Niby Trup, a żyje i śpiewa – recenzja płyty „Wodogrzmoty”

Krakowski band Pan Trup zastosował na mnie sprawdzoną technikę zwrócenia na siebie uwagi. Bez uprzedzenia otrzymałem przedpremierowo przesyłką pocztową ich debiutancki krążek „Wodogrzmoty„. Technika o tyle sprawdzona, że w ostatnim czasie otrzymuje wyłącznie linki do bandcampa czy też Spotify. Opcja o tyle fajna, że wygodna. Jednak większość „próśb o recenzje” ginie w poczekalni, z której bardzo ciężko ostatni wyjść. I to bynajmniej nie z powody koronawirusa… Gdy natomiast przychodzi fizyczna płyta (A przyznam, że jestem jeszcze dinozaurem zbierającym cd-eki) to czuje większe zobowiązanie wobec artysty. Tylko tutaj mała uwaga Panowie truposze – pytajcie wcześniej o adres. Ja wiem, że jeszcze nie macie żon (śpiewacie o tym!), ale ja już mam i zmieniłem adres zamieszkania.

O Panu Trupie pisałem już pięć lat temu, gdy Ci wydali EP-kę „Pan Trup”. I przyznam, że doznania zostały podobne. Zacznijmy od muzyki. „Wodogrzmoty” nie wpadają generalnie w moją estetykę. W sensie brzmienie klawiszy wyjęte jakby z jakiegoś psychodelicznego rocka lat 60 to nie mój klimat. Jednak w drugiej części płyty jest bardziej gitarowo i tu czuje się bardziej komfortowo. Generalnie, co tu dużo mówić – płyta ma swoje momenty. Chociażby końcówka utworu „Bezpaństwo„, lekki indie-rockowy początek w „Ciepłych Krajach” a także fajny klimat w „Yoko Yo Ono„, które kończy się jak jakieś latynoskie flamenco. Podoba mi się też ten dziwny dźwięk w „Zgwiazda”, który jest imitacją spadającej gwiazdy? Lubię takie nieco kiczowate wstawki, o ile nie są zbyt natarczywe.

Jeżeli chodzi o warstwę wokalną i liryczną to wokalista Tomasz Samołyk wciąż brzmi jak Ostrowski z CKOD, lecz momentami można tu usłyszeć starego i nieśmiałego Rojka. Co do tekstów to są one generalnie dobre, aczkolwiek wyłapałem tutaj parę takich perełek typu :”ale tańczyć trzeba dalej / no i my tańczymy dalej„, wywarzanie otwartych drzwi tekstem „życie to shopping jest” czy też niezdarne śpiewanie z perspektywy kobiety: „Wybrałam jednak Armando/ lubił widzieć mnie nago/ Choć mówił wszystko kolegom / mam podziw dla jego dużego… ego„. Poza tym jest OK, nie jest co prawda to płyta, która zmieniła moje życie na lepsze. W ogóle nie zmieniła go w żaden sposób, ale nie był to stracony czas.

Podsumowując, debiutancki krążek krakowskiego Pana Trupa to płyta z niezłymi momentami. Co prawda krakowski band prochu tutaj nie wymyśla, ale jest szansa, że coś z nich będzie. Póki co czuje, że to niezbyt moje klimaty, ale chętnie sprawdzę ich jak postawią na bardziej lekką formę indie rocka, bo ta całkiem nieźle im wychodzi. Ocena: 6/10.

Wakacyjne brzmienie – przegląd płyt z czerwca i lipca

Połowa wakacji za nami… Spójrzmy więc do tyłu, co w tym czasie ciekawe ukazało się na rynku muzycznym. Było tego całkiem sporo.

Deerhoof – Future Teenage Cave Artists. 15 już w kolekcji długograj dla tak zasłużonej grupy jak Deerhoof, to po prostu kolejny punkt w ich niezłomnym trudzie pracy artystycznej. Ich historia oczywiście pokazuje, że raz było lepiej, raz gorzej. Niemniej od 1994 roku dali radę natłuc 15 longplayów, 3 EP-ki, 5 albumów na żywo oraz dwie kolaboracje. Niestety tegoroczny krążek to pomysł na jedną, tytułową piosenkę i zapełnienie reszty klasycznym dla nich plumkaniem. Płyta wypada z głowy od razu po przesłuchaniu. Pozycja obowiązkowa tylko dla zagorzałych fanów, reszta niekoniecznie musi znać. Ocena: 4/10.

No Age – Goons Be Gone. Powiem wam tak. No Age już nie nagrywają w Sub Popie i to słychać. O ile przy „Nouns” potrafili zachwycić to na albumie wydanym 12 lat później odgrzewają po raz kolejny tego samego kotleta. Niby pełnymi garściami czerpią z klasyki rocka, ale czy chcemy słuchać mieszanki Rolling Stonesów z Sex Pistols w 2020 roku? Nie kupili mnie tym krążkiem. Ocena: 4/10.

Built to Spill – Built to Spill Plays the Songs of Daniel Johnston. Pisząc o tej płycie należy wpierw wyjaśnić kim jest wspomniana postać w tytule płyty. Mianowicie Daniel Johnston to wokalista, autor tekstów oraz grafik, który zmarł rok temu na zawał serca w wieku 58 lat. Jego piosenki wykonywali m.in. Tom Waits, Pearl Jam, Beck, Sonic Youth czy też Wilco (Sama śmietanka gitarowego grania z lat 90) natomiast sam wydał 21 albumów muzycznych. Built to Spill, czyli inna legenda indie rocka z lat 90 już wcześniej miała do czynienia z twórczością pana Johnstona. W 1994 roku nagrali cover jeden z jego najlepszych utworów jakim było: „Some Things Last a Long Time„. Trzy lata temu nawiązała się współpraca artysty z zespołem Douga Martscha a w tym roku ukazała się cała płyta, gdzie zespół z Boise, w stanie Idaho bierze na warsztat 11 utworów Johnsona. Jak to wyszło? Powiem tak, Biult to Spill wyjątkowo czuje ducha tych utworów dlatego słucha się ich wyjątkowo dobrze. Być może prochu tutaj nie wymyślili, ale też nie o to w tym wszystkich chodziło. Ocena: 7/10.

Bob Dylan – Rough and Rowdy Ways. Dylan udowodnił tym albumem, że jednak nie jest tak starym piernikiem jakim go malują. Co prawda za wiele się w jego muzyce nie zmienia. To wciąż te same folkowe ballady. I też daleko tej płycie do jakiegoś kosmicznego poziomu. To po prostu całkiem fajny i zgrabny album artysty, który na tej scenie jest praktycznie od zawsze (Robert Allen Zimmerman ma już 79 lat!). Nagrywać w tym wieku swój 39 krążek, to spory wyczyn. A jeszcze większy jest ten wyczyn, gdy okazuje się, że płyta stroi na całkiem przyzwoitym poziomie. Ocena: 7/10.

Phoebe Bridgers – Punisher. Generalnie rozumiem czemu Pitchfork dopatrzył się w tym albumie czegoś wybitnego. Ładny głosik, pozornie miłe dla ucha melodie, wszystko w konwencji nieco folkowej. Tylko, że straszne wieje tutaj nudą. Nawet nie wiem ile podobnych wydawnictw w tym roku przesłuchałem. Ocena: 4/10.

Special Interest – The Passion Of. No cóż, Pitchfork okrzyknął ich mianem „Best Music”. Sprawdziłem i stwierdziłem, że chyba już jestem za stary by na poważnie słuchać taką muzykę. Ocena: 3/10.

The Streets – None Of Us Are Getting Out Of This Life Alive. Mike Skinner wrócił po blisko 9 latach przerwy z nowym materiałem. Najnowszy mixtape angielskiego rapera to całkiem ciekawy krążek, który zaczyna się od dość niespodziewanej kolaboracji z grupą Tampe Impala. Niestety im dłużej słucha się tego wydawnictwa to tym mniej zachwytów. Generalnie wolałem wrócić do „A Grand Don’t Come Free„. Ocena: 5/10.

Niby tak samo, a inaczej – recenzja „The New Abnormal” The Strokes

Już któryś dzień z rzędu zapętlam w kółko najnowszy album grupy The Strokes. W związku z tym nadeszła pora by przelać na papier wrażenia z odsłuchu „The New Abnormal„. Zacznę od tego, że jestem wiernym fanem grupy od czasów licealnych. Do tej pory mam wiele fajnych wspomnień z ich pierwszymi trzema wydawnictwami. Piosenki z „Is This It„, „Room On Fire” czy też „First Impressions of Earth” to moje hymny młodości, kiedy to śmigało się po ulicach miasta w rurkach, z fają w gębie i zapuszczonymi włosami. Z kolei z „Angels” z 2011 kojarzą mi się pijackie, studenckie wieczory i granie w karty do czwartej rano. Najmniej mnie łączy z „Comedown Machine” co nie zmienia faktu, że to całkiem spoko płyta.

Teraz kiedy już totalnie zdziadziałem i nie chce mi się już tak balangować do rana a w niedziele zamiast leczyć kaca to warzę rosół z dwóch rodzai mięs – słucham właśnie „The New Abnormal„. I mimo, że płyta ta nie będzie mi się raczej kojarzyła z niczym szczególnym to w tej chwili pomaga mi wrócić do młodzieńczych lat i na chwilę się uśmiechnąć. Czemu? The Strokes ponownie odświeżają temat indie rocka i nawiązują do swoich lat świetności.  Głos Juliana Casablancasa wciąż ma tą samą energię, (Pomimo, że wydaje się trochę bardziej znudzony) chłopaki wciąż potrafią wywołać ciary swoimi gitarami a Fabrizio Moretti pozostaje żywą maszyną perkusyjną.

Oczywiście Nowojorski band próbuje nieco eksperymentować, gdyż takie kawałki jak „At The Door” czy też „Eternal Summer” nie przytrafiały się wcześniej grupie. W pierwszym z nich grupa postawiła na nieśpieszne tempo i syntezatory. Drugi natomiast to jakaś szalona wariacja łącząca w sobie nieco popu i psychodelicznego rocka. Pomyślcie teraz jak często Casablancas śpiewa falsetem? Tu to jest. I wiele innych smaczków.

Pozostałe utwory pozostają już w klimacie znanym dla grupy. Sporo gitar, nieco chaosu i brudu, nieco znużenia i mamy stare, dobre The Strokes. „Bad Decisions” spokojnie odnalazłoby się na debiucie. „Why Are Sundays So Depressing” za sprawą refrenu przypomina zabawę z komercyjnymi indie rockiem na „First Impressions of Earth„, z kolei kończące całość „Ode To The Mets” swoją epickością przywołuje na myśl kompozycje na „Room On Fire„.

Dobrze, że Strokesi wrócili w takim stylu. Nie jest to płyta przełomowa, ale umówmy się… kto na taką w ogóle czekał? Chłopaki zrealizowali swój plan w 100 %. Pomimo, że prochu tutaj nie wymyślili to fajnie, że próbowali czegoś innego jednocześnie dając nam to za co ich pokochaliśmy. Ocena: 7/10.