20 najlepszych okładek płyt

Background_PurpleCzym byłaby muzyka bez tej fizycznej części? Jestem staroświecki, lubię mieć płytę na półce. Lubię podczas słuchania oglądać okładkę, czytać zawartość książeczki, śledzić teksty. To jest pewnego rodzaju rytuał słuchania płyty. Dlatego nie jarają mnie w ogóle wersje elektroniczne. Dzień w którym nie będzie można kupić płyty, filmu, książki i gazety w formie fizycznej będzie najsmutniejszym dniem w dziejach świata. Dzisiejszą notkę chcę poświęcić okładkom, które nie ukrywajmy są równie ważne co zawartość płyty. W historii muzyki było wiele kapitalnych płyt z słabymi okładkami i na odwrót. Dzisiaj chcę zaprezentować 20 moich ulubionych okładek.

arctic-monkeys-whatever-people-say-i-am-thats-what-i-am-notArctic Monkeys – Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not (2005). Z powodu fajki było sporo kontrowersji, jednak trzeba przyznać, że zdjęcie Chrisa McClure’a jest na swój sposób urzekające. Zawiera ono pewnego rodzaju prostotę. Nie jest może jakieś wybitne, ale idealnie pasuje do zwartości płyty.

Animal-Collective-Strawberry-JamAnimal Collective – Strawberry Jam (2007). Tak jak w przypadku wcześniejszej okładki to zdjęcie również pasuje do albumu. Płyta się nazywa truskawkowy dżem to i na zdjęciu mamy rozkwaszone truskawki. So ironic.

The Beatles - Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club BandThe Beatles – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (1967). Legendarna okładka kultowego zespołu. Znaleźli się na niej oprócz muzyków zespołu z Liverpoolu  i ich woskowych figur kartonowe wizerunki wielu znanych osób sztuki, muzyki, filmu, polityki, sportu, nauki i innych dziedzin. Współczesnemu, nieobeznanemu w historii człowiekowi wiele tych nazwisk nic nie mów. Te najbardziej znane to: Marlon Brandon, Edgar Allan Poe, Bob Dylan, Flip i Flap, Marylin Monroe, Karol Marks, Oscar Wilde i Albert Einstein. Monumentalne dzieło.

Blondie PLBlondie – Plastic Letters (1978). Sam zamysł robienia zdjęcia przy radiowozie brzmi infantylnie. Jednak to zdjęcie ma to „coś”, taki luz, który powoduje, że to moja ulubiona okładka Blondie. I pomimo tego, że zawartość płyty dupy nie urywa to kupiłem tą płytę ze względu właśnie na okładkę.

bob-dylan-freewheelinBob Dylan – The Freewheelin’ (1963). Mimo, że to zimowy Nowy Jork to ta okładka promienieje i wzbudza we mnie pozytywne odczucia. Nie wiem czy to sprawka Suze Rotolo, która wróciła z słonecznej Italii czy też tego hipisowskiego Volkswagena z tyłu?

born in the usaBruce Springsteen – Born In The U.S.A. (1984). Chyba najbardziej amerykańska okładka wszech czasów. Przetarte jeansy, kowbojski pasek, czapka z daszkiem i tyłek Springsteena. A to wszystko na tle flagi Stanów Zjednoczonych.

london-callingThe Clash – London Calling (1979). Źródeł  popularności okładki punkowej płyty należy upatrywać w nawiązaniu do grafiki ozdabiającej debiut Elvisa Presleya oraz fenomenalnym zdjęciu przedstawiającym Paula Simonona rozwalającego swoją gitarę podczas koncertu w Nowym Jorku. Połączenie ironii (muzycy zawsze podkreślali, że teksty takich muzyków jak Presley czy Rolling Stones są do dupy) i anarchii, którą symbolizuje roztrzaskana gitara.

clinic 1999 epClinic – Clinic EP (1999). Ta okładka przez długi okres czasu ozdabiała mój folder z muzyką na kompie. W jakiś sposób to samo się ustawiło. Jednak nie zamierzałem tego zmieniać, bo genialnie pasowała. Nie jest ona jakaś wybitna, jednakże przedstawia mój ulubiony instrument muzyczny – perkusję. A jeżeli ktoś jeszcze nie wie to bębny od zawsze był moją niespełnioną do końca pasją.

kanyewestlateregistration2005Kanye West – Late Registration (2005). Dropout Bear w szkolnym uniformie był chwytem marketingowym Kanye Westa w czasach zanim okładką jego płyty był brak okładki. A tak serio, gdy patrze na ten obrazek to mam mieszane uczucia. Sam West także budzi mieszane uczucia. Z jednej strony chętnie nakopał bym mu do tyłka, z drugiej cenię jego za kapitalną muzykę. Stąd wyróżnienie.

good-kid-maad-cityKendrick Lamar – Good Kid, M.A.D. City (2012). To zdjęcie wygląda trochę jak ten mem z tymi czterema śmiesznymi typkami przy jednym stole. Z drugiej strony, gdyby przejrzeć rodzinne albumy to możemy znaleźć dziesiątki podobnych fotek u siebie. Siła tkwi w prostocie i słoiku z żółtym „czymś”. Klimatu z pewnością dodają też cenzurki na twarzach. Świetna płyta, z świetną okładką.

108315_kombajn-do-zbierania-kur-po-wioskach_osme_pietroKombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – 8 Piętro (2005). Mechaniczny kurczak na fajnym odcieniu zieleni przez długi czas stanowił moją tapetę na telefonie. Moja słabość do tej płyty tkwi nie tylko w muzyce, ale i w tej grafice.

Fucked Up - The Chemistry of Common LifeFucked Up – The Chemistry of Common Life (2008). Kolejna okładka prezentująca uroki Nowego Jorku. Tyle, że tym razem w cieplejszy dzień przy zachodzie słońca. Metafora życiowego pośpiechu i cywilizacyjnego postępu. Być może zdjęcie jakich wiele, ale na swój sposób ujmujące i wciągające.

Menomena - Friend And FoeMenomena – Friend And Foe (2007). Zdecydowanie jedna z moich ulubionych okładek. Na te drobne elemenciki tworzące w kunsztowny sposób grafikę płyty Menomeny mogę patrzeć godzinami. Czuć duch Radiohead i ich stworka z „Amnesiac„.

N.W.A. - Straight Outta ComptonN.W.A. – Straight Outta Compton (1988). Te zdjęcie pokazuje tylko jedno. Trzymajcie się z dala od Compton, najniebezpieczniejszego miejsca na planecie. W naszym wydaniu brzmiałoby to tak „miasto jest nasze”. Gangsterska płyta z mocnymi tekstami wymaga równie mocnego artworku.

Nirvana - NevermindNirvana – Nevermind (1991). O tej okładce pisano już książki, dlatego też nie dodam nic oryginalnego. Musiała się znaleźć na liście.

of Montreal – The Sunlandic Twinsof Montreal – The Sunlandic Twins (2005). Zespół Kevina Barnesa przyzwyczaił nas, że muzykę of Montreal można interpretować na wieloraki sposób. Jednakże okładka albumu z 2005 roku symbolizować może tylko – Małżeństwo Kevina z Niną. Muzyka of Montreal zawsze szła w parze z uczuciami sercowymi wokalisty. Na tym etapie Kevin czuł się bliźniakiem Niny. Stąd taka a nie inna nazwa płyty i okładka. Co było dalej, poszukajcie sami.

Rage Against The Machine - Rage Against The MachineRage Against The Machine – Rage Against The Machine (1992). Chyba pierwsze zdjęcie na liście o zabarwieniu politycznym. Rage Against The Machine często poruszali kwestie polityczne dlatego nie dziwi fakt,że użyli legendarnego zdjęcia z okresu wojny w Wietnamie przedstawiającego wietnamskiego mnicha dokonującego aktu samospalenia.

The Rolling Stones - Beggars BanquetThe Rolling Stones – Beggars Banquet (1968). Nie ma nic bardziej rockowego niż obleśny kibel z zamazaną ścianą. Wczytajcie się w te napisy i te obrazki.

the_velvet_underground-the_velvet_underground_y_nico-frontalThe Velvet Underground and Nico – The Velvet Underground and Nico (1967). W tym przypadku recepta na sukces była prosta – użycie grafiki Andy’ego Warhola.

Ścianka - Pan Planeta (2006)Ścianka – Pan Planeta (2006). Ta okładka jest jak cała zawartość tej płyty. Nie tylko ze względu na tytułowego Pana Planetę. Ale formę jaką on przyjął i jego minę. Uwielbiam takie ironiczne żarciki i heheszki.

Reklamy

Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Bytom, 16.03.2013

kombajngotykNa koncert Kombajnu na Górnym Śląsku czekałem 6 lat. Ostatni ich występ w moim regionie odbył się w Chorzowie w 2007 roku! W dodatku problemy ze sprzętem i ponad godzinne opóźnienie spowodowało, że nie mogłem zobaczyć występu Zagańskiego i reszty do końca. W czasie tych sześciu lat zespół koncertował mniej niż zwykle a zapowiadane koncerty często odwoływano. Dlatego też dla Ślązaków smak na ICH występ był znacznie większy niż za czasów prezydentury Busha Juniora.

Na początku tego roku zorganizowali mini trasę na której znalazł się również Bytom. Pomimo tego, że nie mam najlepszego zdania na temat tego miasta to przez ten jeden dzień Bytom był stolicą Śląska. Klub Gotyk – w którym odbył się karmelkowo-gruzowy spektakl nie różni się niczym od znanych mi lokali z Mikołowa, sala w której odbywał się koncert nie robiła dobrego wrażenia ze względu na swoją pojemność. Jednak ja zawsze lubiłem tego typu sale, gdyż pozwalają na lepszy kontakt z zespołem.

Za support można uznać Materac. „Pamiętacie coś Materaca?” tym zapytaniem zaczął się występ duetu Zagański-Koprowski wzbogacony o gitarzystę Tomka Śliwkę, który zagrał dwa pierwsze utwory z pamiętnej płyty „Andersen Dobranoc”. Oczywiście wszystko w ramach przygotowania i nastrojenia instrumentów, jednak z zaciekawieniem się przyglądałem temu luźnemu graniu, widać było w tym radość. W ogóle cały późniejszy, blisko dwu-godziny koncert KDZKPW był pełen pozytywnych emocji. Ciężko mi pisać o takich występach jak ten. Ilość przeżyć powoduje, że chciałbym napisać wszystko, każdy gest, każdą nutę, każdy akord, każde wspaniałe uderzenie w talerze perkusji. Jednak postaram się przekazać jak najwięcej istotnych informacji nie popadając jednocześnie w histerię piętnastolatki widzącej Justina Biebera.

Setlista mocno przypadła mi do gustu, była to mieszanka utworów z  najnowszej płyty „Karmelki i Gruz” z starszymi „hiciorami”. Zaczęli od „Waniliowego Nieba”, które idealnie pasuje na opener kombajnowego koncertu. W tym momencie jeszcze nie dowierzałem, że jestem tutaj i słucham Kombajnu live. Nie zabrakło wywoływanych przez publikę „Połączeń” oraz „Warszawy”. „Lewą Stronę Literki M” godnie reprezentowały ‚Uczucia” i zmodyfikowane „Roboty”. Wspaniale na żywo brzmią piosenki z ostatniej płyty. Usłyszenie „Morświnów”, „Wysokich Obcasów” oraz zapodanych na sam koniec „Tulipan i Ćmy” wywoływało uśmiech i momentami ciarki na plecach. Każda ich piosenka była częścią kapitalnego show. Ani przez moment nie pojawiła się nuda.

Zespół grał energicznie i z typową dla nich pasją. Nie zabrakło również zabawnych tekstów Zagana, który miał bardzo pozytywny kontakt z widownią. Słuchacze też dali radę, nie było w klubie ani jednej przypadkowej osoby, która by nie znała chociaż jednej piosenki KDZKPW. Jednemu kolesiowi nawet powierzono odśpiewanie „Planety i Liście”. Po zakończonym koncercie i wylaniu przez muzyków wiadra potu widownia wymusiła bis w postacie wspomnianego wyżej utworu „Tulipany i Ćmy”. Wciągająca końcówka ów piosenki stanowiła idealne zwieńczenie pięknego występu. Czekamy na kolejny Wasz występ na Górnym Śląsku!

Muzyczne podsumowanie roku 2011: Płyty

Pora na listę 10 albumów, które moim zdaniem najwięcej wniosły do muzyki i dały najwięcej radości moim uszom. Płyt takich oczywiście było więcej, ale nie chce mi się robić tak rozbudowanych list jak na  Rolling  Stone. Interesują mnie tylko konkrety.

10. The Antlers – Burst Apart. Ranking płyt zacznę od najbardziej klimatycznego i magicznego indie poprzedniego roku. Nowojorski zespół The Antlers postarał się i zaprezentował materiał, który najlepiej jest określić słowami „mistyczny” i „tajemniczy”. Nastrojowe brzmienie gitar dopełnione jest dobrze brzmiącym wokalem. Rozbudowane aranżacje wciągają i co najważniejsze nie nudzą. Dobra pozycja dla fanów Jeffa Buckleya i nie tylko. Jeżeli nie zapoznałeś się z „Burst Apart” to jeszcze nic straconego. Jeżeli chodzi o mnie to takie płyty działają na moją osobę jak lep na muchy. Ciężko przestać mi słuchać The Antlers.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

9. The Weeknd – Echoes Of Silence. Kanadyjski autor zeszłorocznej trylogii ambitnego hip-hopu najbardziej wyróżnił się swoim trzecim albumem wypuszczonym pod koniec roku. „Echoes Of Silence” to powinna być lektura obowiązkowa dla każdego muzyka zabierającego się za r’n’b i hip-hop. W końcu Abel Tesfaye jest uczniem samego Drake’a i wydaje się być kwestią czasu kiedy uczeń pokona mistrza i The Weeknd będzie wyżej notowany w rankingach podsumowujących. Póki co jest dobrze, jak na debiut i ilość wypuszczonego materiału to młody Kanadyjczyk dał radę. Trzy dobre płyty w jednym roku to coś zdumiewającego.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

8. Cold War Kids – Mine is Yours. Do twórczości Nathana Willetta zawsze miałem słabość. Przede wszystkim za rewelacyjny debiut z 2006 roku „Robbers & Cowards”. Na drugim longplayu trochę spuścili z tonu, jednak zeszłoroczny krążek udowadnia, że dalej są w grze. „Mine is Yours” to fajna, piosenkowa płyta z duża porcją smakowitych gitar. Momentami jest patetycznie, ale nie aż za nad to. Dodatkowo po raz kolejny Pan Willett wyróżnił się umiejętnościami tworzenia życiowych tekstów. Trudno było mi odmówić umieszczenia ich na tej liście.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

7. Atlas Sound – Parallax. Ten album jest tak różnorodny, że każdy powinien coś dla siebie znaleźć. Bradford Cox zaserwował nam rożne aspekty swojej twórczości na jednej płycie. No bo jak porównywać do siebie słodko brzmiący „Lightworks” do sennego „Terra Incognita” czy też narkotycznego „Modern Aquatic Nightsongs”? Można sobie tylko zadawać pytanie, czy gdyby album był bardziej wyrównany byłby wyżej w rankingu? Czy byłby po prostu nudny? Nie można jednak odmówić Bradfordowi Coxowi, że posiada unikatowy talent tworzenia dobrych piosenek.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

6. The Diogenes Club – The Diogenes Club. Z Georgiem Michaelem ostatnio krucho, ale mamy przecież The Diogenes Club. Świetne, świeże i pełne życia połączenie popu z muzyką gitarową. Słuchając tej płyty całkowicie się odprężam, a myśli są gdzieś daleko. Bez żadnej napinki, zwykła prostota i chwytliwość tych melodii wystarczają by mnie zrelaksować. Czy też widzicie te różowe chmurki? P.S. Nic nie brałem, wystarczy posłuchać. I want to believe.

przeczytaj recenzję / posłuchaj

5. Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki i Gruz. Marcin Zagański i reszta wydali w zeszłym roku album wyśmienity. Długo wyczekiwany krążek zaspokoił wszystkie moje potrzeby. Każda minuta na tej płycie ma znaczenie, ma jakiś cel. Styl zespołu nie odbiegł daleko od tego co już było, jest jesienie i depresyjnie z domieszka słodkości. Stąd nazwa „Karmelki i Gruz”. Jest to najczęściej przeze mnie słuchany polski, gitarowy album minionych 12 miesięcy. Teraz już tylko czekamy na jakąś trasę koncertową.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

4. WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain. Chyba najoryginalniejszy wokal roku 2011 i jeden z ciekawszych indie rockowych debiutów ostatnich paru lat. Czemu? Brakowało mi takiego zespołu, który zgromadziłby w sobie wszystko co najlepsze z takich kapel jak Wolf Parade, Arcade Fire itd. I jednocześnie bardzo dużo czerpie z dokonań Modest Mouse. Świetne, energiczne, gitarowe nagrania z sensem. Chłopaki udowadniają, że indie się nie skończyło i jeszcze można coś wartościowego z tego gatunku wyciągnąć. Mi się to podoba a wam?

przeczytaj recenzje / posłuchaj

3. Iza Lach – Krzyk. Płyta o której nie wspominałem wcześniej. Teraz nadaje się do tego idealna okazja. Przyznam szczerze, że początkowo zignorowałem fakt, że Iza Lach wydaje nowy album. Dopiero na początku tego roku przesłuchałem „Krzyk” i cóż to byłby za błąd, gdybym to podsumowanie opublikował w grudniu! Drugi krążek Izy to pop spod znaku tego rewelacyjnego. Jest tutaj multum fajnych popowych melodii przyprawionych elektroniką. Charakterystyczny wokal Izy Lach dodaje tej płycie uroku. Te kompozycje są ujmujące nie tylko ze strony muzycznej, ale i także lirycznej. No bo przecież „Najtrudniej jest zobaczyć siebie z drugiej strony”. Jest to z całą pewnością najlepsza polska popowa płyta z zeszłego roku. Niektórzy porównują ją do „Grandy” Moniki Brodki. Jak dla mnie „Krzyk” > „Granda”. To co tu usłyszałem jest po prostu piękne. Brązowy medal dla Izy Lach zasłużony.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

2. Drake – Take Care. Najlepszy album hip-hopowy poprzedniego roku. Drake wydaje się być idealną opozycją do duetu Jay-Z i Kanye West. „Take Care” zachwyciło mnie w 2011 roku świetnymi podkładami, nawijakami prosto z serca, dobrym wyczuciem r’n’b, fajnym klimatem i momentami romantycznym nastrojem. Wczytując się w teksty można dostrzec w nich wiele smutku jak i miłości. Złamane serce nie po raz pierwszy jest tematem płyty genialnej. Bo Drake to artysta genialny co udowadnia w każdym utworze na tym krążku. To jedna z tych płyt, która sprawia nam jednocześnie niezmierną przyjemność w odsłuchu i zarazem wbija nam gwoździe w serce. Wydawać by się mogło, że to sytuacja bez wygranej. Jednak nie. Muzyka tryumfuje.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

1. Destroyer – Kaputt. Daniel Bejar za tą płytę powinien stać się człowiekiem roku według Magazynu People, Newsweek, Piłka Nożna Plus itd. Kaputt jest płytą rewelacyjną. Każda minuta wprowadza nas w błogi stan zadumy i latania w chmurach z wielorybami. Świetny nastrój sielanki wytworzony na tych 9 utworach wspomagany przez miłe dźwięki saksofonu i tego wibrującego basu zasługują na duże uznanie. W moim przypadku na najwyższe. Niektórzy narzekają na nudę i nijakość, ja jej nie zauważam. Dla mnie każda minuta spędzona z ta płytą to był czas z przyjemnością spożytkowany. Poza tym gdy myślę o tej płycie i jej słucham to przed oczami mam czarno-biały obraz Jacka Nicholsona, który kręci się po okolicach miasta aniołów (w tym czasie poznawałem legendarny film Romana Polańskiego „Chinatown”). Generalnie senny klimat na płycie idealnie się sprawdza jako valium dla każdego posiadacza kredytu w frankach szwajcarskich.

przeczytaj recenzje / posłuchaj


Polish Power – rok 2011 w polskiej muzyce

Rok 2011 to był naprawdę dobry rok dla polskiej muzyki. W poprzednich dwunastu miesiącach można było usłyszeć sporo dobrej, fajnej i ciekawej muzyki. Mimo, że przeważnie opisuje zagraniczne dokonania to zawsze kibicuje naszym rodowitym muzykom. Oto jak wyglądał poprzedni rok w wykonaniu naszych orzełków .

Zacznijmy od  muzyki gitarowej. Rok 2011 to przede wszystkim dobre powroty paru, dobrze znanych nam zespołów. Przeze mnie najbardziej wyczekiwana była nowa płyta zespołu Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. „Karmelki i Gruz” okazały się jednym z najlepszych płyt jakie dane było mi usłyszeć poprzedniej jesieni. Marcin Zagański i reszta ekipy z Nowego Dworku pokazała się z bardzo dobrej strony, nagrywając album wciągający i przede wszystkim bardzo dobry. KDZKPW to jeden z tych zespołów, który jeszcze nigdy nie zawiódł moich oczekiwań. Na jesień powrócił również Cool Kids of Death. „Plan Ewakuacji” traktowałem raczej jako ciekawostkę i byłem po prostu tylko ciekaw co zaprezentuje zespól tym razem, jaki kierunek obierze? Okazało się, że bardziej popowa twarz pasuje do Krzyśka Ostrowskiego i reszty łódzkiego bandu.

Całkiem przyjemnie słuchało mi się również drugiego albumu zespołu Renton.Warszawski zespół tym razem w języku polskim udowadniał na „Niech wszystko stanie sie lepsze”, że granie indie dalej jest cool. Poza tym Muchy wypuściły na koniec roku fajny singiel „Nie przeszkadzaj mi bo tańczę”, który promuje nowo nadchodzącą płytę. Singlowo zaprezentowały się również Ścianka i The Car is On Fire, będziemy czekać z pewnością w 2012 na płyty tych wykonawców. Dobry powrót zaliczył również Psychocukier a ich „Królestwo” zostało dobrze przyjęte przez media zajmujące się muzyka niezależną. Rok 2011 to także powrót po pięciu latach grupy Myslovitz. Dla mnie osobiście Artur Rojek nie jest już muzykiem a głównie organizatorem OFF Festivalu. Poza tym mysłowicka grupa już mnie tak nie „jara” jak to było jakieś 6 lat temu. Mimo to „Nie ważne jak wysoko jesteśmy…” wydaje się być lepszą płytą niż poprzednie „Happiness is Easy”. „Lie In Wait (EP)”  to kolejny powód by kibicować i trzymać kciuki za zespół Microexpressions. Panowie, czekamy na długogrający album.

Pora na debiutantów. Z pewnością na wyróżnienie zasługują dwa projekty. Po pierwsze Nerwowe Wakacje, które są braterskim paktem muzyków The Car is On Fire, Afrokolektywu  oraz Kolorofon a po drugie The Kurws. Pierwszy z nich nagrał rewelacyjny „Polish Rock” natomiast drugi wywołał u mnie dużo pozytywnych reakcji albumem „Dziura w Getcie”.

Przejdźmy teraz do muzyki popowej. W niej również wiele się działo. Najlepszym albumem w tej materii z pewnością jest dla mnie „Krzyk” Izy Lach. Dla młodej wokalistki jest to drugi krążek w dorobku. Musze przyznać, że tą płytą urzekła mnie i wręcz oczarowała. Cukier dla uszów. Z dobrej strony zaprezentowały się debiutantki Dziun i Marina Łuczenko. Debiutancki krążek pierwszej z nich „A.M.B.A.” to lekki, bezpretensjonalny zbiór piosenek łączących w sobie osiągnięcia popu i alternatywy. Natomiast na „Hardbeat” pojawiają się zarówno motywy typowe dla teen-popu jak i electro. Dobra płyta na imprezę. Wciąż nie doczekaliśmy się nowego albumu Edyty Bartosiewicz, ale dostaliśmy w zamian fajną piosenkę „Witaj w Moim Świecie”, która promowała nowego Kubusia Puchatka. Kolejną płytę za to zaprezentowała Ramona Rey, jednak „3” wydaje się być łakomym kąskiem jedynie dla fanów twórczości artystki. Warto jeszcze tutaj wspomnieć o Ani Rusowicz i jej dziele nazwanym po prostu „Mój big-bit”. Jest to ciekawa pozycja nawiązująca do twórczości jej mamy Ady Rusowicz oraz mająca w sobie nutkę nowoczesności.

Na koniec zostawiłem sobie podsumowanie polskiego hip-hopu. Tutaj bezapelacyjnie rządził Ten Typ Mes, który wydał najlepszy album hip-hopowy. „Kandydaci na Szaleńców” zawiera w sobie świetne nawijki Mesa, który wznosi się na wyżyny. Z podkładami było różnie, jednak przy tak dobrym materiale i genialnych wersach Mesa jest to mniej istotne. „Prewersje” Fokusa również zasługują na wyróżnienie. Nie tylko dlatego, że sympatyzuje z śląskim raperem. Przede wszystkim za rewelacyjne podkłady stworzone przez Lukatricksa oraz charyzmę Fokusa. W zeszłym roku powrócił również Łona. Szczeciński raper przy pomocy Webbera wydał „Cztery i Pół”, który może nie miażdży systemu, ale wydaje się być ciekawą pozycją dla studentów i licealistów. Ciekawy materiał zaprezentował duet Sokół i Marysia Starosta na „Czysta Brudna Prawda”.

Godnych uwagi polskich płyt z pewnością jest więcej, jednak te wyżej wymienione stanowią pewną esencję roku 2011. Mam nadzieje, że nowy 2012 rok będzie równie obfity w dobre, rodzime produkcje. Tego życzę sobie i Wam.

Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki i Gruz

Warto było czekać na nowy album Kombajnu Do Zbierania Kur Po Wioskach. Nie zawiedli moich dość sporych nadziei związanych z tym wydawnictwem.

Jestem fanem Marcina Zagańskiego i reszty chłopaków od czasów licealnych, gdy to zakochałem się w „8 Piętrze” a „Lewa Strona Literki M”, pielęgnowała tą miłość do momentu wydania Materacu. Wtedy usłyszałem równie świetne utwory w obkrojonym składzie KDZKPW do Zagańskiego i Koprowskiego. Jednak dalej z tęsknota wyszukiwałem jakichkolwiek informacji o działalności grupy z miasta Jezusa Króla. Tuż po katastrofie w Smoleńsku ukazał się pierwszy nowy utwór „Tornado”. Podsycił tylko apetyt. Do uczty doszło dopiero w tym tygodniu.

„Karmelki i Gruz” to trzeci album w ich kolekcji samych dobrych płyt. Nie wiem, czy jest lepsza od poprzedniczek, nie wiem czy też jest gorsza. Cały czas jestem pod wrażeniem tych utworów. Jednak by nie posądzać mnie o zbyt emocjonalne podejście do zespołu powiem, że starałem się znaleźć coś co mi nie odpowiada w tej płycie. Przynajmniej starałem się. Ok, to przejdźmy do słodkich karmelków i do brudnego gruzu.

Nowa płyta to zlepek dziesięciu nowych, fajnych, klimatycznych piosenek w tym jednej znanej już od ponad roku „Tornado„. Jest zupełnie jak mówił Zagański w wywiadach, jest to tak samo piosenkowa płyta jak 8 Piętro i całkowicie słuszne jest stwierdzenie, że to typowo jesienna płyta. Ten wspaniały klimat składa się z kilku czynników. Po pierwsze teksty. Ja wiem, że liryka jest często murem do nieprzeskoczenia dla wielu słuchaczy ze względu na psychodeliczność a momentami pewnego rodzaju schizofreniczność tekstów pisanych przez Zagana. Jednak jak nie dać się porwać urokowi tekstom bogatym w tak wiele ciekawych metafor, porównań i innych zabiegów? W „Wysokich obcasach” podmiot liryczny w refrenie przybiera pierwszą osobę rodzaju żeńskiego „Poszłabym za Tobą w Świat, lecz tak trudno być kobietą na obcasach”. Natomiast w „Kaskaderzy” padają śmiałe porównania: „Miłość to horror, więc znajdź kwiaty na trupach we mnie, Miłość to porno więc chodź tu, pokochaj siebie”. No i oczywiście perełki typu: „Nasze spotkanie grozi zakupami w Tesco” lub „Jestem robakiem w Twojej truskawce, weź mnie na palec”. Oczywiście zabawa w interpretacje to temat na długie filozoficzno-pijackie dyskusje. Zaletą tego typu tekstów jest szerokość ich znaczenia, dlatego tak na prawdę każdy może je interpretować na swój sposób i zapewne będzie to słuszna interpretacja.

Drugi czynnik wpływający na klimat płyty ma już tylko jedną interpretację. Chodzi o muzykę, brzmienie. Po raz kolejny jestem pod zachwytem brzmienia gitary. Paweł Koprowski jest jednym z lepszych gitarzystów w tym kraju. To jak brzmi gitara i dogrywa mu bas powoduje momentami ciary na plecach, ręce same bija brawo. Od „Kaskaderów” czuć niemal hardkorowy, screamo-rockowy klimat, Morświny przypomina mi typową melancholię w wykonaniu KDZKPW. A konstrukcja i napięcie na „Tornado” można porównać do horrorów Wes’a Cravena. To jak kończy krążek tytułowy Karmeli i Gruz to mistrzostwo, 8-minutowy majstersztyk depresyjnego brzmienia.Warto także odnotować, że „Nowy perkusista” dodał całkiem nowej świeżości w kwestii bębnów i talerzy.

No i po trzecie głos, wokal samego Marcina Zagańskiego. Nie muszę chyba nikomu udowadniać, że to jeden z lepszych wokalistów rockowych w tym kraju (Jeżeli nie najlepszy). Brzmi on tak prawdziwie, dużą rolę tu także odgrywa sama barwa głosu. A minusy? Można się przyczepić tekstów i być może powrotu w kierunku do 8 Piętra zamiast podążania „nową, świeżą” ścieżką. Wtedy USA atakowało Kanadę, teraz „Rosja morduję Polskę”. Dla mnie jednak ta płyta to czołówka i rewelacja tego roku, nie brak mi niczego, tego chciałem. Dziękuje. Ocena: 9/10.

posłuchaj

Paweuu Playlist Kwiecień

Ostatnie wydarzenia wpłynęły także i na działalność tego bloga. Mimo, że o pewnych rzeczach nie można zapomnieć z dnia na dzień to należy żyć dalej, zatem pojawią się nowe wpisy i to z większą częstotliwością by nadrobić ostatni czas ciszy i zadumy.Zacznę od przedstawienia trzech kwietniowych kawałków:

Kombajn do Zbierania Kur Po Wioskach – Tornado. Widać i czuć, że chłopaki wracają do życia. Po ostatniej płycie Lewa Strona Literki M chłopcy zrobili sobie przerwę na płytę Materaca gdzie pogrywali sobie wokalista Zagański i gitarzysta Koprowski. Pojawiły się nawet głosy, że to było właśnie TO. Teraz KDZKPW znowu nagrywa, koncertuje. Zagan w jednym z wywiadów mówił, że chcą iść dalej i trzecia płyta będzie bardziej piosenkowa jak to było na 8 piętrze. I po Tornadzie słychać, że mówił prawdę. Ponad 6 minut muzy właśnie w ich stylu. Liryka bez zmian „Pod poduszką trzymam nóż”, „Dziś zabiłem siebie pierwszy raz”. To tylko przykłady, możliwości do interpretacji wszechstronne. Poza tym świetna gitara, Paweł Koprowski wie jak się z nią obchodzić i wykorzystuje to na korzyść zespołu. Ucieszył mnie ten kawałek na ich stronie, dobrze, że wracają.

Posłuchaj

Deborah Harry – If I Had You. To już nie jest Debbie, to jest Deborah. Wiadomo czas leci, ludzie się zmieniają, jednak pewne rzeczy zostają te same. Dla mnie dalej Debbie Harry mimo babcinego wieku rządzi i dzieli. Początkowo podziwiałem jej twórczość w zespole Blondie, zapoznałem się jednak także z twórczością solo pani Harry. Pitchfork docenił jej ostatnią płytę, moim zdaniem jest trochę nie równa, ale jest tu wiele perełek. I Jedną z nich jest If I Had You. Nie jest to coś odkrywczego, ale kurtka to na prawdę kawał dobrej roboty.  Porządny gitarowy pop, niemalże ballada jednak dużo żywiołowości się pojawia. Teksty może nie nowatorskie, lecz dopasowane do całości „And I can’t stop your eyes from saying things we always knew”, „And living a lifetime I’m dying to know if it’s true „. Utwór jeden z lepszych na płycie, przypadł mi do gustu. Gdybym miał Ciebie… dużo rozmyślań na ten temat. Obecnie Debbie Harry koncertuje z Blondie po kasynach w Stanach i wpadną na chwile na wyspy.

Posłuchaj

Buddy Holly – Peggy Sue. Trochę wiało u mnie w domu ostatnio latami ’50. Buddy Holly to był swój chłop. Miałem o nim wspomnieć, ale nie sądziłem, że nawiąże do ostatnich wydarzeń faktem, że Buddy zginął w katastrofie lotniczej. Wróćmy do tego co stworzył ten radosny człowiek. Tak, on był radosny. Zawsze uśmiechnięty w swoim charakterystycznym stylu. Jego muzyka też była na poziomie. Ja wiem, że odstraszać może „przedbeatelsowość”, ale warto poznać to co ten chłopak ze Stanów nagrał. Były to utwory proste, nie przekraczające czasowo 3 minut ale czuć było w tym to coś. Peggy Sue jest jedną właśnie z takich kompozycji. Istna prostota grania i radość życia.Nośmy w życiu na twarzy taki sam szczery uśmiech jak Buddy.

Posłuchaj

Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – 8 Piętro

8pietroPewien mój znajomy zapytany przeze mnie czym tak na prawdę jest prawdziwa muzyka odpowiedział mi zadając pytanie czy wiem co to podwójna stopa. Odpowiedziałem, że wiem, ale co to ma do znaczenia? Dla niego utwór bez podwójnej stopy to nie muzyka.

Dla mnie niekoniecznie. Taki Kombajn Do zbierania Ku Po Wioskach nie ma w sobie nic z „podwójnej stopy” a jest to muzyka pełna gębą. Muzyka najlepsza. Muzyka plądrująca moje uczucia. Pomijając dokonania takich grup jak Lenny Valentino, Myslovitz czy Cool Kids of Death można stwierdzić, że wydali oni najlepszą płytę tego dziesięciolecia (w tym kraju). Płyta oczywiście bez pomocy mediów w niszowych kręgach zyskała status kultowej wręcz. W moim osobistym rankingu ścisła czołówka. Walcząca gdzieś tam z dokonaniami Radiohead czy Arcade Fire.  I nie zmienia się to odkąd usłyszałem tą muzykę wracając samochodem z Rybnika do Mikołowa.

Dla mnie ta płyta to jakieś pierdolone sacrum, Alfa i Omega polskiej muzyki rockowej. Zdaję sobie sprawę, że wielu narzeka, że to nazwa długa i mało zrozumiała, teksty jakieś zbyt wymyślne. Jednak takie argumenty nie przeszkadzają w ubóstwianiu Trail of Dead czy też liryki tworzonej przez Thoma Yorke’a. Czemu polskie nawiązanie miałoby być gorsze? I nie jest to kwestia wiary jak w przypadku Comy. Gdyby zestawić te zespoły obok siebie to Coma byłaby zwykłą dżdżownicą a Zagański i reszta penisem Płetwala Błękitnego. Więc teza postawiona przez pewnego recenzenta mówiąca o tym, że Kombajniści to alternatywa dla Comy świadczy nie najlepiej o tejże osobie.

Wracając do płyty. Nuty, które nam serwuje KDZKPW to lekko depresyjne melodie dobre na jesień i… na wiosnę! Tak, tak. Mimo wszystko jest jakaś pozytywna strona, która nie dołuje a rozwesela. „Idzie wiosna”.Nawiązania są widoczne a raczej słyszalne od pierwszych sekund 8 Piętra. Brytyjska scena niezależna lat 90. Jednak nie taka jak w wykonaniu Mysłowickich grup, które z lekksza się powtarzają na każdej płycie. Paweł Koprowski świetnie zgrywa gitarę z resztą przez co mamy zajebistą melodyjność na płycie. Brak tu jakiś brudnych, hardkorowych szarpanin. Wszystko na lajcie, spokojnie, łagodnie. Marcin Zagański pieści ucho swoim lekko zachrypniętym głosem, porównywanym do wokalisty Cooper Temple Clause.

Teksty. Najlepsza rzecz z całości. Skumajcie te linijki: „straszę żeby zapomnieć jak bardzo sie was boję”, „Znowu wydaje mi się, że jestem Batmanem mam ogonek” albo „I, że na zewnątrz Bolek i Lolek piją czaj”. Niby głupie a takie fajne. Idealnie wkomponowane w muzykę. Połączenia to ogólnie mistrzostwo pod względem muzyki jak i tekstu. Każda linijka porywa a szalejąca gitara niszczy umysły. Warszawa jest w ciul klimatyczna. Niektórzy mówią, że przydługa. Je polecam założyć słuchawki na uszy i przebujać się w nocy przez miasto z tym utworem w tle. Doznacie. Waniliowe Niebo ma zbyt niebezpieczną końcówkę. W ogóle trzeba zauważyć, że utwory na płycie im dłużej trwają tym się bardziej rozkręcają. Prezent, Waniliowe Niebo, Połączenia czy też Białe Kwity. Na koniec KDZKPW zapodaje nam akustyczna Śnieżkę. Tak jak na koniec sms-a dodaje się emotionka 😉

Reasumując, 8 Piętro to klasyka polskiej alternatywy, znajomość wręcz obowiązkowa. Ocena: 10\10.

P.S. Dziś mijają już dwa lata istnienia tego wspaniałego blogaska. Dzięki za miłe słowa. Ja mam także zajebistą informacje. Radiohead w sierpniu w Polsce! Także do zobaczenia w Poznaniu.