Muzyczne podsumowanie roku 2011: Wydarzenia

Pora na najciekawsze wydarzenia mijającego roku. Przyjrzyjmy się jakie historie, koncerty i zachowania najbardziej nas w poprzednim roku wzruszyły, poruszyły, zadowoliły lub zasmuciły.

Zacznijmy od koncertów, które w 2011 roku zbudziły najwięcej emocji i zaciekawienia. Oczywiście mowa będzie tylko o gigach mających miejsce w Polsce( Póki co na Primaverę do Hiszpanii się jeszcze nie wybieram).

Po pierwsze wiosenny występ Sufjana Stevensa w Warszawie. Niestety nie byłem uczestnikiem tego wydarzenia, jednak po tym co zobaczyłem w internecie jest czego żałować. Show na miarę Flaming Lips (kolorowa oprawa, konfetti itd.) z taneczną muzyką a la Sufjan. „Do You wanna Dance”? Czekam na następny występ w Polsce, tym razem nie odpuszczę. Duża część koncertu do obejrzenia tutaj. Po drugie Prince na Openerze. Z przykrością muszę stwierdzić, że Open’er 2011 > OFF Festival 2011. Prince jako headliner przebija wszystko co Rojek skołował na Katowicki festiwal muzyki alternatywnej. Kto by nie chciał posłuchać epickiego „Purple Rain” na żywo w wykonaniu legendarnego Prince’a? Po trzecie OFF Festival 2011. Mimo, że wydaje się jakby było gorzej niż w poprzednim roku to w sumie wciąż ten festiwal jest ogromnym wydarzeniem na którym trzeba być. A w tym roku nie zabrakło ciekawych zespołów takich jak Neon Indian, Junior Boys, Destroyer czy też Deerhoof oraz wyjadaczy pokroju Primal Scream i Gang of Four. Po czwarte Ringo Starr w Warszawie. Beatlesi nigdy nie pojawili się w Polsce, ani razem, ani osobno. Do tej pory. Pomijając ogromne ceny biletów i fakt, że Ringo grał głównie swoje łagodnie mówiąc „średnie” piosenki to warto było być w Warszawie i usłyszeć „Act Naturally”, „I wanna By Your Man” oraz „With A Little Help From My Friends”.

Pod koniec roku 2011 mieliśmy okazję zobaczyć koncertowy powrót legendarnej grupy Lenny Valentino. Rojek i reszta spółki wróciła na scenę ze względu na reedycje płyty „Uwaga! Jedzie Tramwaj”. Szkoda tylko, że swoją obecnością nie zaszczycili Ślązaków. Swoich fanów zasmucili za to R.E.M., LCD Soundsystem oraz The White Stripes. Tych zespołów nie usłyszymy prędko a być może już nigdy. Natomiast fani Rolling Stones zostali zaszokowani decyzją Micka Jaggera, który w wieku 68 lat założył nowy zespół. Twór nazwany został SuperHeavy a w składzie znaleźli się oprócz Jaggera: Joss Stone, David A. Stewart, A.R. Rahman oraz Damian Marley. We wrześniu można było już kupić efekt tej współpracy zatytułowany tak samo jak zespół „SuperHeavy”. Po 8 latach przerwy do studia wrócił zespół Blondie. Dzieło Debbie Harry i reszty zespołu nazwane zostało „Panic of Girls”. Było to szczególnie przeze mnie wyczekiwany krążek, który niestety mnie troszkę rozczarował.

Z ciekawostek poprzedniego roku można wspomnieć o:

Odpicowanej bryce Much. Po odejściu Piotra Maciejewskiego z zespołu atmosfera w zespole musiała być nie najlepsza. Do tego doszedł problem samochodu nazywanego „pojazdem piekarza”. Wiele zawirowań, miejmy jednak nadzieje, że nowo nadchodzący album rozwieje wszelkie wątpliwości. Gdyby jednak coś poszło nie tak to zawsze będą mieć „odpicowaną brykie”. Więcej na ten temat znajdziecie tutaj.

Urodziny Porcys. 10 lat skrupulatnego wkurzania ludzi swoimi zaniżonymi (nieraz) ocenami, drążenia tematu niezalu i łączenia go z plastkiowymi gwiazdami muzyki pop, irytującego bycia „na nie” oraz całego tego hipstrskiego syfu. Mimo, że nie lubimy to jednak sympatyzujemy i cenimy. 100 lat. Tutaj można zobaczyć film dokumentalny opowiadający o historii serwisu (W roli Harry’ego Pottera – Paweł Nowotarski).

Moonwalk Prince’a. MJ nie żyje, ale znalazł się godny następca w postaci piłkarza Milanu. Tak świętują scudetto włoscy piłkarze.

Nie zabrakło także w poprzednim roku rękoczynów i wyzwisk. Vampire Weekend vs. The Black Keys

W roku 2011 nie obeszło się od tragicznych wiadomości. 23 lipca w Londynie zmarła Amy Winehouse. Wiadomość o śmierci angielskiej piosenkarki niebyła dla mnie zaskoczeniem ze względu na tryb życia jaki prowadziła. Jednak była to dość spora strata ze względu na niezłe utwory, która tworzyła i fajny głos Amy. Poza tym w mijającym roku Ponury Żniwiarz był dość aktywny i zabrał między innymi Violettę Villas, Steva Jobsa, Clarence’a Clemonsa czy też Nate Dogg’a.

Off Festival 2011

Szósta edycja Off Festivalu już przeszła do historii, w tym roku nie zabrakło również dobrej muzyki, świetnych występów, multum wrażeń, lanego grolsha i… deszczu.

Warpaint

Tak samo jak w poprzednich latach katowicki festiwal trwał 4 dni, z których trzy ostatnie uświetniła moja osoba. Zatem wszystkich szukających relacji z Current 93 odsyłam do googla by szukali dalej, ja zajmę się pozostałymi koncertami z Doliny Trzech Stawów. Pierwszy dzień według moich wcześniejszych planów miał być dniem najmniej obfitym w koncerty, w praktyce okazało się inaczej. W tym roku zacząłem od występu grupy L.Stadt, która grała na scenie leśnej. Szczerze powiedziawszy nie znałem tej grupy zbytnio wcześniej poza dwoma oczywistymi kawałkami (Londyn i Death of a Surfer Girl – z tego zagrali tylko ten drugi). Jednak podczas 30-minutowego występu nie nudzili i wypadli całkiem w porządku. Następnie powędrowałem pod scenę główną gdzie po raz czwarty chciałem zobaczyć „my favourtie polish band”, czyli The Car is On Fire. Wymagań nie miałem dużych, gdyż wiedziałem na co ich stać i czego mogę się spodziewać. Jednak w porównaniu do występu z 2009 roku wypadli raczej słabiutko, scena mBanku okazała się dla nich za duża tak samo jak podczas Open’era w 2007 roku, gdzie również grali na największej scenie. Następnie powróciłem na scenę Leśną gdzie grać miał Lech Janerka, i jedyne co mogę powiedzieć o tym występie to tylko tyle, że Lech Janerka jest w dobrej formie i już zapowiedział następne występy. Poza tym dodam, że ten występ absolutnie nic nie zmienił w moim życiu i z pewnością raczej nie będę po nim fanem Janerki. Fani rewolucji i awanturnicy mogli dalej się bawić podczas koncertu Dezertera, ja natomiast wstąpiłem do Namiotu prezydencji (ah te polityczne zaangażowanie, widział ktoś w tym roku Buzka?) by zobaczyć występ grupy Glasser, jednak potworny zaduch i raczej nie przekonujący początek wypędził mnie stamtąd.

Junior Boys

Skuszony dobrymi opiniami udałem się na koncert Warpaint. Przed samym wyjazdem słuchałem ich płyty z poprzedniego roku „The Fool”, jednak do samego końca nie byłem pewien czy warto poświęcić na ten występ 50 minut. Poświeciłem i nie był to czas zmarnowany, bo na żywo materiał z płyty brzmiał jeszcze lepiej. Widać było, że czwórka dziewoj ze Stanów Zjednoczonych również dobrze się bawiła. Zachęcały do tańca i ogólnie sprawiły na mnie dobre wrażenie, jednak czas się zmywać. Już za moment mój headliner dnia, czyli Junior Boys. Ustawiłem się w miarę blisko by nie przegapić niczego z tego koncertu, znałem ich materiał i oczekiwałem świetnej, tanecznej zabawy. Zaczęli nie najlepiej bo od 10- minutowego spóźnienia, jednak później z minuty na minutę było coraz lepiej by zakończyć fenomenalnym Banana Ripple, który samy z siebie porywa do szalonego tańca. Nie zabrakło ich najlepszych kawałków jak i materiału z nowej płyty All It’s True. Brakowało mi tylko Second Chance, liczyłem, że odegrają właśnie ten kawałek podczas bisu, jednak o bisie nie było mowy. Kanadyjski duet wspomagany na żywo przez perkusistę dał jeden z lepszych koncertów tegorocznego festiwalu, do tej pory mam w głowie falsetowe okrzyki „No You never, No You never…”.

Omar Souleyman

Chęć zobaczenia czegoś „innego” pokierowała mnie by przez chwilę zobaczyć prawdziwy, progresywny, techniczny metal w wykonaniu Meshuggah, jednak na dłuższą metę nie zniósłbym tego natężenia agresji i hałasu w moich uszach. O 23:00 byłem już pod sceną eksperymentalną, gdzie miała wystąpić ciekawostka dnia czyli Omar Souleyman. Namiot napełnił się po brzegi (standardowo), wszyscy byli ciekawi co zaprezentuje Syryjczyk. Nawet kolesie z Junior Boys, którzy występ kręcili obok mnie. Koleś miał własnego konferansjera!!!, który w języku angielskim zapowiedział występ gwiazdy prosto z Bliskiego Wschodu. Wspomagany przez jednego muzyka od „czarnej roboty” Omar kręcił się po scenie i po prostu dawał „czadu”. Ludzie świetnie zareagowali. Hity z Jazeraa Nights brzmiały świetnie, że trudno było być obojętnym na to co się dzieje. Zwłaszcza, że parkietowa podłoga falowała i uginała się pod napływem tańczącej i skaczącej publiki. Ufff, to był kolejny świetny i niezapomniany występ. Tuż po północy byłem już na świeżym powietrzu, gdzie przez najbliższą godzinę chłonąłem dźwięki grane przez Mogwai. To był ich drugi występ na Offie i wydaje mi się, że lepiej się zaprezentowali niż w 2008 roku, jednak może to dlatego, że „Hardcore Will Never Die, But You Will” jest lepszą płytą niż „Hawk is Howling”? Jak zwykle ludzie narzekali, jednak należy pamiętać, że to zespół specyficzny i to nie tylko dlatego, że nie mają wokalu. Setlista była idealna, nie zabrakło Mogwai Fear Satan czy też Haunted by Freak jak i najfajniejszych piosenek z nowej płyty (Rano Pano chociażby). Na koniec wpadłem na początek Low, który grał koncert dedykowany Andy’emu Kotowiczowi z Sub Popu, mimo, że grali fajnie to jednak zmęczenie wygrało i tym samym pierwszy dzień festiwalu dla mnie się skończył.

Drugi dzień festiwalu rozpocząłem od koncertu D4D, czyli Dick4Dick. Miałem okazję już tyle razy ich zobaczyć i ani razu tego nie zrobiłem, dlatego zmobilizowałem się tym razem i zobaczyłem jak to wygląda tym razem. Nie było źle, jednak również bez porywów. Materiał z nowej płyty brzmiał raczej średnio poza wyróżniającym się Love is Dangerous. Czas na piwo. O 17:50 grał Blonde Redhead, bardzo wcześnie, jak na nich za wcześnie. Pomimo problemów technicznych zagrali fajną setlistę obfitą w hity z „23”. Jednak nie było tej magii, nie było tego klimatu na który wszyscy czekali. Kolejne rozczarowanie padło godzinę później, gdy się okazało, że koncert Polvo został przesunięty na godzinę 2:15. O tej porze koncert ten był tylko dla największych hardkorów.

Neon Indian

Jednak przed klęską sobotę uratowały wieczorne koncerty. Pierwszy na scenie leśnej Neon Indian dał świetny, pełen energii występ. Nie zabrakło największych hitów takich jak: Deadbeat Summer, 6669 (I Don’t Know If You Know) oraz Psychic Chasms. Było kolorowo, tanecznie i niemal szalenie. W mojej ocenie jeden z lepszych występów tegorocznej edycji, aczkolwiek przyznam się, że miałem obawy jak zabrzmi na żywo mój ulubiony album z 2009 roku. Obawy były całkowicie nie uzasadnione, Alan Palomo wykonał świetną robotę, chodź momentami stosował różnorakie zagrywki pod publikę. O 22:00 zjawiłem się pod sceną główna by zobaczyć legendę gitarowego grania, czyli Gang of Four. Nie zawiedli, pomimo tatusiowego wieku Brytyjczycy pokazali, że wciąż wymiatają i są niczym dynamit na scenie. Był to żywiołowy występ, podczas, którego przypomnieli takie klasyki jak: Damaged Goods, Ether czy Natural’s Not in It z debiutanckiego albumu Entertainment! Była to niezapomniana podróż w przeszłość. Zdecydowanie na plus.

Primal Scream

Jednak to nie koniec sobotnich wrażeń. O 23:05 miał zaczynać na Scenie Leśnej Destroyer, czyli Daniel Bejar i spółka. Dlaczego warto było być na tym gigu? Każdy kto słyszał najnowszą płytę Kaputt wie, że ta płyta jest świetna. Destroyer zachwycił nas grając właśnie w większości numery z tego krążka. I jak to brzmiało! To odpowiedź na wcześniej zadane pytanie, ten brodaty kudłacz, który wygląda dość niepozornie potrafi chwycić za serca. Wytworzyła się właśnie ta magia, na która wszyscy czekali podczas występu Blonde Redhead. Gdy tak słuchałem Bejara i jego nutek wspomniał mi się występ Menomeny sprzed trzech lat, utrwaliło to mnie tylko w przekonaniu, że warto było tutaj się zjawić. Choć co do tego nie miałem żadnych wątpliwości, bo w ten występ celowałem od samego początku. Tak samo jak celowałem w występ dnia, czyli Primal Scream, który miał odegrać swój legendarny album Screamedalica. To był zdecydowanie najżywszy, najenergiczniejszy, najbardziej taneczny występ tegorocznej edycji Off Festiwalu. Album ten w wykonaniu live brzmi jeszcze lepiej niż na płycie, zwłaszcza opener Movin’ On Up i te okrzyki „My light shines on”. Zespół grał jakby bez opamiętania, nie zważał na to, że już są 20 minut po czasie. Publice też się podobało, żywym tego dowodem było wspólne odśpiewanie Come Together. I mimo, że mogły pojawiać się problemy z prądem to zespół grał swoje i czarował publikę. Brawa dla pani robiącej chórki, to kobieta to prawdziwy wulkan.

Deerhoof

Trzeci dzień i ostatni zarazem zacząłem dość wcześnie przy żarzącym słońcu. Pierwszy zaplanowany koncert Ringo Deathstarr obejrzałem już o 15:35 na Scenie Leśnej. podczas 30 minutowego koncertu pokazali się z bardzo dobrej strony, grając energiczny, żywiołowy koncert. Były w tym jaja i sam zespół z pewnością lepiej się zaprezentował niż The Pains of Being Pure At Heart dwa lata temu. Kto nie było na Ringo, niech żałuje. Przez te półgodziny poczuliśmy prawdziwy teksas. Z resztą sami członkowie grupy czuli się jak w swoim domu. Następnie zespół Biff grał soundtrack do obserwacji akrobacji w powietrzu wykonywanych przez samoloty oraz zmagań na boisku, gdzie szpile rozgrywały drużyny offowiczów. Jednak tą sielankę przerwała gwałtowna burza, przez co występ Abradaba grający set K44 został przełożony na godzinę 2:15, to był cios. Gdy przestało padać (nie na długo jak się okazało później) zawędrowałem pod scenę główną mBanku. Zespół Liars wystąpił z 20 minutowym opóźnieniem, jednak nie przeszkadzało to im zagrania dobrego koncertu. Wokalista Angus Andrew był swego rodzaju Zlatanem Ibrahimoviciem tego zespołu, gwiazdą w pełnym tego słowa znaczenia.

Public Image Ltd

Następny przystanek to koncert grupy Deerhoof. I główne w tym momencie moje zachwyty kieruje perkusiście grupy, który na obkrojonym sprzęcie bębnił jak oszalały. Natomiast Satomi Matsuzaki została określona Hendrixem tego zespołu. Mimo, że nie słucham ich na co dzień to wiedziałem, że mogę liczyć na energiczny koncert i taki też zastałem. Brawo. O 22 byłem już ponownie pod sceną główną, gdzie miał zagrać dEUS, moje tegoroczne odkrycie (mocno eleganckie spóźnienie). Nawet padający deszcz nie mógł mnie wygonić spod sceny. Zespół z pewnością pokazał, że myślenie o Belgu jako o nudziarzu jest mocno naciągane. Tom Barman okazał się prawdziwym liderem z krwi i kości, starał się odciągnąć uwagę widzów od coraz mocniej padającego deszczu. I udało mu się to! Skakał, biegał, zachęcał do tańca podczas Favourite Game, co chwile zmieniał gitarę, żartował sobie (Barbara Streisand). Ludzie z zaplecza mieli pełne ręce roboty prazy tym kolesiu. Poza tym przedstawił nam swojego gitarzystę Mauro Pawlowskiego, który ma polskie korzenie. Ostatnim koncertem tego dnia dla mnie (głównie z powodu deszczu) był Ariel Pink Haunted Graffiti. Gdy zobaczyłem tego rozczochrańca w czerwonym sweterku wiedziałem, że będzie koncert „w jego stylu”. Mimo uporczywego deszczu, ludzie świetnie się bawili. Bo jak się okazało, jego muzyka jest w pewnym sensie muzyką deszczową. Idealnie się wkomponowała w warunki atmosferyczne, a sam nieobliczalny Ariel Pink ogrywał po kolei hiciory z Before Today i udowodnił po raz kolejny, że jest totalnym świrem. Na Public Image Ltd. deszcz odebrał całkowicie chęci.

Podsumowując. Z pewnością na plus po raz kolejny urok miejsca Doliny Trzech Stawów, powiększona oferta gastronomiczna, żywiołowe, taneczne i rozróżnicowane koncerty. Jednak pojawia się także sporo minusów. Off słynną zawsze z punktualności, w tym roku zdecydowanie za dużo było opóźnień. In minus również przesunięcia tak ważnych koncertów jak Polvo i Abradaba, pogoda w 70 % dopisała. Gdzie hip-hop? Too much metal, It’s too much for me (wiadomo kawaleria szatana wraca do łask). No i na deser problemy z parkingiem. Oj, oj mimo to Off Festiwal uważam za udany i nie czuje się rozczarowany, zwłaszcza, że zobaczyłem kilka na prawdę wybitnych koncertów.

Kaliber 44 – 3:44

Hip-hop w tym roku na offie to temat dość pominięty, a oczekiwania były duże, zwłaszcza po zeszłorocznym świetnym występie Raekwona. Na szczęście barw czarnej muzy będzie bronił Abra dAb, który wystąpi z repertuarem swojej były grupy, Kalibra 44.

I stąd też recenzja ostatniego albumu legendarnego Kalibra 44. 3:44 to album, który pojawił się w 2000 roku, już bez udziału Magika, który odszedł do Paktofoniki a następnie popełnił samobójstwo. Jednak wciąż poziom trzymał duet braci Dab i Joka wspomagani przez Dj’a Feel-X’. Ponadto można pojawia się tutaj też tak zwany Baku Baku Skład (CNE i WSZ), ale to już raczej w ramach ciekawostki. Co można powiedzieć o tym krążku?

Katowicki skład w tym okresie był już na innym etapie hip-hopu, psycho rap znany z „Księga Tajemnicza. Prolog.” poszedł w odstawkę w jego miejsce wszedł hip-hop, który jest reprezentatywny dla śląskiej sceny hip-hopowej. Zespół jednak nie zrezygnował z podziału albumu na „akty” niczym dramat. Co jakiś czas pojawia się charakterystyczne gitarowe intro zatytułowano numerycznie „jeden”, „dwa”, „trzy” oraz finalne „cztery”, które kończy album. Na 3:44 mamy tak świetne kawałki jak Normalnie o Tej porze (każdy kojarzy ten bit) czy też Litery, gdzie Joka jak wściekły wypluwa świetne zbitki słów „najważniejsza powinna być twoja głowa, a nie ręka, dupa i noga” czy też „czy chcesz czy nie chcesz zrobią ci z głowy jajo, od jutra wszyscy z jajem popierdalają” i najlepsze „o Boże znowu Drozda! Śmiechu warte. Panie Drozda idź pan chuj z takim żartem„. Koleś miał świetne poczucie humoru a jego zwrotki były przepełnione z jednej strony ironią, z drugiej natomiast pewnego rodzaju goryczą i złością. Ja to kupuje. Ważną kwestią tego albumu są również charakterystyczne bity, które przeszły do ogólnonarodowej świadomości jak wspomniane wyżej Normalnie o Tej porze. Warto także zwrócić uwagę na egzystencjalne wywody Abra dAba w Konfrontacjach czy też lajtowe podejście do tematu w Wenie.

Kaliber 44 jest legendą hip-hopu w Polsce, utorowali drogę dla wielu innych, byli jedną z pierwszych ekip na śląsku (i w Polsce), które chwyciły za mikrofon i próbowały za pomocą muzyki wyrazić swoje emocje, nastroje, przemyślenia. I mimo, że na etapie trzeciego długogrającego albumu zespół zakończył nagrywanie to wiele wniósł do polskiej sceny muzycznej. Natomiast album 3:44 jest pozycja obowiązkowa dla każdego fana tego typu muzyki. Ocena: 8/10.

posłuchaj

Low – C’mon

Czas na przedstawienie reprezentantów tak zwanego slowcore’u, którzy zaprezentują się na tegorocznym Offie.

Już sam Artur Rojek zaznaczył swoją obecność na tym gigu i jeżeli czas mu pozwoli to z pewnością będzie można go gdzieś tam z boku zobaczyć. Z resztą nie od dziś wiadomo, że czas festiwalu jest dla Rojasa ogromnym sprawdzianem, a sam dyrektor artystyczny ma wiele miejsc do zobaczenia podczas eventu w Katowicach. Poza tym należy dodać dwa słowa: SUB POP, czyli ulubiona wytwórnia nagraniowa przez Rojka. Co roku jest jakiś artysta, który nagrywa lub nagrywał w Sub Popie.

Co można powiedzieć o zespole Low? Jak sama nazwa wskazuje grają oni bardzo spokojnie, powoli i kojąco dla uszów. Oczywiście nie oznacza to, że grają kołysanki. To nie wchodzi w rachubę. Na nowym albumie o dowcipnej nazwie  C’mon w odróżnieniu od poprzednich płyt uzyskują bardziej popowe brzmienie. Już sam opener i następny „You See Everything” nas o tym przekonują, że jest melodyjnie itd. Low wykonało bardziej przystępny album dla każdego fana spokojnej muzyki. Zwłaszcza, że duet wokalny Alana Sparhawka i Mimi Parker spisuje się tutaj świetnie i mocno prawdziwie. Czuć w tym moc i jakieś uczucie. Rozkmincie przykładowo Majesty/Magic.

Jedyny mankament tej płyty jest taki, że w żaden sposób nas nie zaskakuje. Trio z Duluth odgrywają kawałek po kawałku to co każda osoba w minimalnym stopniu osłuchana i obeznana w muzyce niezalowej już kiedyś słyszała. Także No surprises i więcej niż 7/10 nie może w takim wypadku być. Warto jednak zapoznać się z innymi płytami grupy: Things We Lost in the Fire (2001) czy też Drum and Guns (2007) i zawitać pod scenę by ich zobaczyć live (pomimo późnej pory, która może sprawiać kłopoty).

posłuchaj

Primal Scream – Screamadelica

Sobotę 6 sierpnia w Katowicach niemalże legendarny Primal Scream odegra równie legendarny album Screamadelica.

Album ten wydany w 1991 roku osiągnął w tamtym czasie niebywały sukces komercyjny. W 1992 roku został on wyróżniony po raz pierwszy przez Mercury Music Prize. Dla mnie osobiście wszelakie nagrody i sukcesy komercyjne nijako wpływają na postrzeganie danego krążka czy też artysty, z względów raczej już znanych wszystkim (wszechobecna komercjalizacja). Jednak w tym wypadku muszę pokłonić się przed szkotami, że udało im się wybić z tego typu muzyką w nastrojach grunge’owych i gangsta rapowych wczesnych lat 90.

Od premiery płyty Screamadelica mija 20 lat, ciężko w tym kontekście napisać coś co odda sens temu albumowi. Zacznę od tego, że mimo upływu 20 lat (niby nie dużo, ale w muzyce przez ten czas wiele się wydarzyło) dzieło Primal Scream nie straciło na wartości i równie dobrze tego się słucha obecnie w czasach dominacji web 2.0. Dla mnie ten album jest zbiorem 11 świetnych, różnobarwnych melodii złączonych w jedną całość i nazwanych przewrotną nazwą, która od razu przywołuje mi w głowie nazwę „Metallica”. Zaczyna się od rewelacyjnego Movin’ On Up, który jest bogato zaaranżowany i mocno kojarzy mi się ze stylem Rolling Stones. Następnie ‚Slip Inside This House” przypomina mi narkotykowe odloty Beatlesów. Utwór numer 3 ‚Don’t Fight It, Feel It” jest odpowiedzią czego słuchali !!! przed nagraniem Myth Takes. Po drodze mamy jeszcze ponad 10 minutowego kolosa Come Together (już wyobrażam sobie kiwający się tłum pod sceną mBanku). Druga część albumu jest już bardziej senna, jednak nie oznacza to, że nudniejsza. Całość kończy Shine Like Stars.

Jest to już klasyczny album, pełen psychodelicznych melodii, świetnych tekstów głoszących haseł generacji tamtych lat oraz ciekawych połączeń rocka z innymi gatunkami, które były furtka dla wielu, wielu zespołów, które lubisz. Ocena: 10/10.

posłuchaj

dEUS – Vantage Point

Czas wrócić do muzycznego wymiaru tego bloga, w końcu najważniejszy festiwal muzyki niezależnej tuż, tuż.

Grupa dEUS  będzie reprezentowała w tym roku belgijskie barwy rocka alternatywnego. Jego historia sięga roku 1989, a miejscem założenia Antwerpia. Jednak nie oczekujcie ciekawej historii założenia niczym Kombajn do Zbierania Kur Po Wioskach (Szpital psychiatryczny) czy też The Doors (plaża). To są w końcu Belgowie, kraju kojarzonym z nudą i wolno płynącym czasem. Jednak czy ich muzykę można nazwać nudną? W pewnym sensie i tak, i nie.

Na początku trzeba powiedzieć prawdę, że ci kolesie z Belgii nie wymyślili niczego, czego wcześniej nie zagrałoby The Pixies, Dinosaur Jr. czy też Pavement. Jednak ile zespołów potrafi mimo to nagrać coś fajnego i w pewien sposób ciekawego? dEUS z pewnością jest takim zespołem, który pomimo braku innowacyjności w tworzonej treści potrafi skupić wokół siebie słuchaczy, którzy im przytakną i nawet się uśmiechną. W końcu Artur Rojek postawił na nich, to spora rekomendacja dla wszystkich hipsterów, dla których mekką w sierpniu będzie Dolina Trzech Stawów.

Vantage Point to najnowsze wydawnictwo grupy, które trzyma dobry, równy poziom jednak nie zbliża się do ich najlepszego, debiutanckiego albumu Worst Case Scenario. Jeżeli miałbym użyć trzech przymiotników, które określą Vantage Point to będą to: patetyczna, energiczna, melodyjna. Patetyczna w ten sposób, że wystarczy puścić sobie kończący Popular Culture by usłyszeć rozdmuchaną kompozycję na miarę Oasis. Energii także tutaj nie brakuje,  Favourite Game czy też Oh Your God udowadniają to w pełni. Melodyjność albumu natomiast zawiera się w tworzeniu, dobrych, pop-rockowych refrenów, które charakteryzują i określają ten krążek. Duża też w tym zasługa Toma Barmana  i jego wokalu. Warto zapoznać się z ich twórczością i z pewnością warto będzie zobaczyć. Ocena: 6/10.

posłuchaj.