Urodzinowa Playlista Paweuu Alternativ Blog

birthdayTo już 6 lat. Zaczynałem jako licealista zafascynowany indie rockiem. Z czasem jednak otwarłem się na wiele innych gatunków i wciąż poszukuje tego „czegoś” dla mnie. Mimo, że recenzowanie płyt to żmudna robota to odnajdywałem w tym radość i z roku na rok starałem się być coraz bardziej innowacyjny. Z różnym oczywiście skutkiem. Chociaż prawie wcale nie zaglądam do starszych publikacji (wynika to z strachu i wstydu jednocześnie) to postanowiłem stworzyć urodzinową playlistę składającą się z najbardziej esencjonalnych kawałków dla każdego roku mojej twórczości. Nie życzcie 100 lat, bo raczej tyle nie wytrwam, ale mam nadzieje, że jeszcze nie raz odnajdziecie tutaj coś fajnego.

2007. Bloc Party – Song For Clay. Gdy zaczynałem indie rock przeżywał swój renesans, zwłaszcza ten brytyjski. „A Weekend In The City” to była pierwsza zrecenzowana przeze mnie płyta. I mimo tego, że z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć, że była to dobra publikacja to od tego koślawego, nic nie wnoszącego tekstu wszystko się zaczęło. Później było zdecydowanie lepiej, czego nie można powiedzieć o muzyce Bloc Party.

Posłuchaj

2008. British Sea Power – Waving Flags. Rok 2008 to pierwsze spotkanie z OFF Festiwalem. Artur Rojek i jego impreza odcisnęli mocno swoje piętno na funkcjonowanie mojego bloga. Zafascynowany ilością tak wielu fajnych artystów postanowiłem stworzyć cykl prezentowania najlepszych płyt artystów, którzy mieli wystąpić na Offie (Do dziś z resztą to robię). Na tamtym festiwalu było wielu fajnych wykonawców, ale to British Sea Power przyjechali jako nieliczni z nowym materiałem do Mysłowic.

Posłuchaj

2009. Władek – Zbyszek daj se. To był przełomowy rok, zmieniła się formuła podsumowania rocznego, zwróciłem większą uwagę na aktualne wydania muzyczne, pojawiły się pierwsze relacje z koncertów. Do tej pory  uważam, że to był wyjątkowy rok pod wieloma względami. A Tajemniczy Władek w zabawny sposób podsumowuje tamten okres.

Posłuchaj

2010. Caribou – Odessa. W 2010 lato było gorące, a zima zimna. Wszystko było na swoim miejscu, poza oczywiście wodą w rzekach i prezydenckim samolocie (Nie może być nigdy idealnie). OFF Festival przeniósł się do Katowic a na Paweuu pojawiły się pierwsze playlisty. Z tamtego okresu mógłbym wyróżnić wiele fajnych singli, których słuchałem podczas przygotowań do obrony, ale postawiłem na Caribou. Jest to rekompensata za brak w podsumowaniu, gdyż za projekt Dana Snaitha wziąłem się dopiero w 2011, jak już było po ptokach.

2011. Iza Lach – Nic Więcej. Jeżeli chodzi o działalność bloga rok 2011 można podzielić na dwa etapy. Dołowania i wybicia się. Przyznaje, że trochę brakowało pomysłów i chęci by zastopować nieugięcie spadające kliknięcia. Jednak w sierpniu odżyłem niczym Andrea Pirlo w Juventusie. Duża w tym zasługa pewnego portalu społecznościowemu na „F”, któremu długo się opierałem. Niestety obecnie nawet blog czy strona internetowa bez konta na fejsie po prostu nie istnieje. Co do muzyki to nie wspominam 2011 jakoś wybitnie, na plus można odhaczyć płyty, które pojawiły się na rodzimym rynku między innymi Izę Lach.

2012. Frank Ocean – Pyramids. To był dobry rok dla bloga. W styczniu dzielnie wojowałem o miano blog roku w kategorii Kultura. Niestety nie udało się wejść do finałowej trójki i zatrzymałem się na pierwszej dziesiątce. Mimo to udział w konkursie i wprowadzenie nowego schematu podsumowań (lista gości pisana przez rodzimych muzyków) pozwoliła blogowi wrzucić większy bieg. W drugiej części roku uruchomiłem własną audycję radiową, która zanim na dobre się zaczęła to musiała się skończyć z powodów technicznych. Natomiast dzięki współpracy z Canal Plus rozwinęła się nieco filmowa część bloga. Muzycznie rok 2012 należał do czarnych klimatów, odzwierciedla to lista podsumowująca.

2013. A$AP Rocky – Goldie. Rok 2013 tak na prawdę nie zdążył się jeszcze rozkręcić, dlatego w tym miejscu obiecuje, że postaram się wymyślić znowu coś co uczyni Paweuu Alternativ ciekawym dla każdego miejscem. Aha i piosenka, którą najczęściej słuchałem przez ostatnie 3 miesiące.

Bloc Party – Four

Bloc Party odstawia syntezatory na bok i wraca do gitarowych korzeni.

Zabawa z elektroniką nie wyszła zespołowi na dobre. Trzeci album grupy z  Essex był porażką. „Intimacy” było zbyt nudne, za głośne i bez „ducha Bloc Party”, który grupa zaprezentowała na dwóch pierwszych krążkach: „Silent Alarm” oraz „Weekend In The City”. Nie zniechęciło to jednak Kele Okereke – lidera i wokalisty zespołu do dalszego eksplorowania i dłubania w elektronice. Jego solowy album „The Boxer” z 2010 roku był czarnym koszmarem dla wszystkich fanów zespołu i Kele Okereke.  Fatalne piosenki łączące techno, elektronikę z popem były tak straszne, że długo nie potrafiłem zapomnieć, że on to robi naprawdę na poważnie.

W związku z złą passą zespołu niespecjalnie czekałem na kolejne wydawnictwo. Do przesłuchania przekonał mnie argument powrotu na starą, dobrze znaną wszystkim drogę muzyki opartej na sile gitary i energicznej perkusji. To był dobry krok. „Four” to w miarę dobry album. Jego najważniejszą wadą jest fakt, że brakuje tutaj czegoś świeżego. Jednak biorąc pod uwagę ich próby eksperymentowania to może nawet dobrze? Cały album został oparty na rozwiązaniach dobrze znanych z debiutu zespołu. Kompozycje zawarte na „Four” momentami wydają się być kopiami piosenek z „Silent Alarm”. Jest to dość poważna sprawa, gdyż zespół powoli wchodzi w etap samo-kopii.

Jednak da się zauważyć i plusy. Jest tutaj dość sporo dobrej energii, która może zapowiadać dalszy, właściwy rozwój Bloc Party. A tego chyba wszyscy chcemy. Ja chcę szczególnie. Mam taki mały sentyment do tego zespołu, który sprawia, że trzymam za nich kciuki. Poza pozytywną energią wyróżnić należy fakt, że płyta stoi na równym poziomie. Nie jest oryginalna, ale nadrabia przyzwoitymi kompozycjami, które idealnie pobudzają umysł z rana. No i po raz kolejny wspomnę to, że Matt Tong jest G-E-N-I-A-L-N-Y-M perkusistką!

Jeżeli nie macie nic ciekawego w tym momenciu do posłuchania podczas porannej rozgrzewki to serdecznie polecam najnowsze Bloc Party. Ocena: 6/10.

10 piosenek, idealnie motywujących do ruchu, ćwiczeń i biegania

Odwieczne pytanie zadawane wujkowi Google i na łamach różnorakich for i serwisów. Co puścić by chciało nam się uprawiać sport? Jakie są piosenki dobre do ćwiczeń i biegania. Postanowiłem pomóc i poniżej zamieszczam moją autorską playlistę składających się z 10 piosenek, które idealnie zmotywują każdego do ruchu.

Na rozgrzewkę polecam synth-popowy killer grupy Junior Boys, który swoim elektronicznym brzmieniem zachęca do wymachu łapkami w górę i dół.

Na lekki bieg truchcikiem polecam Snow Patrol, ale im dalej tym szybciej biegniemy.

A jak już się rozpędziliśmy to nie zwalniajmy! Pędźmy jak helikopter w wykonaniu Bloc Party.

Wyobrażacie sobie taką playlistę bez Bon Jovi? Bo ja nie…

Ok łapiemy troszkę powietrza przy Blur – The Universal

Szybciutko, szybciutko, szybciutko!

Coś na aerobik? Proszę bardzo..

Jednak nie powinniśmy kończyć aerobiku na jednej piosence, poruszajmy się w rytm Kylie, która śpiewa do nas językiem ciała.

Pora przerzucić trochę żelastwa. Można zrobić to na dwa sposoby. Pierwszy na hip-hop’owo.

a drugi na punk’owo. W końcu każdy chce być królem plaży.

Życzę udanych ćwiczeń oraz masy wylanego potu.