Kendrick Lamar po raz kolejny na tronie, recenzja „Black Panther: The Album”

Chyba już każdy zdążył zauważyć, że w ostatnich latach filmy o superbohaterach powstają na pęczki. Stajnie Marvela i DC Comics prześcigają się w przyciąganiu widzów o kin i przed ekrany telewizorów. Czasem w lepszy, a czasem w gorszy sposób. Wydawać by się mogło, że nic nowego w tym temacie już nie powstanie. Nic bardziej mylnego, bo oto w kinach debiutuje najnowszy film Marvela pt. „Czarna Pantera„. Zainteresowanie obrazem jest ogromne, zwłaszcza wśród czarnoskórej części Amerykańskiej widowni. Powód? To pierwszy film poświęcony czarnoskóremu herosowi. Niby powód błahy, bo wydawać się, że to kolejny komercyjny blockbuster z po prostu kolejnym superbohaterem. Jednak to całe zamieszanie jest idealnym obrazem dzisiejszych czasów oraz nastrojów, jakie panują w amerykańskim społeczeństwie.

Oczekiwanie na film dodatkowo podsyca album, który ukazał się parę dni temu. Mowa o „Black Panther: The Album„, która nie jest soundtrackiem a składanką z piosenkami zainspirowanymi filmem i z tymi, które w dziele Ryana Cooglera usłyszymy. Pieczę nad całością sprawował nie kto inny jak sam Kendrick Lamar. Człowiek, który nieprzerwanie od ostatnich 4 lat, rok w rok wydaje kapitalne albumy. Wpierw ukazał się zaangażowany społecznie i politycznie „To Pimp A Butterfly„, następnie zestaw odrzutów, którymi nie pogardziłby żaden raper na swoim albumie „Untitled Unmastered” a rok temu głośno komentowany „DAMN„. Nie należy też zapominać, że poza wyżej wymienionymi krążkami na jego koncie są też takie perełki jak „Good Kid, M.A.A.D. City” oraz „Section. 80„. Rok 2018 równie zaczyna od mocnego uderzenia, jakim jest „Black Panther: The Album„, gdzie pełni rolę producenta wykonawczego.

Kendrick Lamar zaprosił do współpracy głównie ludzi związanych z wytwórnią TDE, dlatego na krążku usłyszymy m.in. Schoolboy Q, Jay Rocka, Ab-Soula czy też zeszłoroczne objawienie SZA. Poza tym na krążku znajdziemy m.i.n. rapera 2 Chainz, Future’a, Jamesa Blake’a, The Weeknd czy też Travisa Scotta. Zestaw, który wymyślił raper z Compton pomógł w zachowaniu zwartości całego krążka. Słuchając tej płyty nie mamy ani przez moment odczucia, że to składanka. Ba, płyta brzmi jak jedna, zwarta i w dodatku przemyślana kompozycja!

Black Panther: The Album” zachwyca przede wszystkim świetnym połączeniem nowoczesnego rapu i muzyki R’n’B z dźwiękami afrykańskimi. Nie brakuje tutaj hitów, takich jak głośno komentowany „All The Stars” czy też kończący całość „Pray For Me„. Jednak to nie dzięki nim sięgam po ten krążek prawie codziennie w ostatnim czasie. Wiele zachwytów już wylano na „Opps” i to całkiem słusznie, bo to świetny, surowy kawałek, który śmiało może rywalizować z utworami z „Yeezusa„. Wciągnął mnie beat w „X”, nawijka w „King’s Dead” jest obłędna a „Paramedic!” to kapitalny numer. Zresztą, wszystkie utwory, od początku do końca stoją na równym wysokim poziomie. I za to przybijam piątkę Kendrickowi, bo nie próbuje mi wcisnąć dziadostwa.

Nie dość, że to cholernie dobry krążek, bo zawiera idealne proporcje wszystkiego co najlepszego w obecnej czarnej muzyce, to w dodatku wygląda na to, że jest to ważny album, który może zapisać się w historii. Rzadko kiedy, jakikolwiek film czy też płyta jest częścią tak dużego poruszenia społecznego, jak obraz „Black Panther” i towarzyszący mu longplay „Black Panther: The Album„. Czy to tylko nadmuchany przez dziennikarzy i publicystów balonik, czy też początki nowej historii – czas pokaże. Jedno jest pewne, ta płyta pokazuje, że amerykańskie czarne brzmienie ma jeszcze wiele do zaoferowania. Ocena: 9/10.

Reklamy

Muzyczne podsumowanie roku 2017

Tym razem nieco szersze zestawienie, bo aż 20 płyt, których najczęściej słuchałem w zeszłym roku. Nie będę ukrywał, że pod względem wydawniczym poprzednie dwanaście miesięcy rządziło i dzieliło równo. Stąd moja decyzja o zwiększeniu tego rocznego podsumowania, bo szkoda byłoby pominąć parę perełek. Zapraszam do komentowania i przesyłania własnych list. Miłej lektury!

20. L.Stadt – L.Story. Eksperymenty popłacają. Łodzianie nagrali taką płytę, której nikt by się nie spodziewał. Mnie tym kupili.

19. Calvin Harris – Funk Wav Bounces vol.1. Soundtrack minionego lata, które w sumie przeciągnęło się aż do zimy. Ten album to żywa definicja jak powinna brzmieć muzyka lata. A single? Jak to jest, że tyle razy je słuchałem i mnie nie irytują jak „Despacito„? Anglik wie, jak nagrać przebój.

18. St. Vincent – Masseducation. Annie Clark nie nagrywa rzeczy słabych, po prostu. Tak jest i tym razem. Po pierwszym odsłuchu może nie zachwycać, ale jak się wsłuchacie w detale, to zrozumiecie dlaczego walczę o taki pop.

17. The XX – I See You. Szkoda, że Brytyjczycy nie zrobili całej płyty tak odważnej jak opener, ale i tak jestem w ich drużynie. Momentami jest melodyjnie, momentami mrocznie. Płyta potrafi wciągnąć, chodź nie od razu.

16. Playboi Carti – Playboi Carti. Uczeń A$AP Rocky’ego. Póki co nie przerósł jeszcze mistrza, ale warto go śledzić. Raper Z Atlanty otrzymuje ode mnie nalepkę z napisem „nadzieja amerykańskiego rapu”.

15. Lorde – Melodrama. Młoda Nowozelandka tym razem udowodniła, że potrafi nagrać nie tylko dobry singiel, ale i całą płytę. Od początku do końca. Piękne melodie łączą się tutaj z typowymi historiami. Niby banał, a potrafi nas złapać.

14. Lana Del Rey – Lust For Life. Tą płytą Lana Del Rey ponownie mnie przekonała do siebie. Zarówno pod względem muzycznym jak i tą całą otoczką lat 60 wokół płyty. Fajny pomysł na krążek, a kawałki z A$AP Rocky’m to jakaś miazga.

13. Thundercat – Drunk. O Stephenie Brunerze napisano już w zasadzie wszystko. Świetne zajawki i pomysły zgromadził na tym albumie. Szkoda tylko, że nie rozwinął ich do końca. Byłaby na pewno czołówka zestawienia.

12. Miguel – War & Leisure. Moja przygoda z Miguelem trwa od „Kaleidoscope Dream” i jak na prawdziwego przyjaciela przystało od tamtego momentu nie zawiódł mnie ani razu. Tak jest i tym razem. Muzyka świetna do wszystkiego, do tańca i różańca. Niby nic wielkiego, ale bardzo dobrze się tego słucha.

11. Drake – More Life. Już zaczynałem wątpić w Aubreya Grahama. Jego ostatnie wydawnictwa nie porywały, mówiąc delikatnie (nie chcę za bardzo używać słowa ‚rozczarowanie’). Drake wydawał dużo i często, jednak nie zawsze z najwyższym znakiem jakości. Wcześniej mu to nie przeszkadzało, bo nawet jego odrzuty były świetne. Na szczęście odnalazł drogę, gdyż „More Life” jest albumem na miarę Drake’a.

10. SZA – Ctrl. Trudno nie docenić artystki, której twórczość wszyscy porównują z muzyką Franka Oceana. „Ctrl” to album odważny za równo od warstwy muzycznej jak i tekstowej. Dzięki takim krążkom R’n’B wciąż ma się dobrze.

9. Slowdive – Slowdive. W 2017 roku byliśmy świadkami trzech dobrych powrotów. Mowa o nowym „Blade Runnerze„, kontynuacji „Trainspotting” i nowej płycie Slowdive właśnie. Niby minęło ze 20 lat a wcale tego nie słychać. Anglicy wciąż są na propsie.

8. Trupa Trupa – Jolly New Songs. Wiele polskich artystów z pewnością w tym momencie zazdrości chłopakom z Trójmiasta. I nic w tym dziwnego, bo Trupa Trupa ponownie nagrała materiał wybitny. Jeżeli chodzi o psychodeliczny rock to na rodzimym podwórku nie mają sobie równych. Natomiast ich aspiracje by podbijać zachodnie rynki są coraz większe. Jeżeli wciąż będą trzymać ten poziom to sukces gwarantowany.

7. Hoops – Routines. Raz do roku pojawia się płyta, która przywraca moją wiarę w indie rocka. Tym razem padło na Hoops, którzy nagrali bardzo przyjemny, lekki i wakacyjny materiał. Trochę późno go odkryłem, ale nic straconego w końcu w 2018 roku również będzie lato, prawda?

6. Kelela – Take Me Apart. O takie R’n’B walczę na tym blogu. Piękne, ambitne, nie bojące się kompromisów. Kelela pokazała tym krążkiem klasę. Mieszające się gatunki ładnie komponują się z historiami snutymi przez artystkę. Wysokie pozycje jakie Kelela zajmuje z tą płytą na najważniejszych podsumowaniach to absolutnie nie przypadek, o tej płycie będzie się pisać i mówić jeszcze długo.

5. Kendrick Lamar – DAMN.DAMN” to moim zdaniem najsłabsza płyta w dyskografii Kendricka Lamara, jednak pomimo to i tak załapie się do mojej czołówki. To wiele mówi o tym jakim Kendrick Lamar jest raperem. Płyta mocna, surowa, momentami brudna. Trochę nieprzemyślana i mało zwarta, ale „Humble” rządzi absolutnie.

4. Mac DeMarco – This Old Dog. Pan DeMarco nie nagrywa rzeczy słabych, tak jest i tym razem. Co prawda wolałem go bardziej w „Salad Days„, ale ten stary pies wciąż potrafi ugryźć. Niby to tylko koleś z gitarą, ale uwierzcie takich jak on nie ma. A na tym krążku udowadnia to dobitnie już od pierwszej piosenki, która hipnotyzuje i wciąga. Jest mniej singlowo i przebojowo, nieco zbyt depresyjnie, ale to chyba najbardziej dojrzała płyta Pepperoni Playboy’a.

3. Grizzly Bear – Painted Ruins. Nie będę ukrywał, że tęskniłem za tymi skurczybykami. Wysoka pozycja misiaczków jednak nie wynika z mojej nostalgii, gdyż „Painted Ruins” to na prawdę mocna rzecz. Nowojorczycy wypracowali swój własny niepodrabialny styl a każda ich płyta to majstersztyk. Czasami nie oczywisty, gdyż „Shields” doceniłem w pełni stosunkowo nie dawno. Z nowym krążkiem nie miałem tego problemu, doceniłem od razu.

2. King Krule – The Ooz. King Krule, czyli Archy Marshall to z całą pewnością największe objawienie zeszłego roku. Koleś pogardził współpracą z Kanye Westem dzięki czemu zachował swoją naturalność i autentyczność, jednak to nie jego największa zasługa. Jest nią „The Ooz„, album trudny i mroczny, ale za to jaki! Anglik wytworzył na nim niesamowity klimat, a słuchając całość czujemy się jakbyśmy trafili do mało popularnego i zadymionego klubu jazzowego.

1. Tyler, The Creator – Flower Boy. Nawiązując do nazwy tej płyty, śmiało można stwierdzić, że piękny kwiat wyrósł z Pana Okonmy. Na początku częstował nas rapowaniem do wiercenia wiertarką, a teraz? O Panie, tak bardzo Ci do twarzy w tych nutkach. Na swoim najnowszym, najbardziej przystępnym albumie raper z Kalifornii ładnie łączy r’n’b, pop, elektronikę z rapem. Kiedyś nie pomyślałbym, że jego piosenki będzie można nucić. A jednak. Myślę, że nasz artysta dojrzewa, a wraz z nim jego muzyka. I to w bardzo piękny sposób.

 

 

 

Polityka, religia, kwestie rasowe i rozstępy na tyłku – kilka zdań o „DAMN” Kendricka Lamara

Kendrick Lamar – nazwisko dobrze znane każdemu, kto zagląda na mojego bloga regularnie. Zarówno „Good Kid, M.A.A,D City” jak „To Pimp A Butterfly” doczekały się miana albumu roku. Ten drugi dostał nawet ode mnie dyszkę, co zdarza się niezwykle rzadko. Co prawda raper niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu w swoich gościnnych występach (bo jak inaczej nazwać jego zwrotki w TYM i TYM), jednak kiedy wydaje swój album to robi to z klasą. Nie inaczej jest w przypadku „DAMN

Kendrick jest w ostatnim czasie dość płodnym artystą. Jeszcze nie opadł kurz po jego głośnym „To Pimp A Butterfly” a już pojawił się na obłędnym poziomie zapis jego nagrań „Untitled Unmastered„. Poza tym raper regularnie pojawiał się na nagraniach innych. Mowa tu o m.in. nowej płycie Thundercata, Beyonce, Sia, Taylor Swift, Flying Lotusa i wielu, wielu innych. Dlatego też informacja o tym, że planuje nowy album w tym roku była dla mnie dość niespodziewana i szokująca.

Jak się po raz kolejny okazało Kednrick Lamar rządzi i króluje. Raper osiągnął szybkość wydawania płyt znaną dla Drake’a, jednak poziom jego produkcji jest wprost PERFEKCYJNY. „DAMN” zaczyna się niepozornie. Otwierający całość „BLOOD” brzmi dość filmowo. Lamar spokojnym głosem opowiada jak spotyka na ulicy niewidomą kobietę, której coś wypadło. Postanawia jej pomóc, po czym ona do niego strzela. Mocna rzecz. Następnie wkracza oparte na konkretnym beacie „DNA„. Kendrick rzuca w tym kawałku sporo spostrzeżeń na swoją czarną naturę. Takie zwrotki jak: „I got power, poison, pain and joy inside my DNA” oraz „This is why I say that hip hop has done more damage to young African Americans than racism in recent years” są dość wymowne.

Następny „YAH” raper przyznaje, że nie interesuje go robienie polityki ani mieszanie się w religię. Co akurat jest bzdurą, bo „Damn” jest aż naszpikowane od kwseti politycznych i nawiązań religijnych. Sama nazwa „Yah” o tym świadczy, gdyż odwołuje się do Yahweh – imienia Boga. Czwarty w zestawie „ELEMENT” stoi na wysokim poziomie produkcyjnym. Jednak to nic dziwnego, skoro na liście osób związanych z tym utworem znajduje się James Blake. Kolejny w zestawie „FEEL” to zestaw negatywnych uczuć Kendricka. Raper rzuca: „I feel like all of y’all is desperate” czy też „I feel like friends been overrated„, po czym dodaje, że nikt za niego się nie modli. w „LOYALTY” swój gościnny występ ma Rihanna. Piosenkarka po raz pierwszy nagrała kawałek z Kendrickiem Lamarem, Drake na pewno był zazdrosny.

w „PRIDE” powolne tempo podkładu może usypiać, jednak już w kolejnym singlowym „HUMBLE” dostajemy petardę prosto w twarz. Świetny, przywołujący na myśl lata 90 beat miesza się tutaj z kapitalną nawijką rapera. No i te perełki w stylu: „I’m so fuckin’ sick and tired of the Photoshop / Show me somethin’ natural like afro on Richard Pryor„. Przybijam piątkę i puszczam ten utwór na pełen FULL.

Sporo kontrowersji sprawił utwór „XXX„, gdzie gościnny występ ma U2. Dla fanów irlandzkiej grupy rockowej był to policzek by gościnnie występować na JAKIMŚ TAM RAP ALBUMIE. Jednak trzeba w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, że tylko dla tej najbardziej betonowej i zacofanej części fanów. Historia mieszania się rocka z rapem sięga lat 80, kiedy to RUN/DMC nagrywało kawałek „Walk This Way” z Aerosmith. A po drodze było wiele, wiele mieszanych produkcji,że trzeba być retardem by przegapić którąkolwiek w 2017 roku! Z drugiej natomiast strony fani Lamara martwili się o poziom albumu, skoro na ma na nim występować Bono, który już od bardzo dawna nie nagrał niczego dobrego. Jak wyszła wspólna produkcja? Trudno ocenić. Kawałek „XXX” to mieszanka różnych brzmień. Lamar miesza tutaj scratche wyjęte niczym z przełomu lat 80 i 90, i dodaje elementy surowości znane z „Yeezusa” Kanye Westa. Na końcu pojawia się Bono, który śpiewa: „It’s not a place / This country is to me a sound of drum and bass / You close your eyes to look around„. Jest to zbyt krótki i abstrakcyjny moment na płycie by go oceniać pozytywnie, czy też negatywnie. Po prostu jest.

Końcówka płyty podoba mi się najbardziej. „FEAR” charakteryzuje ciekawy, lekko senny beat. Jest to jeden z tych kawałków, które w jakiś sposób zapadają w pamięci. Z resztą nic dziwnego, utwór trwa ponad 7 minut! W „GOD” Lamar trochę bawi się w The Wekeend i robienie R’n’B. Niestety z miernym skutkiem, gdyż to kompletnie nie ta estetyka. Całość kończy rewelacyjne „DUCKWORTH„, które spokojnie załapałoby się na poprzednie płyty Lamara.

Najczęstsze zarzuty jakie przywołują recenzenci to brak spójności na albumie i gorsza produkcja. Niestety, muszę się z tym zgodzić. Faktycznie „DAMN” nie jest tak spójne jak chociażby „To Pimp A Butterfly” czy też „Good Kid, M.A.D. City„. Czuć to zwłaszcza gdy słuchamy takich kawałków jak „GOD” czy też „XXX„. Zupełnie nie wiem jaka koncepcja siedziała w głowie Kendricka Lamara. Nie zmienia to jednak faktu, że to dobry album. Nie zgodzę się z zdaniem, że ten krążek nie był potrzebny. Może, nie był potrzebny w takiej formie. Jednak nowe wydawnictwo Lamara to obecnie duże wydarzenie, i tego się trzymajmy. To raper nietuzinkowy, który wie CO i JAK. I po raz kolejny udowodnił, że robi to bardzo dobrze. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Niezatytułowany Kendrick

kendrick-lamar-untitled-unmasteredEuro 2016 we Francji trwa w najlepsze, a ja wyskakuje z nową recenzją muzyczną. Marketingowo nie jest to dobry czas na promocję czegokolwiek nie związanego z piłką nożną. Trochę szkoda, bo płyta o której chce wspomnieć zdecydowanie zasługuje na uwagę. Na pocieszenie mogę jedynie dodać, że cały hype na „untitled unmastered” Kendricka Lamara miał miejsce kilka miesięcy temu. Jeżeli umknął wam ten krążek, to zdecydowanie powinniście nadrobić tą zaległość. Możecie już po finałowym gwizdku mistrzostw.

O co cały ten szum z najnowszym wydawnictwem Kendricka Lamara? Niektórzy twierdzą, że nowa płyta jest zdecydowanie lepsza od „To Pimp A Butterfly„. Ba, najlepsza w całej jego dyskografii. Ja oczywiście nie zgadzam się z tą teorią. „To Pimp A Butterfly” oceniłem na 10/10 i podtrzymuje dalej swoją ocenę. Ciężko nagrać trzeci z rzędu dobry, innowacyjny album. Raper z Compton to zrobił. Śmiało nawet mogę ten sukces porównać do udanego sequelu Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli. Jednym słowem klasyk.

kendrick lamarJednak nie mam zamiaru ujmować „untitled unmastered„, gdyż to wydawnictwo również stoi na wysokim poziomie. Najnowsza propozycja od Pana Lamara to kompilacja demówek nagranych w okresie nagrywania wspomnianego wcześniej „To Pimp A Butterfly„. To by w pewien sposób tłumaczyło wysoki poziom tych nagrań, gdyż artysta tworzył je będąc w kosmicznej formie. Co prawda to tylko odrzuty, ale za to JAKIE! K-Dota kolejny raz bawi się brzmieniem i miesza rytmy free jazzu, funku oraz awangardy. Tematy jakie porusza nie odbiegają od tego co usłyszeliśmy w zeszłym toku na TPAB, czyli kwestie polityczno-religijne w kontekście różnic rasowych.

Uwierzcie, że wielu raperów chciałoby reprezentować taki poziom jak Kendrick Lamar na swoich odrzutach. Nie będę rozbijał tej płyty na czynniki pierwsze, gdyż o piosenkach rapera można by pisać książki. Sprawdźcie ten album, na prawdę warto. Lamar robi tutaj historię. Ocena: 8/10.

10 najlepszych płyt 2015 roku

anigif_original-grid-image-24243-1428919945-5W poprzednim roku nie byłem na bieżąco z wychodzącymi wydawnictwami. Słuchałem rzeczy sprawdzone, znane i polecane przez znajomych. Dlatego też niniejsza lista nie będzie raczej odkrywcza dla większości z Was. Tym razem postanowiłem skupić się wyłącznie na albumach, gdyż pojedyncze single rzadko sprawdzałem. Wróćmy jeszcze na chwilę do 2015 roku i zobaczmy co ukazało się w tym czasie ciekawego.

Chris_Buck_MAC_49258_FINAL-Edit_8010. Mac DeMarco – Another One.Another One” to kontynuacja zeszłorocznego albumu „Salad Days„. Bardzo udana i niespodziewana. Mac DeMarco pozostaje w konwencji leniwego, pijackiego geniusza, który chwyta słuchacza za serce prostotą i melodyjnością. Proste rozwiązania są najlepsze, jednak czasem coś co brzmi łatwo, wcale takie nie jest. „Another One” to album przyjemny w odbiorze, łatwo wpadający w ucho i niestety trwający ledwie 23 minuty i 46 sekundy. Może w pozostawionym niedosycie tkwi sekret Pepperoni Playboya?

9. Trupa Trupa – Headache. Trójmiejska grupa to zdecydowanie jedno z zaskoczeń minionego roku. Co prawda debiutancki „++” stał na dobrym poziomie, jednak nie sądziłem, że grupie Grzegorza Kwiatkowskiego uda się go przeskoczyć. Mroczne, wciągające, tajemnicze utwory z „Headache” to dobry przykład jak sięgać po klasykę post-rocka i mieszać ją z własnym pomysłem na siebie. Na tej płycie słuchać zarówno inspiracje instrumentalnymi odlotami Swans, jak i psychodeliczne zapędy The Doors. Czuje, że często będę wracał do tego krążka, zwłaszcza zimą.

8. Miguel – Wildheart. Szczerze? To Miguel trochę mnie w tym roku wkurzył. Za bardzo chce być perwersyjny, za bardzo chce być drugim Princem. Jednak gdy słucham „Wildheart” to zapominam o tym. Może nie jest to tak dobry materiał jak „Kaleidosope Dream„, ale też nie jest to słaby album. Ba, słucha się go bardzo przyjemnie. Od warstwy muzycznej są to dobre utwory, z fajnymi riffami gitarowymi i wpadającymi w ucho synthami. Warstwa liryczna? Bywa różnie, ale „Coffee„, „Hollywood Dreams” czy też „Leave” propsuje całkowicie.

wavves7. Wavves – V. Wiem, że w poprzednim roku pojawiły się znacznie lepsze płyty od tej. No, ale po pierwsze to moje podsumowanie, a po drugie lubię Wavves. Przy „V” spędziłem wiele lepszych i gorszych chwil, jednak wciąż ubóstwiam tego skurczybyka Nathana Williamsa. Nathan, szkoda, że nie byłeś na moim kawalerskim.

asap-rocky-508b4403e62bb6. A$AP Rocky – AT.LONG.LAST.A$AP. Nie sądziłem, że A$AP Rocky będzie w stanie nagrać tak dojrzały i świadomy album jak „AT.LONG.LAST.A$AP”. Ten krążek jest dokładnie takim drugim krokiem w karierze rapera, jakim powinien być. Amerykanin świetnie odnalazł się w muzycznym showbiznesie, a przy okazji nagrywa dobrą muzę, której posłucha zarówno wymagający słuchacz, jak i ten radiowy. Jestem mocno ciekaw co to będzie dalej?

Tyler5. Tyler, The Creator – Cherry Bomb. Bardziej przystępne dla słuchacza beaty pomogły Tylerowi. No bo bądźmy szczerzy, ile to można słuchać rapowania do niesłuchalnych podkładów w stylu Death Grips? Może i się starzeje, ale po całym dniu w hałasie średnio mi się chce słuchać takich utworów jak „Yonkers„. A „Cherry Bomb” to album kompletny i całkiem możliwe, że najlepszy w całej dyskografii artysty. Sięgnięcie po klasyczne brzmienie lat 60 i łączenie go z r’n’b to był bardzo dobry pomysł.

sufjan1440x81024. Sufjan Stevens – Carrie And Lowell. Chyba najsmutniejszy album w dorobku Sufjana, ale i przez to taki piękny. Muzyk na żadnej innej płycie się tak nie otworzył jak na tym materiale. Ból po stracie matki słychać w każdej melodii. Sufjan porusza swoją szczerością i łapie nas za serca. Minusem całej sytuacji jest tylko to, że by napisać taką płytę, trzeba przeżyć traumatyczną sytuację.

drake33. Drake – If You’re Reading This, It’s Too Late. Szczerze powiedziawszy to po pierwszym odsłuchu ten album mnie nie zachwycił. Wszystko zlewało się w jedną całość, jednak im bardziej zagłębiałem w całość to odkrywałem co raz to nowsze, wspaniałe rzeczy! Kanadyjczyk jest jednak geniuszem. Jeżeli jeszcze tego nie odkryliście, to widocznie za mało wsłuchaliście się w muzykę Drake’a. Drizzy, propsuje ten album, ale mam wciąż na uwadze, że obiecałeś w 2015 roku kolejny krążek. Czekam!

Grooms-Net-banner2. Grooms – Comb The Feelings Through Your Hair. Grupa Grooms przywróciła mi wiarę, że indie rock ma jeszcze sens. Ich zeszłoroczny krążek to zestaw 11 wciągających, świeżych i momentami psychodelicznych utworów. Album ten doskonale komponował się z lekturą Stephana Kinga podczas podróży w pociągu na linii Mikołów – Katowice. Może Grooms nie zdefiniowali tym krążkiem na nowo całego gatunku, ale zagrali tak, że ponownie pokochałem te gitarowe brzmienia i powróciłem do swojego licealnego marzenia o byciu perkusistą w indie rockowej grupie. Także ten tego, można powiedzieć, że Amerykanie przywracają marzenia a mało kogo można tak określić.

kendrick lamar1. Kendrick Lamar – To Pimp a Butterfly. Jeżeli ktoś wmawia wam, że było coś w 2015 roku lepszego od „To Pimp a Butterfly” to albo nie wsłuchał się w ten album, albo się nie zna lub co gorsza jest ignorantem. Ten longplay to dzieło życia Pana Lamara i wciąż podtrzymują swoją ocenę wystawioną tej płycie. O takich płytach mówi się, że są historyczne i przełomowe. Ten krążek jak najbardziej pasuje do takich określeń.

Festiwalowy przewodnik, czyli gdzie warto być w nadchodzące lato

Czujesz potrzebę wyjazdu na jakiś muzyczny festiwal a nie wiesz jak się za to zabrać? W końcu jest tyle festiwali w tym roku w Polsce, a hajsu starczy ledwo na jeden. Nie martw się! Wujek Paweuu stworzył dla Ciebie specjalny festiwalowy przewodnik, który pomoże Ci w tej arcyważnej, życiowej decyzji.

orangeOrange Warsaw Festiwal

Gdzie i kiedy? Warszawa, 12-14 czerwiec

Dlaczego warto tam być? Przede wszystkim kusi występ FKA Twigs. Pani Tahliah Debrett Barnett jest autorką, jednej z najciekawszych płyt zeszłego roku. Usłyszenie emocjonalnych tracków z „LP1” na żywo to jest coś. Muse i The Chemical Brothers za pewne dadzą czadu i całkiem możliwe, że przy Marku Ronsonie będzie szło potańczyć. Ponadto będzie jeszcze Metronomy i Big Sean. No i w końcu jest to impreza na otwartej przestrzeni, a nie stadionie. Co należy uznać za krok w dobrą stronę.

Minusy? Słabiutki ten line-up warszawskiej imprezy. Za te pieniądze można lepiej spędzić czas. A odgrzewane kotlety w postaci Papa Roach i Noela Callaghera tego nie zmienią.

Czego nie powinniśmy zapomnieć: Smartfona i modnych ciuchów.

Atrakcyjność: 35 %

openrOpen’er Festiwal

Gdzie i kiedy? Gdynia, 1-4 lipiec

Dlaczego warto tam być? Niektórzy narzekają, że z roku na rok jest coraz gorszy zestaw artystów. Prawda jest taka, że z roku na rok jest coraz lepiej! Edycja z 2007 roku, na której miałem okazję być ma się nijak do tych z ostatnich lat. Nigdzie w Polsce nie znajdziecie obecnie zestawu tak różnorodnych i będących na fali artystów. W tym roku wystąpią m.in: D’Angelo – autor najlepszej zeszłorocznej płyty, A$AP Rocky (również z świetnym, nowym materiałem), Disclosure, Modest Mouse, of Montreal, The Libertines no i Pan Drake – gwóźdź programu.

Minusy? Droooogooooooo. I w moim przypadku daleko.

Czego nie powinniśmy zapomnieć: Pieniędzy, dużo pieniędzy. I namiotu cyrkowego.

Atrakcyjność: 90%

legendy rockaFestiwal Legend Rocka

Gdzie i kiedy? Dolina Charlotty, 3-4 lipiec + 21 lipiec

Dlaczego warto tam być? Jesteś fanem klasycznego rocka i boisz się, że nie będziesz już miał okazji zobaczyć swoich ulubionych artystów? Musisz tam być! Ponadto miejscówka idealnie pasuje do typu imprezy: Hotel z SPA, amfiteatr z miejscami siedzącymi oraz blisko do uzdrowiska w Ustce. Wesołe jest życie staruszka!

Minusy? 300 zł za jeden występ starych pierników. Oj albo musiałbym być szalony, albo dzianym emerytowanym górnikiem by tam jechać.

Czego nie powinniśmy zapomnieć: leków.

Atrakcyjność: 30 %

5248665_jarocin-festiwal-2012Jarocin Festiwal

Gdzie i kiedy? Jarocin, 17-19 lipiec

Dlaczego warto tam być? Jeżeli pragniesz powspominać stare, dobre indie rockowe czasy to zespół The Kooks Ci w tym pomoże. Poza tym będzie możliwość zobaczenia w akcji Petera Hooka, basisty Joy Division i New Order. A tak po za tym Jarocin oferuje sporo polskiej, gitarowej muzyki. Czasem lepszej, czasem gorszej.

Minusy. Słaby line-up. To już nie jest ten legendarny, rockowy festiwal.

Czego nie powinniśmy zapomnieć: Glanów i alkoholu.

Atrakcyjność: 25 %

audioriverAudioriver

Gdzie i kiedy? Płock, 24-26 lipiec

Dlaczego warto tam być? Bo to alternatywa dla wszelkiego rodzaju imprez typu Sunrise. Muzyka znacznie lepsza, a i szansa na spotkanie naćpanych koksików i patologicznych dziewoi dużo mniejsza. Idealna szansa by pobujać się przy fajnej muzie na plaży. Zestaw artystów nie razi wielkimi nazwami, ale zapowiada się ciekawie.

Minusy? Brakuje jednak jakiegoś konkret headlinera.

Czego nie powinniśmy zapomnieć: Markowych crocs’ów

Atrakcyjność: 55 %

woodstock-skakanka-1Przystanek Woodstock

Gdzie i kiedy? Kostrzyn nad Odrą, 30.07 – 1.08

Dlaczego warto tam być? Jest za darmo.

Minusy? Wiadomo, że na Woodstock nikt nie jedzie dla muzyki. Toteż nie ma co oceniać line-upu. Jednak wizja miliona ludzi i 50 toi-toii mnie przeraża. Dla kogoś bardziej ogarniętego życiowo tego typy „wyrwanie się” nie sprawia tyle frajdy co dla młokosa kryjącego się z piwem przed mamą.

Czego nie powinniśmy zapomnieć: Mydła.

Atrakcyjność: 0%

offOFF Festiwal

Gdzie i kiedy? Katowice, 7-9 sierpień

Dlaczego warto tam być? Bo to obowiązkowe miejsce na mapie festiwali dla każdego entuzjasty dobrej muzyki. W tym roku line-up nie razi, a jedynym wykonawcą, którego grzech nie zobaczyć to Run The Jewels. Nie mniej dla samego bycia „off” warto wpaść do Katowic. Nie od dziś wiadomo, że na OFF jedzie się poznać zespoły.

Minusy? Mówią na mieście, że tegoroczna edycja będzie najsłabszą. I chyba trochę w tym racji. Konkurencja rośnie, a bilety na Offa pomimo tego, że drożeją to nie gwarantują już tylu wspaniałych przeżyć.

Czego nie powinniśmy zapomnieć: Wąsów.

Atrakcyjność: 60 %

live festiwalKraków Live Festiwal

Gdzie i kiedy? Kraków, 20-22 sierpień

Dlaczego warto tam być? No cóż… line-up może nie jest zbytnio rozbudowany, ale będzie Kendrick Lamar. Usłyszeć jednego z najlepszych raperów wykonującego utwory z kapitalnej, tegorocznej płyty „To Pimp A Butterfly” to konkretny argument by odwiedzić Kraków. Poza tym będzie możliwość zobaczenia grupy Viet Cong, którą śmiało można nazwać odkryciem ad. 2015 oraz Foals, które zawsze jest na propsie. TV On The Radio też powinno dać radę. Poza tym była stolica Polski to świetne miejsce na zaimprezowanie.

Minusy? Poza wymienionymi wyżej artystami, nie ma w składzie artystów z kategorii „must see”. Dlatego też 250 zł to niby mało, a dużo jak na tego typu imprezę. Aczkolwiek na samego Kedricka tyle bym dał.

Czego nie powinniśmy zapomnieć: Do Krakowa bez maczety ani rusz.

Atrakcyjność: 60 %

1406878681-tauron-nowa-muzyka-fot-marta-ferensFestiwal Tauron Nowa Muzyka

Gdzie i kiedy? Katowice, 20-23 sierpień

Dlaczego warto tam być? Tauron warto przynajmniej raz w życiu zaliczyć, ze względu na wspaniały, industrialny klimat tej imprezy. Słuchanie zajawkowej muzyki elektronicznej na tle kopalni dostarcza wielu niezapomnianych przeżyć. Katowicka impreza ma swój niepowtarzalny klimat, który rozróżnia ją od pozostałych tego typu wydarzeń. A line-up? Co roku znajdzie się coś ciekawego. W tegorocznej edycji największą gwiazdą wydaje się być Tyler, The Creator. Poza nim usłyszymy: Autechre, DJ Koze, Rhye Ghostpoeta oraz Jamie Woona.

Minusy? Dość specyficzna publika się pojawia na Tauronie, ale czy to minus?

Czego nie powinniśmy zapomnieć: Górniczego hełmu z latarką.

Atrakcyjność: 70%

Unsound-FestivalUnsound

Gdzie i kiedy? Kraków, 11-18 październik

Dlaczego warto tam być? Bo to jeszcze większa alternatywa od samego OFF’a. Jeżeli jesteś fanem niesłuchalnej muzyki i lubisz chwalić się, że słuchasz artystów, których nikt nie zna – musisz tam być!

Minusy? Nie ma już biletów… No i nie ma jeszcze programu.

Czego nie powinniśmy zapomnieć: Biletu

Atrakcyjność: 50%

Jak nagrywać albumy, a nie zbiory piosenek – radzi Kendrick Lamar

kendrick lamarKendrick Lamar przebił wszystkich. W dniu przedwczesnej premiery prawie 10 milionów ludzi przesłuchało jego najnowszy album, który pojawił się w serwisie Spotify. Przebił tym samym samego Drake’a, który uturlał 7 milionów odsłuchań w dniu premiery „If You’re Read This, It’s To Late”. Informacja ta idealnie obrazuje na jakim obecnie etapie znajduje się raper.

A wszystko zaczęło się w 2012 roku, kiedy pojawił się jego drugi longplay „Good Kid, M.A.A.D City”. Mroczny koncept-album opowiadał historie życia w Compton i przybierał formę filmową. Świetne produkcje łączyły się tutaj z niezwykłą nawijką rapera. Co więcej przebojowość singlowa tej płyty nie kolidowała z wysokim standardem jakościowym samej muzyki. Stąd też dobre oceny i czołowe miejsca w podsumowaniach całorocznych.

kendrick-lamar-to-pimp-a-butterfly-1024x576Gdy w 2014 roku usłyszałem zapowiedź nowej płyty w postaci singla „I”, wiedziałem, że nowy materiał będzie inny. I faktycznie taki jest. „To Pimp a Butterfly” to album całkowicie różny od swojego poprzednika. Kendrick Lamar zainspirowany twórczością Jamesa Browna i Marvina Gaye’a nagrał album naszpikowany brzmieniem soulowo-funkowo-hiphopowym z licznymi elementami jazzu. A wszystko to nakryte jest hip-hopem prosto z zachodniego wybrzeża. W zaczynającym całość „Wesley Theory” usłyszymy sampel utworu Borisa Gardinera „Every Nigger Is A Star”. W Kolejnych „For Free?”, „King Kuta” a także „For Sale?” znajdują się wpływy jazzowe. Reszta utworów w kapitalny sposób nawiązuje do soulu przywołując na myśl twórczość Eryki Badu, Commona czy też grupy The Roots. Jedyny track, który śmiało mógłby się znaleźć na wydawnictwie z 2012 roku to „The Blacker the Berry”. Reszta albumu pod względem brzmieniowym to absolutnie coś innego w porównaniu do wcześniejszej twórczości artysty.

Jednak nie sama warstwa muzyczna się zmieniła. Kendrick Lamar zmienił także temat swoich rozważań. Od tematów lokalnych przeszedł do globalnych. Opowiadania na temat życia na ulicy zamienił na kwestie rasizmu, polityki oraz problemów społecznych. Przeważnie na upolitycznioną muzykę patrzę z przymrożeniem oka, jednak w tym przypadku kupuje to. K-Dot to inteligenty obserwator, który wyciąga właściwe wnioski i potrafi wygarnąć rasizm czarnoskórym.

Wpierw lokalnie, teraz głobalnie

Wpierw lokalnie, teraz globalnie

W otwierającym całość „Wesley Theory” Kendrick Lamar porusza temat wykorzystywania czarnoskórych artystów przez przemysł rozrywkowy. Zwrot „Married to the game, made a bad bitch yours” oraz inne użyte w tekście idealnie naświetlają zasady maszyny szołbiznesu. Dlatego też początkowe „Every nigger is a star” brzmi w kontekście całości dość ironicznie. Natomiast tytuł utworu nawiązuje do wyroku aktora Wesley’a Snipesa, który spędził w więzieniu 3 lata za niepłacenie podatków. Kolejny w zestawieniu utwór „King Kunta” zagłębia trudy życia czarnoskórych obywateli Stanów, którzy mają do wyboru śmierć lub więzienie. K-Dot używa zgrabnych porównań w stylu „Life ain’t shit but a fat vagina” by naświetlić słuchaczom, że życie pomimo brzydoty ma wielką wartość. A tytuł? To gra słów. King, czyli król – symbol wyższych sfer. Natomiast wyraz Kunta odnosi się do Kunta Kinte, postaci z powieści „Korzenie – Saga amerykańskiej rodziny”. Niewolnik z stanu Virginia, któremu ucięto stopę za próbę ucieczki jest metaforą najniższych sfer społeczeństwa i symbolem walki z uciskiem.

Utwór „Institutionalized” to potępienie przemocy, zazdrości, korupcji oraz wszelkich złych wartości, które powstają w wyniku dążenia do wzbogacenia. W kawałku pojawia się również Snoop Dogg, jednak jego występ nie zaćmiewa Kendricka a wzbogaca utwór. W „These Walls” z gościnnym występem Bilala, Thundercata i Anny Wise raper zamienia się w Barry’ego White’a. Kendrick używając wielu metafor odnosi się do kobiecej seksualności.  „Momma” oraz „Hood Politics” to piosenki stojący w opozycji do siebie. W pierwszym z nich raper zapomina jak to było na „dzielnicy”, natomiast w kolejnym cofa się do czasu kiedy ulica była wszystkim czym znał. „Hood Politics” jak nazwa wskazuje to utwór nawiązujący do polityki. Lamar w kapitalny sposób bawi się słowem nazywając dwie główne amerykańskie partie określeniami: „DemoCrips and ReBloodlicans„. Co więcej w utworze tym wykorzystany jest sampel utworu „All for Myself” Sufjana Stevensa.

sorry Drake, Kendrick wins

sorry Drake, Kendrick wins

Ciekawą historię Amerykanin przedstawia w „How Much a Dollar Cost„. Na stacji benzynowej spotyka bezdomnego, który prosi go o pieniądze. Lamar krytykuje tego człowieka i karze mu spadać, jednak ma z tego powodu wyrzuty sumienia. Wniosek z tej smutnej historii jest taki, że jeden dolar jest tak na prawdę więcej wart niż w rzeczywistości. W następnym „Complexion” porusza kwestie segregacji rasowej. Dużą niespodzianką jest singiel „I„, który na płycie brzmi tak jakby był odgrywany na żywo. Co więcej piosenkę przerywają zamieszki ludzi słuchających rapera oraz przemowa Kendricka Lamara. Tak jak wspomniał ktoś w jednej z recenzji – tak się nagrywa płyty, a nie zbiory piosenek. Lamar zrezygnował z przebojowego brzmienia piosenki by wpasowała się w ogólne przesłanie płyty. Niebywałe. Co więcej w kończącym całość „Mortal Man” urządza sobie wywiad z legendarnym 2 Pac’iem. Brzmi to dość naiwnie, ale uwierzcie, że takie nie jest. Pojawia się pewnego rodzaju dramaturgia, kiedy Lamar czyta swój wiersz, ale Pac już się nie odzywa. Dla mnie bomba.

Chyba wcześniej nie rozpisałem się w takim stopniu na temat jednej płyty. W tym przypadku było to niezbędne. Mimo tego wciąż czuję się nie usatysfakcjonowany tą recenzją. Wciąż wydaje mi się nie pełna. „Pimp To a Butterfly” to jedna z tych płyt na temat, której powinny powstawać książki. Trzeci longplay amerykańskiego rapera z Compton to płyta kompletna o wspaniałym brzmieniu nawiązującym do klasyki oraz ważnym przesłaniu. Ważne w tym wszystkim jest to, że Lamarowi udało się uniknąć niepotrzebnego patosu, megalomani oraz kiczu. Wielkie brawa na stojąco. Takie krążki przechodzą do historii. Ocena: 10/10.

Posłuchaj