Muzyczne podsumowanie roku 2017

Tym razem nieco szersze zestawienie, bo aż 20 płyt, których najczęściej słuchałem w zeszłym roku. Nie będę ukrywał, że pod względem wydawniczym poprzednie dwanaście miesięcy rządziło i dzieliło równo. Stąd moja decyzja o zwiększeniu tego rocznego podsumowania, bo szkoda byłoby pominąć parę perełek. Zapraszam do komentowania i przesyłania własnych list. Miłej lektury!

20. L.Stadt – L.Story. Eksperymenty popłacają. Łodzianie nagrali taką płytę, której nikt by się nie spodziewał. Mnie tym kupili.

19. Calvin Harris – Funk Wav Bounces vol.1. Soundtrack minionego lata, które w sumie przeciągnęło się aż do zimy. Ten album to żywa definicja jak powinna brzmieć muzyka lata. A single? Jak to jest, że tyle razy je słuchałem i mnie nie irytują jak „Despacito„? Anglik wie, jak nagrać przebój.

18. St. Vincent – Masseducation. Annie Clark nie nagrywa rzeczy słabych, po prostu. Tak jest i tym razem. Po pierwszym odsłuchu może nie zachwycać, ale jak się wsłuchacie w detale, to zrozumiecie dlaczego walczę o taki pop.

17. The XX – I See You. Szkoda, że Brytyjczycy nie zrobili całej płyty tak odważnej jak opener, ale i tak jestem w ich drużynie. Momentami jest melodyjnie, momentami mrocznie. Płyta potrafi wciągnąć, chodź nie od razu.

16. Playboi Carti – Playboi Carti. Uczeń A$AP Rocky’ego. Póki co nie przerósł jeszcze mistrza, ale warto go śledzić. Raper Z Atlanty otrzymuje ode mnie nalepkę z napisem „nadzieja amerykańskiego rapu”.

15. Lorde – Melodrama. Młoda Nowozelandka tym razem udowodniła, że potrafi nagrać nie tylko dobry singiel, ale i całą płytę. Od początku do końca. Piękne melodie łączą się tutaj z typowymi historiami. Niby banał, a potrafi nas złapać.

14. Lana Del Rey – Lust For Life. Tą płytą Lana Del Rey ponownie mnie przekonała do siebie. Zarówno pod względem muzycznym jak i tą całą otoczką lat 60 wokół płyty. Fajny pomysł na krążek, a kawałki z A$AP Rocky’m to jakaś miazga.

13. Thundercat – Drunk. O Stephenie Brunerze napisano już w zasadzie wszystko. Świetne zajawki i pomysły zgromadził na tym albumie. Szkoda tylko, że nie rozwinął ich do końca. Byłaby na pewno czołówka zestawienia.

12. Miguel – War & Leisure. Moja przygoda z Miguelem trwa od „Kaleidoscope Dream” i jak na prawdziwego przyjaciela przystało od tamtego momentu nie zawiódł mnie ani razu. Tak jest i tym razem. Muzyka świetna do wszystkiego, do tańca i różańca. Niby nic wielkiego, ale bardzo dobrze się tego słucha.

11. Drake – More Life. Już zaczynałem wątpić w Aubreya Grahama. Jego ostatnie wydawnictwa nie porywały, mówiąc delikatnie (nie chcę za bardzo używać słowa ‚rozczarowanie’). Drake wydawał dużo i często, jednak nie zawsze z najwyższym znakiem jakości. Wcześniej mu to nie przeszkadzało, bo nawet jego odrzuty były świetne. Na szczęście odnalazł drogę, gdyż „More Life” jest albumem na miarę Drake’a.

10. SZA – Ctrl. Trudno nie docenić artystki, której twórczość wszyscy porównują z muzyką Franka Oceana. „Ctrl” to album odważny za równo od warstwy muzycznej jak i tekstowej. Dzięki takim krążkom R’n’B wciąż ma się dobrze.

9. Slowdive – Slowdive. W 2017 roku byliśmy świadkami trzech dobrych powrotów. Mowa o nowym „Blade Runnerze„, kontynuacji „Trainspotting” i nowej płycie Slowdive właśnie. Niby minęło ze 20 lat a wcale tego nie słychać. Anglicy wciąż są na propsie.

8. Trupa Trupa – Jolly New Songs. Wiele polskich artystów z pewnością w tym momencie zazdrości chłopakom z Trójmiasta. I nic w tym dziwnego, bo Trupa Trupa ponownie nagrała materiał wybitny. Jeżeli chodzi o psychodeliczny rock to na rodzimym podwórku nie mają sobie równych. Natomiast ich aspiracje by podbijać zachodnie rynki są coraz większe. Jeżeli wciąż będą trzymać ten poziom to sukces gwarantowany.

7. Hoops – Routines. Raz do roku pojawia się płyta, która przywraca moją wiarę w indie rocka. Tym razem padło na Hoops, którzy nagrali bardzo przyjemny, lekki i wakacyjny materiał. Trochę późno go odkryłem, ale nic straconego w końcu w 2018 roku również będzie lato, prawda?

6. Kelela – Take Me Apart. O takie R’n’B walczę na tym blogu. Piękne, ambitne, nie bojące się kompromisów. Kelela pokazała tym krążkiem klasę. Mieszające się gatunki ładnie komponują się z historiami snutymi przez artystkę. Wysokie pozycje jakie Kelela zajmuje z tą płytą na najważniejszych podsumowaniach to absolutnie nie przypadek, o tej płycie będzie się pisać i mówić jeszcze długo.

5. Kendrick Lamar – DAMN.DAMN” to moim zdaniem najsłabsza płyta w dyskografii Kendricka Lamara, jednak pomimo to i tak załapie się do mojej czołówki. To wiele mówi o tym jakim Kendrick Lamar jest raperem. Płyta mocna, surowa, momentami brudna. Trochę nieprzemyślana i mało zwarta, ale „Humble” rządzi absolutnie.

4. Mac DeMarco – This Old Dog. Pan DeMarco nie nagrywa rzeczy słabych, tak jest i tym razem. Co prawda wolałem go bardziej w „Salad Days„, ale ten stary pies wciąż potrafi ugryźć. Niby to tylko koleś z gitarą, ale uwierzcie takich jak on nie ma. A na tym krążku udowadnia to dobitnie już od pierwszej piosenki, która hipnotyzuje i wciąga. Jest mniej singlowo i przebojowo, nieco zbyt depresyjnie, ale to chyba najbardziej dojrzała płyta Pepperoni Playboy’a.

3. Grizzly Bear – Painted Ruins. Nie będę ukrywał, że tęskniłem za tymi skurczybykami. Wysoka pozycja misiaczków jednak nie wynika z mojej nostalgii, gdyż „Painted Ruins” to na prawdę mocna rzecz. Nowojorczycy wypracowali swój własny niepodrabialny styl a każda ich płyta to majstersztyk. Czasami nie oczywisty, gdyż „Shields” doceniłem w pełni stosunkowo nie dawno. Z nowym krążkiem nie miałem tego problemu, doceniłem od razu.

2. King Krule – The Ooz. King Krule, czyli Archy Marshall to z całą pewnością największe objawienie zeszłego roku. Koleś pogardził współpracą z Kanye Westem dzięki czemu zachował swoją naturalność i autentyczność, jednak to nie jego największa zasługa. Jest nią „The Ooz„, album trudny i mroczny, ale za to jaki! Anglik wytworzył na nim niesamowity klimat, a słuchając całość czujemy się jakbyśmy trafili do mało popularnego i zadymionego klubu jazzowego.

1. Tyler, The Creator – Flower Boy. Nawiązując do nazwy tej płyty, śmiało można stwierdzić, że piękny kwiat wyrósł z Pana Okonmy. Na początku częstował nas rapowaniem do wiercenia wiertarką, a teraz? O Panie, tak bardzo Ci do twarzy w tych nutkach. Na swoim najnowszym, najbardziej przystępnym albumie raper z Kalifornii ładnie łączy r’n’b, pop, elektronikę z rapem. Kiedyś nie pomyślałbym, że jego piosenki będzie można nucić. A jednak. Myślę, że nasz artysta dojrzewa, a wraz z nim jego muzyka. I to w bardzo piękny sposób.

 

 

 

Reklamy

Muzyczne zaległości z 2017 roku

Z całych sił starałem się by do tego wpisu nie doszło. Jednak nie oszukujmy się, o tylu jeszcze płytach chciałem wspomnieć na blogu przed stworzeniem swojego podsumowania. Jednak w pewnym momencie zrozumiałem, że te podsumowanie pewnie pojawiłoby się w okolicach wakacji 2018! No, ale nie ma źle. I tak udało mi się w tym roku zarekomendować (lub nie) całkiem pokaźną liczbę płyt. Może nie było w tym zestawie za dużo nowości i nie były to aktualizacje wydawane z czasem, ale nie jestem pieprzonym pitchforkiem. Jestem sam, i nie płacą mi za to. Jednak nie potrafię wyobrazić sobie swojej egzystencji bez pisania, dlatego do dzieła! Oto zestawienie płyt, które przesłuchałem w minionym roku, jednak zabrakło czasu by o nich wspomnieć na blogu w osobnym tekście.

Björk – Utopia. Właśnie zdałem sobie sprawę, że nigdy nie miałem okazji wspomnieć o samej Björk na moim blogu. Nie licząc, krótkiej wspominki odnośnie jej występu podczas Open’er Festival 2007, ale kto by to pamiętał? Wiąże się to z tym, że nigdy nie byłem ogromnym fanem Islandki. Co jest dziwne, bo lubię radiogłowych i lubię dziwną, ambitną muzykę. Jednak jakoś nigdy nie było okazji zagłębić się w temat odpowiednio głęboko, ale coś tam słyszałem i coś tam wiem. „Utopia” to dziesiąty krążek w bogatej dyskografii artystki. Awangarda, teatralność, dramatyczność i naturalność. Tym słowom najbliżej do „Utopii„. W odróżnieniu do poprzedniego longplaya „Vulnicura„, gdzie tematem głównym było rozstanie i leczenie ran, na ubiegłorocznym krążku artystka opowiada o miłości i zakochaniu. Fani już pokochali ten album, reszta doceniła. W tym i ja. Ocena: 6/10.

Charli XCX – Pop 2. What? Charli XCX znowu wydała album? Płodność wydawnicza niczym The Beatles czy ostatnio Future. Niby ilość nie idzie w parzę z jakością. Nie w tym przypadku. „Pop 2” po pierwszym odsłuchu wydał mi się znacznie lepszą płytą, niż poprzednik „Number 1 Angel„. A trzeba zwrócić uwagę, że wydany wcześniej krążek słabym też nie był. Angielka wyrasta na główną twarz alternatywnego popu. Świetnie zaaranżowane utwory mają wszystko by nas zachęcić do słuchania. Są hooki, melodyjność, fajne featuringi (Carly Rea Jepsen, Mykki Blanco! czy też MØ) i sama Charli XCX w czystej postaci. Daje z siebie 100 procent i udowadnia, że komercyjne radio jeszcze nie odkryło prawdziwie dobrego popu. Ocena: 7/10.

Gorillaz – Humanz. Fajnie, że Damon Albarn dalej bawi się w robienie muzyki i wciąż dobrze mu to wychodzi. Jednak muszę przyznać, że przy całej mojej sympatii do tego płodnego w dźwięki brytola to „Humanz” męczyło i męczy mnie niemiłosiernie. Jakoś nie umiem przekonać się do tego wydawnictwa w pełni. Nie jest one złe, jest po prostu za długie, momentami zbyt toporne i nijakie. Może z czasem będzie lepiej, ale nie mam zamiaru się o to zakładać. Póki co podchodzę do tematu ostrożnie. Ocena: 5/10.

Kamasi Washington – Harmony of Difference EP. Co prawda, to tylko EP-ka, ale za to jaka. Nie ma tu miejsca na wstępy i zakończenia, Kamasi od razu przechodzi do sedna. Kawał dobrego jazzu, który wpada ucho od pierwszego odsłuchu. Najgorsza rzecz z jaką musiał się zmierzyć artysta to porównania do „Truth„, które zostało okrzyknięte jedną z najważniejszych płyt jazzowych w historii. No cóż, „zajebiście wysoko powieszona poprzeczka”, ale Amerykański saksofonista dał radę. Zeszłoroczny, pół godzinny materiał to energiczny i klimatyczny zestaw, który warto znać. Ocena: 7/10.

Kaz Bałagane – Narkopop. Polski hip-hop potrzebował kogoś takiego. Może Kaz Bałagane nie jest mistrzem rapowania, ale jego linijki są KAPITALNE. Co więcej typ poza tym, że jest narcyzem to ma dobre wyczucie do podkładów. Od debiutu PRO8L3Mu dawno nie słyszałem tak dobrych beatów, i to przez całą płytę. Darek z Polski żalił się, że polscy raperzy idą w ilość a nie jakość. Kaz póki co jeszcze nie wydał rzeczy słabej, bo zarówno „Lot022” jak i „Radio Gruz” zebrały dobre oceny. Dla fanów tradycyjnego rapu może to być album nie do przejścia, bo Kaz bawi się słowem. Jednak uwierzcie, że lada moment te wersy mogą się ukazać na maturze. Ocena: 7/10.

Lana Del Rey – Lust For Life. Pisząc o tej płycie, trzeba wpierw zacząć od mniej przyjemnej rzeczy. Tak, „Get Free” to zrzynka z „Creep” Radiohead. Zresztą nie pierwsza. Pamiętacie „Plug In Baby” Muse? Swoją drogą znam wiele muzycznych zrzynek z których nikt nie robił afery (QOTSAKazik Na Żywo czy też BlondieCeline Dion). Tutaj trochę smrodu jednak zostało. Jednak nie pozwólmy by ta feralna sprawa przykryła jeden fakt. Mianowicie to, że to prawdopodobnie najlepsza płyta artystki od debiutu. Zauroczona w latach 60 i rapsach spod znaku A$AP Rocky’ego wokalistka serwuje nam kawał konkretnego popu, którego próżno szukać w radiu. I wiecie co? Ja chcę tego słuchać. Mimo, że to może być tylko gra i kreowanie wizerunku to doceniam, że Pani Del Rey odrobiła lekcje. Śpiewa o Motley Crue, narkotykach i lataniu na księżyc, nagrywa z synem Johna Lennona oraz upolitycznia swoją muzykę. Zapachniało zbuntowanymi i hipisowskimi latami 60, nie tylko od patrzenia na kwiatki wpięte we włosy Lany Del Rey. Jedna z ciekawszych płyt poprzedniego roku. Ocena: 7/10.

LCD Soundsystem – American Dream. Ja od początku wiedziałem, że James Murphy bez muzyki długo nie wytrzyma. W 2011 roku hucznie schodzili ze sceny. Grali pożegnalny koncert w Madison Square Garde, wydali z tego koncertu album live, nakręcili film dokumentalny. Działo się. Jednak już po niespełna pięciu latach wrócili ponownie do koncertowania a w zeszłym roku wydali nową płytę zatytułowaną „American Dream„. Wiele było ostatnio powrotów. Jedne dłuższe, inne krótsze. Jedno jest jednak pewne, powrót LCD Soundsystem był jednym z lepszych powrotów. Ich najnowsza płyta to majstersztyk. Co prawda James Murphy absolutnie nie nagrała niczego, czego byśmy nie usłyszeli na jego poprzednich krążkach. Jednak swój poziom zachował, a mało komu się to tak udaje jak właśnie jemu. Ocena: 7/10.

Miguel – War & Leisure. No, ejże, ej! Jakbym nie mógł wspomnieć na blogu o nowej płycie Miguela? Przecież tego skurczybyka uwielbiam od czasów wydanego w 2012 roku „Kaleidoscope Dream„. W między czasie swoją pozycję wzmocnił bardzo dobrym „Wildheart” z 2015 roku. W minionym roku pojawiło się „War & Leisure„, które wcale nie odbiega poziomem od poprzednich krążków. Jednym słowem Miguel wyrasta nam na naczelnego dostawce alternatywnego r’n’b, i nie mam nic przeciwko temu. Nowy zestaw piosenek to kolekcja potulnych, przyjemnych i wpadających ucho tracków. Momentami jest z pazurem, momentami Miguel stara się być nowym wcieleniem Barry’ego White’a (If You know, what I mean). Co najważniejsze jednak, ta płyta wciąga i nie nudzi! Oczywiście Amerykanin nie wymyśla tutaj prochu i bazuje na sprawdzonych patentach, ale jeżeli wciąż się sprawdzają i działają… To czemu nie? Ocena: 8/10.

Playboi Carti – Playboi Carti. Podobno 2017 był dobrym rokiem dla rapsów. Trochę żałuję, że bardziej tego nie sprawdziłem. Jednak swoje przesłuchałem, a mój wybór m.in. padł na rapera/modela z Atlanty Jordana Terrella Cartera, znanego szerzej jako Playboi Carti. Co prawda to tylko bądź aż mixtape, jednak jest w tym moc. Skoro pieczę nad tym wydawnictwem sprawował sam A$AP Rocky, więc nie może to być słaba rzecz. I nie jest. Powiem więcej, wolę młodziaka z Atlanty niż przereklamowanych Migos. Ocena: 7/10.

Slowdive – Slowdive. W ostatnim czasie sporo było powrotów. Były bardziej i mniej spektakularne. Wracali dinozaury i Dinosaur Jr. Tuzi muzyki, legendy lat 90, królowie alternatywy. My Bloody Valentine, Kate Bush, Edyta Bartosiewicz, The Avalanches, Ride i wielu, wielu innych. Dlatego też powrót z nowym materiałem Slowdive wydawał się tylko kwestią czasu. Skoro słuchacze kupują to, więc czemu nie? Zwłaszcza, że autorzy genialnego „Souvlaki” mają sporą rzeszę fanów. No i reaktywowali się. Wpierw w 2014 roku ruszyli z koncertami, jeden miał nawet miejsce w Polsce podczas OFF Festivali. A po prawie 22 latach ukazała się nowa płyta zatytułowana po prostu „Slowdive„. Nie jest to spektakularny comeback, ale trzeba przyznać, że nowy longplay stoi na wysokim poziomie. Anglicy wciąż mają smykałkę do tworzenia intrygujących melodii. Wnikliwe gitarowe riffy pięknie układają się w całość, dając dość ciekawy efekt. A najlepsze w tej płycie jest to, że wcale nie słychać w niej, że nagrali ją ludzie dobijający do abrahama. Ocena: 8/10.

St. Vincent – Masseducation. Do Annie Clark mam szacunek od 2011 roku, kiedy to urzekła mnie singlem „Cruel” i całą płytą „Strange Mercy„. Od tamtego czasu zawsze daje tej multiinstrumentalistce szansę. I tak było tym razem. Na nowym longplayu Pani Clark nie boi się poeksperymentować. Niektórzy zarzucają tej metamorfozie banalność, jednak nie dajcie się zmylić. Wszystko co usłyszycie na „Masseducation” jest w pełni przemyślane i nie ma tutaj miejsca na grę w chybił/trafił. Amerykanka za każdym razem trafia w punkt, tak jest i tym razem. Ocena: 7/10.

SZA – Ctrl. Wierzcie lub nie, ale nie ma chyba recenzji „Ctrl” w internecie, w której nie byłaby mowa o podobieństwach do twórczości Franka Oceana. Skuszony tymi porównaniami zajrzałem do debiutu SZA. I coś faktycznie jest na rzeczy, ale tylko przez moment. Zwłaszcza w otwierającym całość „Supermodel” łatwo dopatrzyć się podobieństw do ostatniej płyty Franka Oceana „Blonde„. No, ale reszta jest zupełnie inna, co oczywiście nie przeszkadza w stworzeniu spójnej płyty. O ile na swoich poprzednich wydawnictwach artystka była kojarzona z delikatnym brzmieniem, to na „Ctrl” usłyszymy dość odważną mieszankę r’n’b z hip-hopem, popem, indie rockiem czy też neo-soulem. A opowiadane historię też są odważniejsze. Nic tylko słuchać. Ocena: 8/10.

The War On Drugs – A Deeper Understanding. Amerykanie z Filadelfii po raz pierwszy urzekli mnie w 2014 roku swoim kapitalnym albumem „Lost in the Dream„. Dlaczego więc nie dać im kolejnej szansy? Sprawdziłem zatem ich najnowsze dzieło zatytułowane „A Deeper Understanding„. I wiecie co? Opłaca się ponownie posłuchać grupy Adama Granduciela. Co prawda, niektórzy narzekają, że nie wiele się dzieje na tej płycie. Jednak chyba nikt w tym roku z taką fantazją i pięknem nie przynudzał jak oni. Może nie wiele się dzieje na tej płycie, i może sami nie wiedzą czy chcą być jak My Bloody Valentine czy Bob Dylan (albo jedni i drugi na raz), ale nie można im odmówić tego, że potrafią zaczarować. W moim przypadku tak było. Sprawdźcie całość, ale przynajmniej te ponad 11 minutowe „Thinking Of A Place„, nie stracicie czasu na pewno. Ocena: 7/10.

The XX – I See You. Początek najnowszej, trzeciej już płyty The XX sprawiał wrażenie, że zespół podąży nową drogą. Dubstepowa perkusja i elektroniczny klimat jednak z czasem ustępuje i otrzymujemy to, z czego dobrze znamy grupę. Znowu jest melancholijnie, mrocznie i depresyjnie. To oczywiście nic złego, bo za ten niepowtarzalny klimat pokochaliśmy brytyjskie trio w 2009 roku. „Coexist” z 2012 roku był rozwinięciem pomysłów z debiutu, natomiast „I See You” wydaje się być klasyczną trzecią płytą. Z jednej strony muzycy próbują czegoś nowego, jednak na dobre nie potrafią się pożegnać ze starą stylistyką. Póki co, jeszcze to się sprawdza. Mam nadzieję, że jednak z czasem bardziej postawią na nowe brzmienia, bo wychodzi im to. Udowadnia to zdecydowanie pierwsza cześć płyty „I See You„. Ocena: 7/10.

 

Zabawa z muzyką z żółtym kolorem w tle – recenzja „Something Pasty And Probably Yellow”

Jakiś czas temu warszawski zespół Legumina zwrócił się do mnie z prośbą o recenzje ich debiutanckiego krążka pt. „Something Pasty And Probably Yellow„. W mailu napisali: „Być może powinieneś wiedzieć, że właśnie ukazał się nasz debiutancki album „Somehing Pasty And Probably Yellow”.  Agim twierdzi, że gramy avant-pop, ale nie damy sobie za to uciąć ręki. Jest nas dwoje i byliśmy parą zanim zostaliśmy duetem. Żeby zająć się muzyką musieliśmy się rozstać. „Something Pasty and Probably Yellow” to 11 piosenek o wspólnej przeszłości napisanych z perspektywy osobnej teraźniejszości. Podobno ludzie rozstają się codziennie..”

Skoro powstanie omawianej płyty wiąże się z taką historią, to czemu by o niej nie napisać? Zacznijmy od tego, że krążek warszawskiej grupy faktycznie kręci się w regionach avant-popu, jednak bliżej jej do klasycznego indie-popu osaczonego elektrycznymi sytnhami. Płyta brzmi dość fajnie i przyjemnie dla ucha pomimo tego, że jest uboga w brzmienie. Poza syntezatorami i wokalem Mon Sadowskiej to nie wiele się tutaj dzieje. Pojawiają się gitary a nawet ukulele, ale to są tylko pewne epizody. No, ale trzeba przyznać, że twórca muzyki Marcin Gręda wykrzesał z tego zestawu 100 procent.

Fajnie, że te jedenaście utworów jest o czymś, a dokładnie o wspólnej przeszłości. Lubię, gdy album opowiada pewną historię, tak jak w tym przypadku. Miałem jedynie problem z przyzwyczajeniem się do maniery wokalnej Pani Sadowskiej, co niestety wpływa negatywnie na odbiór całości. Z czasem jednak było lepiej, jednak dla innego słuchacza może to być przeszkoda nie do przeskoczenia. Poza tym brakuje mi tutaj trochę singli z powerem. Co prawda „Berlin” sili się na taki, jednak mnie do końca nie przekonywuje. No i na koniec bolączka prawie wszystkich debiutujących zespołów. Problem ten to wtórność, która wdziera się w te kompozycje. Chyba nie muszę mówić, że zespołów grających podobnie i lepiej jest w trzy…   No, ale zalążek czegoś się pojawia. Pytanie co muzycy z Leguminy z tym zrobią dalej? Ocena: 5/10.

Dojrzalsza i lepsza Lorde – recenzja „Melodrama”

Lorde nie trzeba chyba zbytnio przedstawiać. Każdy z nas chyba miał okazję usłyszeć przynajmniej raz pamiętny singiel „Royals” z 2013 roku. Wtedy Nowozelandka miała ledwie 17 lat! Jej debiutancki album „Pure Heroine” zebrał wtedy dość pozytywne recenzje, jednak czuć było, że to jeszcze nie jest to. Brakowało trochę spójności a całość brzmiała jak brudnopis z ciekawymi pomysłami, które nie do końca zostały dobrze zrealizowane.

Minęły cztery lata, sporo wody upłynęło w Nowozelandzkich rzekach i wiele się zmieniło w życiu młodej Elli Mariji Lani Yelich-O’Connor. Nowe doświadczenia i przeżycia to dobry materiał na piosenki, poza tym sama Lorde zarówno jako artysta, jak i człowiek mocno dojrzała. To słychać na jej najnowszym albumu nazwanym „Melodrama„. Przede wszystkim utwory są bardziej spójne, całość od początku do końca brzmi równo i na wysokim poziomie. Również od strony wokalnej lepiej się słucha Lorde. Niegdyś utalentowana nastolatka, teraz inspirująca kobieta.

Co prawda, nie ma na albumie hitu na miarę”Royals„, lecz to wcale nie pomniejsza sukcesu całej płyty. Wszystkie 12 utwory stoją na bardzo wysokim poziomie, zarówno pod względem brzmienia jak i opowiadanej historii. Już pierwszy „Green Light” wprowadza nas w niepowtarzalny, subtelny klimat albumu. Jednak nie dajcie się nabrać, gdyż Lorde potrafi się pokazać od mocno popowej strony, co udowadnia w „Homemade Dynamite” czy też w „Supercut„. Nie zabrakło tutaj też typowych ballad takich jak „Liability” oraz „Writer In The Dark„. Nowozelandka potrafi też poeksperymentować o czym przekonujemy się słuchając ponad 6 minutowego „Hard Feelings/Loveless„, gdzie elektryczny pop łączy się tutaj z elementami funku i r’n’b. Mi jednak najbardziej przypadł do gustu utwór „The Louvre„, gdzie przy produkcji pomagał Flume. Utwór ten idealnie łączy się z moimi oczekiwaniami wobec współczesnego popu. W wersji Spotify całość kończy remiks „Homemade Dynamite” z dodatkowym udziałem Khalid, Post Malone i SZA.

Podsumowując, warto było poczekać by autorka „Pure Heroine” nieco dojrzała i nagrała bardziej spójny i wciągający album. „Melodrama” to zestaw dobrze brzmiących, wpadających w ucho popowych utworów, które opowiadają o rozstaniu i miłości. Sama artystka także nie boi się eksperymentów i miesza klasyczny pop z elementami muzyki elektronicznej, funku czy też r’n’b. Ocena: 7/10.

Przegapiony soundtrack wakacji – recenzja „Routines” Hoops

Zupełnie nie rozumiem jak mogłem pominąć Hoops i ich „Routines” podczas ostatnich wakacji. Przecież to najbardziej letnie granie spod znaku indie rocka jakie słyszałem w minionym roku. Na szczęście grudzień-styczeń to okres podsumowań muzycznych, które skrupulatnie przypominają mi to co przegapiłem.

Jak zwykle było tego wiele, m.in. amerykanie z Hoops, którzy co prawda istnieją już od 2011 roku, jednak dopiero teraz zrobiło się o nich głośno, za sprawą ciepło przyjętej płyty „Routines„. Debiut chłopaków z Bloomington w stanie Indiana to zestaw 11 lekkich, ciepłych indie rockowych kawałków. Piosenki nie są długie, riffy gitarowe wpadają w ucho, lekki basik wprowadza nas w miły stan a wokal nie sili się by się wyróżnić. Mają w sobie trochę z Violens i z Real Estate. Można doszukać się wpływów Ariela Pinka jak i Bradforda Coxa. Jednak pomimo tych twardych inspiracji czuć w tym pewną świeżość, jaka towarzyszy tym utworom.

Już początkowy „Sun’s Out” daje nam wyraźny sygnał, że będziemy obcować z czymś dobrym. Główny riff gitarowy trochę mi przypomniał nieco zapomniany już zespół The Pains of Being Pure at Heart. Całość ma natomiast dość nostalgiczny wydźwięk. Następny „Rules” trochę stara się przyśpieszyć tempo by odpowiednio nas wprowadzić w singlowe „On Top„. Zachwyca mnie popowość tych utworów, zwłaszcza w „Benjals” czy też „The Way Luv Is„. O tym, że song-writing stoi tutaj na niezaprzeczalnie wysokim poziomie potwierdza m.in. „On Letting Go” czy też „All My Life„. Jednak nie dajcie się wciągnąć w zgadywanie gatunków i wymyślne wymyślanie określeń dla tych piosenek, bo to typowo letni album, który ma po prostu dawać radość tu i teraz. I uwierzcie, że ją daje w 100 procentach.

Trochę mi teraz szkoda, że moje wakacje nad Adriatykiem odbyły się głównie na tle Calvina Harrisa i Wavves. No, ale przecież znów będą wakacje? Prawda? Ocena: 8/10.

Król King Krule – recenzja „The Ooz”

By odrzucić propozycję nagrania wspólnego kawałka z Kanye Westem, trzeba mieć tupet i jaja. Sukces gwarantowany, a kasa też by się zgadzała. Nie dla Archy’ego Ivana Marshalla, znanego szerzej jako King Krule. Rudzielec z Londynu stwierdził szczerze, że… się mu nie chciało. Winszuje odważnej decyzji, bo jak się okazało sława u boku Kanye Westa wcale nie jest mu potrzebna, gdy nagrywa się takie albumy jak tegoroczny „The Ooz„.

Wspomniana płyta do tej pory zbiera same pozytywne recenzje. Co więcej sam King Krule zalicza czołówki tegorocznych podsumowań muzycznych. I słusznie. U mnie pewnie będzie podobnie, gdy tylko nadrobię stertę albumów z 2017 roku. Taka moja grudniowo-styczniowa tradycja.

Wróćmu jednak do samego „The Ooz„. To chyba najbardziej niejednoznaczny i dzięki temu charakterystyczny zestaw piosenek, jaki usłyszałem w mijającym roku. Archy porusza się tutaj w gęstej mgle punkowego jazzu i post-punku, dorzucając elementy indie rocka i trip-hopu. Taki angielski odpowiednik Thundercata, który też lubi eksperymenty z brzmieniem. Z tym, że o ile Thundercat na tegorocznym „Drunk” miał wiele ciekawych motywów, to jednak żaden z nich nie doczekał się rozwinięcia. Inaczej wygląda sprawa na „The Ooz„. King Krule każdy temat ciągnie od początku do końca, dzięki słuchacz nie pozostaje w kropce.

Pomimo młodego wieku artysty (23 lata) to opisywany krążek brzmi niezwykle dojrzale. Nie jest to też jego pierwsze dzieło, gdyż wcześniej ukazały się dwa długogrające albumy: „6 Feet Beneath the Moon” z 2013 roku oraz „A New Place 2 Drown” wydany dwa lata później pod prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Ponadto od 2010 roku anglik wydał też parę EP-ek. Jak widać, jak na dość młody wiek zdążył już zgromadzić całkiem ciekawą kolekcję. Obok dojrzałego brzmienia i oryginalności, największego zaletą tego materiału jest jego innowacyjność. Uwierzcie, że w następnych dwóch-trzech latach kolejne post-punkowe albumy w mniejszym lub większym stopniu będą nawiązywać do „The Ooz„. Dawno nie słyszałem tak oryginalnego i innego od pozostałych albumów, który przypadłby mi tak mocno do gustu. King Krule nie bawi się w naśladowanie innych, a jego inspiracje są tak niejednoznaczne, że ciężki mi na poczekaniu wymienić jakiekolwiek nazwy.

The Ooz” to album zupełnie inny niż wszystkie inne. Mroczny, mglisty klimat łączy się tutaj z gitarową energią. Poczujecie się tutaj zarówno jakbyście byli w jednym z angielskich jazz pubów jak i na koncercie post-punkowych tuzów z lat 90. Natomiast sam King Krule pozostaje niezwykle szczery i naturalny w tym co robi. O takie płyty jak ta walczyłem, dziękuje. Ocena: 9/10.

Wymarzony debiut Keleli – recenzja „Take Me Apart”

Wygląda, że Kelela nie mogła sobie wymarzyć lepszego debiutu. Jej pierwszy długogrający album „Take Me Apart” póki co zbiera same pozytywne recenzje i już na obecnym etapie został ochrzczonych mianem jednej z najważniejszych płyt tego roku. I coś jest na rzeczy, bo gdy słucham tych utworów, to na prawdę ciężko nie zachwycić się tą enigmatycznością, klimatem oraz naturalnością.

Wiele już powiedziano na temat inspiracji, jakie można wyłapać ma „Take Me Apart„. I są to same konkretne nazwiska i nazwy. Destiny Child’s, Solange, Janet Jakcson, Aaliyah czy też Bjork. Z wszystkim się zgadzam, słychać wyraźnie w tych kompozycjach, że 34-letnia wokalistka czerpie pełnymi garściami od najlepszych w tym temacie. Jednak nie boi się też pójść swoją drogą i dodać wiele od siebie. Co prawda już na swoich wcześniejszych wydawnictwach Kelela pokazała, że ma wiele do przekazania dobrego. Zarówno mixtape „Cut 4 Me” jak i EP-ka „Hallucinogen” stały na dobrym poziomie. Jednak dopiero tegoroczny krążek można nazwać strzałem w dziesiątkę. Jeżeli chodzi o alternatywne R’n’B, to dawno nie słyszałem tak urzekającego i wpadającego w ucho materiału.

Już od pierwszego „Frontline” Kelela Mizanekristos potrafi nas złapać w swoją sieć. Nie robi tego agresywnie, a wręcz bardzo subtelnie do nas śpiewa. O czym? O różnych doświadczeniach życiowych, których w ciągu ponad 30 lat zdążyło się nazbierać. Najszczególniej do gustu przypadł mi synthpopowy „Onanon” czy też najbardziej taneczny utwór na płycie „LMK„. Ciężko mi jednak wyróżniać poszczególne tracki, z tego względu, że to mocno jednobarwny album. Poziom piosenek jest wyraźnie wyrównany, dlatego nie mogę w tym miejscu wspomnieć też o takich wspaniałościach jakimi są: „Blue Light„, „Truth or Dare” czy też „Jupiter„.

Życzyłbym sobie i Wam więcej tak dobrej muzy jak „Take Me Apart” Keleli. Debiutancki album amerykanki zachwyca przede wszystkim swoją lekkością, naturalnością, tajemniczością i aurą zgromadzoną wokół niej. To muzyka, którą ciężko jakkolwiek zaszufladkować. Prawdę powie ten, który określi ten albumem r’n’b, jednak nie będą w błędzie też ci, którzy napomną o popie, alternatywie czy też muzyce elektronicznej. Jednym słowem „Take Me Apart” to rzecz wybitnie dobra, dlatego sprawdźcie ją w wolnej chwili koniecznie. Ocena: 8/10.