10 najbardziej pominiętych recenzji płyt na Paweuu Alternativ

1Przez 10 lat mojej blogowej działalności pominąłem oczywiście znacznie więcej wartościowych muzycznych albumów. Gdy tak przeglądałem rok po roku płyty o których śmiało mógłbym napisać, to zauważyłem pewną zależność: Im odleglejszy rok, tym więcej miałem takich zaległości. Wiąże się to oczywiście z faktem, że wiele wspaniałych płyt poznałem dużo później po premierze. I co gorsza ta lista ciągle się poszerza. Niemniej udało mi się wybrać zestaw 10 albumów z każdego roku mojej twórczości o których należałoby wspomnieć.

tigercity2_2Tigercity – Pretend Not To Love (2007). Album ten śmiało można określić esencjonalnym. Każdy utwór z tej EPki to rzecz zjawiskowa i charakterystyczna. „Other Girls” czy też „Solitary Man” to popowe hymny roku 2007. Może i dobrze, że w tamtym czasie nie podjąłem się recenzji tego krążka, gdyż moje wpisy o muzyce z tamtego czasu… nie stały na najwyższym poziomie. Niemniej szkoda, że pokrótce przypominam ten szlachetny i wspaniały materiał. Grupa z Northampton w stanie Massachuttes wspięli się na wyżyny swoich umiejętności. Na „Pretend Not To Love” z daleka wyczuwa się lata 80 i wspaniałe inspiracje Princem czy też Roxy Music, jednak nie one są najważniejsze. Tigercity złapali za serce. Tak po prostu.

lil-wayne-34Lil Wayne – The Carter III (2008). Długo się broniłem przed Lil Waynem. Wydawał mi się wtórny i  zbyt pretensjonalny. Nie rozumiałem fenomenu Pana Dwayne’a Michaela Cartera Juniora. Wiecie, w 2008 roku zasłuchiwałem się w Indie Rocku i nie dopuszczałem do siebie zbyt wiele innej muzyki, zwłaszcza rapsów. Po czasie otworzyłem się na inne gatunki muzyki i zrozumiałem w czym tkwi sekret sukcesu Pana Cartera. W sumie do tej pory uważam go za jednego z lepszych raperów. W pewien sposób to od tej płyty zmienił się kierunek hip-hopu. Twardy, gangsteski rap spod znaku The Game’a czy też X-Zibita został wyparty przez innowacyjny i elastyczny rap Lil Wayne’a. Tą drogą poszli A$AP Rocky, Drake, Future i cała masa raperów, których aktualnie się słucha. Naszpikowane elektroniką beaty mieszają się z charakterystycznym stylem rapu. „The Carter III” jest opus magnum Lil Wayne’a i kamieniem milowym dla współczesnego rapu, dlatego warto wspomnieć o tym krążku.

wladekWładek – MySpace EP (2009).Zbyszek wypił chyba ze dwudziesty kieliszek, Coś mu odjebało i zaczął krzyczeć, strzelił focha i na miasto wyszedł, i zakłócał ludziom nocną ciiiiiiiszę” – Gdy takie coś słychać na tle funku, to musi być to dobre! Do tej pory nie wiadomo kto stoi za projektem Władek. Władek pojawił się nagle w 2009 roku na MySpace (pamięta ktoś ten serwis?) i natychmiast zrobił furorę. Świetne, zabawne teksty z takimi imionami jak Zbyszek, Danuta, Władek, Żaklina czy też Stefan w rolach głównych łączyły się z tanecznymi rytmami funku. Wyjątek stanowił utwór „Kac„, który był o… kacu. Piękna sprawa. Niby dla jaj, ale cała realizacja stoi na wysokim poziomie i słucha się tego wciąż wybornie!

caribouCaribou – Swim (2010). Dan Snaith, kanadyjski matematyk i muzyk to chyba najbardziej pominięta osoba na moim blogu. Zarówno legendarna „Andorra” nie doczekała się recenzji jak i jego następne albumy. Jedynie o „Our Love” udało mi się wspomnieć podczas nadrabiana zaległości z 2014 roku. Co więc mogę powiedzieć o „Swim„? Z pewnością nie był to tak melodyjny i singlowy album jak „Andorra„. Sporo tutaj schematyczności, mroku i transowych odjazdów. Chwytające za serce piosenki zostały zastąpione brudnymi, chaotycznymi odjazdami. Oczywiście już na wcześniejszych krążkach Pan Snaith bawił się z elektroniką. Jednak nigdy wcześniej tak daleko nie odjeżdżał. Należy także zwrócić uwagę na jeden z najlepszych openerów EVER jakim jest „Odessa„. To chyba najmniej przystępny album w dorobku artysty, jednak mimo upływu 7 lat od premiery wciąż do niego wracam.

iza-lachIza Lach – Krzyk (2011). Fenomenalny album łódzkiej wokalistki nie był tak do końca pominięty. W końcu zajął honorowe trzecie miejsce w moim podsumowaniu z roku 2011. Niemniej tak się niefortunnie złożyło, że osobnej recenzji nigdy się nie doczekał. A szkoda, bo słuchałem tego krążka na przełomie 2011/2012 na okrągło. Co można powiedzieć o „Krzyku„? Piękne teksty o niespełnionej miłości mieszają się tutaj z melodyjnymi, elektronicznymi podkładami. Ulubione kawałki? „Futro” – prawdopodobnie najlepszy polski opener ostatnich lat, „Chociaż Raz” – definicja singla idealnego oraz „Nic Więcej” – za refren! Jednak nie sposób nie wspomnieć o poruszającym „Boję się” czy też chwytliwym „Tylko Mój„. Szkoda tylko, że Iza już nie nagrywa takich piosenek!

mykki-blanco-reveals-he-is-hiv-positive-990x650-jpg_1-1Mykki Blanco – Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss (2012). Barwna postać Mykki Blanco gdzieś tam umknęła mi na blogu. Może dlatego, że sam album „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss” nie porywał? Jednak dla samego Pana/Pani Blanco i singli z tego krążka warto wspomnieć o tym wydawnictwie. W końcu swego czasu słuchał tego każdy, nawet katowiccy metale. Nieodżałowane wypady do stolicy województwa i OFF Festiwal 2013 to momenty, które przywołują mi na myśl Mykki Blanco. Bądźmy szczerzy, w domu nie dało się tego słuchać. Jednak jako soundtrack do mocno zakrapianej imprezy? Idealna sprawa! Ma ta płyta swoje momenty a sam Blanco nawet nieźle rapuje, jednak na dłuższą metę (i to na trzeźwo) to nie jest album do słuchania bez końca.

Kurt Vile – Wakin On A Pretty Daze (2013). Niegdyś, gdy byłem młodszy. Trochę bardziej szalony i spoglądający na Świat przez aspekt muzyki to zasłuchiwałem się w indie rocku bardziej energicznym. Niemal punkowym. W stylu Cloud Nothings, Wavves itd. Musiało być tak zwane „pierdolnięcie”. Oczywiście nie chodzi mi o podwójną stopę ani nic z tych rzeczy. Ale musiało być nieco dekadencko, nihilistycznie i z pazurem. Z czasem jednak odkryłem w sobie uwielbienie do spokojniejszych utworów. Takich, które przygrywa Kurt Vile w swoich długich i porywających utworach. Ta stylistyka i ten sposób prowadzenia muzycznej narracji przypadł mi do gustu. Nie wiem czy to kolejny etap w mojej ewolucji czy chwilowe odejście od normy? Jednak nie czuje się muzycznym tatusiem-kapciem, bo Wavves i Cloud Nothings dalej słucham i szanuje \m/

dangeloD’Angelo And The Vanguard – Black Messiah (2014). Jak to się stało, że mój numer 1 roku 2014 nie doczekał się osobnej recenzji. Ba, nie doczekał się żadnej wspominki do momentu podsumowania całorocznego. Trochę wstyd bo „Black Messiah” to nie jedynie najfajniejszy album roku 2014. To krążek już podczas premiery LEGENDARNY. D’Angelo raczej nie rozpieszcza swoich fanów wydawnictwami muzycznymi.  Od momentu debiutu w 1995 roku wydał 3 pełne longplaye, z tym, że na najnowszy trzeba było czekać 14 lat. Na szczęście dla muzyka bardziej od ilości liczy się jakość. I „Black Messiah” to całkowicie potwierdza. Krążek ten to kapitalna mieszanina muzyki R’n’b z wpływami popu i hip-hopu. Świetna, innowacyjna, świeża muzyka łączy się tutaj z wokalnym geniuszem D’Angelo, który po prostu czaruje.

jamie-xx-webJamie XX – In Colour (2015). Jamie XX, czyli członek grupy The XX w całkiem udany sposób nagrywa również solo. O jego bandzie pisałem przy okazji każdej nowej płyty. Jednak o samym Jamiem – nigdy. Co prawda debiut „We’re New Here” nie porwał mnie, jednak „In Colour” zdecydowanie powinien zostać dostrzeżony. W końcu artysta nagrywał ten materiał przez 5 lat! Uwierzcie, że słychać to. Jamie XX skrupulatnie zadbał o każdy szczegół tego krążka. I wiecie co? Opłaciło mu się to, gdyż recenzje miał dobre a i nawet nominacja do Grammy się pojawiła. Dobry kawał elektronicznych dźwięków. Może nie dla każdego, ale warto dać szanse tej płycie.

anohniAnohni – Hopelessness (2016). Z Anohni zetknąłem się już dawno temu, gdy jeszcze śpiewał jako Anthony And The Johnsons. Pamiętny jest zwłaszcza album „I’m A Bird Now„, gdzie artysta wyjawiał swoje intymne problemy w takich tekstach jak ten: „One day I’ll grow up, I’ll be a beautiful woman / But for today I am a child, for today I am a boy„. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zwłaszcza płeć artysty. Jednak jedna rzecz pozostała niezmiennie wspaniała – muzyka. „Hopelessness” to album zawierający sporo elektroniki. Brzmienie stało się lżejsze i łatwiejsze w odbiorze, jednak powaga pozostała ta sama. Patosu na tym krążku jest, aż nadmiar. Anohni porzuciła problemy osobiste na rzecz problemów globalnych. Brzmi to trochę naiwnie, ale nie przeszkadza zbytnio w pozytywnym odbiorze całości. P.S. Okładka jest okrutnie ZŁA.

 

 

Reklamy

10 najbardziej pamiętnych wpisów na Paweuu Alternativ

2Cóż, brzmi to dość mało skromnie i zalatuje sporą dawką megalomani. Jednak podejdźmy do tematu trochę z przymrożeniem oka. You know me! Megalomania i ironia to podwaliny tego bloga. Powróćmy jeszcze raz do tego typu rzeczy i przyjrzyjmy się, które moje wypociny najwięcej wzbudzają u mnie dumy.

Recenzja filmu „Lśnienie” (publikacja 23.11.2008). Film „Lśnienie” Stanleya Kubricka to arcydzieło największej rangi. To prawdopodobnie najlepsza ekranizacja książki i najlepszy horror zarazem. Jak z takim dziełem ma się zmierzyć recenzent? Wpadłem na ten pomysł 9 lat temu i do tej pory nieskromnie uważam, że był on ciekawy. Nie ukrywam, że inspiracją były recenzje na serwisie Porcys.

Zobacz Wpis

Recenzja „Merriweather Post Pavilion” Animal Collective (publikacja 02.02.2009). Serwis Musicspot.pl próbował swego czasu wyselekcjonować najlepsze teksty o muzyce w polskiej części internetu. Udało mi się tam załapać z moją dość interesującą i jak to nazwano „konkretną recenzją” albumu Animal Collective. P.S. Zwróćcie uwagę na komentarze. Można znaleźć tam wpisy od Szadiego, który dzisiaj jest lepiej znany jako Patrick The Pan.

Zobacz Wpis

Poradnik „Jak zostać Hipsterem? czyli kilka dobrych rad dla początkujących” (publikacja 11.08.2011).  W 2011 roku odkryłem, że zwykłymi recenzjami internetu nie podbiję. Swoją drogą lata 2011-2012 to moment kulminacyjnymi mojego bloga (Mam nadzieję, że jeszcze doczekam powtórki z tego okresu). Wpisem tym rozbiłem bank, gdyż jest to najpopularniejszy tekst na moim blogu. Ponad 80 tysięcy kliknięć to jak na moją miarę wynik całkiem niezły. Jednak nie o liczby chodzi, gdyż wciąż uważam, że ten naszpikowany ironią tekst jest na prawdę SPOKO.

Zobacz Wpis

Wpis ‚EMO” (publikacja 24.04.2007). Tym wpisem wypłynąłem na szerokie wody. Podjęcie popularnego tematu (na tamte czasy) pozwoliła mi zwiększyć grono odbiorców. Był to najczęściej komentowany wpis na blogu (78 komentarzy). Sam tekst nie stoi na wysokim poziomie, gdyż ma styl czysto „wikipedyjny”. Jednak przez sentyment wrzucam go do tego zacnego grona.

Zobacz Wpis

Muzyczne Podsumowanie Roku 2011: Listy Gości (publikacja 02.02.2012). Początek roku 2012 to gorący okres na blogu. Wpierw walczyłem o tytuł Bloga Roku 2011 w konkursie organizowanym przez Onet. Udało mi się załapać do finałowej 10 w kategorii Kultura, jednak do wygranej zabrakło mi uznania w oczach jurora – Michała Żebrowskiego. Michał, wstydź się! Jednak nie gniewam się, gdyż laureat z tamtego roku stał na dość wysokim poziomie. Druga sprawa to projekt do którego przymierzałem się od dłuższego czasu – podsumowanie roczne w oczach polskich muzyków. Do przemówienia udało mi się nakłonić Izę Lach, Microexpressions oraz The Kurws. Podsumowanie te realizowałem sukcesywnie do roku 2013. Kto wie, może jeszcze do tego wrócę?

Zobacz Wpis

Skuteczne strachaki, czyli 15 horrorów, które trzeba zobaczyć. (publikacja 30-31.05.2011). Pierwszy raz musiałem podzielić mój wpis na dwie części! Nie mniej od dawna kusiło mnie na stworzenie takiej listy, w końcu horror to mój ulubiony filmowy gatunek. Widziałem chyba wszystko. Swoją drogą, od jakiegoś czasu kusi mnie by zrobić taką listę, tylko, że TOP100!

Zobacz Wpis 1 / Zobacz Wpis 2

Zestawienie „10 najlepszych piosenek The Rolling Stones” (publikacja 22.12.2012). Z okazji 50-lecia istnienia Stonesów postanowiłem stworzyć ów zestawienie. Przyznam się szczerze, że nie przyłożyłem się do niego odpowiednio. Nie przesłuchałem całej dyskografii Jaggera i spółki. Obecnie ów lista wyglądała by inaczej, jednak jakimś dziwnym trafem to najpopularniejsza taka lista TOP10 na moim blogu.

Zobacz Wpis

Strona „O Autorze” (publikacja 11.04.2007). Niestety, ta publikacja już nie istnieje. Przynajmniej w takiej formie jak wtedy. Moje licealne przemyślenia na różne tematy cieszyły się ogromną popularnością ze względu na sporą dawkę ironii i humoru, który stał na dość fajnym poziomie. Trochę szkoda, ale w pewnym momencie chciałem by ten blog miał charakter stricte kulturalny i był bardziej poważny.

Zestawienie „50 Najlepszych utworów hip-hopowych lat 90” (publikacja 18-20.09.2014). Mocno napracowałem się przy tym zestawieniu. Swoją drogą to chyba ostatni raz kiedy przyłożyłem się tak mocno do wpisu na blogu. Poznałem wtedy wiele dobrej muzyki i jestem dumny, że udało mi się wyselekcjonować tak solidną 50-tkę.

Zobacz Wpis 1 / Zobacz Wpis 2

Wpis „Video Killed the Radio Star?” (publikacja 17.09.2012). Nie chodzi o sam tekst czy też wpis. Chodzi o inicjatywę! Próbowałem wtedy stworzyć własną audycję radiową, która jest moim niespełnionym marzeniem od dawna. Co prawda pomysł był fajny, jednak zawiodło wykonanie. Zbyt skomplikowana procedura uruchomienia radia nie pozwoliła mi na zbyt dużą szerzę słuchaczy. Oprócz brata, który słuchał w pokoju obok i żony, która chyba nie słuchała na 100% to w porywach było jeszcze dwóch słuchaczy. No cóż…. Szkoda. P.S. Podczas mojej audycji swoją premierę miała piosenka „Za” zespołu Drekoty.

Zobacz Wpis

A jakie moje wpisy najbardziej wpadły Wam do pamięci? Czekam na komentarze.

 

Urodzinowa Playlista Paweuu Alternativ Blog

birthdayTo już 6 lat. Zaczynałem jako licealista zafascynowany indie rockiem. Z czasem jednak otwarłem się na wiele innych gatunków i wciąż poszukuje tego „czegoś” dla mnie. Mimo, że recenzowanie płyt to żmudna robota to odnajdywałem w tym radość i z roku na rok starałem się być coraz bardziej innowacyjny. Z różnym oczywiście skutkiem. Chociaż prawie wcale nie zaglądam do starszych publikacji (wynika to z strachu i wstydu jednocześnie) to postanowiłem stworzyć urodzinową playlistę składającą się z najbardziej esencjonalnych kawałków dla każdego roku mojej twórczości. Nie życzcie 100 lat, bo raczej tyle nie wytrwam, ale mam nadzieje, że jeszcze nie raz odnajdziecie tutaj coś fajnego.

2007. Bloc Party – Song For Clay. Gdy zaczynałem indie rock przeżywał swój renesans, zwłaszcza ten brytyjski. „A Weekend In The City” to była pierwsza zrecenzowana przeze mnie płyta. I mimo tego, że z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć, że była to dobra publikacja to od tego koślawego, nic nie wnoszącego tekstu wszystko się zaczęło. Później było zdecydowanie lepiej, czego nie można powiedzieć o muzyce Bloc Party.

Posłuchaj

2008. British Sea Power – Waving Flags. Rok 2008 to pierwsze spotkanie z OFF Festiwalem. Artur Rojek i jego impreza odcisnęli mocno swoje piętno na funkcjonowanie mojego bloga. Zafascynowany ilością tak wielu fajnych artystów postanowiłem stworzyć cykl prezentowania najlepszych płyt artystów, którzy mieli wystąpić na Offie (Do dziś z resztą to robię). Na tamtym festiwalu było wielu fajnych wykonawców, ale to British Sea Power przyjechali jako nieliczni z nowym materiałem do Mysłowic.

Posłuchaj

2009. Władek – Zbyszek daj se. To był przełomowy rok, zmieniła się formuła podsumowania rocznego, zwróciłem większą uwagę na aktualne wydania muzyczne, pojawiły się pierwsze relacje z koncertów. Do tej pory  uważam, że to był wyjątkowy rok pod wieloma względami. A Tajemniczy Władek w zabawny sposób podsumowuje tamten okres.

Posłuchaj

2010. Caribou – Odessa. W 2010 lato było gorące, a zima zimna. Wszystko było na swoim miejscu, poza oczywiście wodą w rzekach i prezydenckim samolocie (Nie może być nigdy idealnie). OFF Festival przeniósł się do Katowic a na Paweuu pojawiły się pierwsze playlisty. Z tamtego okresu mógłbym wyróżnić wiele fajnych singli, których słuchałem podczas przygotowań do obrony, ale postawiłem na Caribou. Jest to rekompensata za brak w podsumowaniu, gdyż za projekt Dana Snaitha wziąłem się dopiero w 2011, jak już było po ptokach.

2011. Iza Lach – Nic Więcej. Jeżeli chodzi o działalność bloga rok 2011 można podzielić na dwa etapy. Dołowania i wybicia się. Przyznaje, że trochę brakowało pomysłów i chęci by zastopować nieugięcie spadające kliknięcia. Jednak w sierpniu odżyłem niczym Andrea Pirlo w Juventusie. Duża w tym zasługa pewnego portalu społecznościowemu na „F”, któremu długo się opierałem. Niestety obecnie nawet blog czy strona internetowa bez konta na fejsie po prostu nie istnieje. Co do muzyki to nie wspominam 2011 jakoś wybitnie, na plus można odhaczyć płyty, które pojawiły się na rodzimym rynku między innymi Izę Lach.

2012. Frank Ocean – Pyramids. To był dobry rok dla bloga. W styczniu dzielnie wojowałem o miano blog roku w kategorii Kultura. Niestety nie udało się wejść do finałowej trójki i zatrzymałem się na pierwszej dziesiątce. Mimo to udział w konkursie i wprowadzenie nowego schematu podsumowań (lista gości pisana przez rodzimych muzyków) pozwoliła blogowi wrzucić większy bieg. W drugiej części roku uruchomiłem własną audycję radiową, która zanim na dobre się zaczęła to musiała się skończyć z powodów technicznych. Natomiast dzięki współpracy z Canal Plus rozwinęła się nieco filmowa część bloga. Muzycznie rok 2012 należał do czarnych klimatów, odzwierciedla to lista podsumowująca.

2013. A$AP Rocky – Goldie. Rok 2013 tak na prawdę nie zdążył się jeszcze rozkręcić, dlatego w tym miejscu obiecuje, że postaram się wymyślić znowu coś co uczyni Paweuu Alternativ ciekawym dla każdego miejscem. Aha i piosenka, którą najczęściej słuchałem przez ostatnie 3 miesiące.

Muzyczne podsumowanie roku 2012: Single

singleTo był mocny rok. Sporo dobrego hip-hopu, melodyjnego popu i wciągającego indie. Było w czym wybierać. Oto lista 20 najlepszych singli poprzednich dwunastu miesięcy.

20. Beach House – Myth. Opener płyty „Bloom” to jedyny moment kiedy otwierałem gębę z podziwu a nie dlatego, że musiałem ziewnąć. Ten chopsky wokal Victori Legrand nawet tak nie drażni a moment kiedy wchodzą bębny – palce lizać.

Posłuchaj

19. Solange – Losing You. Dzięki tej piosence wakacje trwają 12 miesięcy w roku. Nie ma co się dziwić to w końcu siostra samej Beyonce. Po tym fajnym utworze zaczynam się zastanawiać ile jeszcze utalentowanych sióstr ma żona Jay-Z?

Posłuchaj

18. Cloud Nothings – Stay Usless. Wystarczy wsłuchać się w brzmienie hi-hata by pojąć zajebistość tego kawałka. Poza tym tekst! Taki prosty, a taki wymowny. Kapitalna piosenka.

Posłuchaj

17. Kendrick Lamar – Backseat Freestyle. Ej no ta piosenka ma rewelacyjny podkład. Ten beat wprawia w ruchy najtłustsze murzyńskie tyłki. Co do nawijki Kendricka Lamara, to koleś zadziwia na każdym utworze „good kid, m.A.A.D. city” i nie inaczej jest tym razem. Biyaaaaaaaaaaatch, go play.

Posłuchaj

16. Chromatics – Lady. „Kill For Love” w zasadzie jest pełne takich rozciągniętych, elektronicznych utworów. Dlaczego właśnie ten? Jego niepowtarzalny klimat i nastrój zapadł mi najbardziej w pamięci, poza tym nie wyobrażam sobie obecnie jazdy nocą autem bez tej piosenki.

Posłuchaj

15. Japandroids – The House That Heaven Built. Najlepszy i najenergiczniejszy utwór na „Celebration Rock”. Kapitalna gitara buduje cały ten utwór od początku do końca. Dobry rock z kopnięciem, najlepiej spożywa się w upalne dni.

Posłuchaj

14. Memoryhouse – Little Expressionless Animals. Opener z najlepszej dream-popowej płyty zeszłego roku. Ładny wokal Denise Nouvion, ładne chórki, ładna linia melodyczna i sporo patosu. I co najważniejsze wcale nie nudzi. Idealna propozycja na deszczowe popołudnia.

Posłuchaj

13. Danny Brown – Grown Up. Danny Brown to oryginalny typek z Detroit. Nie jest jak większość raperów ze Stanów (ogarnijcie jego fryzurę), ale i też nie jest jakimś dziwadłem. Jego singiel z poprzedniego roku „Grown Up” to fajna i momentami zabawna podróż przez okres dojrzewania/dorastania. Co prawda krótka bo trwa troszkę ponad dwie minuty, ale jest w niej wszystko. Fajny hook, beat no i efektowna nawijka samego Danny’ego Browna plus kapitalny teledysk.

Posłuchaj

12. AlunaGeorge – Your Drums, Your Love. Londyński duet Aluny Francis i George’a Reida działa już od 2009 roku, jednak dopiero teraz udało im się zaistnieć na większą skalę. Wszystko dzięki fajnemu, radiowemu singlowi „Your Drums, Your Love”. Piosenka jest przyjemna w odbiorze i czuć w niej ogromny powiew świeżości. Zdecydowanie czekam na debiutancki album, który ma ukazać się w tym roku. Prognozy są dobre, mają sprzyjające wiatry.

Posłuchaj

11. Guilletmots – Up On the Ride. Najmocniejszy i jedyny jasny punkt na płycie „Hello Land!”. Co tak mnie zachwyciło w „Up On The Ride”? Skumajcie, że słuchanie tego utworu przypadło na okres kiedy wiosna wkroczyła z buta na moją dzielnię. Ptaszki śpiewały, słońce grzało, ludzie jakby bardziej radośni. Ta piosenka taka jest – radosna. I nawet kiedy teraz jej słucham (za oknem minus 10) to jakby troszkę cieplej się robi. Poza tym lubię taką prostotę, ten utwór pod żadnym względem nie jest przekombinowany. Dobry indie-pop.

Posłuchaj

10. Miguel – Don’t Look Back. Nieoczekiwany zwrot akcji następuje na „Kaleidoscope Dream”, gdy do ataku następuje drugi track z płyty „Don’t Look Back”. Hook goni hook, dobre zwrotki Miguela i mocno wyeksponowana perkusja. Jest tu sporo polotu i aspiracji na radiowe listy przebojów. Atrakcyjność tego utworu tkwi w genialnym głosie Miguela i luzackich synthach. Poza tym taką samą nazwę ma pewien zajebisty horror z lat 70. Ogarnijcie i film, i piosenkę. Yo.

Posłuchaj

9. Sky Ferreira – Everything is Emberassing. To być może najlepsza piosenka Sky. Młoda piosenkarka póki co nie wydała jeszcze pełnego albumu, ale co jakiś czas raczy nas fajnymi EP-kami. „Ghost-EP” było całkiem wporzo, ale tylko „Everything is Emberassing” był tym CZYMŚ. Czuje, że Sky Ferreira tą piosenką w końcu znalazła dla siebie sposób i swoje miejsce. Trzymam kciuki i czekam na debiutancki longplej pełen tak świetnych piosenek jak ta!

Posłuchaj

8. Brodka – Dancing Schoes (Kamp! remix). Po pierwsza to nie jest zwykły remix jakie znamy z internetu czy też dyskotekowych zabaw z kiepskimi dejotami. Chłopaki z Kamp! sprawili, że to zupełnie inna, LEPSZA od oryginału piosenka. Żadne tępe łupanie, co to, to NIE! „Dancing Schoes” jest parkietowym napierdelaczem, ale również fajną radiową piosenką, której mogę słuchać bez końca. Jakiś czas temu z resztą pisałem o niej w mojej liście wakacyjnych utworów. Jeżeli nie pojawi się żaden nowy remix od Kamp! to z pewnością i kolejne wakacje spędzę przy tym utworze.

Posłuchaj

7. Cloud Nothings – Wasted Days. Piosenka chłopaków z Cleveland to istna miazga. Prawie 9 (słownie: dziewięć!) minut rocka totalnego. Ja wiem, że indie rock jest faux pas i wszyscy teraz zasłuchują się elektroniką, popem, r’n’b a najlepiej wszystkim w jednym. Jednak słuchając „Wasted Days” przypominam sobie stare, dobre czasy kiedy miało się tylko pół mózgu i nie zastanawiało się nad tym co dzisiaj wieczorem poleci w tv. Nie myślało się też wtedy czy te skarpetki pasują do tych spodni i o tym, że cholera jasna jutro trzeba o 5:15 rano wstać. W zasadzie to nie wiele się myślało a sporo robiło. Przy tej piosence odmładzam się o kilka lat. Natomiast co do kwestii technicznych to „Wasted Days” jest jak 3 aktowa sztuka teatralna. Początek dość mocny, z fajnym riffem. Dalej psychodeliczne przejście, zabawa z dźwiękiem i kapitalna improwizacja. A końcówka to już totalny wybuch, godzina 12:00 w sylwestrową noc a nawet lepiej.

Posłuchaj

6. Grimes – Oblivion. Kosmiczna piosenka, kosmicznej artystki. Zaczyna się dość niepozornie, brzmiąc jak jakieś podrzędne amatorskie electronic-disco. Jednak im dalej to tym ciekawiej. Robi się na prawdę psychodelicznie. No i te nieśmiałe „lalala”. Ktoś napisał, że ta piosenka jest taka jak teledysk do niej. Sporo w tym prawdy a sam „Oblivion” to kapitalny utwór do posłuchania i potańczenia. Sama Kanadyjka ma w sobie sporo sprzeczności, jednak ma też to „coś” co sprawia, że chcemy ją wysłuchać. No i słuchamy.

Posłuchaj

5. Jessie Ware – Wildest Moments. Jessie Ware to jedno z odkryć brytyjskiego popu. Jej „Wildest Moment” pogodziło fanów alternatywy z zwykłymi radiowymi słuchaczami. Prosta melodia klawiszowa z wyeksponowanymi bębnami dała dobre tło do charakterystycznego głosu Panny Ware. Taki pop jest w cenie. Dokonała rzeczy raczej rzadko spotykanej. Połączyła niezależność twórczą z sukcesem komercyjnym. Dla mnie to ogromny plus, gdyż troszkę mniej cierpię gdy słyszę RMF FM w pracy.

Posłuchaj

4. Kendrick Lamar – Swimming Pools (Drank). Kapitalny utwór o problemie z alkoholem. Przemawiające sumienie, odniesienia do wiary, wspomnienia, basen pełen alkoholu i dziewczyny bawiące się w słoneczny patrol.  To wszystko w jednej piosence. Kendrick przyznaje się, że był w ciemnym pokoju. „Swimming Pools (Drank)” to oczywiście tylko część historii zawartej na „Good kid m.A.A.D. city”, jednak zasługujący na wyróżnienie ze względu na brzmienie i to jak Kendrick Lamar rapuje. To jak ten Koleś układa poszczególne zwrotki to coś niesamowitego. Takiego hip-hopu trzeba ludziom.

Posłuchaj

3. Miguel – Adorn. Opener „Kaleidoscope Dream” stanowi esencję współczesnego r’n’b. Miguel ma kapitalny głos i feeling. Słychać tutaj sporo odniesień do starszych kolegów po fachu jak i sporo nowego spojrzenia na r’n’b. Co prawda MJ nie żyje, ale pozostała jakaś jego część w tej piosence. Poza tym podczas recenzji jego płyty pisałem o tym, że o to narodził się nowy Prince. Trudno się nie zakochać, gdy Miguel śpiewa: „You just gotta let my love”. Podkład też niczego sobie, ale to Miguel tutaj jest najważniejszy.

Posłuchaj

2. Frank Ocean – Pyramids. „Pyramids” to ponad 9 minutowy majstersztyk. Utwór ten składa się jakby z dwóch mniejszych. Pierwsza część zachwyca nas kapitalnymi synthami i wejściem z okolic 3:52. W drugiej dźwięki mniej nas atakują, robi się bardziej przejrzyście. Mamy tutaj brzdąkającą trąbkę gdzieś w tle a pod koniec pojawiają się nam rozciągnięte gitarowe wstawki. Tworzy to ciekawy klimat utworu. To jest tak jakby byśmy słyszeli echo pierwszych pięciu minut „Pyramids”. Całość brzmi kapitalnie i jest najmocniejszym punktem „channel ORANGE”. Singiel ten bije na głowę wszystko co do tej pory nagrał Kanye West. Serio.

Posłuchaj

1. Iza Lach feat. Snoop Dogg – Lost in Translation. Rok 2012 należał do niej. Na wyjątkowości i talencie młodej łodzianki poznał się sam Snoop Dogg, który nagrał z nią tyle materiału, że przez kilka następnych wakacji będziemy mieli się do czego bujać. Na szczęście sława nie uderzyła jej do głowy, pozostała wciąż tą samą skromną i uroczą osobą. To słychać w tej piosence. „OFF THE WIRE” miał różne momenty, najlepszym z pewnością jest ten utwór, gdzie Iza śpiewa w dwóch językach. Przy pierwszej zwrotce są ciary. Snoop też daje radę. Ze psinką jest ten problem, że zdarza mu się przynudzać. W tym wypadku jest dobrym dopełnieniem Izy. Tak, to on dopełnia Izę a nie na odwrót. Ogarnijcie to.

Posłuchaj

Muzyczne podsumowanie roku 2012: Wydarzenia

wydarzeniaKolejna część podsumowania całorocznego skupiona na najważniejszych wydarzeniach z poprzedniego roku.

Zacznę od najciekawszych koncertów, które można było zobaczyć w 2012 roku nad Wisłą. Z mojej perspektywy najważniejszym gigiem w którym brałem udział był występ Muse w łódzkiej Atlas Arenie. Brytyjczycy promowali w ten sposób najnowszą płytę „The 2nd Law”. Koncert był sporym przeżyciem pod względem wizualnym i muzycznym, nie zabrakło niczego z czego Muse słyną live. Druga sprawa to Off Festival 2012. Niestety miałem wrażenie, że pod względem line-upu był to jeszcze słabszy festiwal niż rok temu. Tendencja spadkowa? Trudno ocenić, mimo to i tak udało mi się zobaczyć kilka świetnych koncertów takich artystów jak: Battles, Converge, Metronomy, Death in Vegas, Doom czy też Dam-Funk. Dobrze za to radził sobie Opener. Mimo, że bazował na gwiazdach, które „już były” to i tak zazdroszczę tym, którzy mogli zobaczyć M83, Bon Iver, Public Enemy czy też New Order. Warto w tym miejscu odnotować, że część występów można było śledzić przez YouTube’a. Czwartym koncertem godnym wyróżnienia jest występ Coldplay na Stadionie Narodowym. Zespół się trochę wyrobiła a nowe piosenki nawet dają radę, mimo to wciąż tęsknie za „Parachutes”.

Muse-12

Rok 2012 był owocny w liczne powroty. Na początku roku usłyszeliśmy o powrocie hip-hopowej formacji 2 Live Crew. Mocny powrót ze zaświatów zaliczyła legendarna grupa Godspeed You! Black Emperor, która wydała ciekawy album „Allelujah! Don’t Bend! Ascend! „. Swoją działalność wznowili także: At the Drive-In, Grandaddy, The Replacements oraz Run/DMC. Warto także odnotować powrót The Rolling Stones, który w poprzednim roku świętował 5o urodziny. Rok temu pisałem o nowym zespole Micka Jaggera. Wydawało się wtedy, że to koniec Stonesów. Na szczęście wrócili i wydali nowy krążek. Szczęśliwy powrót zaliczył The Beach Boys, wracając do nagrywania piosenek o miłości, słońcu i muzyce. Inaczej natomiast potoczyły się losy takich grup jak: Das Racist (mieli być na offie!), Girls oraz Handsome Furs, które raczej nie nagrają już żadnej nowej piosenki.

izasnoop

Rok 2012 to rok ciekawych kolaboracji. Na początku roku mogliśmy zapoznać się z utworami powstałymi w wyniku połączenia sił Krzysztofa Pendercekiego i Johnny’ego Greenwooda z Radiohead. Natomiast w lato pokazał się album „OFF THE WIRE”, który powstał w efekcie spotkania Izy Lach ze Snoop Doggiem. W tym czasie dowiedzieliśmy się także, że Artu Rojek już nie zaśpiewa razem z chłopakami z Myslovitz. Legenda polskiego rocka znalazła sobie kilka dni później nowego wokalistę w postaci Michała Kowalonka z grupy Snowman.

W 2012 nie doczekaliśmy się wciąż nowej płyty Blur ani Ścianki. Frank Ocean tuż przed premiera swojej płyty „Channel ORANGE” przyznał, że lubi „pedałować” a Brytyjczycy podczas imprezy otwarcia i zamknięcia Olimpiady w Londynie dali kilku godzinny popis swojej kultury. Ważnym wydarzeniem około muzycznym było skazanie zespołu Pussy Riot na karę łagru.  W Polsce natomiast do łask powróciło disco polo za sprawą jednej piosenki – „Ona Tańczy Dla Mnie” grupy Weekend.

adam yauch

Pora zajrzeć do czarnego notesu. W poprzednim roku z życiem pożegnała się Whitney Houston. To kolejna ofiara swojej sławy i bogactwa. Mimo, że nie przesłuchałem żadnej jej całej płyty to i tak szacun za głos z lat 90. Wiosną 2012 roku świat hip-hopu wstrząsnęła wiadomość śmierci członka Beastie Boys – Adama Yaucha. Poza tym do lepszego świata przeszli: Irena Jarocka, Robin Gibb z Bee Gees, Davy Jones i wielu, wielu innych.

Polish Power – rok 2012 w polskiej muzyce

polish powerJak wyglądał rok 2012 nad Wisłą pod względem muzycznym? Odpowiedź znajdziecie poniżej, gdzie przypomnę wszystkie najważniejsze albumy w muzyce mainstreamowej i alternatywnej.

Rok temu zaczynałem od muzyki gitarowej. W tym nie będzie inaczej. Jeżeli chodzi o płyty ocierające się o muzykę rockową, indie rockową itd. to należy w tym miejscu wspomnieć o kilku ważnych albumach. Po pierwsze o płycie „Emergence”  poznańskiego zespołu Plum. Poznaniacy solidnie odrobili lekcje i nagrali materiał składając hołd gitarom z przełomu lat 80. i 90. Podobnie ma się sprawa z krążkiem grupy Turnip Farm „The Great Division”, gdzie również słyszymy wszelakie wpływy najważniejszych kapel indie rockowych. Indie rocka zaczął również grać Afro Kolektyw. Mimo, że nie każdemu nowa płyta przypadła do gustu to na łamach bloga pisałem, że ta metamorfoza okazała się całkiem udana. „Piosenki po polsku” to przyjemna płyta z fajnymi singlami. Nie należy również zapominać o płycie „White Tones” grupy Minerals, której największą zaleta jest rewelacyjne, zachodnie brzmienie. Poza tym o swoim istnieniu przypomniały Muchy, które wypuściły album „Chcecicospowiedziec”. Nowa płyta nie przebija debiutu, ale zdecydowanie jest lepsza od „Notorycznych Debiutantów”. Nie próżnował w tym roku również Hey i grupa Kim Nowak.

A co się działo w alternatywie? Tutaj działo się sporo, było kilka ciekawych, oryginalnych debiutów. Za największe objawienie należy uznać projekt Błażeja Króla UL/KR, który nagrał album o tej samej nazwie. „UL/KR” to podróż w najbardziej schizofreniczne i psychodeliczne miejsca przy jednoczesnym zachowaniu melodyjności. Drugi album na który należy zwrócić uwagę do „Persentyna” zespołu Drekoty, który brak przebojowości nadrabia oryginalnością i polotem. Sporo zamieszania zrobiła wokół siebie grupa Niechęć za sprawą albumu „Śmierć w miękkim futerku”, który dla fanów jazzu jest pozycją obowiązkową. Jeżeli chodzi o ostrzejsze klimaty związane z alternatywą to bezkonkurencyjnie okazali się kolesie ze zespołu Gówno. Ich „Czarne Rodeo” było jedną z najlepszych płyt wydanych w poprzednim roku na ziemi polskiej. Punkowa forma jeszcze się nie wypaliła, poza tym płyta ta ma interesujące drugie dno (zabarwione politycznie). Bezkonkurencyjne jednak okazało się łódzkie trio Kamp!. Ich rewelacyjny, taneczny album „Kamp!” przypomniał mi lata świetności Cut Copy.

Z popu przesłuchałem nie wiele albumów. Zdecydowanie królowały single i pojedyncze piosenki takich artystek jak Kari Amirian, Meli Koteluk czy też Karolina Kozak. Jeżeli chodzi o całe albumy to po raz kolejny królowała Iza Lach, która nagrała typowo wakacyjny krążek „OFF THE WIRE” z udziałem samego Snoop Dogga! Mimo, że płyta jest troszkę nierówna to i tak zasługuję na wysoką ocenę za kapitalność niektórych kompozycji. Poza tym powrót zaliczyła kontrowersyjna Maria Peszek wydając „Jezus Maria Peszek”. Swój drugi album w tym roku wydał projekt Natalii Fiedorczuk, czyli Nathalie and The Loners. Płyta ciekawa, mało przebojowa, ale chwytliwa. Natomiast płyta „Away” Klary jest przyzwoita,  z tymi wszystkimi zachwytami bym tak nie przesadzał. Takich albumów w indie-popie jest wiele. Dobre oceny zebrała również Brodka, która zdecydowała się wydać swoje EP również w formie pudełka z płytą w środku. „Lax” to spora świeżość w polskim popie i świetna zapowiedź przyszłego albumu artystki, zdecydowanie czekam.

Jeżeli chodzi o inne ważne gatunki jak hip-hop czy też metal to niestety muszę zakomunikować, że nie starczyło czasu, chęci i odpowiedniego materiału. Ale to nie koniec! Oto lista 10 najlepszych polskich płyt A.D. 2012:

10. Drekoty – „Persentyna” / Nathalie and The Loners – „On Being Sane (In Insane Places)”

9. Plum – „Emergence”

8. Afro Kolektyw – „Piosenki po polsku”

7. Turnip Farm – „The Great Division”

6. Muchy – „Chcecicospowiedziec”

5. Iza Lach – „OFF THE WIRE”

4. Niechęć – „Śmierć w Miękkim Futerku”

3. UL/KR – „UL/KR”

2. Gówno – „Czarne Rodeo”

1. Kamp! – „Kamp!”

Muzyczne podsumowanie roku 2011: listy gości

Moje podsumowanie już za nami, przedstawiłem Wam listę teledysków, wydarzeń, singli oraz płyt. Jednak czym by były suche, dziennikarskie rankingi bez oceny poprzedniego roku dokonanej przez samych muzyków? Oto listy podsumowujące polskich artystów.

Michał Stambulski – wokalista i gitarzysta zespołu Microexpressions.

Z mojej perspektywy ubiegły rok upłynął pod znakiem przewagi popu, syntezatorów i brokatowego mainstreamu nad gitarami, folkiem i „niezależnością”. Poniżej lista moich ulubionych płyt z 2011.

Miejsce I, II i III:
J*DaVeY – New Designer Drug
Wyróżnienia (kolejność niezobowiązująca):
Beyonce – 4
Taprikk Sweezee – Poly EP
Oneohtrix Point Never – Replica
Rustie – Glass Swords
James Blake – James Blake
Internet – Purple Naked Ladies
Towa Tei – Sunny
Toro y Moi – Underneath The Pine
SBTRKT – SBTRKT
Perfume – JPN
Kanye West & Jay-Z – Watch The Throne

Iza Lach – wokalistka, autorka płyt „Już Czas” oraz „Krzyk”.

Top 5 singli 2011 (POP):

5. Keri Hilson – Loose Control.
4. Nicola Roberts – Beat of my drum.
3. Rihanna – You Da One.
2. Beyonce – Love on Top.
1. Robyn – Call your girlfriend.


The Kurws – jeden z najciekawszych debiutów poprzedniego roku.

Hubert:

Iceage „New brigade” (What’s Your Rupture?)
Pamiętam jak parę lat temu znajoma bywająca często w Kopenhadze opowiadała mi o świetnym zespole dwunastolatków. Żeby zagrać koncert musieli pytać o zgodę rodziców.  Do tej pory nie jestem pewien czy chodziło akurat o Iceage, bo takich grup jest tam co najmniej kilka, ale  słuchając „New Brigade” widzę te tłumy podchmielonych dzieciaków kotłujących się w przestrzeniach legendarnego Ungdomshuset. Budynek istniejącego ponad dwadzieścia lat centrum wiecznie młodej kontrkultury został wyburzony przez polskich robotników, bo duńskie i szwedzkie centrale związkowe solidarnie odmówiły udziału w rozbiórce. W kilku tysięcznych demonstracjach w obronie miejsca szły także wkurwione nastolatki. Jest bardzo prawdopodobne, że były tam także chłopaki z Iceage, bo mieszkając w Kopenhadze, a już szczególnie grając taką muzykę po prostu nie sposób było nie otrzeć się o to miejsce. „New Brigade” to album, który wszedł mi z opóźnieniem. Żeby wprowadzić człowieka w stan hipnozy też potrzebna jest chwila, a dla mnie ta płyta to właśnie hipnoza. Mimo, że kompozycje często są dzikie i nerwowe, to wokal i zimna produkcja nagrań powoduje, że słuchając jej mam wrażenie, że doświadczam czegoś w rodzaju narkoleptycznego zwolnienia. Iceage nie wymyślają prochu, bo to muzyka, a nie wyścig zbrojeń. Ich nawiązania wypadają świeżo i autentycznie. Zresztą wydaje mi się, że fenomen tego zespołu polega na tym, że fundując podróż wehikułem czasu zostawiają nas z wrażeniem, że to nie może dziać się naprawdę. Albo, że jesteśmy świadkami powstawania legendy, która – jak to często z legendami bywa – będzie miała dramatyczny finał.
posłuchaj

Deerhoof „Deerhoof vs. Evil” (Polyvinyl)
Ten zespół od zawsze sam nagrywa i produkuje swoje płyty nie zdając się na etatowych macherów od szołbizu. I bardzo dobrze, bo chyba nie ma dla mnie nic gorszego niż desperackie ciśnienie na sukces. Deerhoof się nie podkłada. Działa po swojemu, szuka świadomie i  znajduje własne rozwiązania. Niektórzy obwieścili, że tą płytą spuścili z tonu. Ta racja opiera się tylko na pozorach. „Deerhoof vs. Evil” to album popowy, którego świetnie słucha się już za pierwszym razem, ale trzeba posłuchać więcej żeby w pełni ujawnił się kunszt z jakim został skomponowany.  Dopiero wtedy pojawia się ta właściwa  przyjemność obcowania z całą masą kompozycyjnych i produkcyjnych zabiegów kryjących się pod powierzchnią infantylnych piosenek. Zespół jest konsekwentny, ale pod żadnym pozorem nie jest to betonowa konsekwencja polegająca na powielaniu wypracowanych przez siebie sztuczek. Zresztą – przecież tu nie o sztuczki chodzi, bo to kojarzy mi się raczej z popychaniem mniej lub bardziej wyrafinowanych banałów. Deerhoof na swoich płytach proponują artrockowe konkrety. To muzyka XXI wieku, która kompulsywnie próbuje przekroczyć samą siebie.
posłuchaj

The Dreams „Morbido”  (Kill Saman Records)
Album zdobył mnie od razu i z całym dobrodziejstwem inwentarza. Francuski duet o wyjątkowo oczywistej nazwie (że ktoś jeszcze na takie wpada?!) dobitnie nawiązuje do dokonań Siouxie and the Banchees, PIL czy wczesnego Tuxedomoon (echa genialnego No Tears z „Desire”) łącząc to w jakiś dziwny i nie do końca zrozumiały dla mnie sposób z surfowymi gitarami, wampirycznymi melodiami, afrykańskimi rytmami prosto z automatu perkusyjnego i karkołomnymi dubowymi wycieczkami. „Morbido” ma analogowe, zdezelowane brzmienie, które wygenerowane zostało za pomocą minimalistycznego instrumentarium i prostych zabiegów. To właśnie prostota decyduje o sile tej płyty. Co znamienne, mam nieodparte poczucie, że w Polsce zespół inspirujący się podobnymi historiami zapodałby co najwyżej kiczowatą i sterylną bułę. Nie napiszę więcej. Nie chcę być zapamiętany jako zdrajca narodowego interesu.
posłuchaj

Kuba:

Na wstępie muszę się przyznać do swojej kompletnej ignorancji jeśli idzie o muzykę tu i teraz. Zwyczajnie zakopałem się w starociach, nie śledzę, być może przeoczam i nie doceniam. Przykłady które podam pod nos podsunęły się same.

Najlepszym koncertem jakiego miałem przyjemność doświadczyć w zeszłym roku, był występ grupy SchnAAk w CRK – kolejny przykład na to, że myśl rocka progresywnego – o ile przepuszczona przez gości z otwartymi głowami – żyje i ma się dobrze.
Pozytywnym zapoznaniem w dziedzinie muzyki krajowej było zobaczenie Oli Rzepki, perkusistki zespołu Dre Koty w akcji. Nie widziałem żeby ktoś w Polsce tak grał! Choć muzyka dziewczyn nie ma z post-punkiem za dużo do czynienia, właśnie tak bym sprecyzował jej styl gry. Odnalazłem w nim swoje ukochane Liliput, the Slits, a z zeszłorocznych porównań już nie tak ukochane Wetdog.  Kolega z zespołu podrzucił skojarzenie z Katrin z the Ex.

Gówno „spowiedź umarłego”
„Jak oni to robią? Przecież to jest ekspresja nie z tej epoki!” – powiedział kolega z zespołu puszczając mi nowy teledysk zespołu Gówno. Po udanej podróbce szlachetnego punko-polo „Telewizor” z odjazdowym teledyskiem jakiego mógłby im pozazdrościć nie jedna lżąca z generała Jaruzelskiego banda aspołecznych popaprańców, przyszła pora na zmianę. Nadal w konwencji retro, nadal w duchu punkowym, ale już innym – zimno-falowym. „Spowiedź umarłego” ma „to coś” co wyróżniało słowiańską zimną falę. Wszystko jest na swoim miejscu: nie jest przesadnie mechanicznie – zapewne dzięki „gówniarskiemu” wokalowi Maćka Salomona przywołującym skojarzenie z wokalistą Nowo Mowy (kawałek „Dekoder” z tonpressowskiej składanki „Jeszcze młodsza generacja”), a jeszcze bardziej ze śp. Skandalem z Dezertera. Z drugiej strony nie jest też zbyt frywolnie, co jest zasługą nostalgicznego, dwuakordowego podkładu (niby automat perkusyjny + gitara + klawisze). Nie za bardzo wiem co sobie odpowiedzieć na pytanie o celowość projektów tak mocno stylizowanych na przebrzmiałe konwencje, ale w przypadku Gówna jest to zrobione na tyle przekonująco, że nie ciamkam tylko słucham.
posłuchaj

Taulard
Mieliśmy zaszczyt zagrać z nimi jeden z paru najlepszych koncertów na naszej przedostatniej trasie. Kwartet Taulard z francuskiego Grenoble to grupka młodych ludzi związanych z działającym tam od niedawna niezależnym miejscem La B.A.F. Teksty ich piosenek – z pozoru wesołych – traktują o podróżach, o uczuciach, o kolegach którzy wyjeżdżają do większych miast zostawiając protagonistów samych z beznadzieją małych miasteczek. Najdramatyczniejszy jest tekst utworu „31/12/00” – wspomnienie wypadku samochodowego, w którym samochód złamał się w pół („jak bagietka”).

Sercem zespołu jest wokalista, kompozytor wszystkich utworów, (trzeba wam wiedzieć że wszystkie kawałki są rozpisane na nuty, i to w ten sposób chłopaki się ich uczyli) jego rówieśnikiem jest klawiszowiec, a dalej średnia wieku już się znacznie zaniża. Najmłodsze w zespole (14-15 lat) jest rodzeństwo. Dwóch muzykujących bez opamiętania braci – basista i perkusista – jest kształconych muzycznie, co słychać. Punk-rock i szkoła muzyczna to bardzo odległe bieguny, kiedy już się stykają, zazwyczaj mieszanka jest karkołomna. Ja osobiście bardzo tą karkołomność lubię (stąd też cieszy mnie nowe wydawnictwo Oficyny Biedota, the Leszczers). Lubię obserwować w których miejscach, który biegun ustępuje. W tym wypadku ustąpiła punkowa ekspresja, na rzecz precyzji, lekkości. Co prawda takie definiowanie punk-rocka to rzecz dyskusyjna, bo we frankofońskim undergroundzie odnaleźć możemy więcej projektów o takiej ekspresji, a jednak w punk-rock się wpisujących, jak Rene Biname (z niepunkowych przykładów przychodzą mi do głowy artyści z kręgu R.I.O.: Debile Menthol, Etron Fou Leloublan, Ferdinand, Albert Marcoeur…), ale wydaje mi się że zarówno dla punkowych towarzyszy ze wschodu jak i dobrych ludzi zza oceanu – że się posłużę takim retro podziałem – jest to ekspresja z trudem akceptowalna. Przynajmniej z początku. W zasadzie ciężko mi odnaleźć argumenty za tym, co miało by – poza obiektywnymi kwestiami środowiskowymi – łączyć muzykę Taulard z punk-rockiem. A może argumenty nie są konieczne, może wystarczy popatrzeć na ich występy na żywo. Jest w nich pewna – i tutaj pewnie pozostanę już kompletnie niezrozumiany – punkowa skromność. Coś bardziej do poczucia, mniej do zrozumienia. Ale rock’n’roll to to nie jest.
posłuchaj

11 „gettokosmos” (Oficyna Biedota)
To musiało nastąpić. Potencjał Marcina Pryta jako tekściarza i oratora prosił się o rozwinięcie od lat. Prośby te zostały wysłuchane na zeszłorocznej, mojej ulubionej od czasów splitu ze Starymi Singers płycie rodzimej formacji Marcina 19 Wiosen pt. „Pożegnanie ze Światem”. Projekt 11 zdaje się, że z tej ostatniej płyty „dziewiętnastek” pośrednio wyprądkował. Oczywiście po drodze był jeszcze TRYP – w końcu w obu projektach prócz Marcina w składzie znalazł się Paweł Cieślak.

TRYP odebrałem jako ostateczne oderwanie od big-beatowej tradycji 19 Wiosen. To, co odświeżyło formułę zespołu na „Pożegnaniu ze Światem”, już w ramach projektu TRYP wyemancypowało się od niej kompletnie. Przyklasnąłem temu co odebrałem jako świadomy wybór, choć bez przekonania. Akurat tak rozumiana syntetyczność i niejaka „taneczność” rzeczonego projektu do mnie akurat nie trafia (wyjątek: teledyskowa wersja „Jedynej Symfonii”, z – jak to ujął kolega – „bachowskimi” pochodami w finale). Ale 11 to już kolejny stopień wyrafinowania. Mocne kwadratowe bity ustąpiły miejsca co najwyżej ironicznym rytmom syntetycznych podkładów perkusyjnych z banku pamięci keyboardu CASIO; dalej, w miejscu arbitralnych, stricte industrialnych zabiegów mamy abstrakcję szumów, w miejscu przyporządkowanych tyranii praw dynamiki pętli – raczej linearne, bliższe muzyce współczesnej myślenie o kompozycji.

Rockowy mimo wszystko sznyt TRYPa i nowego wcielenia „dzięwiętnastek” nie zdołał zdezynfekować ogarniętej postępującą gangreną nie-komercjalizacji muzyki „gettokosmosu” (brzmi szumnie więc zapraszam do polemiki, chciałbym się mylić). Jeśli od powyższych właściwości zdarzają się ustępstwa, to zawsze świadomie. Tak jak w opartym na techniarskim bicie hymnie „Państwo umarło” lub w naiwnym hicie disco lo-fi „Lala Lala” (jeśli ktoś pamięta split Dezertera z radzieckimi kapelami, na potrzeby wydawnictwa wrzuconymi pod wspólny szyld CCCP, być może podzieli moje skojarzenie). Kiedy słucham „gettokosmosu” przed oczami mam „Na srebrnym globie” Żuławskiego, „O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji” Szulkina (Krystyna Janda w roli Lala Lali), i masę niezidentyfikowanych scen z filmów o holocauście. O skojarzeniu z historiami Kafki nie będę się rozpisywał, bo i tak ktoś to zrobi za mnie. Proza, również ta science-fiction, nie jest moją dziedziną. Poprzestanę więc na ocenie, że połączenie futurystycznych tekstów Pryta (pesymistycznych acz nie pozbawionych całkiem słusznie zarzucanej mu ironicznej humorystyki a la Janiszewski z Bielizny) oraz kolaży dźwiękowych Cieślaka jest połączeniem spójnym – a więc udanym. Duetowi udało się obszczać całkiem spore terytorium wokół siebie, dzięki czemu ta pozornie klaustrofobiczna forma może być wylęgarnią jeszcze co najmniej kolejnych jedenastu proroczych historii, wykrzyczanych w twarz zbyt rozsiadłego w rzeczywistości III RP towarzysza dreptaka.

Oczywiście, trzeba się będzie jeszcze rozsmakować się w zapachu moczu. Trzeba zaakceptować trud przedostania się przez smród życia, którego obecności projekty w duchu 11 całe szczęście nie ignorują.
posłuchaj

Werner Cee
Nie było mi dane odwiedzić Kina Dźwiękowego w ramach Kongresu Kultury we Wrocławiu a szkoda, bo chcąc wspomnieć o Wernerze Cee posiłkuję się samym Soundcloudem. Artysta ten ma w sobie urzekający luz – co w kręgach akademickiej elektroakustyki jest dla mnie nowością. Jest jak Cpt. Beefheart z laptopem. W swoich słuchowiskach i kompozycjach poza dźwiękami przechwyconymi skądinąd wykorzystuje gitarę basową i głos. Zdarzają mu się nieco alergicznie przyjmowane przeze mnie romanse z rockiem, ale w tym co przesłuchałem dominuje muzyka ocierająca się o field recording. I w taki sposób chce myśleć o Wernerze Cee. Jest akademikiem z otwartą głową i dystansem, a nie pretensjonalnym, prog-rockowym safandułą.
posłuchaj

Od Autora: To koniec podsumowań roku 2011. Chciałbym z tego miejsca serdecznie podziękować Izie Lach, Michałowi Stambulskiemu oraz Hubertowi i Kubie z The Kurws za swoje autorskie podsumowania. Za rok znowu się odezwę 😉