10 kolejnych thrillerów trzymających w napięciu, których jeszcze nie widziałeś

Duże zainteresowanie pierwszą odsłoną listy 10 thrillerów, które warto zobaczyć zachęciło mnie do stworzenia kontynuacji. Okazuje się, że ten gatunek filmowy ma wiele perełek mniej lub bardziej znanych, które koniecznie trzeba zobaczyć. Bez większego owijania w bawełnę, poniżej znajdziecie 10 thrillerów, które intrygują, zachwycają, trzymają w napięciu i co najważniejsze prawdopodobnie ich nie widzieliście!

Contratiempo (2016, reż. Oriol Paulo). Młody biznesmen Adrián Doria budzi się w pokoju hotelowym obok martwej kochanki. By udowodnić swoją niewinność zatrudnia znaną Panią adwokat, której opowie kilka wersji wydarzeń. „Contratiempo” to jeden z tych hiszpańskich thrillerów nowej fali, który co chwila potrafi zaskoczyć. Wersja wydarzeń zmienia się nieustanie, a to w co wierzyliśmy do tej pory, przestaje być nagle oczywiste. Kto jest winien śmierci? Odpowiedź zaskoczy was kilka razy. Filmowa historia jest przestawiana z punktu widzenia młodego biznesmena. Co chwilę pojawiają się nowe dowody, nowsze fakty, nowi świadkowie no i oczywiście nowe pytania. Fabuła pędzi niczym rozpędzony pociąg, przez co nie ma tutaj czasu na nudę. Jeżeli poszukujecie ciekawego, angażującego i zaskakującego filmu, to obraz pana Paulo jest dla was!

Dotyk Zła / Touch of Evil (1958, reż. Orson Welles). Przez moment miałem opory przed wstawieniem tego obrazu w niniejszą listę. Po pierwsze dzieło jednego z najwybitniejszych reżyserów wszech czasów nie jest filmem mało znanym, a wręcz klasykiem kina. Jednak doskonale sobie zdaje sprawę z tego jak wygląda współcześnie oglądanie filmów starych i czarno-białych. Ze względu na swój wiek często są pomijane przez większość ludzi, co jest ogromnym błędem, gdyż większość tych obrazów pomimo upływu dziesiątek lat niezestarzały się na tyle by przeszkadzało to w odbiorze filmu. Dlaczego warto zobaczyć ten film? Przede wszystkim dla świetnie napisanych postaci. Mamy tutaj rywalizację w śledztwie pomiędzy przedstawicielem meksykańskiej policji Mike’m a zmęczonym życiem kapitanem policji Hankiem Quinlanem (W tej roli świetny Orson Welles). Gdy na granicy Stanów Zjednoczonych i Meksyku w wyniku wybuchu samochodu ginie lokalny biznesmen ze swoją kochanką, obaj postanawiają rozwiązać sprawę po swojemu. „Dotyk Zła” to przykład kryminału idealnego, znajdziemy w nim zarówno dobrze poprowadzoną intrygę, napięcie no i rewelacyjny klimat. By nakłonić do seansu podpowiem jeszcze, że film zaczyna jedno z najlepszych ujęć nakręconych za jednym razem!

Lament / Gok-seong (2016, reż. Hong Jin-Na). W pewnej koreańskiej wiosce dochodzi do tajemniczych zgonów. Sprawę próbuje rozwiązać niezdarny miejscowy policjant Jong-goo. Nie jest on jednak przygotowany na to co go czeka, gdyż wyjaśnienie sprawy zaburzy cały jego światopogląd. „Lament” jak każdy dobry film ciężko zaszufladkować w jednym gatunku filmowym. Mieszają się w nim różne elementy kina grozy (Gore, Zombie Movie, Ghost Story czy też klasyczny film o opętaniu) z elementami kina kryminalnego, a i często komediowego. Dlaczego wyróżniłem ów obraz? Coraz rzadziej zdarza mi się tak długo rozmyślać o konkretnym filmie i jego znaczeniu długo po seansie. A w tym przypadku tak było. Hong Jin-Na wodzi nas za nos, nie jest jednoznaczny, intryguje i prowokuje do myślenia. Zakończenie filmu można interpretować na wiele sposób, i dlatego warto poświęcić grubo ponad dwie godziny by zobaczyć „Lament„!

Niepamięć / Remember (2015, reż. Atom Egoyan). Mieszkaniec domu starców, Zev (W tej roli Christopher Plummer) ma ambitny plan. Zamierza znaleźć i zabić strażnika z obozu koncentracyjnego, odpowiedzialnego za śmierć swojej rodziny podczas Holocaustu. Wyposażony w broń, listę nazwisk z adresami oraz gotówkę – wyrusza w drogę. Podczas podróży odkryje prawdę nie tylko na temat swojego nemesis, ale i siebie samego. „Niepamięć” nie jest thrillerem trzymającym w napięciu od początku do końca, momentami się nawet dłuży i generalnie gatunkowo bardziej jest dramatem. Jednak warto zobaczyć ten film, dla samego finału całej historii. To świetne kino drogi, która jest przemierzana przez staruszka, który ma zaniki pamięci i problemy z poruszaniem. Nie wszystko pójdzie po myśli głównego bohatera, warto jednak zobaczyć jak wyjdzie z każdej opresji.

Nocny Słuchacz / The Night Listener (2006, reż. Patrick Stettner). Obraz Patricka Stettnera, reżysera nie mającego zbyt wiele produkcji na koncie, jest jednym z tych niejednoznacznych filmów. Znany pisarz i twórca popularnej audycji radiowej Gabriel Noone (W tej roli Robin Williams) pewnego razu odbiera na antenie telefon od swojego trzynastoletniego fana Pete’a Lomaxa. Podczas kolejnych rozmów wychodzą na jak jaw kolejne wstrząsające fakty na temat młodego chłopaka. Od tej pory życie pisarza będzie przepełnione niewiadomymi i chaosem. „Nocny Słuchacz” to przede wszystkim sprawnie opowiedziana historia, która zachwyca swoją niejednoznacznością. Nawet po seansie, nie będziemy pewni, która wersja prawdy jest prawdziwa. I to jest najlepsze w tym obrazie! Akcja jest prowadzona nieco ociężale, jednak to nie przeszkadza w ostatecznej, pozytywnej ocenie.

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz /Before the Devil Knows You’re Dead (2007, reż. Sidney Lumet). Omawiany film Sidneya Lumeta, twórcy takich klasyków jak: „Dwunastu gniewnych ludzi” czy też „Pieskie popołudnie” jest jego ostatnim w filmografii. Obraz nieco zapomniany i często niesłusznie pomijany w różnych zestawieniach z całą pewnością powinien przypaść do gustu każdemu wielbicielowi dobrego kina. Dwójka braci, którym nie powodzi się tak jakby tego chcieli postanawia obrabować sklep jubilerski należący do ich rodziców. Niestety pomysł nie wychodzi, tak jakby tego chcieli i w efekcie ginie ich matka. Reżyser świetnie zobrazował problemy oraz zagmatwane relacje pomiędzy bohaterami. Narracja filmu nie jest chronologiczna przez co z biegiem czasu dowiadujemy się kolejnych zagmatwanych faktów i poznajemy motywacje naszych bohaterów. Poza wciągającą fabułą i świetnym montażem film wyróżnia kapitalna gra aktorska nieżyjącego już Philipa Seymoura Hoffmana oraz Ethana Hawke’a.

Siła perswazji / Compliane (2012, reż. Craig Zobel). Film z kategorii „historia prawdziwa”. Do jednej z restauracji typu fast-food znajdującej się w prowincjonalnej mieścinie Stanów Zjednoczonych, dzwoni mężczyzna podający się za stróża prawa. Wmawia on kierowniczce, że jedna z jej pracownic jest podejrzana o kradzież. Zaleca by zamknąć ją na magazynie, do czasu, aż policjanci przyjadą do restauracji. Oczywiście brak wyobraźni, naiwność i zwykła, czysta głupota pracowników placówki sprawia, że niewinna dziewczyna jest fizycznie i psychicznie poniżana przez resztę załogi. Jeżeli jesteście ciekawi jak w rzeczywistości wyglądałby test psychologiczny „więźniowie-strażnicy” i chcecie się dowiedzieć do czego jest zdolny człowiek, jeżeli wmówi mu się fałszywy obraz rzeczywistości to zobaczcie koniecznie ten film. Prawda o człowieku okazuje się brutalna.

Słodkich snów / Mientras duermes (2011, reż. Jaume Balaguero). Kolejny hiszpański reprezentant na mojej liście. Film opowiada historię pewnego dozorcy jednej z barcelońskich kamienic. Cesar to sumienny i lubiany przez otoczenie pracownik. Wszystko jednak się zmienia, gdy poznaje nową lokatorkę – Clarę. Dozorca zamienia się nie do poznania. „Słodkich snów” to jeden z tych filmów, gdzie pomimo tego, że główny bohater to zwyrol, to jednak jakoś mu tam kibicujemy. Jaume Balaguero po raz kolejny potrafi widza wciągnąć, zaangażować i na koniec wstrząsnąć. Jego dzieło z 2011 roku to świetny thriller psychologiczny, obrazujący chorą fascynację i niezdrowe pożądanie.

Wind River. Na przeklętej ziemi / Wind River (2017, reż Taylor Sheridan). Taylor Sheridan to odkrycie pod względem dobrej, sensacyjnej historii. Zasłynął jako scenarzysta do takich filmów jak: „Sicario” oraz „Aż Do Piekła„. W roli reżysera mogliśmy go zobaczyć do tej pory wyłącznie w dwóch filmach klasy b, jednak po „Wind River” możemy się spodziewać, że jego filmy wniosą nową jakość do kina. Historia w omawianym filmie jest prosta jak kij, w małym miasteczku na Alasce miejscowa policja znajduje zwłoki młodej dziewczyny – Indianki. W śledztwie pomaga młoda agentka FBI (Elizabeth Olsen) oraz miejscowy tropiciel (Jeremy Renner). Muszą się śpieszyć, zanim burza śnieżna zasypie wszystkie ślady. „Wind River” to przede wszystkim świetny, klimatyczny obraz śledztwa, które odbywa się w nietypowym miejscu. Dwójce bohaterów nic nie przychodzi łatwo, gdyż rzeczywistość życia na Alasce jest zupełnie inna niż w wielkim mieście. Nie jest to wybitne kino, jednak historia przykuwa naszą uwagę. Sheridan zachwyca realizmem i powolnym odkrywaniem kart całej historii.

Uważaj, kochanie / Better Watch Out (2016, Chris Peckover). Jeżeli szukacie dobrego, świeżego thrillera w klimacie świątecznym, to trafiliście idealnie! Młoda dziewczyna Ashley opiekuje się w domu dwunastoletnim Lukem. Wkrótce okazuje się, że w domu są intruzi. Jednak, czy to oni są największym zagrożeniem dla Ashley? Film Chrisa Peckovera potrafi widza w pełni zaangażować w seans. Uwierzcie, że będziecie kibicować miłej blondynce w jej starciu z psychicznym wrogiem. Nie jest to może czysto gatunkowo thriller, gdyż łączą się tutaj też elementy krwistego horroru z komedią (Jak na australijskie kino przystało). Jednakże „Uważaj, kochanie” ma jedną bardzo ważną zaletę – wciąga widza od pierwszych sekund seansu.

 

Reklamy

10 najbardziej pominiętych recenzji płyt na Paweuu Alternativ

1Przez 10 lat mojej blogowej działalności pominąłem oczywiście znacznie więcej wartościowych muzycznych albumów. Gdy tak przeglądałem rok po roku płyty o których śmiało mógłbym napisać, to zauważyłem pewną zależność: Im odleglejszy rok, tym więcej miałem takich zaległości. Wiąże się to oczywiście z faktem, że wiele wspaniałych płyt poznałem dużo później po premierze. I co gorsza ta lista ciągle się poszerza. Niemniej udało mi się wybrać zestaw 10 albumów z każdego roku mojej twórczości o których należałoby wspomnieć.

tigercity2_2Tigercity – Pretend Not To Love (2007). Album ten śmiało można określić esencjonalnym. Każdy utwór z tej EPki to rzecz zjawiskowa i charakterystyczna. „Other Girls” czy też „Solitary Man” to popowe hymny roku 2007. Może i dobrze, że w tamtym czasie nie podjąłem się recenzji tego krążka, gdyż moje wpisy o muzyce z tamtego czasu… nie stały na najwyższym poziomie. Niemniej szkoda, że pokrótce przypominam ten szlachetny i wspaniały materiał. Grupa z Northampton w stanie Massachuttes wspięli się na wyżyny swoich umiejętności. Na „Pretend Not To Love” z daleka wyczuwa się lata 80 i wspaniałe inspiracje Princem czy też Roxy Music, jednak nie one są najważniejsze. Tigercity złapali za serce. Tak po prostu.

lil-wayne-34Lil Wayne – The Carter III (2008). Długo się broniłem przed Lil Waynem. Wydawał mi się wtórny i  zbyt pretensjonalny. Nie rozumiałem fenomenu Pana Dwayne’a Michaela Cartera Juniora. Wiecie, w 2008 roku zasłuchiwałem się w Indie Rocku i nie dopuszczałem do siebie zbyt wiele innej muzyki, zwłaszcza rapsów. Po czasie otworzyłem się na inne gatunki muzyki i zrozumiałem w czym tkwi sekret sukcesu Pana Cartera. W sumie do tej pory uważam go za jednego z lepszych raperów. W pewien sposób to od tej płyty zmienił się kierunek hip-hopu. Twardy, gangsteski rap spod znaku The Game’a czy też X-Zibita został wyparty przez innowacyjny i elastyczny rap Lil Wayne’a. Tą drogą poszli A$AP Rocky, Drake, Future i cała masa raperów, których aktualnie się słucha. Naszpikowane elektroniką beaty mieszają się z charakterystycznym stylem rapu. „The Carter III” jest opus magnum Lil Wayne’a i kamieniem milowym dla współczesnego rapu, dlatego warto wspomnieć o tym krążku.

wladekWładek – MySpace EP (2009).Zbyszek wypił chyba ze dwudziesty kieliszek, Coś mu odjebało i zaczął krzyczeć, strzelił focha i na miasto wyszedł, i zakłócał ludziom nocną ciiiiiiiszę” – Gdy takie coś słychać na tle funku, to musi być to dobre! Do tej pory nie wiadomo kto stoi za projektem Władek. Władek pojawił się nagle w 2009 roku na MySpace (pamięta ktoś ten serwis?) i natychmiast zrobił furorę. Świetne, zabawne teksty z takimi imionami jak Zbyszek, Danuta, Władek, Żaklina czy też Stefan w rolach głównych łączyły się z tanecznymi rytmami funku. Wyjątek stanowił utwór „Kac„, który był o… kacu. Piękna sprawa. Niby dla jaj, ale cała realizacja stoi na wysokim poziomie i słucha się tego wciąż wybornie!

caribouCaribou – Swim (2010). Dan Snaith, kanadyjski matematyk i muzyk to chyba najbardziej pominięta osoba na moim blogu. Zarówno legendarna „Andorra” nie doczekała się recenzji jak i jego następne albumy. Jedynie o „Our Love” udało mi się wspomnieć podczas nadrabiana zaległości z 2014 roku. Co więc mogę powiedzieć o „Swim„? Z pewnością nie był to tak melodyjny i singlowy album jak „Andorra„. Sporo tutaj schematyczności, mroku i transowych odjazdów. Chwytające za serce piosenki zostały zastąpione brudnymi, chaotycznymi odjazdami. Oczywiście już na wcześniejszych krążkach Pan Snaith bawił się z elektroniką. Jednak nigdy wcześniej tak daleko nie odjeżdżał. Należy także zwrócić uwagę na jeden z najlepszych openerów EVER jakim jest „Odessa„. To chyba najmniej przystępny album w dorobku artysty, jednak mimo upływu 7 lat od premiery wciąż do niego wracam.

iza-lachIza Lach – Krzyk (2011). Fenomenalny album łódzkiej wokalistki nie był tak do końca pominięty. W końcu zajął honorowe trzecie miejsce w moim podsumowaniu z roku 2011. Niemniej tak się niefortunnie złożyło, że osobnej recenzji nigdy się nie doczekał. A szkoda, bo słuchałem tego krążka na przełomie 2011/2012 na okrągło. Co można powiedzieć o „Krzyku„? Piękne teksty o niespełnionej miłości mieszają się tutaj z melodyjnymi, elektronicznymi podkładami. Ulubione kawałki? „Futro” – prawdopodobnie najlepszy polski opener ostatnich lat, „Chociaż Raz” – definicja singla idealnego oraz „Nic Więcej” – za refren! Jednak nie sposób nie wspomnieć o poruszającym „Boję się” czy też chwytliwym „Tylko Mój„. Szkoda tylko, że Iza już nie nagrywa takich piosenek!

mykki-blanco-reveals-he-is-hiv-positive-990x650-jpg_1-1Mykki Blanco – Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss (2012). Barwna postać Mykki Blanco gdzieś tam umknęła mi na blogu. Może dlatego, że sam album „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss” nie porywał? Jednak dla samego Pana/Pani Blanco i singli z tego krążka warto wspomnieć o tym wydawnictwie. W końcu swego czasu słuchał tego każdy, nawet katowiccy metale. Nieodżałowane wypady do stolicy województwa i OFF Festiwal 2013 to momenty, które przywołują mi na myśl Mykki Blanco. Bądźmy szczerzy, w domu nie dało się tego słuchać. Jednak jako soundtrack do mocno zakrapianej imprezy? Idealna sprawa! Ma ta płyta swoje momenty a sam Blanco nawet nieźle rapuje, jednak na dłuższą metę (i to na trzeźwo) to nie jest album do słuchania bez końca.

Kurt Vile – Wakin On A Pretty Daze (2013). Niegdyś, gdy byłem młodszy. Trochę bardziej szalony i spoglądający na Świat przez aspekt muzyki to zasłuchiwałem się w indie rocku bardziej energicznym. Niemal punkowym. W stylu Cloud Nothings, Wavves itd. Musiało być tak zwane „pierdolnięcie”. Oczywiście nie chodzi mi o podwójną stopę ani nic z tych rzeczy. Ale musiało być nieco dekadencko, nihilistycznie i z pazurem. Z czasem jednak odkryłem w sobie uwielbienie do spokojniejszych utworów. Takich, które przygrywa Kurt Vile w swoich długich i porywających utworach. Ta stylistyka i ten sposób prowadzenia muzycznej narracji przypadł mi do gustu. Nie wiem czy to kolejny etap w mojej ewolucji czy chwilowe odejście od normy? Jednak nie czuje się muzycznym tatusiem-kapciem, bo Wavves i Cloud Nothings dalej słucham i szanuje \m/

dangeloD’Angelo And The Vanguard – Black Messiah (2014). Jak to się stało, że mój numer 1 roku 2014 nie doczekał się osobnej recenzji. Ba, nie doczekał się żadnej wspominki do momentu podsumowania całorocznego. Trochę wstyd bo „Black Messiah” to nie jedynie najfajniejszy album roku 2014. To krążek już podczas premiery LEGENDARNY. D’Angelo raczej nie rozpieszcza swoich fanów wydawnictwami muzycznymi.  Od momentu debiutu w 1995 roku wydał 3 pełne longplaye, z tym, że na najnowszy trzeba było czekać 14 lat. Na szczęście dla muzyka bardziej od ilości liczy się jakość. I „Black Messiah” to całkowicie potwierdza. Krążek ten to kapitalna mieszanina muzyki R’n’b z wpływami popu i hip-hopu. Świetna, innowacyjna, świeża muzyka łączy się tutaj z wokalnym geniuszem D’Angelo, który po prostu czaruje.

jamie-xx-webJamie XX – In Colour (2015). Jamie XX, czyli członek grupy The XX w całkiem udany sposób nagrywa również solo. O jego bandzie pisałem przy okazji każdej nowej płyty. Jednak o samym Jamiem – nigdy. Co prawda debiut „We’re New Here” nie porwał mnie, jednak „In Colour” zdecydowanie powinien zostać dostrzeżony. W końcu artysta nagrywał ten materiał przez 5 lat! Uwierzcie, że słychać to. Jamie XX skrupulatnie zadbał o każdy szczegół tego krążka. I wiecie co? Opłaciło mu się to, gdyż recenzje miał dobre a i nawet nominacja do Grammy się pojawiła. Dobry kawał elektronicznych dźwięków. Może nie dla każdego, ale warto dać szanse tej płycie.

anohniAnohni – Hopelessness (2016). Z Anohni zetknąłem się już dawno temu, gdy jeszcze śpiewał jako Anthony And The Johnsons. Pamiętny jest zwłaszcza album „I’m A Bird Now„, gdzie artysta wyjawiał swoje intymne problemy w takich tekstach jak ten: „One day I’ll grow up, I’ll be a beautiful woman / But for today I am a child, for today I am a boy„. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zwłaszcza płeć artysty. Jednak jedna rzecz pozostała niezmiennie wspaniała – muzyka. „Hopelessness” to album zawierający sporo elektroniki. Brzmienie stało się lżejsze i łatwiejsze w odbiorze, jednak powaga pozostała ta sama. Patosu na tym krążku jest, aż nadmiar. Anohni porzuciła problemy osobiste na rzecz problemów globalnych. Brzmi to trochę naiwnie, ale nie przeszkadza zbytnio w pozytywnym odbiorze całości. P.S. Okładka jest okrutnie ZŁA.

 

 

10 najlepszych thrillerów trzymających w napięciu, których jeszcze nie widziałeś

Moja żona lubi oglądać thrillery. Najlepiej te psychologiczne, zagadkowe, trzymające w napięciu do końca. W związku z tym przed każdym wspólnym seansem przeglądam prawie cały internet by znaleźć kolejny, godny uwagi film. Listę tą tworzę z dedykacją dla wszystkich podobnych do mnie poszukiwaczy filmów z tego gatunku.

mystic-river-2003-14-gRzeka Tajemnic / Mystic River (2003, reż. Clint Eastwood). Na pierwszy rzut polecam adaptację powieści Dennisa Lehane’a. Flim Clinta Eastwooda opowiada historię trójki przyjaciół z robotniczej dzielnicy w Bostonie. Pewnego dnia jeden z przyjaciół zostaje porwany, co powoduje, że przyjacielska więź zostaje zerwana na długie lata. Losy trójki przyjaciół z dzieciństwa ponownie się zbiegną, gdy córka jednego z nich zostanie zamordowana. „Rzekę Tajemnic” warto zobaczyć, gdyż Clint Eastwood wzniósł się tutaj na wyżyny swoich reżyserskich umiejętności. Wodzi nas za nos, daje do myślenia, porusza i intryguje. Mimo, że akcja toczy się powoli to na tym filmie nie da się zasnąć.

oldboy2003Oldboy (2003, reż. Chan Woon Park). Dae-Su zostaje porwany i zamknięty w pokoju na 15 lat. W końcu nieznani sprawcy wypuszczają go. Bohater postanawia się zemścić, nie zdaje sobie jednak sprawy, że to dopiero początek jego koszmaru. Film ten polecam głównie ze względu na zakończenie. Uwierzcie mi, że nie jesteście w stanie przewidzieć jak skończy się ta historia. Jeszcze chyba żaden film mnie tak nie zaskoczył jak ten!

i-saw-the-devil-2010Ujrzałem Diabła / Akmareul Boatda (2010, reż. Jee Woon-Kim). Kolejna azjatycka pozycja z motywem zemsty. Młody agent postanawia na własną rękę pomścić śmierć swojej narzeczonej. Oprawce odnajduje szybko, jednak zemsta jakiej dokonuje jest skomplikowana i niejednorazowa. Z czasem sytuacja wymyka się z rąk młodego bohatera. Jee Woon-Kim pokazuje, że można zrobić film o zemście w zupełnie inny sposób. Przeważnie mściciel przez cały film poszukuje swojego wroga by mu dokopać. Tutaj główny bohater przez większość filmu mu dokopuje po trochu. Warto zobaczyć, bo spełniona zemsta nie jest do końca pewna.

a-horibble-way-to-dieNaprawdę Straszna Śmierć / A Horrible Way to Die (2010, reż. Adam Wingard). Tytuł może być mylący, ale bez obaw. Nie jest to slasher w stylu „Piły” czy też „Hostelu„. Widziałem wiele filmów o seryjnych mordercach. Jedne lepsze, inne gorsze. Obraz Adama Wingarda zaliczam zdecydowanie do pierwszej grupy. Fabuła opowiada dwie historię. Pierwsza z nich to życie zbiegłego z więzienia seryjnego mordercy Garricka Turrella, druga natomiast to obraz Sary, członkini klubu AA. Oczywiście obie historie z czasem się zbiegną i pokażą nam, że w życiu nic nie jest albo czarne, albo białe. Jeżeli szukacie oryginalności w tematyce seryjnych zabójców, to ją tu znajdziecie.

tell-no-oneNie Mów Nikomu / Ne le dis à personne (2006, reż. Gauillaume Canet). Harlan Coben to pisarz, który wybił się na pisaniu tajemniczych i wciągających kryminałów. Nie czytałem jego żadnej książki, jednak z sprawdzonych opinii wiem, że koleś jest mistrzem w intrygowaniu czytelnika. Dlatego też dziwi fakt, że jego książki nie doczekały się ekranizacji. Poza jedną – „Nie Mów Nikomu„, którą w dodatku nakręcili Francuzi. Co mogę powiedzieć? Intryga zawarta w tej historii i sposób jej przekazania jest tak spektakularna, że aż ciężko uwierzyć, że nikt z Hollywood nie zabrał się na poważnie za twórczość pisarza. Zdecydowanie warto zobaczyć ten film, albo przynajmniej przeczytać książkę.

deliverance11Uwolnienie / Deliverance (1972, reż. John Boorman). Uwolnienie to perełka kina lat 70 i jeden z tych filmów, które trzeba obejrzeć dwa razy aby pojąć. Przedstawia historię czwórki kolegów, którzy wybrali się w amerykańskie odludzie na spływ kajakowy. Niestety spotkanie z „tubylcami” nie zakończy się dobrze dla żadnej ze stron.  Szczerze powiedziawszy to film ten jest bardziej survival horrorem, niż typowym thirllerem z zagadką. Jednak napięcie jest do samego końca, dlatego nie mogłem go sobie odpuścić. Poza tym młody John Voigt daje radę.

la-cera-ocultaLa Cara Oculta (2011, reż. Andres Baiz). Lubicie kolumbijskie kino? Jeżeli nie, to zobaczcie film Andresa Baiza. „La Cara Oculta” to historia młodego dyrygenta, który otrzymuje ofertę pracy w Bogocie, stolicy Kolumbii. Przeprowadza się tam ze swoją dziewczyną, która po czasie znika i zostawia jedynie pożegnalny film w kamerze. Adrian po pewnym czasie poznaje nową dziewczynę – Fabianę. Wkrótce odkrywa ona, że w domu dzieją się dziwne rzeczy i z całą pewnością nie jest to sprawka duchów. „La Cara Oculta” to nie wybitne kino, a całkiem sprawny i trzymający w napięciu thriller. Film nie posiada polskiego tytuły, dlatego istnieje duża szansa, że jeszcze go nie widzieliście. Pozycja od Baiza to całkiem dobre rozwiązanie na niezobowiązujący wieczór filmowy.

the-guestGość / The Guest (2014, reż. Adam Wingard). Kolejny w tym zestawieniu film Adama Wingarda. Fabuła wygląda tak: David, zwolniony ze służby żołnierz odwiedza rodzinę zmarłego kolegi z wojska. Zostaje tam na parę nocy, jednak wraz z jego przybyciem w miasteczku dojdzie do tajemniczych morderstw. Fabuła może nie jest najmocniejszą stroną tego filmu, jednak warto go zobaczyć dla samej sfery wizualnej. Wrócimy ponownie do lat 80. czyli ulubionej w ostatnim czasie epoki dla filmowców z Hollywood. Nastrojowy klimat, świetna muzyka i wspaniałe zdjęcia sprawiają, że film ogląda się lekko i przyjemnie.

duze-zle-wilkiDuże Złe Wilki / Big Bad Wolves (2013, reż. Aharon Keshale, Navot Papushado). Jedyna na mojej liście Izraelska propozycja. W pewnym miasteczku dochodzi do brutalnych morderstw dzieci. Policja podejrzewa lokalnego nauczyciela Drora, jednak nie posiada niezbitych dowodów. Prowadzący policjant Miki postanawia na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość nauczycielowi i sprawić by się przyznał. Przeszkadza mu w tym ojciec jednej z ofiar, który ma swój własny plan. Jak to się zakończy i kto jest winien morderstw? Zobaczcie koniecznie. Pomimo tego, że podobne historie mieliśmy w innych filmach np. „Labiryncie„, to „Duże Złe Wilki” są filmem wartym zobaczenia. Chociażby dla komicznych scen spotkań Żyda z Palestyńczykiem.

od-slow-do-smierciOd Słów Do Śmierci / Palabras encadenadas (2003, reż. Laura Mana). Od razu zaznaczę, że w tym filmie nie ma zbyt dużo akcji. Praktycznie cały film rozgrywa się w jednym pomieszczeniu i opiera się na dialogach uwięzionej Laury i jej oprawcy Ramona. Mężczyzna twierdzi, że jest seryjnym mordercą i ma na to dowody. Jego ofiara nie jest jednak przypadkowa, gdyż Laura to jego była żona. Na początku wszystko wydaje się oczywiste, jednak im dłużej oglądamy film to tym więcej pojawia się wątpliwości. Kto jest prawdziwą ofiarą, a kto oprawcą? Trzeba koniecznie zobaczyć.

 

10 najgorzej przetłumaczonych tytułów filmowych

wtf-faceOglądałem sobie ostatnio komedie romantyczną z młodym Heathem Ledgerem zatytułowaną „10 Things I Hate About You„. Fajny, lekki, przyjemny seans. Polecam. Jednak jedna rzecz mi nie dawała spokoju. Dlaczego polski tytuł tego filmu to „Zakochana złośnica„?!? Co ma piernik do wiatraka? Na podstawie tego kreatywnego tytułu postanowiłem zrobić listę 10 najgorzej przetłumaczonych tytułów filmowych. Zapraszam do lektury.

10 Things I Hate About You / Zakochana Złośnica (1999). Na początek tytuł o którym wspomniałem kilka linijek wyżej. Zupełnie nie rozumiem dlaczego polski tytuł tego filmu nie mógł brzmieć dosłownie „10 rzeczy, których w Tobie nienawidzę”. Czy polscy dystrybutorzy mają polskiego widza za idiotę, że trzeba mu w tytule wyjaśniać o czym będzie film? Pozostawiam to bez komentarza.

Cloverfield / Projekt: Monster (2008). Jak można przetłumaczyć angielską nazwę na inną angielską nazwę? To jedna z zagadek ludzkości, która za pewne nigdy nie zostanie wyjaśniona.

urlHangover part II / Kac Vegas w Bangkoku (2011). W tym miejscu mamy do czynienia z kontynuacją tłumaczenia pierwszej części. „Hangover” tłumaczone jako „Kac Vegas” można uznać za fajną grę słowami, bo w końcu łączy tytułowy kac z miejscem akcji, czyli miastem Las Vegas. Problem pojawia się w sequelu obrazu, gdyż „Kac Vegas w Bangkoku” brzmi mocno niedorzecznie.

Die Hard II / Szklana Pułapka 2 (1990). Klasyka źle przetłumaczonego tytułu, która ciągnie się od pierwszej części. O ile wtedy można było tytuł tłumaczyć nawiązaniem do miejsca akcji, to następne część serii z Johnem McClanem stanowią niewytłumaczalne kuriozum.

12 Years A Slave / Zniewolony. 12 Years A Slave (2013). Mamy tutaj do czynienia z ciekawą kombinacją. W tytule pojawia się słowo Zniewolony, co jest zrozumiałe bo film opowiada o zniewolonym, czarnoskórym mężczyźnie. Jednak po kropce pojawia się oryginalny tytuł – i tego już nie ogarniam.

Dallas Buyers Club / Witaj w Klubie (2013). Przyznam szczerze, że tytuł filmu Jeana-Marca Vallée nie jest łatwą kwestią do przetłumaczenia. Bo Klub kupców/nabywców z Dallas nie brzmi za ciekawie. Jednak wybranie „Witaj w Klubie” to jak mówienie, że parówka to mięso.

Chris-Rock-HUH-WTFInterstate 60: Episodes of the Road / Ale jazda! (2002). Film podobno dobry, nie widziałem. Jednak ten polski tytuł totalnie zniechęca by zobaczyć obraz Boba Gale’a.

Eternal Sunshine of the Spotless Mind / Zakochany bez pamięci (2004). No cóż, totalnie nie wiem dlaczego ten film tak przetłumaczyli. Swoją drogą też nie rozumiem, dlaczego ten kapitalny dramat psychologiczny ukazujący skomplikowane tajniki ludzkiej psychologii i uczuć do drugiej osoby był reklamowany jako kolejna słodka komedia romantyczna…

Prisoners / Labirynt (2013). Sprawdzałem wszystkie internetowe translatory oraz słowniki. W żadnym słowo Prisoners nie oznacza po polsku Labirynt.

Reality Bites / Orbitowanie Bez Cukru (1994). Tutaj również mamy do czynienia z dziwną kreatywnością polskich dystrybutorów…

To moje propozycje, a źle przetłumaczonych tytułów filmowych jest cała masa. Wpisujcie swoje propozycje w komentarzach. Jestem ciekaw co pominąłem przy tworzeniu tej listy. Oczywiście, oprócz „Dirty Dancing” i polskiego „Wirującego Seksu” – bo to klasyk.

Listopadowe propozycje filmowe

Drive (2011). Zacznę od kliku zdań dotyczących fabuły, później będą same cukierki. Bezimienny mężczyzna z Los Angeles prowadzi podwójne życie. Za dnia pracuje w warsztacie samochodowym i od czasu do czasu bierze udział w produkcjach filmowych jako kaskader. W nocy natomiast jest kierowcą na usługach przestępców. Ma swoje jasno określone zasady, których nie łamie. Pewnego dnia poznaje Irene, swoją nową sąsiadkę.  Irene i jej mały synek Benicio stają się dla niego bliscy. Rodzi się uczucie, jednak sprawa się gmatwa gdy na wolność wychodzi mąż Irene – Standard. Standard ma problem z miejscową mafią, nasz główny bohater postanawia mu pomóc. Tyle o samej fabule. Zacznę od tego, że jest to najlepszy film akcji, który powstał na przestrzeni 5-10 lat? Mi jako wymagającemu widzowi zaserwowano dokładnie to czego oczekuje od kina. Ciekawą fabułe, świetny scenariusz, idealnie dobraną muzykę, perfekcyjną pracę kamer i genialną kreacje aktorską Goslinga. Ten film ma to wszystko. Ryan Gosling swoją kreacją przypominał najlepsze role Clinta Eastwooda, człowieka, który nie mówi, ale działa! Natomiast Ron Perlman w końcu przekonał mnie, że potrafi grać gangstera.  Mimo, że film wydaje się być tak zwanym kinem samochodowym to tak na prawdę czterokołowce nie odgrywają  tutaj najważniejszej roli. Nigdy nie byłem też fanem scen pościgów, nudziły mnie już rozbijane warzywne stragany i wieczne dachowanie. Ten film wykrzesał wiele nowego w tej materii, wystarczy obejrzeć pierwszą scenę w której nie ma jakiegoś bezsensownego szarżowania samochodem bo małych uliczkach. Jest za to mocno emocjonująca ucieczka z miejsca kradzieży i jakikolwiek brak emocjo na twarzy Goslinga. Teraz kwestia muzyki. Została ona idealnie wmontowana w film i nadaje ona pewien kiczowaty klimat lat 80. Synth-popowe brzmienia Chromatics czy też duetu Kavinsky i Lovefoxxx idealnie się tutaj sprawdzają. W pamięć zapada scena w której Standard wraca do domu i dziękuje za serdeczne powitanie a w tle dogrywa mu utwór Desire. Pisząc na temat „Drive” warto także zwrócić uwagę na krwistość scen, nie zabraknie tutaj pękniętych czaszek i rozbryzganych mózgów. Krwawe sceny robią wrażenie. Cały czas myślę, że o czymś zapomniałem napisać… Może napiszę jeszcze tylko to:  Zobaczcie ten film, naprawdę warto. Ocena: 9/10.

Film ten będziecie mieli okazję zobaczyć już 17 listopada o godzinie 20:00 na antenie Canal Plus.

The Prestige / Prestiż (2006). Christopher Nolan. Głośne nazwisko za sprawą trylogii Batmana i filmu „Incepcja”. Jednak gdyby przyjrzeć się jego twórczości to czaruje on w kinie już od dawna. Najlepszą cechą Nolana jest to, że potrafi on połączyć kino ambitne z tym mainstreamowy. Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że ówczesne filmy hollywoodzkie zawierające jakąkolwiek zagadkę na koniec filmu podają nam jak na tacy wszystkie wytłumaczenia i serwują happy end. Ambitne, offowe kino natomiast pokazuje serię zdjęć nie tłumacząc nic, licząc na widza. Niestety większość ludzi nie zrozumie takiego filmu. Nolan znalazł złoty środek. Tworzy ciekawe, ambitne dzieła, które masowo się sprzedają. Takim filmem jest Prestiż. Opowiada on historię rywalizacji dwóch brytyjskich iluzjonistów Angiera i Bordena. Podzieliła ich niefortunna śmierć żony Angiera, która zginęła podczas jednej z sztuczek topiąc się w zbiorniku z wodą. Angier obwinił o śmierć Bordena. Obydwu iluzjonistów pochłonęła praca a w szczególności trik z tak zwanym przeniesieniem. Rywalizacja między nimi nie będzie miała żadnych granic. Filmowa zagadka jaką jest śmierć Angiera jest przez Nolana misternie skonstruowana. Reżyser po raz kolejny zastosował nie typową narracje. Sceny przed śmiercią Angiera mieszają się z tymi, które pokazują całą historię dalej. Wydaje się to skomplikowane, ale uwierzcie, że nie będziecie mieli problemu z zrozumieniem tej historii a zabieg ten jedynie bardziej przykuje waszą uwagę. Na oklaski zasługuje nietuzinkowa gra głównych aktorów. Christian Bale lepiej się prezentuje jako zawadiaka i mistrz ceremonii aniżeli cicha pięść sprawiedliwości (pije do Batmana). Natomiast kreacja Hugh’a Jackmana była najlepszą w jego całej karierze. W rolę Tesli wcielił się  znakomity jak zawsze David Bowie, który jak już gra, to gra w filmach dobrych (Hunger, Twin Peaks). Podoba mi się ten film pod względem wizualnym. Wszystkie szczegóły są pokazany w sposób mocno realistyczny i jedynie końcowe rozwiązania tak zwanej maszyny Tesli troszkę rozczarowują. Ocena: 8/10.

The Cabin In The Woods / Dom w Głębi Lasu (2012). Gdy zobaczyłem zwiastun tego filmu w kinie to pomyślałem sobie: „o rany, kolejny badziewaty gniot”. Pozytywna ocena filmu na horror.com.pl jednak mnie zachęciła do obejrzenia. Oglądam, po pierwszych piętnastu minutach myślę: „o rany, kolejny badziewaty gniot”. Początkowa fabuła nie ujawnia niczego nowego w tymi filmie. Mamy do czynienia z piątką studencików, którzy jadą do domku w lesie. Oczywiście od razu wiadomo, że sportowiec, szkolna lafirynda, inteligentny murzyn i palacz zioła zginą na początku a przy życiu pozostanie jedynie prawe dziewczę. I gdy tak już prawie wszyscy zostali wybici przez zombie i przy życiu została tylko „dziewica” nagle stało się coś niewiarygodnego. Film wskoczył na całkiem inny tor, od tej pory zrobiło się ciekawie i do samego końca zastanawiałem się: „o rany, co dalej? co teraz będzie?”. Nie chcę spoilerować i pisać dokładnie o co chodziło, polecam każdemu zobaczyć ten film i dać się zaskoczyć. Przejdźmy do kwestii technicznych. Pod względem efektów specjalnych film ten nie wyróżnia się od innych horrorów. Nic nowego, jednakże „Dom w Głębi Lasu” łączy w sobie wiele typów filmu grozy i traktuje je z przymrużeniem oka. Początek filmu, piątka młodych ludzi i domek w lesie. Czy komuś to się skojarzyło z „Evil Dead”? Dalej postacie zombie tworzące rodzinę. Mamy tutaj połączenie motywu żywych trupów oraz rodziny odludków, czy ktoś to skojarzył z takimi filmami jak „Wzgórza mają oczy” albo „Wrong Turn”? Laboratorium obserwatorów tych wydarzeń przywołuje na myśl wszystkie filmy z serii „Cube” natomiast tajemnicza kulka i postać Trytona to jawna zrzynka z Hellraisera. Ktoś by mógł powiedzieć, co za nonsens. Otóż nie, to przemyślany zabieg, który daje ciekawy i momentami zabawny efekt. Każdy miłośnik horrorów doceni ten efektowny miszmasz filmów grozy. Ocena: 8/10.

Kasabian

Kasabian to jedna z tych grup, która przetrwała new rock revolution i co więcej weszła do mainstremu nie tracąc na jakości. Mimo, że ich płyty są co najwyżej dobre to chłopaki z Manchesteru posiadają świetny zmysł do tworzenia rewelacyjnych singli. Dodatkowo nieźle sobie radzą na żywo. Nie miałem do tej pory okazji pisania o ich albumach dlatego zaległości nadrabiam w poniższym przeglądzie.

Kasabian (2004). Debiutancka płyta Kasabian jest cholernie nie równa. Początek płyty to hit za hitem. Zlep wszystkich singli i piosenek, które śmiało mogły by nimi być. Opener „Club Foot” troszkę mi obrzydł częstym eksploatowaniem we wszelkich grach piłkarskich, kompilacjach z udziałem Ronaldinho itd. Jednak to dzięki tej piosence się wybili i trzeba o tym pamiętać. Poza tym to kapitalny utwór do którego często będą się odwoływać w dalszej twórczości. Następny „Processed Beats” to kwintesencja wpływów brit-popowych z wyraźnym piętnem Manchesteru. „Reason Is Treason” mimo, że nie zachwyca lirycznie to pod względem muzycznym jest bezwzględny. Typowy stadionowy hymn. „I.D.” to w pewnym stopniu zabawa z elektroniką. Ok, fajny pomysł, melodia, wykonanie, ALE łatka „electro-rock” do nich przyklejona w tamtym czasie jest znacznie przesadzona. Bo to co najwyżej jest zabawa, próba niż poważne branie się za elektronikę. Piąty na płycie „L.S.F. (Lost Souls Forever)” wydaje się być najlepszym utworem i pewnego rodzaju punktem kulminacyjnym albumu. Przebojowa sielanka trwa gdzieś do „Cutt Off”. Dalej robi się troszkę nudno, jest mniej przebojowo. Zeszło powietrze. Całość debiutanckiego albumu ciężko ocenić na coś więcej niż 7, gdyż ta płyta wydaje się być zlepkiem kilku rewelacyjnych singli dopełniona paroma przewidywalnymi piosenkami w podobnym tonie. Ocena: 7/10.

Empire (2006). To jedna z tych płyt, o których raczej nie chciałbym pamiętać. Nie chciałbym także zbytnio jej przypominać. No, ale w końcu robię przegląd całej dyskografii i muszę być w pełni profesjonalny. Poza tym już tak dawno nie pisałem o słabej płycie… Ok, zacznijmy od tego, że „Empire” to okropnie nudna płyta zrobiona na przysłowiowy „odwal”. Dwa średniej jakości single „Empire” i „Shoot The Runner” plus zlepek nijakich, nic nie wnoszących piosenek. Całość ma wartość bliską zeru, ale przed najniższą oceną ratują ich dwa wcześniej wspomniane utwory. Trudno napisać czego brakuje tej płycie najbardziej, bo brakuje chyba wszystkiego. Lepiej byłoby dla zespołu gdyby nigdy nie nagrali „Empire”. Pięć lat temu napisałem na Blogu coś takiego: „Sami muzycy powiedzieli, że płyta jest genialna i za kilka lat czas to zweryfikuje. Jednak moim zdaniem ciężko tej płycie w jakikolwiek sposób nawiązać do sukcesu pierwszego krążka “Kasabian””. Czas nie musiał tego weryfikować, już wtedy było wiadomo, że płyta jest beznadziejna. Oczywiście komercyjnie nawiązali do debiutu, ale zawdzięczają to wyłącznie dobrej promocji. Sam album był jednak wielkim rozczarowaniem a muzycy Kasabian dobrze o tym wiedzieli. Ocena: 2/10. P.S. Album z taką okładką nie mógłby być dobry.

West Ryder Pauper Lunatic Asylum (2009). To chyba najbardziej przeze mnie niedoceniony krążek. Po żenująco słabym „Empire” nie miałem ochoty zapoznawać się z tym albumem. Oczywiście single „Fire” czy „Underdog”, które widziałem na MTV2 podobały mi się. Jednak decyzja już zapadła, kości zostały rzucone. Postanowiłem nie sprawdzać całości. Z jednej strony wynikało to z lenistwa, z drugiej z przekonania o kolejnej słabej płycie zamaskowanej dwoma dobrymi singlami. Skreśliłem ich. I cóż to był za błąd! Płyta zebrała naprawdę dobre recenzje. Zapoznałem się z nią stosunkowo nie dawno i przyznaje również, że wydaje się być najlepszym dziełem w ich dyskografii. „West Ryder Pauper Lunatic Asylum” ma wszystko to czego brakowało poprzedniczkom. Jest to równy, kompletny album. Nie brakuje tutaj hitów, ale i nie brak fajnych, żywych utworów. Połączenie hipisowskiej estetyki z brit-rockiem dało całkiem ciekawy rezultat. Sporo tutaj prostych, fajnych piosenek takich jak „Thick As Thieves” czy też „Happiness”, które w mocno widoczny sposób odwołują się do twórczości Primal Scream. Nie zabrakło utworów opartych na już wcześniej sprawdzonych schematach takich jak zabawa z elektroniką i mocne eksponowanie linii basu. Idealnym przykładem tej tez z całą pewnością jest trzeci singiel „Vlad The Impaler”. To zdecydowanie ich najlepsza płyta, rok 2009 był dobrym rokiem również dla Anglików. Ocena: 8/10.

Velociraptor! (2011). Wydawać by się mogło, że nowa płyta to nowe wyzwania i pomysły. Nic z tych rzeczy.  Zeszłoroczna płyta Kasabian nie jest krokiem w przód, ani w tył. Zespół zachował status quo nagrywając mocno przyzwoitą płytę, która nie wybija się na żadnej płaszczyźnie. „Velociraptor” jest mniej udaną kopią poprzedniego mocno udanego albumu „West Ryder Pauper Lunatic Asylum”. Po raz kolejny udało im się napisać fajne, melodyjne single. Widać, że to ich mocny punkt na każdej płycie. Resztę materiału dopełnili w miarę dobrymi piosenkami, których raczej już nikt nie pamięta. Wszystko niby fajnie, fajnie, ale ile razy można słuchać tego samego? W dodatku trochę gorzej wykonanego i momentami po prostu nudnego. Po paru godzinach spędzonych z tym krążkiem nie daje mi spokoju jedno pytanie: czy ten zespół jest jeszcze w stanie coś wnieść do muzyki dobrego? Raczej nie popełnię tego samego błędu i nie skreślę ich przedwcześnie. Możliwe, że tylko nieparzyste albumy w ich wykonaniu są fajne i ciekawe. Pożyjemy, zobaczymy póki co następnym punktem w ich karierze powinna być składanka The Best of zawierająca wszystkie single. Materiału mają na minimum dwie takie płyty. Ocena: 5/10.

Na początku wspomniałem, że zespół świetnie sprawdza się na koncertach. Jest to prawda, zwłaszcza, że mają dobry, singlowy materiał na fajny gig. Dlatego z miłą chęcią mogę polecić koncert: „Kasabian w akcji”, który zaprezentuje na swojej antenie Canal Plus 1 października o godzinie 21:00 z okazji międzynarodowego dnia muzyki.

Sierpniowe propozycje filmowe

Zabić Irlandczyka / Kill the Irishman (2011). Któż z nas nie lubi filmów gangsterskich? Wydawać by się mogło, że Trylogia Ojca Chrzestnego czy też takie filmy jak „Człowiek z Blizną”, „Nietykalni”, „Dawno temu w Ameryce” lub „Chłopcy z Ferajny” wyczerpały temat gangsterskiego żywota. Jednak nie. Wciąż można stworzyć coś świeżego w tej materii. Jest jeszcze wiele ciekawych, nieopowiedzianych historii. Jedną z nich jest biografia Danny’ego Greene’a znanego również jako „Irlandczyk”. Film „Zabić Irlandczyka” jest oparty o prawdziwą historię Greene’a, który w latach 70 przewodził „Celtic Club” w Cleveland. Akcja filmu zaczyna się w latach 60, kiedy Greene pracował w dokach przy rozładunku kontenerów. Dzięki jego charyzmie i rosnącej popularności wśród pracowników udaje mu się zostać prezesem związków zawodowych w porcie Cleveland. Kontakty z włoską mafią i nieczyste interesy z czasem powodują utratę tego stanowiska. Greene traci majątek i musi zacząć wszystko od nowa. W powstaniu na nogi pomaga mu Shondor Birns. Wrodzone umiejętności po raz kolejny pomagają mu się stać ważnym i popularnym mieszkańcem. Jednak jak to bywa w kryminalnym półświatku nie wszystko idzie po jego myśli i po pewnym czasie staje się wrogiem numer jeden. Lato 1976 roku będzie wyjątkowo gorące dla Pana Greene.

Ok, zacznijmy od tego, że „Zabić Irlandczyka” to niezły film, przepełniony szybkimi zwrotami akcji. W końcu jego reżyserem jest Jonathan Hensleigh, spec od filmów trzymających w napięciu („Armaggedon”, „Szklana Pułapka 3”, „Punisher”). W odróżnieniu od innych dzieł traktujących o mafii „Zabić Irlandczyka” nie skupia się na sposobie działania gangów, a jedynie na osobie Danny’ego Greene’a. Jest to biografia najbardziej intensywnej części życia Irlandczyka. Ważnym zabiegiem dodającym realizmu są bez wątpienia archiwalne fragmenty wiadomości telewizyjnych z tamtego okresu. Innym atutem tego obraz jest obsada aktorska. Ray Stevenson stworzył bardzo przekonującą kreację irlandzkiego gangstera. Natomiast udział w tym filmie Vala Kilmera czy też Christophera Walkena należy uznać jedynie za pewnego rodzaju ozdobnik i dodatek.

Warto zobaczyć ten film, gdyż sama postać Danny’ego Greene’a jest postacią interesującą i na pewien sposób tragiczną. Ponadto formuła filmu gangsterskiego na swój sposób została odświeżona. Mam dobrą wiadomość dla osób zachęconych recenzją do zobaczenia tego obrazu . Film ten będzie można zobaczyć na stacji Canal Plus w niedzielę, 26 sierpnia. Polecam.

Elena / Элена (2011). Korzystając z okazji chciałbym przypomnieć wszystkim, że dobre kino powstaje nie tylko za zachodnią granicą Polski. Warto czasem zobaczyć filmy, które powstają u naszych wschodnich sąsiadów. A proszę mi uwierzyć, że wcale nie są w tyle i potrafią tworzyć bardzo dobre dzieła. Jednym z takich filmów z pewnością jest „Elena” Andrieja Zwiagincewa. Tytułowa bohaterka tego obrazu Elena to kobieta już doświadczona, mieszkająca z mężem Vladimirem w bogatej dzielnicy apartamentowców. Małżeństwo Eleny i Vladimira wygląda jak biznesowy układ. W zamian za pieniądze i bezpieczeństwo Elena daje swojemu mężowi opiekę. Jednak oboje mają swoje problemy związane ze wcześniejszym małżeństwem. Córka Vladimira to rozpieszczona przez ojca hedonistka, która nie utrzymuje bliższych kontaktów z ojcem. Natomiast syn Eleny, który żyje niczym Ferdek Kiepski, co miesiąc pobiera emeryturę od matki, gdyż sam nie potrafi utrzymać swojej własnej rodziny. Jednak pewnego dnia pieniądze matki to za mało. Syn Eleny chce wysłać swojego pierworodnego na studia, by ten nie musiał iść do wojska. Elena prosi o pomoc męża, jednak sprawę komplikuje zawał Vladimira i chęć spisania testamentu, który ma przyznać cały majątek jego córce a Elenie jedynie dożywotnią rentę. W głowie Eleny rodzi się okrutny plan.

Reszty fabuły nie zdradzę by zaciekawić do obejrzenia. Jednak z góry ostrzegam, że w porównaniu ze wyżej omawianym filmem, tutaj akcja toczy się w bardzo powolnym tempie. Brakuje typowo filmowego dynamizmu, który może odrzucić niejednego widza. Jednak czym innym ten film nas zachwyca. Po pierwsze ta statyczność scen i śladowe dialogi powodują, że nasza uwaga skupia się na innych, ważnych rzeczach takich jak gesty, zachowania, sceneria. Każdy z tych elementów bardzo wiele nam mówi o bohaterach filmu. „Elena” to obraz bogaty w metafory, przenośnie, nawiązania oraz pełen różnorakiej symboliki. Wystarczy wspomnieć sceny wypadku z koniem czy też odcięcie światła w bloku syna Eleny. Film można ten rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Można go odnieść do obecnej sytuacji społeczno-finansowej Europy, można również go analizować w oparciu o rosyjską literaturę. ile głów, tyle pomysłów i każdy będzie bliska prawdy. Za to cenię „Elenę” chyba najbardziej. Z pozoru półtorej godziny nudnego seansu zamienia się w wielogodzinne rozmyślanie. Zobaczcie ten film, najbliższa okazja 28 sierpnia na Canal Plus.

Babycall (2011). Ostatnim filmem w moim zestawieniu jest skandynawski thiller opowiadający historię Anny, która wraz z 8-letnim synkiem Andersem wprowadza się do nowego mieszkania w Oslo. Anna i jej syn są objęci programem ochrony światków, gdyż obydwoje są ofiarami przemocy ze strony męża Anny. Dodatkowo co jakiś czas odwiedzają ich pracownicy socjalni by sprawdzić czy Anna jest w stanie opiekować się swoim synkiem. Przykre doświadczenia i nowe miejsce zamieszkania są powodem wielu niepokojów Anny. Postanawia ona zakupić elektroniczną nianię by nasłuchiwać Andersa w nocy. Jednak zamiast niego słyszy ona krzyki innego dziecka. Dodatkowo dowiaduje się, że ojciec nawiązał kontakt ze swoim synkiem. Młoda matka popada w obłędne koło czego świadkiem będzie nowo poznany sprzedawca ze sklepu elektronicznego Helge.

Muszę przyznać, że pomimo powolnego początku, film ten trzymał mnie mocno w napięciu do samego końca. Skandynawscy twórcy od jakiegoś czasu słynną z tego, że potrafią stworzyć ciekawy, fajny film, który pozbawiony jest zbędnej typowej dla hollywood napinki i bełkotu. Największym plusem tego obrazu jest Noomi Rapace, która wcieliła sie w rolę Anny. Ta aktorka o bardzo charakterystycznej urodzie stworzyła kreację nie gorszą niż sama Catherine Deneuve w „Wstręcie” Romana Polańskiego. Razem z nią przeżywamy wszystkie lęki, niepokoje aż w pewnym momencie sami zaczynamy się martwić o Andersa jak nadopiekuńczy rodzice. Innym pozytywem jest obraz opieki socjalnej w krajach skandynawskich. Możemy się przyjrzeć jak wygląda system w którym tak wiele zależy od tak nie wielu. Groźba wytworzenia się w ten sposób sytuacji patologicznych została wyraźnie zaznaczona. Ostatnim powodem dla którego „Babycall” warto obejrzeć jest zakręcona akcja. Mimo, że nie znajdziemy tutaj niczego nowego, czego byśmy nie widzieli już chociażby u Lyncha albo Polańskiego to warto te sprawdzone motywy obejrzeć jeszcze raz w odświeżonej formule.