aczkolwiek nie mogę tego potwierdzić w 100%. Czemu lubię ten kawałek? Po pierwsze za świetne synthy Maciejewskiego, legendarne wersy Wiraszki oraz świetne przejścia perkusji. I faktycznie, gdy utwór się kończy to wydaje się go mało.

Posłuchaj

Najważniejszy Dzień (2007, Terroromans). O rany, gdy w 2007 roku pojawił się ten utwór a ludzie z mojego rocznika świętowali osiemnastki to starałem się by na każdej imprezie urodzinowej poleciał „Najważniejszy dzień„. Jak stwierdził kiedyś Borys Dejnarowicz to piosenka o wszystkim i o niczym. Jednak bądźmy szczerzy, siła hymnów tego typu tkwi w jego prostocie.

Posłuchaj

Nie przeszkadzaj mi bo, tańczę (2012, Chcecicospowiedziec). Gdy po odejściu z zespołu Piotra Maciejewskiego wydawało się, że to będzie koniec Much pojawił się ten kawałek. Po jego wysłuchaniu odetchnąłem z ulgą, gdyż zespół wciąż brzmiał dobrze i co najważniejsze świeżo. Pozytywna energia pozostała ta sama.

Posłuchaj

Nieprzytomna z Bólu (2005, Tribute to Partia).Nieprzytomna z Bólu” to jeden z tych coverów, który brzmi lepiej od oryginału. Zaczyna się klimatyczną gitarą by nabrać sił wraz z partią basową. Całość brzmi dość surowo, jednak i tak uwielbiam ten kawałek. Wiecie, że to pierwsza nagrana w studiu piosenka Much?

Posłuchaj

Przesilenie (2010, Notoryczni Debiutanci). Na początku było trochę hejtu i haseł typu: „co mnie obchodzą nowe Muchy”. I wiecie co, z perspektywy czasu uważam, że to gówno prawda. Lubię wracać do „Notorycznych Debiutanów” a „Przesilenie” to kapitalny kawałek, idealny na ciepłe dni. W 2010 wraz z nadejściem wiosny nie nuciłem, żadnej innej piosenki i za każdym razem szedłem na Plac Wolności, mimo, że moim mieście takowego nie ma…

Posłuchaj

Wróżby (2012, Chcecicospowiedziec). Trzecia płyta Much została przyjęta dość umiarkowanie. Jednak znalazło się na tym materiale sporo dobrych dźwięków takich jak chociażby „Wróżby„. Mroczne, depresyjne synthy połączone z świetnym tekstem Michała Wiraszki dały rewelacyjny efekt. Umarł Romeo, Niech żyje Romeo.

Posłuchaj

Zapach Wrzątku (2007, Terroromans). Esencja Much. Miejski fitness, duża vódka i wszystkie słowa na „m”. Oj zasłuchiwało się w liceum i zasłuchuje się dalej. Utwór składa się z dwóch części. Pierwsza kipie energią i gitarowymi riffami. Druga jest bardzie relaksacyjna i zaprasza nas do tańca w parach.

Posłuchaj

20 najlepszych okładek płyt

Background_PurpleCzym byłaby muzyka bez tej fizycznej części? Jestem staroświecki, lubię mieć płytę na półce. Lubię podczas słuchania oglądać okładkę, czytać zawartość książeczki, śledzić teksty. To jest pewnego rodzaju rytuał słuchania płyty. Dlatego nie jarają mnie w ogóle wersje elektroniczne. Dzień w którym nie będzie można kupić płyty, filmu, książki i gazety w formie fizycznej będzie najsmutniejszym dniem w dziejach świata. Dzisiejszą notkę chcę poświęcić okładkom, które nie ukrywajmy są równie ważne co zawartość płyty. W historii muzyki było wiele kapitalnych płyt z słabymi okładkami i na odwrót. Dzisiaj chcę zaprezentować 20 moich ulubionych okładek.

arctic-monkeys-whatever-people-say-i-am-thats-what-i-am-notArctic Monkeys – Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not (2005). Z powodu fajki było sporo kontrowersji, jednak trzeba przyznać, że zdjęcie Chrisa McClure’a jest na swój sposób urzekające. Zawiera ono pewnego rodzaju prostotę. Nie jest może jakieś wybitne, ale idealnie pasuje do zwartości płyty.

Animal-Collective-Strawberry-JamAnimal Collective – Strawberry Jam (2007). Tak jak w przypadku wcześniejszej okładki to zdjęcie również pasuje do albumu. Płyta się nazywa truskawkowy dżem to i na zdjęciu mamy rozkwaszone truskawki. So ironic.

The Beatles - Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club BandThe Beatles – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (1967). Legendarna okładka kultowego zespołu. Znaleźli się na niej oprócz muzyków zespołu z Liverpoolu  i ich woskowych figur kartonowe wizerunki wielu znanych osób sztuki, muzyki, filmu, polityki, sportu, nauki i innych dziedzin. Współczesnemu, nieobeznanemu w historii człowiekowi wiele tych nazwisk nic nie mów. Te najbardziej znane to: Marlon Brandon, Edgar Allan Poe, Bob Dylan, Flip i Flap, Marylin Monroe, Karol Marks, Oscar Wilde i Albert Einstein. Monumentalne dzieło.

Blondie PLBlondie – Plastic Letters (1978). Sam zamysł robienia zdjęcia przy radiowozie brzmi infantylnie. Jednak to zdjęcie ma to „coś”, taki luz, który powoduje, że to moja ulubiona okładka Blondie. I pomimo tego, że zawartość płyty dupy nie urywa to kupiłem tą płytę ze względu właśnie na okładkę.

bob-dylan-freewheelinBob Dylan – The Freewheelin’ (1963). Mimo, że to zimowy Nowy Jork to ta okładka promienieje i wzbudza we mnie pozytywne odczucia. Nie wiem czy to sprawka Suze Rotolo, która wróciła z słonecznej Italii czy też tego hipisowskiego Volkswagena z tyłu?

born in the usaBruce Springsteen – Born In The U.S.A. (1984). Chyba najbardziej amerykańska okładka wszech czasów. Przetarte jeansy, kowbojski pasek, czapka z daszkiem i tyłek Springsteena. A to wszystko na tle flagi Stanów Zjednoczonych.

london-callingThe Clash – London Calling (1979). Źródeł  popularności okładki punkowej płyty należy upatrywać w nawiązaniu do grafiki ozdabiającej debiut Elvisa Presleya oraz fenomenalnym zdjęciu przedstawiającym Paula Simonona rozwalającego swoją gitarę podczas koncertu w Nowym Jorku. Połączenie ironii (muzycy zawsze podkreślali, że teksty takich muzyków jak Presley czy Rolling Stones są do dupy) i anarchii, którą symbolizuje roztrzaskana gitara.

clinic 1999 epClinic – Clinic EP (1999). Ta okładka przez długi okres czasu ozdabiała mój folder z muzyką na kompie. W jakiś sposób to samo się ustawiło. Jednak nie zamierzałem tego zmieniać, bo genialnie pasowała. Nie jest ona jakaś wybitna, jednakże przedstawia mój ulubiony instrument muzyczny – perkusję. A jeżeli ktoś jeszcze nie wie to bębny od zawsze był moją niespełnioną do końca pasją.

kanyewestlateregistration2005Kanye West – Late Registration (2005). Dropout Bear w szkolnym uniformie był chwytem marketingowym Kanye Westa w czasach zanim okładką jego płyty był brak okładki. A tak serio, gdy patrze na ten obrazek to mam mieszane uczucia. Sam West także budzi mieszane uczucia. Z jednej strony chętnie nakopał bym mu do tyłka, z drugiej cenię jego za kapitalną muzykę. Stąd wyróżnienie.

good-kid-maad-cityKendrick Lamar – Good Kid, M.A.D. City (2012). To zdjęcie wygląda trochę jak ten mem z tymi czterema śmiesznymi typkami przy jednym stole. Z drugiej strony, gdyby przejrzeć rodzinne albumy to możemy znaleźć dziesiątki podobnych fotek u siebie. Siła tkwi w prostocie i słoiku z żółtym „czymś”. Klimatu z pewnością dodają też cenzurki na twarzach. Świetna płyta, z świetną okładką.

108315_kombajn-do-zbierania-kur-po-wioskach_osme_pietroKombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – 8 Piętro (2005). Mechaniczny kurczak na fajnym odcieniu zieleni przez długi czas stanowił moją tapetę na telefonie. Moja słabość do tej płyty tkwi nie tylko w muzyce, ale i w tej grafice.

Fucked Up - The Chemistry of Common LifeFucked Up – The Chemistry of Common Life (2008). Kolejna okładka prezentująca uroki Nowego Jorku. Tyle, że tym razem w cieplejszy dzień przy zachodzie słońca. Metafora życiowego pośpiechu i cywilizacyjnego postępu. Być może zdjęcie jakich wiele, ale na swój sposób ujmujące i wciągające.

Menomena - Friend And FoeMenomena – Friend And Foe (2007). Zdecydowanie jedna z moich ulubionych okładek. Na te drobne elemenciki tworzące w kunsztowny sposób grafikę płyty Menomeny mogę patrzeć godzinami. Czuć duch Radiohead i ich stworka z „Amnesiac„.

N.W.A. - Straight Outta ComptonN.W.A. – Straight Outta Compton (1988). Te zdjęcie pokazuje tylko jedno. Trzymajcie się z dala od Compton, najniebezpieczniejszego miejsca na planecie. W naszym wydaniu brzmiałoby to tak „miasto jest nasze”. Gangsterska płyta z mocnymi tekstami wymaga równie mocnego artworku.

Nirvana - NevermindNirvana – Nevermind (1991). O tej okładce pisano już książki, dlatego też nie dodam nic oryginalnego. Musiała się znaleźć na liście.

of Montreal – The Sunlandic Twinsof Montreal – The Sunlandic Twins (2005). Zespół Kevina Barnesa przyzwyczaił nas, że muzykę of Montreal można interpretować na wieloraki sposób. Jednakże okładka albumu z 2005 roku symbolizować może tylko – Małżeństwo Kevina z Niną. Muzyka of Montreal zawsze szła w parze z uczuciami sercowymi wokalisty. Na tym etapie Kevin czuł się bliźniakiem Niny. Stąd taka a nie inna nazwa płyty i okładka. Co było dalej, poszukajcie sami.

Rage Against The Machine - Rage Against The MachineRage Against The Machine – Rage Against The Machine (1992). Chyba pierwsze zdjęcie na liście o zabarwieniu politycznym. Rage Against The Machine często poruszali kwestie polityczne dlatego nie dziwi fakt,że użyli legendarnego zdjęcia z okresu wojny w Wietnamie przedstawiającego wietnamskiego mnicha dokonującego aktu samospalenia.

The Rolling Stones - Beggars BanquetThe Rolling Stones – Beggars Banquet (1968). Nie ma nic bardziej rockowego niż obleśny kibel z zamazaną ścianą. Wczytajcie się w te napisy i te obrazki.

the_velvet_underground-the_velvet_underground_y_nico-frontalThe Velvet Underground and Nico – The Velvet Underground and Nico (1967). W tym przypadku recepta na sukces była prosta – użycie grafiki Andy’ego Warhola.

Ścianka - Pan Planeta (2006)Ścianka – Pan Planeta (2006). Ta okładka jest jak cała zawartość tej płyty. Nie tylko ze względu na tytułowego Pana Planetę. Ale formę jaką on przyjął i jego minę. Uwielbiam takie ironiczne żarciki i heheszki.

Przegląd filmowy #1

Kolejna zmiana cyklu filmowego wynika z faktu, że nie wiem jak się za nie zabrać. Wcześniejsze miesięczne propozycje nie wypaliły ze względu na moją niekonsekwencję. Mam nadzieję, że ten pomysł zostanie na dłużej. Generalnie będę pisał o filmach ostatnio przeze mnie obejrzanych, z różnego okresu i różnych gatunkowo i co najważniejsze nie zawsze godnych polecenia (okazja do negatywnej recenzji). Na początek trzy filmy grozy: The Purge, Byzantium oraz nowa wersja Evil Dead.

The-PurgeThe Purge / Noc Oczyszczenia (2013). Co byście powiedzieli na to by raz w roku można przez całą noc robić co się żywnie chce bez żadnych przykrych konsekwencji? Podpalilibyście sąsiadowi auto? Zabili szefa z pracy wraz z jego całą rodziną? Brzmi to groźnie. „Noc oczyszczenia” przedstawia nam taką sytuację. Niedaleka przyszłość, Świat żyje w idealnym ładzie. Bezrobocie wynosi 0%, wszyscy żyją w dostatku i dobrobycie. W czym tkwi tajemnica tego sukcesu dotąd nie osiągalnego dla żadnego państwa? Raz w roku odbywa się 12 godzinna noc oczyszczenia. Policja, straż pożarna oraz pogotowie w tym czasie nie działają, natomiast każdy obywatel ma prawo popełnić legalne zabójstwo za które nie zostanie ukarany. Jedynym ograniczeniem jest wybór broni. W ten sposób sami obywatele decydują się kogo pozbyć, a ich najczęstszym celem padają bezdomni, narkomanii, pijacy oraz nielegalni imigranci.

Fabuła filmu skupia się na jednej rodzinie Sandinów mieszkającej na typowym amerykańskim przedmieściu. Głowa rodziny James dorobił się na sprzedaży urządzeń ochronnych dla domostw popiera politykę oczyszczenia jednak sam z rodziną postanawia spędzić bezpiecznie noc w domu. Niestety noc nie będzie dla nich spokojna. Syn Charlie, który nie akceptuje legalnych morderstw postanawia pomóc bezdomnemu, którego goni grupa młodych ludzi z bronią. Niestety wpuszczając go pod swój dach naraził całą rodzinę na atak psychopatycznej młodzieży z bronią. Stawiają oni warunek: Oddajcie nam tego człowieka, albo zabijemy Was wszystkich. James Sandin początkowo wie co ma zrobić, jednak z czasem traci pewność siebie. Postanawia walczyć. Po wyłamaniu ścian ochronnych dochodzi do konfrontacji. Pozostaje pytanie czy grupka młodych ludzi z bronią to ich największy wróg? Oczywiście nie odpowiem na nie, sprawdźcie sami.

Tego typu filmy przedstawiające przyszłość, która zawsze jest pełna mordu i gwałtu zawsze mnie wciągały. W tym przypadku nie było inaczej. Film Jamesa DeMonaco jest sprawnie zrealizowany, a oglądanie go nie wywołuje nudy. Sam pomysł „nocy oczyszczenia” jest ciekawy, pomijając oczywiście jego nierealność (nie chce zanudzać moimi społeczno-polityczno spostrzeżeniami). Akcja jest nieco przewidywalna jednak film nadrabia mrocznym klimatem, dobrą obsadą i ciekawym zakończeniem. Szkoda, że fabułą została zawężona do jednej rodziny bo potencjał fabularny aż się prosił by odnieść się szerzej. Jednak spełnia on swoją rolę pokazując zło tego typu rozwiązań i pojawia się w dobrym czasie, gdyż debata na temat dostępności do broni ciągle jest świeżym tematem. Ocena: 6/10.

byzantium-gemma-arterton-480x245Byzantium (2012). Wydawać by się mogło, że konwencja filmów o wampirach wyczerpała się. I nie mam w tym miejscu na myśli wyłącznie arcybeznadziejnej sagi „Zmierzch” bo w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z wieloma obrazami rujnującymi obraz mrocznych wsysaczy krwi (Dracula 2000, Blade, Fright Night). Zeszłoroczny „Byzantium” jest dowodem, że można pokazać ciekawą historię z wampirami w tle. W końcu reżyserem tego obrazu jest Neil Jordan – twórca „Wywiadu z wampirem” jednego z najlepszych filmów o krwiopijcach.

Najnowszy film Jordana pokazuje historię dwóch wampirzyc  Eleanor i Clary. Reprezentują one dwie odmienne osobowości. Pierwsza z nich to nastolatka żyjąca wspomnieniami, druga to natomiast wyuzdana, acz opiekuńcza prostytutka. Ich śladem podąża dwójka wampirów-łowców pilnujących przestrzegania wampirycznego  kodeksu. Wpływa to tryb życia głównych bohaterek, które ciągle zmieniają miejsce zamieszkania. Wampirzyce trafiają do kolejnej miejscowości, które Eleanor wydaje się znane. Postanawiają zamieszkać w hotelu „Byzantium” w którym Clara otwiera luksusowy burdel. Z czasem okazuje się, że miejsce to jest początkiem ich historii.

Jest to film dobry i ciekawy, acz niestety nie pozbawiony błędów w logice. Sama historia jest ciekawa  i wciągająca przez co do końca seansu nie towarzyszy nam nuda. Jednak oczy razi wiele filmowych głupot. Ciężko logicznie wytłumaczyć dlaczego bohaterki, które za wszelką cenę chcą być niezauważone otwierają w centrum miasta burdel oraz za każdym razem zostawiają za sobą sporą ilość trupów. Poza tym niektóre wampirze szczegóły wydają się zbytnio nie przemyślane. Przykładowo „pazur”, który zastępuje kły, tajemnicza wyspa w której człowiek zamienia się w wampira (ugryzienie już tego nie gwarantuje) czy też brak strachu przed słońcem. Jeżeli przymknie się na to oko to można przy „Byzantium” na prawdę miło spędzić czas. Zwłaszcza, że film ten nadrabia częstymi retrospekcjami, krwawymi scenami i erotyzmem. Ocena 7/10.

evildead2013Evil Dead / Martwe Zło (2013). Jestem ogromnym fanem „Martwego Zła” Sama Raimiego. Reżyser ten w idealny sposób połączył elementy grozy, humoru i kiczu. Kultowy film z 1981 roku do tej pory jest w ścisłej czołówce listy moich ulubionych horrorów. Gdy dowiedziałem się, że powstaje remake miałem mieszane uczucia. Z jednej strony wiedziałem jak wygląda sprawa współcześnie, taśmowo produkowanych remake’ów z drugiej strony  liczyłem na wyjątek od reguły. Przeliczyłem się.

Fabuła nie wprowadza zbyt wielu nowości. Tak jak w oryginale mamy do czynienia z grupką młodych ludzi wyjeżdżających do domku umieszczonym w środku lasu by spędzić miło czas. Po odnalezieniu dziwnej księgi przypadkowo wywołują tkwiące w niej zło, które zaczyna opętywać po kolei każdą z postaci. Zacznę może od pozytywów nowszej wersji Martwego Zła. Dopatrzyłem się aż dwóch. Po pierwsze są to efekt specjalne, które biją o lata świetlne te z niskobudżetowej wersji Raimiego. Po drugie skupienie się się na elemencie opętania. I to by było na tyle. Ten film to typowy amerykański remake nastawiony na zysk. Niemiłosiernie się wynudziłem podczas seansu. Postacie nie wzbudzają w nas żadnych emocji, ich dialogi załamują sztucznością a sceny, które miały straszyć śmieszą (i nie był to celowy zabieg). Po obejrzeniu czegoś takiego człowiek żałuje, że nie urodził się jakieś 40-50 lat wcześniej. To co hollywood serwuje nam obecnie to śmiech na sali. Odradzam szczerze. Ocena: 3/10.

Off’owe propozycje część trzecia

off2013Kolejny Zestaw offowych artystów, którym warto się przyjrzeć. W dzisiejszej odsłonie szwedzki romantyk Jens Lekman, legendarna post rockowa grupa Godspeed You! Black Emperor oraz The Smashing Pumpkins.

Jens-Lekman-I-Know-What-Love-IsntJens Lekman – I Know What Love Isn’t (2012). Zeszłoroczna płyta Lekmana to jedna z tych pozycji, którą chciałem zrecenzować, ale niestety skończyło się tylko na chęciach (jak zwykle zresztą). No cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem bo Jensik ma zjawić się na tegorocznym Offie a to dobry pretekst by napisać słów kilka o jego najnowszym wydawnictwie. Trzeci longplay w karierze szwedzkiego wokalisty to kolejny dowód na to, że jego zmysł do tworzenia fajnych, romantycznych popowych piosenek stoi na bardzo wysokim poziomie. Mimo tego, że płyta była nagrywana w różnym czasie i różnych miejscach na przestrzeni trzech lat słuchając jej mamy silne odczucie, że powstała w jakimś małym, drewnianym domku gdzieś pośrodku fiordów w jeden weekend. Muzycznie krążek oparty jest na typowym indie-popowym graniu wzbogaconym o  różną mieszankę instrumentów – w tym momencie warty podkreślenia jest saksofon w „Become Someone Else’s„. Wokal Jensa Lekmana jak zwykle jest czarujący, na pewien sposób słodki i momentami zabawny pomimo tego, że tematem większości piosenek (jak nie wszystkich) jest załamane serduszko. Może to i dobrze, że artysta nie miał za dużo szczęścia w miłości bo w efekcie tego dostaliśmy trzy kapitalne płyty, które za każdym razem działają na mnie tak samo. To wspaniała muzyka na ciepłe popołudnie i fajnie, że będziemy mogli tych piosenek posłuchać w Dolinie Trzech Stawów bo już raz Jens Lekman miał być na Offie w 2008 roku, niestety jednak koncert odwołano. Ocena: 8/10.

gybe dont be ascendGodspeed You! Black Emperor – ‚Allelujah! Don’t Bend! Ascend! (2012). Post rock zawsze miał szczególne względu u Artura Rojka dlatego też obecność na tegorocznej edycji Offa GY!BE nikogo szczególnie nie dziwi. Po przesłuchaniu zeszłorocznej płyty zespołu aż nie mogę się doczekać ich występu live. Ten materiał jak i oczywiście poprzedni może zabrzmieć na żywo tylko lepiej. Pomimo tego, że ta muzyka potrzebuje dużej koncentracji i skupienia to swoim uniosłym brzmieniem wzbudza mocno pozytywne reakcje. „Allelujah! Don’t Bend! Ascend!” składa się z czterech piosenek, czterech monumentalnych kolosów, czterech filarów. Jest nieprzewidywanie, z przytupem, chwilami nastrojowo, chwilami głośno. Podczas słuchania tej płyty cały czas odczuwałem stany lękowe i poczucie, że coś zaraz się stanie w taki sam sposób jak podczas oglądania najlepszych filmów akcji. Ulubiony moment – końcówka „We Drift Like Worried Fire”, która przypomina najlepsze momenty z „Funeral” Arcade Fire. Chciałbym napisać coś więcej, ale Godspeed You! Black Emperor to jeden z tych zespołów o których się nie pisze, je się słucha. Ocena: 8/10.

smashing-pumpkins-oceaniaThe Smashing Pumpkins – Oceania (2012). Mogłoby się wydawać, że grupa The Smashing Pumpkins ma swoje najlepsze lata za sobą. Otóż nie drodzy państwo. Legenda lat 90. powróciła w niezwykle udany sposób za sprawą czarującego, rockowego albumu „Oceania”. O którym de facto także nie zdążyłem napisać w poprzednim roku (Shame on me). Pocieszające jest jednak to, że w 2012 roku Artur Rojek nie przegapił żadnej ciekawej muzycznej pozycji  i dzięki temu mógł wyselekcjonować dla nas, fanów samą esencję. Przejdźmy jednak do samej płyty. „Oceania” to mocny argument na to by powiedzieć, że rozbite dynie jeszcze się nie skończyły. A wydawało się, że to już koniec, gdy słuchało się ostatnich płyt grupy. Ostatni naprawdę porządny longplay pochodzi z 1995 roku i nazywa się „Mellon Collie and the Infinite Sandess”. Na szczęście Billy Corgan – wokalista i autor wszystkich 13 utworów powrócił do formy. Kompozycje są melodyjne, rockowe, momentami popowe, wciągające, intrygujące i stoją na konkretnym poziomie. Podczas odsłuchów „Oceani” ani razu się nie nudziłem, nie pojawiają się dłużyzny ani słabsze momenty. Oczywiście album nie wnosi nic nowego, ale w ciekawy sposób nawiązuje do najlepszych wydawnictw The Smashing Pumpkins. Przykładowo taka prog-rockowa ballada „Violet Rays” niby oparta na prostych środkach a chwyta. Gitarowy riff i sposób śpiewania Corgana w „Panopticon” także wzbudza pozytywne reakcje. Nie należy także zapominać o genialnym „Pinwheels”, przy którym aż łezka w oku się kręci. Nowa płyta The Smashing Pumpkins to idealna pozycja dla fanów muzyki lat 90. jak i entuzjastów każdego rodzaju dźwięków, zwłaszcza tych opartych na gitarze i bębnach. Ocena: 8/10.