Przebudzenie Japandroids, czyli słów kilka o „Near To The Wild Heart of Life”

Pamiętacie Japandroids? Swego czasu było o nich bardzo głośno za sprawą rewelacyjnego „Post-Nothing” z 2009 roku. Sam o nich pisałem przy okazji kompilacji „No Singles” oraz drugiego krążka „Celebration Rock„. To były czasy! Koszulki w teledyskach Much i pochlebne recenzje. Miód i lipa. Kanadyjski duet po pięcioletniej przerwie postanowił o sobie przypomnieć. Czy udanie? Odpowiedź poniżej.

Ha! Ok, nie będę trzymał was w niepewności. Jest dobrze. Trzeci longplay Kanadyjczyków to więcej niż udany powrót. W tej muzyce wciąż tkwi potencjał! Początkowo sądziłem, że to będzie kolejny nudny powrót po latach. W końcu co można więcej wydusić z garage rocka? Okazuje się, że można. Przynajmniej Japandroids to się udało, bo „Near To The Wild Heart of Life” o dziwo brzmi bardzo świeżo! Chłopaki wzięli gitary i bębny w ręce i dali po prostu czadu.

Wystarczy się wsłuchać w epicki „Arc of Bar” czy też kapitalny „True Love And A Free Life Of Free Will” by TO poczuć. „North East South West” i „No Known Drink or Drug” też zresztą dają radę. Co prawda nagrania straciły na swojej surowości i dynamice, jednak wciąż nadają się jako muzyka do puszczenia w towarzystwie bez obciachu. Czuć większą dojrzałość w tych nagraniach. To zabawne, ale ZAWSZE jak pojawiają się elementy elektroniki w gitarowej muzyce to mówimy o większej dojrzałości w muzyce. Widocznie na starość od szarpania strun wolimy lekkie klikanie klawiszy. Kanadyjski duet to jeszcze nie tatusie rocka w stylu AC/DC, ale słychać, że próbują nowych rzeczy. I dobrze. W końcu, ile można zapieprzać?

Podsumowując, Japandroids i ich trzeci longplay „Near To The Wild Heart of Life” to udany powrót. Nowy krążek porywa świeżością, daje sporo przyjemności za sprawą ostrych gitar oraz momentami zwalnia i daje się polubić od swojej drugiej, spokojniejszej strony. Co prawda rewolucji nie ma, ale chyba nie o to chodziło w tym przypadku. Polecam dla wszystkich indie rockowych świrów. Ocena: 7/10.

Życie bez dźwięku według Cloud Nothings

cloud-nothingssTo, że Cloud Nothings (na równi z Wavves) są moimi indie rockowymi pupilkami nie muszę chyba zbytnio przypominać. Przy okazji recenzji każdej płyty z pogranicza lo-fi i garage rocka przypominam o ich zajebistości i słuszności słuchania. Kolejna płyta w wykonaniu grupy z Cleveland to kolejny dla mnie powód do radości.

Tak, „Life Without Sound” jara mnie dość konkretnie. Trochę przesadzam i zdaje sobie z tego sprawę. Jednak dla tej grupy robię wyjątek. W ich muzyce nie za wiele się zmienia. Ten sam schemat (na szczęście sprawdzony) powtarza się na każdym albumie. Jest energicznie, intrygująco a momentami psychodelicznie. Nie zabraknie elementów screamo i punku, jak i spokojnych brzmień. Weźmy taki opener (najlepszy na płycie utwór) „Up to the Surface„. Zaczyna się jak jakiś podrzędny utwór w stylu Braci Cugowskich by przeistoczyć się w istny wulkan. To właśnie lubię w Cloud Nothings, że potrafią tymi gitarami i perkusją rozwalić mózg.

lifewithoutsound__article-hero-1130x430CLOUD NOTHINGS RULEZZZZZZZZZ, ale zdaje sobie sprawę, że to ich najgorszy album w dyskografii. Debiutanckiemu „Attack On Memory” ciężko podskoczyć a i też „Here And Nowhere Else” stało na wysokim poziomie. Tutaj jest całkiem przyzwoicie i niestety bardziej wymagającego słuchacza zespół może rozczarować. Jednak dla takich fanatyków jak Ja będzie to nie lada gratka.

To może umówmy się tak? Nie bierzmy tej płyty na poważnie. Jeżeli szukacie chwilowego relaksu i zapomnienia. Chcecie trochę poszaleć, poskakać, poczuć się jakbyście znowu mieli te 17 lat i przy okazji posłuchać porządnego, energicznego indie rocka to odpalcie sobie „Life Without Sound„. Gwarantuje, że to wypali. W moim przypadku tak było. Ocena: 7/10.

 

Dobry Indie Rock zawsze w cenie

car-seat-headrest-2016-tourNajistotniejsze media dokonały już podsumowań całorocznych, a ja wciąż z dziennikarskiego obowiązku nadrabiam muzyczne zaległości. Rok 2016 nie był szczęśliwy dla muzyki. W globalnym znaczeniu należy przypomnieć muzyczne osobowości, które odeszły z tego świata: David Bowie, Prince, George Michael czy też Leonard Cohen. Natomiast w moim przypadku świadczy o tym ilość słuchanej muzyki. Prawie wcale nie poznawałem nowej muzyki, dlatego też recenzja takiego zespołu jak Car Seat Headrest to w jakimś stopniu rarytas.

Rok 2017 a ja wciąż słucham Indie Rocka, gatunku od którego zaczęło się u mnie obcowanie z muzyką na poważnie. Co prawda ilość przesłuchanych płyt z tego szerokiego kręgu gitarowego grania jest coraz to mniejsza, jednak zawsze znajdę jakąś perełkę. I taką właśnie jest najnowszy album grupy Car Seat Headrest „Teen of Denial„. Grupa z Leesburg w stanie Virginia istnieje już od 2010 roku i dała się poznać jako zespół niezwykle płodny w albumy. Niestety ilość nie szła w parze z jakością, dlatego też większość z słuchaczy usłyszała o nich dopiero w tym roku za sprawą „Teen of Denial„.

teen-denialTegoroczny krążek to zestaw niezwykle chwytliwych indie rockowych kawałków. Amerykanie grają bezpretensjonalnie, lekko i przyjemnie. Album zaczyna się dość niepozornie, nudnie nawet można by rzec. Jednak na wysokości 3 kawałka „Destroyed by Hippie Power” zespół odkrywa swoje prawdzie oblicze na tym krążku. Świetnie riffy z pazurem przypominają o co tak na prawdę chodzi w tego typu graniu. Dalej jest oczywiście niemniej ciekawie i porywająco. Mamy przecież psychodeliczne odjazdy niczym na najlepszych utworach Arcade Fire w „Just What I Needed/ Not Just What I Needed„, zimne gitarowe solówki przywołujące na myśl dokonania Interpolu w „Cosmic Hero” oraz beztroskę The Strokes w „Unforgiving Girl” a także kapitalne perkusyjne solówki w „Connects The Dots„.

Minusów raczej się nie dopatrzyłem. Przynajmniej nie takich by można sobie nimi zawracać głowę. Nie wiem czy album ten jest na tyle dobry by do niego wracać po 5, 10 latach. To jak zwykle pokaże czas Jest jednak na tyle wartościowy by uznać go za jeden z lepszych indie rockowych krążków minionego roku. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Sentymentalny powrót do liceum z The Last Shadow Puppets

the-last-shadow-puppetsAlex Turner nie zwalnia tempa. Tym razem postanowił odkurzyć swój poboczny projekt The Last Shadow Puppets, który współtworzy z Miles’em Kane’m. Ostatni i zarazem pierwszy album tego projektu „The Age of the Understatement” ukazał się w 2008 roku, czyli w czasach kiedy MySpace miał się jeszcze dobrze. Nie był to może krążek przełomowy, ale miał całkiem przyjemne single. Poza tym kojarzy mi się z moimi czasami licealnymi, kiedy to zasłuchiwałem się tego typu indie rockowych nutach jak The Kaiser Chiefs, Kasabian czy Franz Ferdinand. Z resztą zerknijcie do archiwum bloga i zobaczcie o czym było 90 % wpisu.

Zapytać można co ma do przekazania Kane i Turner w 2016 roku? Otóż wiele, gdyż lider Arctic Monkeys mocno rozwinął się w tym czasie. Z nieokrzesanego młodziaka z gitarą zamienił się w prawdziwego artystę i rockmana. Potwierdzają to coraz lepsze albumy arktycznych małp. Ponadto do omawianego duetu dołączył kolejny muzyk – James Ford, którego na pewno kojarzycie z Simian Mobile Disco.

the-last-shadow-puppets-everything-youve-come-to-expectTegoroczna propozycja anglików „Everything You’ve Come To Expect” to album lekki, przyjemny i wpadający w ucho. Słychać na nim, że członkowie The Last Shadow Puppets dojrzeli przez te 8 lat. Kompozycje są przemyślane i zgrabne. Nie jest to album wybitny i daleko mu do takiego, jednak jest na tyle fajny, że z całą pewnością umili Wam nie jeden jesienny wieczór. Nie trwa on długo, bo jakieś 37 minut z hakiem. Należy jednak w tym momencie zaznaczyć, że wspomniane przeze mnie plusy to zarówno minusy. Album z tą samą łatwością wpada w ucho, jak i z niego wypada. Podejrzewam, że za parę lat, a nawet miesięcy nie będziecie nic pamiętać z tej płyty. 

Czy warto sięgnąć po „Everything You’ve Come To Expect„? Zdecydowanie tak, jednak nie oczekujcie zbyt wiele, gdyż możecie się rozczarować. Ja bardziej czekam na kolejny album Arctic Monkeys, a The Last Shadow Puppets traktuje jako chwilową ciekawostkę. Ocena: 6/10.

Posłuchajcie, nie oglądajcie

„This conversations getting boring”

wavvesNathan Williams, ten skurczybyk musi sobie uświadomić, że nie wszędzie jest taka pogoda jak w Los Angeles. Ostry, letni indie punk osładza mi ostatnie chłodne, mgliste dni. Idzie zima. Nie w moich głośnikach. Tam króluje „King of the beach” ze swoim piątym w dorobku krążkiem.

Jednak zanim przejdziemy do „V„, spójrzmy na chwilę w przeszłość. Historię kalifornijskiej grupy można podzielić na dwa okresy. Na ten sprzed incydentu na Primaverze, i na ten po 2010 roku. Na początku był chaos, Williams nagrywał gówniarski surf punk, który delikatnie mówiąc był średnio wciągający. Jednak po przypale w Barcelonie lider Wavves postanowił postawić kreskę i się ogarnąć. Ta zmiana wyszła na dobre zarówno dla niego samego, jak i samego Wavves. „King of the Beach” do tej pory uznawany jest za opus magnum twórczości Williamsa. Kolejny „Afraid of Heights” był jednym z najczęściej zapętlanych przeze mnie krążków w 2013 roku. Swoją drogą, dalej słucham tej płyty. W między czasie pojawiło się kilka chwytliwych epek i singli a także projekty Sweet Valley oraz Spirit Club. „Nine is god” czy też „I wanna meet Dave Grohl” to są rzeczy nie przeciętne. Następnie lider Wavves wpadł na pomysł nagrania czegoś z chłopakami z Cloud Nothings. Efekt? Rewelacja.

wavves1-640x429I tu pojawia się miejsce na klika słów na temat „V„. Sam autor powiedział, że ta płyta brzmi jak kac. Po alkoholu? Też. Głównie chodzi o rozstanie, które jest motywem przewodnim płyty. Depresyjne wyznania typu: „You don’t know what you mean
To me
” czy też „I’m broken and insane” tylko potwierdzają to. Jednak obok dołujących tekstów mamy przecież energiczną muzykę. Świetne gitarowe riff, szaleńcze rytmy perkusyjne oraz duża dawka energii tworzą „V„. Generalnie brzmienie albumu nie różni się znacząco od tego co mieliśmy na „Afraid of Heights” oraz „No Life For Me„, jednak to jest ten typ muzyki, który mogę słuchać w kółko. Dlatego też dzięki ci Nathan za „V”. Mam nadzieje, że kiedy zawitasz do Polski to pójdziemy do baru i opowiesz mi co ci leży na wątrobie. Ocena: 8/10.

Młodzi, zdolni, gniewni

W ostatnim czasie dostałem sporo muzyki do przesłuchania od polskich, młodych kapel. Dlatego też postanowiłem stworzyć jeden, zbiorowy wpis z przemyśleniami nad otrzymanym materiałem. Mam nadzieje, że spośród wymienionych płyt znajdziecie coś dla siebie. Miłej lektury!

soundqSoundQ – Xanadu. O krakowskiej formacji stworzonej przez Kubę Kubicę na łamach bloga pisałem już nie raz. Dwa lata temu wspominałem o płycie „Barbarians„, a rok temu recenzowałem „EP2„. Nie upłynęło dużo wody w Wiśle a SoundQ wydało kolejną ep-kę zatytułowaną „Xanadu„. Co mogę powiedzieć o tym wydawnictwie? Przede wszystkim warto podkreślić, że Kuba Kubica konsekwentnie się rozwija, czego dowodem jest omawiany materiał. Zbiór czterech piosenek świadczy o kolejnym kroku do przodu wykonanym przez krakowskiego artystę. Całość zaczyna spokojne, ambientowe „Xanadu„. Dalej otrzymujemy taneczne „Out of Phase” oraz synth-popowe „The Flight„. Ep-kę kończy transowe „Appetite„. Płyta ta z jednej strony jest bardzo mroczna, z drugiej natomiast taneczna. SoundQ wciąż obraca się wokół elektronicznych klimatów, porzucając jednak typowe piosenki z wokalem na pierwszym miejscu na rzecz psychodelicznych, instrumentalnych szaleństw. Oby tak dalej Kuba. Rozwijaj się dalej, słuchaj dobrej muzyki, graj koncerty, przybywaj na dobre festiwale (Widziałem Cię na zeszłorocznym Tauronie) i bądź sobą. Czekam na kolejny longplay, myślę, że będzie dobrze. Ocena: 7/10.

Posłuchaj

So flow 2, fot_B_FrymorgenSo Flow – Live Session EP. Pozostając dalej przy krakowskiej scenie muzycznej, warto wspomnieć o grupie So Flow. W opisie wyczytałem coś o samplach starych płyt, Melbourne, żywych instrumentach i neo soulu. Zaciekawiło mnie to. W końcu jestem fanem starych, popowych brzmień i muzycznych eksperymentów. Faktycznie, materiał na „Live Session EP” jest ciężki do zaszufladkowania. Już otwierający całość „Boom Boom” porywa soulowym wokalem Karoliny Teernstra oraz świetnymi gitarowymi riffami. Kolejny na liście „Limbo” raczy uszy spokojnymi partiami klawiszami a także pulsującą linią basu. Trzeci utwór na EP-ce – „Origin” to instrumentalna podróż w lata 70. Najlepsze czeka nas jednak na sam koniec. „River” to świetny, melodyjny utwór, który łączy w sobie jazzową maestrię z zimnym, indie rockowym klimatem. Generalnie jestem na tak. „Live Session EP” to dobrze zagrany i zaśpiewany materiał, gdzie sporą robotę robi partia perkusji i wspaniały, mocny głos Pani Teernstra. Jednakże jest to tylko ep-ka i brakuje mi tu trochę więcej spontaniczności. Jak na materiał okraszony w nazwie słowem „live” za dużo tu schematyczności. Nie mniej jednak z chęcią zobaczyłbym So Flow na żywo w akcji. Ocena: 6/10.

Posłuchaj.

a0299940807_10

Pan Trup – Pan Trup EP. Kolejny krakowski band w moim zestawieniu. „Zespół Pan Trup – jedna kobieta i czterech mężczyzn. Mariaż New Order, Blondie i 19 Wiosen, bękart Johnny’ego Marra” – tak brzmi fragment opisu, który otrzymałem od krakowskiego kwartetu. Nazwy poważne, zwłaszcza dla mnie, wielkiego fana twórczości Debbie Harry. Po przesłuchaniu EP-ki szybko jednak zweryfikowałem te informacje. Niestety Panu Trupowi daleko do powyższych zespołów. Bliżej im za to do innej polskiej formacji, znanej jako Cool Kids of Death. Dykcja wokalisty oraz punkowe brzmienie sprawiają, że nie jeden doświadczony recenzent mógłby ich pomylić z łódzką ekipą z debiutanckiego okresu. Szczerze powiedziawszy to na obecnym etapie swojego życia średnio mi się chce tego typu muzyki. Rok 2002 minął dawno temu. Doceniam jednak dobry warsztat oraz naprawdę dobre teksty. Nie jest to materiał zły, ma swoje momenty. Przykładowo partie gitarowe w „Rybołóstwie” robią fajną robotę, zwłaszcza pod koniec utworu a ostatni „Squash” to bardzo ładnie napisany i zagrany kawałek. Fajnie też, że teksty są po polsku. Śpiewanie po angielsku to takie trochę pójście na łatwiznę pod pretekstem zdobycia fanów za granicą. Na EP od Pana Trupa czuje spory potencjał, jednakże wolałbym więcej Blondie i New Order od CKOD. No, ale w sumie Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach na swoich demach brzmiał momentami jak Dżem i jakoś z tego wyszedł. Jest nadzieja. Aha i piątką za „w dzieciństwie nie miałem pegasusa” Ocena: 5/10

Posłuchaj

Chcesz bym zrecenzował także i Twoją muzykę? Więcej informacji znajdziesz w zakładce KONTAKT

Czy warto było czekać 8 lat na nowy album Modest Mouse?

modest-mouse1Starając się odpowiedzieć na powyższe pytanie, przeanalizuję najnowszy album grupy Modest Mouse. Amerykanie z Issaquah w stanie Waszyngton to żywa legenda indie rocka, którą stali się za sprawą dwóch płyt. Mowa o The Lonesome Crowded West z 1997 roku oraz The Moon & Antarctica, którego premiera odbyła się w roku Mistrzostw Europy rozgrywanych na stadionach w Holandii i Belgii. Świetne kompozycje, zadziorność, ciekawe teksty, własny styl oraz brak parcia na szkło sprawiły, że do dziś te dwa krążki uchodzą za perfekcyjne. Kolejne dwa longplaye Good News for People Who Love Bad News i We Were Dead Before the Ship Even Sank przyniosły niespodziewanie zespołowi sukces komercyjny. Potem nastała cisza.

8 lat to sporo. Oczekiwania wobec nowej płyty Modest Mouse były dość spore, aczkolwiek w moim przypadku liczyłem się z tym, że nie nawiążą do swojego kulminacyjnego okresu z lat 1997-2000. No i niestety „Strangers To Ourselves” jest mały rozczarowaniem. Co nie oznacza, że to płyta zła. Jest dobra, a gdy popatrzy się przez pryzmat dokonań innych indie rockowych bandów to można powiedzieć, że jest bardzo dobra. Jednak problem polega na tym, że od takich zespołów jak Modest Mouse zawsze wymaga się więcej.

Strangers To OurselvesZacznijmy od tego, że materiał na „Strangers To Ourselves” jest mocno nierówny. Z jednej strony usłyszymy przebojowe „Lampshades on Fire„, osobiste „Ansel” w którym wokalista Isaac Brock opowiada o śmierci brata czy też piękne, akustyczne „Coyotes„. Z drugiej jednak strony mamy „Pistol„, które pasuje do reszty jak pięść do nosa oraz cyrkowe „Sugar Boats„. Druga sprawa to zmiękczenie brzmienia. Brakuje mi na tej płycie wyszarpanych, szorstkich, surowych gitarowych riffów, efektownej perkusji i ogólnie tego dzikiego klimatu znanego chociażby z takich utworów jak „Trailer Trash” czy też „Doin’ the Cockroach„. Modest Mouse stracili pazur, jednak nie stracili swojego, wypracowanego stylu.

Takie kompozycje jak „Pups to Dust” oraz „The Tortoise and the Tourist” to kawał dobrej muzyki, której słuchałem z przyjemnością. Ogólnie całej płyty słucha się dobrze. Jest to muzyka letnia, przyjemna i wpadająca w ucho. Isaac Brock wraz z kolegami wciąż potrafi tworzyć zgrabne kompozycje. Lirycznie jest ok, Brock po raz kolejny używa specyficznych sformułowań, które dobrze komponują się z tłem muzycznym. Jednak gdy płyta się kończy, kończą się również emocje. Nie zostaje ona z nami dłużej i myślę, że w perspektywie czasu mało kto będzie pamiętał o tym wydawnictwie.

A więc warto było czekać? No cóż, ciężko odpowiedzieć jednoznacznie. Jeżeli ktoś liczył na powtórkę z The Moon & Antarctica to z całą pewnością będzie zawiedziony. Jednak jeżeli oczekujesz niezobowiązującej, przyjemnej w odbiorze płyty zespołu o znanej nazwie to jest to album dla Ciebie! „Strangers To Ourselves” to dobry longplay, ale nie rewelacyjny. Mimo to warto samemu posłuchać, sprawdzić i wyrobić własną opinię. Dla mnie jest co najwyżej nieźle. Ocena: 6/10.

Posłuchaj