W Tranquilty Base Hotel & Casino wieje nudą – recenzja nowej płyty Arctic Monkeys

Arctic, the Monkeys po pięcioletniej przerwie powróciło z nowym materiałem. Niestety dla wszystkich fanów grupy i słuchaczy spragnionych dobrej muzyki mam złe wieści. Nie ma tutaj muzycznego sequelu na miarę „Obcy: Decydujące Starcie” czy też kolejnej części „Ojca Chrzestnego„. Dostajemy raczej nudną kontynuację nieźle zapowiadającego się filmu. Zacznijmy jednak od początku. W latach 2005-2007 Brytyjczycy byli jedną z najlepszych i najgłośniejszych kapeli tak zwanej New Rock Revolution. Wydane w tym czasie „Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not” czy też „Favourite Worst Nightmare” to już klasyki indie rocka. Jednak kiedy rewolucja się skończyła i opadł kurz należało znaleźć dla siebie nowe miejsce. Te Arctic Monkeys znalazło przy boku Josha Homme’a nagrywając kawałki w starym, dobrym stylu przypominające dokonania Black Sabbath. Przykładów szukajcie na rewelacyjnym „AM” z 2013 roku. Problem pojawił się dopiero w postaci omawianego „Tranquilty Base Hotel & Casino„.

Nie powiem, wieść o nowej płycie arktycznych małp mocno mnie ucieszyła. Jednak po pierwszych odsłuchach mój entuzjazm upadł. Nie jest to płyta co prawda zła, i być może faktycznie wystarczy ją puścić o drugiej w nocy w fotelu przy lampce dobrej brandy z piwniczki. Tylko co zrobić jeżeli ktoś nie ma brandy w piwnicy? Ba, nawet nie ma fotela (nie mówiąc o piwnicy z trunkami) a o drugiej w nocy śpi, bo ma na rano do roboty? Tutaj się pojawia problem. Podobał mi się ten amerykański, ciepły, mocny powiew w ich muzyce. Tutaj go dostaję w jakimś minimalnym stopniu, np. w chyba najlepszym „Star Treatment„. Przez resztę albumu wieje nudą i jest tak samo bezbarwnie  jak nowe zdjęcia promocyjne grupy w śmiesznych golfach.

Sam Alex Turner, który zawsze był jednym z najmocniejszych punktów grupy tutaj zawodzi na całego. Teksty są mało porywające, a sam wokalista przez większą część płyty śmiesznie pojękuje i wyje niczym wilk do księżyca. Gitary ustępują miejsca dźwiękom klawiszowym, co niestety nie pomaga. Nie chcę dalej czepiać się szczegółów, bo nie w tym sens. Główny i najpoważniejszy zarzut to nijakość tej płyty. Spodziewałem się jakiegoś fajnego, gitarowego koncept albumu a dostałem nie udaną próbę bycia The Beatles. Nie ma niczego gorszego w muzyce jak nudy.

Owszem, jeżeli ktoś będzie chciał bronić ten album to znajdzie odpowiednie argumenty. W końcu pod względem technicznym „Tranquilty Base Hotel & Casino” to wciąż rzecz nieosiągalna dla większości grup. Płytę słucha się całkiem dobrze, i pomijając fakt, że nie przynosi nam wielu wrażeń to nie jest ona stratą czasu. Rzecz w tym, że od  Arctic Monkeys można i powinno się wymagać więcej, a tutaj nie udało im się sprostać moim oczekiwaniom. Szkoda. Ocena: 6/10.

Reklamy

Odkurzone dzieło Car Seat Headrest – recenzja „Twin Fantasy”

Wierzcie lub nie, ale wiele zespołów chciałoby być w tym miejscu co Car Seat Headrest. Indie rockowa formacja z Leesburg w stanie Virginia zdaje się być w szczytowej formie. Nie tak dawno temu zachwycałem się ich kapitalnym albumem „Teens of Denial” a o nich znowu jest głośno. Tym razem za sprawą krążka „Twin Fantasy„.

Ciekawa sprawa z tym longplayem, gdyż pierwotnie ta płyta ukazała się już 7 lat temu. Wtedy „Twin Fantasy” wydane własnymi siłami błąkało się gdzieś w internetach bez większego echa. Teraz, gdy zespół Willa Toledo ma większy fejm, krążek upiększony i dopracowany pojawia się ponownie. Trzeba przyznać, że był to ruch kapitalny, bo „Twin Fantasy” zbiera świetne recenzje. I to całkowicie słusznie!

Sekret sukcesu najnowszej propozycji od Car Seat Headrest tkwi w szczegółach. Po pierwsze zespół nie boi się długich piosenek. O takim „Beach Life-In-Death” należałoby napisać osobną recenzję. To co wyrabia się w tym trwającym ponad 13 minut utworze jest niepojęte! Świetne melodie i energiczne riffy gitarowe nie mają tutaj końca. To oczywiście nie jedyna taka perełka na płycie bo przecież „Famous Prophets (Stars)” trwają ponad 16 minut a pozostałe utwory kończą się w granicach 6-7 minut. Niskie ukłony ode mnie, bo w dobie trzy minutowych piosenek nagrać utwór trwający ponad 10 minut w którym każda sekunda ma sens i jest potrzebna to prawdziwa sztuka.

Druga kwestia to mieszanka jaką serwują nam amerykanie. Nie zabraknie tutaj momentów zahaczających o punk, grunge, college rock czy lo-fi. Słuchając tej płyty przypomniały mi się gitarowe odloty Cloud Nothings, aczkolwiek można doszukiwać się na tym krążku bardziej klasycznych wzorców takich jak Pavement czy Built To Spill.

Trzecia sprawa to fakt, że pomimo tego, że to ich szósty krążek to ma on typowe atuty dla debiutu. Pomimo przerobienia pierwotnej wersji „Twin Fantasy” zostało na nim wiele energii i świeżości, która charakteryzuje głównie pierwsze płyty. Można by wymienić setki zespołów, które skończył się na jednej płycie (The Kooks, Kaiser Chiefs, Maximo Park) lub takich, które nigdy nie dorównały swoimi następnymi płytami tej pierwszej (Coldplay, U2, Interpol). Magia pierwszej płyty ma niezwykłą moc i jest ona tutaj zawarta.

Mamy dopiero marzec (swoją drogą piękny miesiąc, bo zwiastuje nadchodzącą wiosnę i moje urodziny) a ja już wiem, że ten krążek na 100 % znajdzie się w moim całorocznym podsumowaniu. Car Seat Headrest wypuściło album żywy, mocny, energiczny i po prostu świetny. Takiego indie rocka po prostu chce się słuchać, niezależnie od wszystkiego. Ocena: 9/10.

Kiedyś koszule w pasy, dziś farbowane włosy i skórzane kurtki – nowe oblicze Franz Ferdinand w „Always Ascending”

Zagorzali obrońcy indie rocka i hitów spod znaku „Take Me Out” wydali już werdykt, który równocześnie jest wyrokiem. Nowej płyty Franz Ferdinand nie idzie słuchać! I wcale mnie to nie dziwi, bo najnowsza i zarazem piąta w kolekcji płyta, jest najmniej singlowa. Brakuje tutaj typowych dla FF gitarowych szlagierów, jakie mogliśmy usłyszeć chociażby na debiucie czy też „You Could Have It So Much Better”. Nie znajdziemy tutaj kontynuacji takich hitów jak wspomniany „Take Me Out„, „Do You Want To” czy też „Ulysses„.

Zamiast tego blond Kopranos serwuje słuchaczom zestawy mocno rozciągnięte, naszpikowane syntezatorami i odnoszące się do dyskotekowej strony lat 80. Na papierze brzmi ciekawie, w rzeczywistości to bywa różnie. Szkoci tą płytą prochu nie wymyślili, ale biorąc pod uwagę wyłącznie aspekt rozrywkowy to „Always Ascending” wykonuje swoją robotę. Zwłaszcza w takich utworach jak „Lazy Boy„, „Feel The Love Go” czy też „Lois Lane„.

Jednak mam też słowo otuchy dla fanów standardowego gitarowego grania. Jest tu wciąż tego sporo. Ferdinandzi, aż tak nie oszaleli i wypełnili album klasycznymi dla siebie utworami, które mieszczą się gdzieś pomiędzy indie rokiem a dance punkiem spod znaku The Rapture. Generalnie szkoci zachowali rozsądny umiar w dawkowaniu wszystkiego i nie przesadzili z metamorfozą niczym zeszłoroczny wybryk Arcade Fire. Prawdą jednak jest, że ich zapełniacze nie stoją na jakimś wyjątkowo wysokim poziomie. I gdy brakuje głośnych singli, ich braki się uwydatniają.

Stąd m.in tak wiele krytycznych uwag i słabych recenzji. Nie bądźmy jednak aż tak surowi. „Always Ascending” nie jest rzeczą wybitną, ale na pewno nie jest to zły album. To solidny zestaw piosenek by posłuchać i za jakiś czas zapomnieć. Pobawmy się trochę tą płytą, za nim posłuchamy czegoś nowszego i lepszego. Zwłaszcza, że koncert grupy w Warszawie tuż, tuż. Ocena: 5/10.

Nie lubię motorów, ale lubię Black Rebel Motorcycle Club – recenzja „Wrong Creatures”.

Pamiętam, że jakieś 10 lat temu też zaczynałem rok od recenzji Black Rebel Motorcycle Club. Dżizas, jak ten czas leci. Wtedy miałem mocne postanowienie, że będę pisał wyłącznie o rzeczach ambitnych. Przeglądając stare posty uświadamiam sobie, jak człowiek się zmienia. Ten blog to żywy przykład tego, że pojmowanie muzyki na różnych etapach życia zmienia się. Coś, co wtedy jarało mnie, licealistę, już nie ma tej samej siły, gdy jestem tuż przed trzydziestką. Czy będę wciąż pisał, mając lat 40? 50? Jeżeli tak, to na pewno wrócę do tej recenzji i uśmiechnę się do niej i pomyślę sobie: „30 prawie na karku, a wciąż głupi”.

Wróćmy jednak do recenzji, bo od moich smutnych spostrzeżeń chciałem wyjść do tezy, że człowiek się zmienia, ale Black Rebel Motorcycle Club wciąż jest spoko. Tak, nowy krążek Amerykanów jest na prawdę spoko. Peter Hayes z ekipą wypracował swój własny styl, który usłyszymy na każdej płycie zespołu. I mimo, że na „Wrong Creatures” prochu nie wymyślili, to całości słucha się bardzo przyjemnie. Ten klimatyczny i nieco ponury indie rock ma to coś. Słuchając tego albumu czujemy się, jakbyśmy faktycznie należeli do cool klubu kolesi w skórach, jeżdżących na motorach. Ja za motorami nie przepadam, ale cieszę się, że należę do tego klubu.

Wrong Creatures” to przede wszystkim dobre, mocne gitarowe riffy. Czasami wkradają się tutaj klawisze, a czasami usłyszymy skrzypce. Momentami robi się dość psychodelicznie jak np. w „Calling Them All Away„, a chwilami robi się podniośle i patetycznie jak w „All Rise„. Peter Hayes potrafi tutaj na przemian zachwycić nas melodyjnymi refrenami jak i klimatycznymi, by nie mówić mrocznymi wstawkami. Z jednej strony zespół potrafi bawić się brzmieniem, jak w np. „Circus Bazooko„, z drugiej częstuje nas rockiem, który już dobrze znamy (zwłaszcza na początku płyty). Jednym zdaniem BRMC odwala tutaj swoją standardową robotę, i to jest jak najbardziej OK.

Podsumowując, najnowszy, ósmy w kolejności album Black Rebel Motorcycle Club to solidna rzecz. Płyta nie jest może zbyt odkrywcza, jednak taki rock dobrze na mnie działa. Nie wiem czy moje pozytywne reakcje wynikają z tego, że w końcu miałem okazję przesłuchać tego typu materiał jak należy (głośno i w spokoju). Czy też po prostu Black Rebel Motorcycle Club jest zespołem, który nie nagrywa rzeczy słabych. Nie zmienia to jednak faktu, że płytę oceniam na mocną siódemkę. Ocena: 7/10.

Przegapiony soundtrack wakacji – recenzja „Routines” Hoops

Zupełnie nie rozumiem jak mogłem pominąć Hoops i ich „Routines” podczas ostatnich wakacji. Przecież to najbardziej letnie granie spod znaku indie rocka jakie słyszałem w minionym roku. Na szczęście grudzień-styczeń to okres podsumowań muzycznych, które skrupulatnie przypominają mi to co przegapiłem.

Jak zwykle było tego wiele, m.in. amerykanie z Hoops, którzy co prawda istnieją już od 2011 roku, jednak dopiero teraz zrobiło się o nich głośno, za sprawą ciepło przyjętej płyty „Routines„. Debiut chłopaków z Bloomington w stanie Indiana to zestaw 11 lekkich, ciepłych indie rockowych kawałków. Piosenki nie są długie, riffy gitarowe wpadają w ucho, lekki basik wprowadza nas w miły stan a wokal nie sili się by się wyróżnić. Mają w sobie trochę z Violens i z Real Estate. Można doszukać się wpływów Ariela Pinka jak i Bradforda Coxa. Jednak pomimo tych twardych inspiracji czuć w tym pewną świeżość, jaka towarzyszy tym utworom.

Już początkowy „Sun’s Out” daje nam wyraźny sygnał, że będziemy obcować z czymś dobrym. Główny riff gitarowy trochę mi przypomniał nieco zapomniany już zespół The Pains of Being Pure at Heart. Całość ma natomiast dość nostalgiczny wydźwięk. Następny „Rules” trochę stara się przyśpieszyć tempo by odpowiednio nas wprowadzić w singlowe „On Top„. Zachwyca mnie popowość tych utworów, zwłaszcza w „Benjals” czy też „The Way Luv Is„. O tym, że song-writing stoi tutaj na niezaprzeczalnie wysokim poziomie potwierdza m.in. „On Letting Go” czy też „All My Life„. Jednak nie dajcie się wciągnąć w zgadywanie gatunków i wymyślne wymyślanie określeń dla tych piosenek, bo to typowo letni album, który ma po prostu dawać radość tu i teraz. I uwierzcie, że ją daje w 100 procentach.

Trochę mi teraz szkoda, że moje wakacje nad Adriatykiem odbyły się głównie na tle Calvina Harrisa i Wavves. No, ale przecież znów będą wakacje? Prawda? Ocena: 8/10.

V nie zawsze jako Victoria – recenzja najnowszego albumu The Horrors

The Horrors to jeden z tych zespołów, co do których się niestety pomyliłem. Gdy pierwszy raz usłyszałem o angielskim bandzie, pomyślałem, że to jakiś indie rockowy odpowiednik Lordi. Mroczny wizerunek miał przysłaniać kiepskie kompozycje. Okazało się jednak, że Faris Badwan i spółka mają całkiem sporo do zaoferowania. Od momentu debiutu „Strange House” w 2007 roku każdy ich następny album był coraz to lepszy. „Primary Colours” z 2009 roku był całkiem niezłym albumem i świetnie się go słuchało na żywo podczas pamiętnego OFF Festiwalu 2010, jednak to „Skying” z 2011 oraz „Luminous” z 2014 roku nazwałbym ich momentem szczytowym.

„V” to najnowsza propozycja od Londyńczyków. Oprócz nazwy album ma też inne charakterystyczne cechy dla prawie każdej piątej płyty w dyskografii zespołu (Nie wliczajcie w to stwierdzenie m.in. Radioheadów, Beatlesów czy też Stonesów). Główna to problem z określeniem kierunku w jakim miałby iść ten krążek. Trochę czuć te zagubienie u Farisa i reszty. Momentami słychać próbę zagrania czegoś innego, nowego. Jednak te eksperymenty nie trwają długo, gdyż dostajemy również sporą dawkę tego co już dobrze znamy. Nie chcę z tego robić zarzutu wobec płyty, jednak po drodze jaką przeszli The Horrors spodziewałem się… w sumie nie wiadomo czego. Może jest dobrze, a ja się tylko czepiam? Jedno jest na pewno pewne, nie jest to tak wybitny krążek jak wspomniane wcześniej „Luminous” czy też „Skying„, na których czuć mnóstwo świeżości, porywających momentów, kapitalnych singli i niesamowitego klimatu. Te dwa albumy są najbardziej zwięzłe i konkretne, a przez to w mojej ocenie najlepsze. To trochę tak jakby wygrali dwa mecze w pewnym stylu po 3:0, a potem 1:0, z czego ten jeden gol był z rzutu karnego.

Piątka to z pewnością najbardziej dojrzały album w ich dyskografii. I kto wie? Może z czasem bardziej go docenię? Tak jak chociażby doceniłem z prawie 5 letnim poślizgiem „Shields” od Grizzly Bear. Wiecie co mi najbardziej imponuje w Horrorsach? Te ich bogate inspiracje muzyczne. Generalnie nie polecam żadnych odnośników do social mediów, jednak w tym przypadku sprawdźcie ich Facebook’a. Znajdziecie tam całe zastępy świetnej i nieraz zapomnianej już muzyki.

V” to album, który należy ocenić pozytywnie. Dobrze się go słucha, bo The Horrors zawsze dobrze brzmią. Kompozycje są ciekawie zbudowane, mają swój charakterystyczny, trochę mroczny klimat i są to piosenki w zasadzie do wszystkiego. Do większości, w tym kapitalnego „Something To Remeber By My” śmiało można nawet potańczyć. Brytyjczycy nie robią tutaj absolutnie niczego na siłę. Trochę na początku recenzji zacząłem psioczyć na poziom płyty, jednak tak na poważnie tej płycie można zarzucić jedynie to, że nie jest jeszcze lepsza od poprzednich w bogatej dyskografii The Horrors. Ocena: 7/10.

Powrót Wolf Parade taki sobie, a cieszy! Recenzja „Cry Cry Cry”.

Jesień to okres powrotów. Dzieciaki wracają do szkoły, nauczyciele do pracy, dobrze znane seriale wracają na antenę, gwiazdy znowu tańczą na polu minowym, a muzyczni dygnitarze dają zielone światło na premierę nowych albumów. Na powrót Kanadyjczyków z Wolf  Parade trzeba było czekać aż 7 jesieni. Zespół, który w 2005 roku zadebiutował kapitalnym albumem „Apologies to the Queen Mary” jest dla mnie jednym z lepszych przedstawicieli indie rocka od nudniejszego sąsiada Stanów Zjednoczonych. Co prawda, drugi ich krążek „At Mount Zoomer” nie był już tak udaną produkcją jak debiut, ale i tak w moim odczuciu był całkiem niezły. Klapą należy określić „Expo 86” z 2010 roku. Po jego wydaniu Dan Boeckner z resztą zgrai zamilkli na długie 7 lat (Nie wiem czy w Tybecie).

Prawdopodobnie w zeszłym roku chłopakom zabrakło siana, dlatego postanowili wydać debiutancki album w wersji DELUXE i ponownie się reaktywować. Efektem ponownej współpracy Boecknera i spółki jest nowy album „Cry Cry Cry„. Zaczyna się on dość słabo i nudnie. „Lazarus Online” to kiepski wybór na opener. Ogólnie pierwsza część płyty jest dla mnie taka troszkę nijaka. Niby Wolf Parade stosuje sprawdzone chwyty, ale ciężki mi  było się wciągnąć w ten krążek. Na szczęście druga część tego longplaya jest znacznie lepsza i zaciera niesmak pozostawiony po pierwszych trackach. Zaczyna się od „Baby Blue„, który równie dobrze mogli by nagrać Arcade Fire… parę lat temu. Natomiast na kolejnym „Weaponized” grupie było najbliżej do dawnej formy.

Kompozycje zgromadzone na „Cry Cry Cry” nie wprowadzają niczego nowego do gatunku. Tak jak wspomniałem wcześniej, Kanadyjczycy stosują sprawdzone patenty. Raz lepiej, raz gorzej. Brakuje tutaj trochę tego efektu zaskoczenia i tego „wow”. Momentami nawet są tego blisko, jednak w efekcie końcowym niestety nie udaje się uwieść mnie, jako słuchacza. Ale bez obaw chłopaki, i tak was lubię.

Nie chciałbym głównie oceniać „Cry Cry Cry” przez pryzmat dawnego sentymentu do Wolf Parade, ale chyba tak się właśnie dzieje. Nowa propozycja od Kanadyjczyków nie wzbudza żadnych większych emocji, jednakże gdy słucham tego albumu, to cieszę się, że jest. Pozwala mi to poczuć, że stary, dobry indie rock jeszcze żyje. Teraz chyba już wiem co czuli moi starsi znajomi, gdy byli zniesmaczeni faktem, że niema już takich bandów jak Pearl Jam, Guns N’ Roses, Soundgarden czy The Smashing Pumpkins. Ale nie dziadujmy, bo wciąż potrafię rozróżnić dobrą muzykę od gówna i nie słucham wyłącznie płyt z okresu 2005-2009. Po prostu chciałem sprawdzić, czy może Wolf Parade przeżywają nową młodość. Jak się okazało, jednak nie. Ocena: 6/10.