OFF Festival 2017

Po raz kolejny w katowickiej Dolinie Trzech Stawów będzie miał miejsce jeden z najlepszych polskich festiwali, na którym byłem wielokrotnie i wielokrotnie na łamach bloga o nim pisałem. Czasami mam nawet odczucie, że swoimi publikacjami dołożyłem małą cegiełkę do sukcesu tego alternatywnego święta. O jakim wydarzeniu mowa? Oczywiście o OFF Festivalu!

Gdzie i kiedy?

Tegoroczny OFF Festival tradycyjnie odbędzie się w pierwszy weekend sierpnia (04-06.08) w katowickiej Dolinie Trzech Stawów. Koncerty będą rozgrywane na czterech scenach, z czego Leśna tradycyjnie powinna zbudzać naszą największą uwagę.

Kto zagra?

Tegoroczni headlinerzy to Swans, PJ Harvey oraz Feist. Niezła paka, ale to nie dla nazw się jedzie na OFFa. Festival organizowany przez Artura Rojka to kopalnia dobrej muzyki do poznania. A w tym roku będzie co odkrywać! Na pewno warto przyjrzeć się raperowi Talibowi Kweli, który w hip-hopie siedzi już parę dobrych lat. Czadu powinni dać rockowcy z Thee Oh Sees oraz Idles. Jeżeli lubicie orientalne klimaty to powinni Was zainteresować Kikagaku Moyo, natomiast Janka Nabay & The Bubu Gang przekaże Wam trochę afrykańskiego klimatu. Co więcej? Warto zerknąć na Shellac, This Is Not This Heat oraz Ulrika Spacek. Nie przegapcie także występów Conora Obersta oraz solowego występu Michaela Giry. Jak zwykle okazale prezentuje się polska reprezentacja. W tym roku zagrają m.in. nowy super band New People, PRO8L3M, który z zagra nowy materiał czy też L.Stadt.  Kwadrafonik z Arturem Rojkiem na czele zabiorą nas w świat Davida Lyncha, a Frele zagrajom coś po naszymu.

Za ile?

Bilety są wciąż dostępne. Karnet trzy dniowy kosztuje 310 zł. Bilety kupicie tutaj.

Więcej informacji na temat festiwalu w poniższych linkach.

http://off-festival.pl/pl

https://www.facebook.com/offfestival

https://www.instagram.com/offfestival/

Patronat: Festiwal Colours of Ostrava

avatar2Z wielką przyjemnością informuję, iż dołączyłem do do grona oficjalnych partnerów  Colours of Ostrava. XV edycja festiwalu odbędzie się w dniach 14-17 lipiec 2016 roku w postindustrialnym kompleksie dawnej huty Dolní Vítkovice w Ostrawie.

Dlaczego warto tam być?

Tegoroczny line-up wygląda całkiem ciekawie. Wystąpią m.in. będący w formie Australijczycy z Tame Impala. Ogromną gratką będzie usłyszenie ich ostatnich psychodelicznych, indie rockowych płyt „Lonerism” oraz „Currents„. Na festiwalu pojawi się również legendarny Slowdive. To dobra wiadomość dla każdego fana muzyki shoegaze, który nie miał okazji zobaczyć Brytyjczyków na OFF Festiwalu 2014. Ponadto zagra również kultowy elektroniczny duet Underwold, będący zawsze na propsie M83, Antony and the Johnsons pod nową nazwą ANOHNI a także liczna gromada indie rockowych bandów takich jak: Kodaline, Of Monsters And Men czy też The Vaccines. Polskę na festiwalu reprezentują m.in. Artur Rojek, Brodka oraz Maria Peszek.

Colours of  OstravaPrzydatne linki:

Polska przedsprzedaż biletów: www.joystore.pl/colours

Więcej informacji: www.colours.cz/pl/

Facebook: www.facebook.com/ColoursPL/

Twitter: www.twitter.com/colours_pl

Instragram: www.instagram.com/colours_pl/

My słowianie – rok 2013 w polskiej muzyce

Bez nazwy 1„Wódeczka lepsza niż whiskey i giny” – to hasło przyświecało mi przy pisaniu podsumowania polskiej muzyki. Jednak zdecydowanie nie mam zamiaru pisać w notce poniżej o potworku wypuszczonym przez Donatana. W zamian poniżej znajdziecie sporo ciekawej polskiej muzyki, której chętnie słuchałem w 2013 roku.

Zacznę od szeroko pojętej alternatywy, gdyż w tym momencie należy wspomnieć album „Something of an End” od Patrick The Pan. Co prawda album Piotra Madeja ukazał się oficjalnie pod koniec grudnia 2012 roku, jednak to w 2013 roku został zauważony przez większość serwisów muzycznych. Debiut Patrick The Pan w sporym stopniu nawiązuje to jednego z najlepszych polskich krążków ever, czyli „Uwaga jedzie Tramwaj” Lenny Valentino. Zarówno w kwestii brzmienia jak i tematu teksów – czyli wspomnień z dzieciństwa. Innym albumem wartym uwagi była „Hellada” od duetu Rebeka. Sporo melodyjnej elektroniki, przebojowość, elementy retro – to najważniejsze zalety krążka od Iwony Skwarek i Bartosza Szczęsnego. Podążając tropem muzyki elektronicznej warto nadmienić „Red” od Kixnare. Dj i producent muzyczny Łukasz Maszczyński podbił nasze uszy świetnym klubowym materiałem w którym prym wiódł singiel „Gucci Dough”. Sporo zachwytów padło również w kierunku tajemniczego projektu Bokka. Myślę, że materiał na „Bokka” w pełni to uzasadnia.

Co łączy Tomka Makowieckiego i Dawida Podsiadło? Obaj wybili się w talent showach i obaj byli mocno hajpowanie w zeszłym roku. Pierwszy z nich poszedł w stronę elektroniki i klimatów Kamp! nagrywając krążek „Moizm„. Jednakże bez większych rewelacji. Większe nadzieje wiązałbym z Dawidem Podsiadło, którego „Comfort and Happiness” może być początkiem czegoś większego. Dobry materiał zaprezentowała grupa Mikromusic. Na krążku „Piękny Koniec” znajdziemy sporo elementów jazzowych, folkowych jak i stricte rockowych. Poza tym po raz kolejny zachwyca zawadiacki duet UL/KR. Ich „Alment” w uzasadniony sposób zdobywa dobre miejsca w podsumowaniach całorocznych. Dzięki Czesławowi Mozillowi zabłysnął Fismoll. Jednakże jego „At Glade” w żadnym wypadku nie można nazwać innowacyjnym czy też odkrywczym. Artysta oddaje nam do odsłuchu 10 usypiających folkowo-songwriterskich utworów. Podobnie ma się sprawa z Lilly Hates Roses i ich debiutanckim LP „Something To Happen„. Ciekawe debiuty zanotowały takie grupy jak Kinki oraz krakowskie Sound Q, które można nazwać polskim NIN. Nie zwalnia tempa Tomasz Biliński. Jego solowy projekt Coldair mieli okazję docenić fani muzyki alternatywnej w Barcelonie i Teksasie. „Whose Blood” to album bogaty aranżacyjnie, melancholijny i mogący mierzyć się z dorobkiem Bon Iver.

Rok 2013 nie był zbyt udany dla muzyki gitarowej. Jednakże pojawiło się kilka albumów wartych uwagi. Do takich krążków na pewno należy zaliczyć „++” od Trupa Trupy. Jest to solidna porcja psychodelicznego rocka nawiązującego do lat 60. i 70. który niesamowicie wciąga. Poza tym mieliśmy do czynienia z kilkoma udanymi powrotami. Grupa Świetliki powrócili po 8 latach przerwy z albumem „Sromota” i należy nazwać to udanym powrotem. Szósty album grupy Świetlickiego składa się z trzech płyt i na ostatniej z nich usłyszymy Bogusława Lindę. Poza tym w końcu doczekaliśmy się nowej płyty od Edyty Bartosiewicz. „Renovatio” polskiej wokalistki jest zagłębione w latach 90, czyli szczytowym okresie dla artystki i z pewnością jest materiałem zadowalającym fanów Edyty Bartosiewicz. Duży progres zaliczyli warszawiacy z Sorry Boys nagrywając album „Vulcano„, który często można było usłyszeć w rockowych radiostacjach. Nowy materiał zaprezentowało Myslovitz z nowym wokalistą, jednakże ich „1.577″ to absolutnie już nie moje klimaty. Oczekuję jednak niecierpliwie solowej płyty Artura Rojka, która ma się pojawić w tym roku. Nowy krążek wydał także Psychocukier, jednakże nie miałem czasu go przesłuchać. Jednak po tym zespole zawsze można spodziewać się dobrej muzyki. Na propsa zasługuje również drugi album Krzyśka Zalewskiego, który w ostatnim czasie pobierał lekcje od zespołu Muchy. Wspólna trasa z poznaniakami dobrze podziała na zwycięzce drugiej edycji Idola a jego „Zelig” to fajna płyta, która dobrze się słucha. Swój trzeci longplay wypuściło Tides From Nebula. Początek nudzi, jednak pod koniec się rozkręcają. Ciekawą pozycją jest również „Matka, Syn, Bóg” od tria: Waglewski, Fisz, Emade.

Jeżeli chodzi o hip-hop w 2013 roku to należy wymienić dwie płyty. Po pierwsze „Czarna Biała Magia” Sokoła i Marysi Starosty, czyli najbardziej innowacyjny krążek zeszłego roku. Mamy tutaj beaty od zachodnich wymiataczy, kapitalny narkotyczny klimat, różnorodnośc brzmieniową i poruszone w tekstach ważne kwestie społeczne. To był zdecydowanie najczęściej przeze mnie słuchany polski album. Drugi krążek to „Za Młodzi na Heroda” grupy Rasmentalism, który stoi na wysokim poziomie produkcyjnym i nie odstaje od zachodnich rapalbumów. W zeszłym roku przesłuchałem także najnowszy krążek Ostrego i Hadesa. Ich „Haos” nazwałbym jednie krążkiem poprawnym. Natomiast Pezet „Muzyką Rozrywkową” stara się gonić zachodnie trendy.

Niestety w 2013 roku nie słyszałem dobrych polskich płyt popowych. Radio dręczyło nas „Bałkanicą”, Kari wydała nową płytę, której nie słuchałem a Iza Lach wypuściła kilka ciekawych piosenek, które mam nadzieje są zapowiedzią czegoś większego w nowym roku. Może w 2014 będzie lepiej?

Na koniec top 10 polskich płyt, bez zbędnych komentarzy.

10. Coldair – Whose Blood

9. Bokka – Bokka

8. Trupa Trupa – ++

7. Stara Rzeka – Cień chmury nad ukrytym polem

6. Kixnare – Red

5. Ul/Kr – Alment

4. Patrick The Pan – Something of an End

3. Rasmentalism – Za Młodzi Na Heroda

2. Rebeka – Hellada

1. Sokół i Marysia Starosta – Czarna Biała Magia

10 najlepszych piosenek Myslovitz

Jakiś czas temu Polskę obiegła szokująca wiadomość. Artur Rojek odchodzi z Myslovitz. Osobiście nie zaskoczyło mnie to ze względu na to, że już od paru lat było widać, że Rojas był dalej aniżeli bliżej zespołu. Dla mnie w zasadzie był już bardziej organizatorem OFF Festivalu niż wokalistą legendarnego myslo. Robi się jednak żal, gdyż dla wielu z nas był to zespół naszej młodości. By wrócić jeszcze raz do starych, dobrych lat postanowiłem stworzyć listę 10 najlepszych piosenek Myslovitz.

Alexander

Szklany Człowiek

Polowanie na Wielbłąda

My

Przedtem

Peggy Brown

Do Utraty Tchu

James, radiogłowi i żuk z rewolwerem jadą donikąd

W Sieci

To Nie Był Film

Off Festival 2011

Szósta edycja Off Festivalu już przeszła do historii, w tym roku nie zabrakło również dobrej muzyki, świetnych występów, multum wrażeń, lanego grolsha i… deszczu.

Warpaint

Tak samo jak w poprzednich latach katowicki festiwal trwał 4 dni, z których trzy ostatnie uświetniła moja osoba. Zatem wszystkich szukających relacji z Current 93 odsyłam do googla by szukali dalej, ja zajmę się pozostałymi koncertami z Doliny Trzech Stawów. Pierwszy dzień według moich wcześniejszych planów miał być dniem najmniej obfitym w koncerty, w praktyce okazało się inaczej. W tym roku zacząłem od występu grupy L.Stadt, która grała na scenie leśnej. Szczerze powiedziawszy nie znałem tej grupy zbytnio wcześniej poza dwoma oczywistymi kawałkami (Londyn i Death of a Surfer Girl – z tego zagrali tylko ten drugi). Jednak podczas 30-minutowego występu nie nudzili i wypadli całkiem w porządku. Następnie powędrowałem pod scenę główną gdzie po raz czwarty chciałem zobaczyć „my favourtie polish band”, czyli The Car is On Fire. Wymagań nie miałem dużych, gdyż wiedziałem na co ich stać i czego mogę się spodziewać. Jednak w porównaniu do występu z 2009 roku wypadli raczej słabiutko, scena mBanku okazała się dla nich za duża tak samo jak podczas Open’era w 2007 roku, gdzie również grali na największej scenie. Następnie powróciłem na scenę Leśną gdzie grać miał Lech Janerka, i jedyne co mogę powiedzieć o tym występie to tylko tyle, że Lech Janerka jest w dobrej formie i już zapowiedział następne występy. Poza tym dodam, że ten występ absolutnie nic nie zmienił w moim życiu i z pewnością raczej nie będę po nim fanem Janerki. Fani rewolucji i awanturnicy mogli dalej się bawić podczas koncertu Dezertera, ja natomiast wstąpiłem do Namiotu prezydencji (ah te polityczne zaangażowanie, widział ktoś w tym roku Buzka?) by zobaczyć występ grupy Glasser, jednak potworny zaduch i raczej nie przekonujący początek wypędził mnie stamtąd.

Junior Boys

Skuszony dobrymi opiniami udałem się na koncert Warpaint. Przed samym wyjazdem słuchałem ich płyty z poprzedniego roku „The Fool”, jednak do samego końca nie byłem pewien czy warto poświęcić na ten występ 50 minut. Poświeciłem i nie był to czas zmarnowany, bo na żywo materiał z płyty brzmiał jeszcze lepiej. Widać było, że czwórka dziewoj ze Stanów Zjednoczonych również dobrze się bawiła. Zachęcały do tańca i ogólnie sprawiły na mnie dobre wrażenie, jednak czas się zmywać. Już za moment mój headliner dnia, czyli Junior Boys. Ustawiłem się w miarę blisko by nie przegapić niczego z tego koncertu, znałem ich materiał i oczekiwałem świetnej, tanecznej zabawy. Zaczęli nie najlepiej bo od 10- minutowego spóźnienia, jednak później z minuty na minutę było coraz lepiej by zakończyć fenomenalnym Banana Ripple, który samy z siebie porywa do szalonego tańca. Nie zabrakło ich najlepszych kawałków jak i materiału z nowej płyty All It’s True. Brakowało mi tylko Second Chance, liczyłem, że odegrają właśnie ten kawałek podczas bisu, jednak o bisie nie było mowy. Kanadyjski duet wspomagany na żywo przez perkusistę dał jeden z lepszych koncertów tegorocznego festiwalu, do tej pory mam w głowie falsetowe okrzyki „No You never, No You never…”.

Omar Souleyman

Chęć zobaczenia czegoś „innego” pokierowała mnie by przez chwilę zobaczyć prawdziwy, progresywny, techniczny metal w wykonaniu Meshuggah, jednak na dłuższą metę nie zniósłbym tego natężenia agresji i hałasu w moich uszach. O 23:00 byłem już pod sceną eksperymentalną, gdzie miała wystąpić ciekawostka dnia czyli Omar Souleyman. Namiot napełnił się po brzegi (standardowo), wszyscy byli ciekawi co zaprezentuje Syryjczyk. Nawet kolesie z Junior Boys, którzy występ kręcili obok mnie. Koleś miał własnego konferansjera!!!, który w języku angielskim zapowiedział występ gwiazdy prosto z Bliskiego Wschodu. Wspomagany przez jednego muzyka od „czarnej roboty” Omar kręcił się po scenie i po prostu dawał „czadu”. Ludzie świetnie zareagowali. Hity z Jazeraa Nights brzmiały świetnie, że trudno było być obojętnym na to co się dzieje. Zwłaszcza, że parkietowa podłoga falowała i uginała się pod napływem tańczącej i skaczącej publiki. Ufff, to był kolejny świetny i niezapomniany występ. Tuż po północy byłem już na świeżym powietrzu, gdzie przez najbliższą godzinę chłonąłem dźwięki grane przez Mogwai. To był ich drugi występ na Offie i wydaje mi się, że lepiej się zaprezentowali niż w 2008 roku, jednak może to dlatego, że „Hardcore Will Never Die, But You Will” jest lepszą płytą niż „Hawk is Howling”? Jak zwykle ludzie narzekali, jednak należy pamiętać, że to zespół specyficzny i to nie tylko dlatego, że nie mają wokalu. Setlista była idealna, nie zabrakło Mogwai Fear Satan czy też Haunted by Freak jak i najfajniejszych piosenek z nowej płyty (Rano Pano chociażby). Na koniec wpadłem na początek Low, który grał koncert dedykowany Andy’emu Kotowiczowi z Sub Popu, mimo, że grali fajnie to jednak zmęczenie wygrało i tym samym pierwszy dzień festiwalu dla mnie się skończył.

Drugi dzień festiwalu rozpocząłem od koncertu D4D, czyli Dick4Dick. Miałem okazję już tyle razy ich zobaczyć i ani razu tego nie zrobiłem, dlatego zmobilizowałem się tym razem i zobaczyłem jak to wygląda tym razem. Nie było źle, jednak również bez porywów. Materiał z nowej płyty brzmiał raczej średnio poza wyróżniającym się Love is Dangerous. Czas na piwo. O 17:50 grał Blonde Redhead, bardzo wcześnie, jak na nich za wcześnie. Pomimo problemów technicznych zagrali fajną setlistę obfitą w hity z „23”. Jednak nie było tej magii, nie było tego klimatu na który wszyscy czekali. Kolejne rozczarowanie padło godzinę później, gdy się okazało, że koncert Polvo został przesunięty na godzinę 2:15. O tej porze koncert ten był tylko dla największych hardkorów.

Neon Indian

Jednak przed klęską sobotę uratowały wieczorne koncerty. Pierwszy na scenie leśnej Neon Indian dał świetny, pełen energii występ. Nie zabrakło największych hitów takich jak: Deadbeat Summer, 6669 (I Don’t Know If You Know) oraz Psychic Chasms. Było kolorowo, tanecznie i niemal szalenie. W mojej ocenie jeden z lepszych występów tegorocznej edycji, aczkolwiek przyznam się, że miałem obawy jak zabrzmi na żywo mój ulubiony album z 2009 roku. Obawy były całkowicie nie uzasadnione, Alan Palomo wykonał świetną robotę, chodź momentami stosował różnorakie zagrywki pod publikę. O 22:00 zjawiłem się pod sceną główna by zobaczyć legendę gitarowego grania, czyli Gang of Four. Nie zawiedli, pomimo tatusiowego wieku Brytyjczycy pokazali, że wciąż wymiatają i są niczym dynamit na scenie. Był to żywiołowy występ, podczas, którego przypomnieli takie klasyki jak: Damaged Goods, Ether czy Natural’s Not in It z debiutanckiego albumu Entertainment! Była to niezapomniana podróż w przeszłość. Zdecydowanie na plus.

Primal Scream

Jednak to nie koniec sobotnich wrażeń. O 23:05 miał zaczynać na Scenie Leśnej Destroyer, czyli Daniel Bejar i spółka. Dlaczego warto było być na tym gigu? Każdy kto słyszał najnowszą płytę Kaputt wie, że ta płyta jest świetna. Destroyer zachwycił nas grając właśnie w większości numery z tego krążka. I jak to brzmiało! To odpowiedź na wcześniej zadane pytanie, ten brodaty kudłacz, który wygląda dość niepozornie potrafi chwycić za serca. Wytworzyła się właśnie ta magia, na która wszyscy czekali podczas występu Blonde Redhead. Gdy tak słuchałem Bejara i jego nutek wspomniał mi się występ Menomeny sprzed trzech lat, utrwaliło to mnie tylko w przekonaniu, że warto było tutaj się zjawić. Choć co do tego nie miałem żadnych wątpliwości, bo w ten występ celowałem od samego początku. Tak samo jak celowałem w występ dnia, czyli Primal Scream, który miał odegrać swój legendarny album Screamedalica. To był zdecydowanie najżywszy, najenergiczniejszy, najbardziej taneczny występ tegorocznej edycji Off Festiwalu. Album ten w wykonaniu live brzmi jeszcze lepiej niż na płycie, zwłaszcza opener Movin’ On Up i te okrzyki „My light shines on”. Zespół grał jakby bez opamiętania, nie zważał na to, że już są 20 minut po czasie. Publice też się podobało, żywym tego dowodem było wspólne odśpiewanie Come Together. I mimo, że mogły pojawiać się problemy z prądem to zespół grał swoje i czarował publikę. Brawa dla pani robiącej chórki, to kobieta to prawdziwy wulkan.

Deerhoof

Trzeci dzień i ostatni zarazem zacząłem dość wcześnie przy żarzącym słońcu. Pierwszy zaplanowany koncert Ringo Deathstarr obejrzałem już o 15:35 na Scenie Leśnej. podczas 30 minutowego koncertu pokazali się z bardzo dobrej strony, grając energiczny, żywiołowy koncert. Były w tym jaja i sam zespół z pewnością lepiej się zaprezentował niż The Pains of Being Pure At Heart dwa lata temu. Kto nie było na Ringo, niech żałuje. Przez te półgodziny poczuliśmy prawdziwy teksas. Z resztą sami członkowie grupy czuli się jak w swoim domu. Następnie zespół Biff grał soundtrack do obserwacji akrobacji w powietrzu wykonywanych przez samoloty oraz zmagań na boisku, gdzie szpile rozgrywały drużyny offowiczów. Jednak tą sielankę przerwała gwałtowna burza, przez co występ Abradaba grający set K44 został przełożony na godzinę 2:15, to był cios. Gdy przestało padać (nie na długo jak się okazało później) zawędrowałem pod scenę główną mBanku. Zespół Liars wystąpił z 20 minutowym opóźnieniem, jednak nie przeszkadzało to im zagrania dobrego koncertu. Wokalista Angus Andrew był swego rodzaju Zlatanem Ibrahimoviciem tego zespołu, gwiazdą w pełnym tego słowa znaczenia.

Public Image Ltd

Następny przystanek to koncert grupy Deerhoof. I główne w tym momencie moje zachwyty kieruje perkusiście grupy, który na obkrojonym sprzęcie bębnił jak oszalały. Natomiast Satomi Matsuzaki została określona Hendrixem tego zespołu. Mimo, że nie słucham ich na co dzień to wiedziałem, że mogę liczyć na energiczny koncert i taki też zastałem. Brawo. O 22 byłem już ponownie pod sceną główną, gdzie miał zagrać dEUS, moje tegoroczne odkrycie (mocno eleganckie spóźnienie). Nawet padający deszcz nie mógł mnie wygonić spod sceny. Zespół z pewnością pokazał, że myślenie o Belgu jako o nudziarzu jest mocno naciągane. Tom Barman okazał się prawdziwym liderem z krwi i kości, starał się odciągnąć uwagę widzów od coraz mocniej padającego deszczu. I udało mu się to! Skakał, biegał, zachęcał do tańca podczas Favourite Game, co chwile zmieniał gitarę, żartował sobie (Barbara Streisand). Ludzie z zaplecza mieli pełne ręce roboty prazy tym kolesiu. Poza tym przedstawił nam swojego gitarzystę Mauro Pawlowskiego, który ma polskie korzenie. Ostatnim koncertem tego dnia dla mnie (głównie z powodu deszczu) był Ariel Pink Haunted Graffiti. Gdy zobaczyłem tego rozczochrańca w czerwonym sweterku wiedziałem, że będzie koncert „w jego stylu”. Mimo uporczywego deszczu, ludzie świetnie się bawili. Bo jak się okazało, jego muzyka jest w pewnym sensie muzyką deszczową. Idealnie się wkomponowała w warunki atmosferyczne, a sam nieobliczalny Ariel Pink ogrywał po kolei hiciory z Before Today i udowodnił po raz kolejny, że jest totalnym świrem. Na Public Image Ltd. deszcz odebrał całkowicie chęci.

Podsumowując. Z pewnością na plus po raz kolejny urok miejsca Doliny Trzech Stawów, powiększona oferta gastronomiczna, żywiołowe, taneczne i rozróżnicowane koncerty. Jednak pojawia się także sporo minusów. Off słynną zawsze z punktualności, w tym roku zdecydowanie za dużo było opóźnień. In minus również przesunięcia tak ważnych koncertów jak Polvo i Abradaba, pogoda w 70 % dopisała. Gdzie hip-hop? Too much metal, It’s too much for me (wiadomo kawaleria szatana wraca do łask). No i na deser problemy z parkingiem. Oj, oj mimo to Off Festiwal uważam za udany i nie czuje się rozczarowany, zwłaszcza, że zobaczyłem kilka na prawdę wybitnych koncertów.

Off Festival 2010

Jubileuszowa bo piąta edycja najbardziej alternatywnego festiwalu w Polsce odbyła się tym razem w Katowicach. Było więcej ludzi, więcej kiełbasy i więcej dobrej muzyki. Artur Rojek zadbał o to by każdy entuzjasta muzyki znalazł coś dla siebie każdego dnia podczas pobytu w Dolinie Trzech Stawów. Czas na podsumowanie muzycznego wydarzenia o którym trąbiłem na stronie od czerwca.

The Horrors

Off rozpoczął się już w czwartek, jednak nie posiadałem karnetu czterodniowego by zobaczyć klubowy występ ludzików z Matmos. Dla mnie festiwal zaczął się w piątek od występu Cieślaka z księżniczkami. Maciej Cieślak jest już żyjącą legendą polskiej muzyki offowej. Lider Ścianki, członek Lenny Valentino, poza tym takie muzyczne projekty jak Kings of Carmel, Wyjebani w Dobrej Wierze i teraz Cieśłak i Księżniczki. Muszę przyznać, że początek brzmiał bardzo uroczo. Trzy panie wspomagające Cieślaka grały lekko i nie nudziły a sam boss, który na Offie zbierał pokłony był w dobrej formie wokalnej. Troszkę przeszkadzał upał w namiocie i jęki Waglewskich w tle, które zagłuszały ekipę Cieślaka. Warto odnotować, że podczas tego koncertu miała premiera debiutanckiej płyty, której piosenki mieliśmy okazję usłyszeć na żywo. Następny występ to jedyna okazja by zobaczyć po raz pierwszy w Polsce człowieka o którym mówi się w kategorii zbawcy alternatywy. o 17:50 swoje 5 minut miał Toro y Moi. Chaz Bundick, który w ponad 40 minutowym gigu zmieścił najlepsze kawałki z Causers of This zachwycił Katowicką publikę. Przy akompaniamencie perkusji i basu brzmiał bardzo fajnie i tanecznie. Troszkę wokal gdzieś funkcjonował za muzyką, ale jak na debiutanta, który nagrywa niemal dziesiątkowe płyty było bardzo wesoło. Ludziom się podobało. W końcu pierwszy koncert na powietrzu pod gołym niebem. Na Scenie głównej mBank grał angielski zespół The Horrors. Wiązałem duże nadzieje z ich występem, gdyż spodobali mi się na płycie Primary Colours. I co by tu powiedzieć? Zawiedli troszkę. Początek mieli bardzo obiecujący, Mirror’s Image czy też Who Can Say zabrzmiało tak jakbym tego chciał, ale im dalej koncert trwał tym było nudniej. Kolesie straszyli jak na horrorsów wypada swoimi mega fujfuj obcisłymi gaciami a gitarzystwa wymachiwał nóżką jak nastoletnia fanka Green Day. Muszą się wiele jeszcze nauczyć.

Lenny Valentino

Następnie próbowałem obejrzeć występ Fennesza, który miał być jednym z tych występów które były zainspirowane twórczością Chopina. Wiadomo, rok Chopinowski. Niestety pomimo chęci i fajnych brzmień zachęcających nie udało mi się nawet wejść pod scenę eksperymentalną. Udałem się zatem sprawdzić Art Brut na Scenie Leśnej. Słuchałem ich wcześniej i przyznaje, że Anglicy to nie moja drużyna. Koncert mimo to był żywiołowy i śmiało można było poskakać. Rozrywkowo było jednak nie dla mnie, przerwa na piwo. O 21:40 miał rozpocząć się koncert dnia czyli powrót po 4 latach Lenny Valentino. Jednak opóźniający się występ i padający deszcz skierował mnie do namiotu by zobaczyć Duńczyków z Efterklang. Nie żałuję, koncert był na wysokim poziomie. Bardzo fajna setlista składająca się z samych hitów grupy. Wspomagał ich w paru utworach Czesław Mozil na akordeonie. Widać, że członkom Efterklang się podobało. Publiczności również. Z pewnością wrócą jeszcze kiedyś do Polski. Zdążyłem jeszcze usłyszeć ostatnią piosenkę Lenny’ego, który się spóźnił i nie zagrał bisu, mimo, że publika się domagała.

Raekwon

Wpadłem również na koncert legendy The Fall. Jednak Mark E Smith był mocno zmęczony życiem, zawiódł mnie ten występ. Troszkę czegoś innego oczekiwałem. Miało być jak to mówił Rojek „Niegrzecznie” a było mętnie i nijako. Sam zespół dobrze grał aczkolwiek poczciwy Mark E Smith snuł się po scenie nie wiedząc co robić. Równo o północy rozpoczął się występ Tindersticks. Słuchając ich płyt nie trafili zbytnio do mnie. Na koncercie jednak fajnie brzmieli jako tło muzyczne do rozmów gdzieś zdala od  tłumów pod sceną. Trzeba było oszczędzać siły na Raekwona, który w 100% miał dać czadu. Członek legendarnej grupy Wu Tang Clan spóżnił się o 10 minut, jednak w tym czasie urozmaiceniem było słuchanie krzyków wypitego „obrońcy krzyżów”, który krzyczał „precz z islamem”. W końcu pojawił się nasz czarny ziomek z swoim dj. Rapował nieźle, podoba mi się jego muzyka. Pomimo częstego nawijania „so yo” „ohhh shit” „for America” „What’s up Poland, make some noise” „I’m so fuckin drunk” i przerwy na… hmmm przyznał, że rzygał w tym momencie, ale my i tak wiemy, że robił kupkę „Good shit” to było całkiem fajnie. Można było się pobujać i pomachać ręką. No i przecież „Wu Tang Clan ain’t nuthin to fuck with”. Raekwon to stara szkoła rapu, warto było zobaczyć jak to się robi w NYC. Na koniec nasz fałdkowany murzynek zaprosił wszystkich do Nowego Jorku. Może jeszcze wróci do Polski. Zachwycał się naszymi górami jak i naszą polską vodką. Publika też nie była sztywna, wielu znało teksty MC z Nowego Jorku. The Chief mimo, że momentami oderwany od rzeczywistości „Don’t fuck with the policja” to dawał radę pobudzić widownie, która nie była jednak w spuści portach. Na tym zakończyłem pierwszy dzień OFF Festivalu.

Muchy

Drugi dzień rozpoczął się dla mnie nieco później. Sobotni dzień nie zapowiadał biegania od sceny do sceny, jednak perełki trzeba było zobaczyć. Muchy grające pod słońce niestety zaczęły trochę później przez rozmowy z przedstawicielami miasta Katowice. Poza tym nastąpiły problemy w trakcie drogi do Katowic. Cóż, występ sprzed dwóch lat na Offie bardziej mi się podobał. Trochę gwiazdy się z nich zrobiły, doszedł kolejny do grania. Nie wiem czy taka podwójna perkusja przełożyła się na jakość. Utwory brzmiały inaczej, zwłaszcza perkusja. Wcześniej bardziej mi się podobało. Rozumiem jednak chęć eksperymentowania. Skórka trochę irytował swoim gwiazdorzeniem, Wiraszko wyglądał wczorajszo, ale fajnie zmieniał tekst by było ciekawiej. Nie zabrakło jednak Zapachu Wrzątku, Przesilenia i Najważniejszego dnia także nie ma co narzekać. Kolejny event to Scena Leśna i angielska formacja folkowa Tunng. Przyznaje się, że nie słysząłem ich wcześniej przed koncertem. Zachęcony dobrymi opiniami postanowiłem sprawdzić i nie zawiodłem się. Zespół Tunng to moje odkrycie tego festiwalu. Na żywo zabrzmieli bardzo przyjemnie, sama radość dla ucha. Bez jakiegokolwiek hałasu. Grali głównie utwory z swojej najnowszej płyty …And Then We Saw Land, która wyszła w tym roku.

Mew

Po raz pierwszy Hey widziałem na Offie dwa lata temu, szczerze powiedziawszy to nie zachwycił mnie wtedy ten koncert. W tym roku było stanowczo lepiej. Nie słuchałem ich najnowszej płyty, ale podczas koncertu chyba zagrali całą, albo większość kawałków. Musze przyznać, że pomimo piskliwego głosu zawstydzonej Nosowskiej, która to dziękowała lub przepraszała, że nie jest wodzirejem to Hey brzmiał momentami ciekawie. Nie grali hitów, tylko swój nowy materiał. Na żywo brzmiało to fajnie, przez moment nawet chciałem sprawdzić na płycie, ale póki co to mi się nie chce. Duński Mew natomiast zagrali świetny koncert. Przyjemnie się słuchało najlepszych kawałków grupy i obserwowało murzynka na scenie, który tańczył w rytm muzyki Mew. Wyglądało to bardzo efektownie. Koleś miał lepsze ruchy od samego świętej pamięci Michaela Jacksona. Widać a przede wszystkim słychać, że zespół z Danii jest zarówno dobry na koncertach jak  i na płycie. Podobało mi się brzmienie, wokalista brzmiał idealnie tak jak na krążkach grupy. W tle śmigały różne wizualizacje, które idealnie komponowały się z muzyką i popieprzającym tańcerzem na scenie. Z pewnością jeden z lepszych występów Off, które udało mi się zobaczyć. Bo jak wiecie, nie idzie wszystkiego zobaczyć.

Dinosaur Jr

I właśnie o północy nastąpił taki problem. Grały dwie grupy, które chciałem sprawdzić. Wybór był jednak oczywisty. Dinosaur Jr mimo, że mieli problemy z sprzętem to zagrali dobry koncert. Grupa No Age użyczyła im gitar, gdyż ich sprzęt nie dotarł na czas do Katowic. Podczas strojenia instrumentów przed występem basista żalił się, że to nie jego bas. J Macis jednak powiedział, że postara się wyciągnąć z gitary na tyle ile się da. Widać, że chłopki są profesjonalistami. Pomimo wielu wiosen na koncie to potrafili odegrać świetnie najlepsze kawałki grupy zarówno z nowych płyt jak i tych klasycznych. I tak nie zabrakło Over It jak i Little Fury Things. Trójka indie legend przez godzinny występ dała czadu takiego jak wszyscy się spodziewali. Nie był to show, kontakt z publiką był wręcz zerowy. Dinosaur zagrał po prostu dobrą muzę przy której spora grupa ludzi skakała. Było rockowo. Perkusista walił ostro bębny, czego nie zdradza jego tatusiowaty wygląd. Grupa z Massachusetts była pewniakiem i z pewnością nikt nie czuł się zawiedziony ich występem. Zaraz po koncercie tłum ludzi rzucił się na koszulki z wielką krową i napisem Dinosaur. W tym czasie występował Radio Dept. Podobno jednak występ był średni, także nie żałowałem swojego wyboru. Zdążyłem jeszcze zobaczyć początek Lali Puny. I gdyby nie to, że noce w Katowicach nie są ciepłe jak w Los Angeles i zmęczenie to chętnie bym został zobaczyć do końca. Bo niemiecki zespół grał na prawdę ślicznie. Było słodko. William Basinski o 2:50 to już tylko dla hardkorów. Rok temu jeszcze bym wytrwał, tym razem chciałem jak najszybciej pod kołderkę.

O.S.T.R.

Dzień trzeci rozpocząłem od wizyty Sceny Eksperymentalnej. Znowu niestety nie udało mi się wejść, ale nie tylko mi. Spora rzesza ludzi czatowała przed namiotem. W środku występował The Tallest Man On Earth. Na płycie nie podobał mi się za bardzo najwyższy człowiek świata jednak live brzmiał o niebo lepiej. Koleś supportował Bon Iver i teraz wiem dlaczego. Było fajnie, żartował o dużej ilości gitar, które jeszcze ma w zanadrzu. Gdyby nie fakt, że scena główna zagłuszała mi ten akustyczny występ Szweda to zostałbym do końca. W sumie przed namiotem ludzie narzekali, że takie fajne koncert muszą się odbywać na takich małych scenach. A Ludzi były masy. Na scenie głównej występował O.S.T.R. po raz drugi na Offie. Nasz najbardziej indie raper rapował z żywym zespołem. Nie znam jego dyskografii, ale poleciały kawałki z najnowszej płyty ostrego Tylko dla Dorosłych. Zatem nie zabrakło np Spij Spokojnie. Nie jest on złym raperem. Rapuje na poziomie, czasem nie zrozumiale, ale koleś podobno jest najlepszy w freestylu. Trochę czasami już irytował swoimi gadkami między utworami, trochę za dużo nawijał o swoim synu. Ogólnie było spoko, fajnie się siedziało na trawce w słońcu, słuchało ostrego i obserwowało samoloty na niebie.

The Raveonettes

Po piwkowej przerwie wróciłem pod scenę Leśną, gdzie miał grać No Age. I co by tu rzec o tym występie? Zagrali bardzo energicznie, żywiołowo i hałaśliwie. Wokal był nieco zagłuszony przez natłok dźwięków perkusji, gitary i syntezatora. Był to chyba pierwszy mój koncert gdzie wokalistą był perkusista. Zawsze byłem ciekaw jak to wygląda na żywo. Chłopaki nagrali dobrą płytę i to właśnie z Nouns leciały głównie utwory, ale muszę jeszcze wiele razem zagrać koncertów. Mimo, że hardkorom skaczącym pod sceną z pewnością się podobało to miłośnikom muzyki stojącym z tyłu nie koniecznie. Nie do końca mi się podobało brzmienie na żywo, jednak No Age to był jeden z tych koncertów na którym trzeba było być. Zaraz po nich występował duński duet The Raveonettes. Zastanawiałem się jak będzie wyglądał ich występ. Było bardzo prosto perkusja składająca się z werbla, toma i talerza. Dwie gitary, bas. Wystarczyło na tyle by zabrzmieć bardzo przyjemnie. Nie zawiedli. Był to udany koncert, nie zabrakło utworów z legendarnego już niemal Whip It On jak i tych nowszych piosenek, które pasowały do siebie. Momentami było energicznie, momentami grali urocze gitarowe ballady. Słuchając ich obiecałem sobie przesłuchać ich całą dyskografię. Także mogę stwierdzić, że było lepiej niż dobrze.

The Flaming Lips

I ostatni występ na który czekałem z wypiekami na twarzy. Nie tylko ja. Już długo przed koncertem pod sceną zgromadziła się chmara ludzi. Mowa o The Flaming Lips. Największej gwieździe tegorocznego Offa i chyba w ogóle Offa. Już przed samym występem była świetna zabawa pod sceną gdy jedna strona odbijała balonem (mi się odbił od głowy) a druga strona skandowała „lewa strona daj balona”. Na scenie snuł już się Wayne Coyne, widać było, że też chciałby już zacząć. I zaczęło się. Musze przyznać, że to był chyba największe show na jakim byłem. Porównywalne do występów Muse, z tym, że tutaj było bardziej widowiskowo. Już od samego początku kiedy to członkowie zespołu wychodzili z wielkiego błyszczącego ekranu a lider grupy przebrnął po tłumie w wielkiej dmuchanej bańce. Następnie poleciał deszcz konfetti a wszędzie było widać kolorowe balony. The Flaming Lips już przyzwyczaili swoich fanów do takich występów. Ekipa wspomagająca ubrana w pomarańczowe dresy i tańcząca po bokach również fajnie się prezentowała. Było kolorowo. Dominował pomarańczowy i żółty kolor. Nie zabrakło wielkiego niedźwiedzia na którym siedział mistrz ceremonii. Jak i wielkiego „Grzybka z Mario” i smoka. Były również lasery z wielkich łap lidera flamingów. Jeżeli chodzi o show, spetaktl, widowisko to muszę wystawić ocenę celującą. Ale przecież to nie wszystko. A muzyka? Muzyka nie odstawała od show ani o krok. Nie zabrakło największych hitów grupy. Zagrali najlepsze piosenki z Embryonic. Nawet moje ulubione See The Leaves. Nie zapomnieli zagrać She Don’t Use Jelly czy też odśpiewane z tłumem Yoshimi Battles The Pink Robots. Na sam koniec zostawili największy przebój Do You Realize, które odegrane wraz z sypiącym się konfettim z nieba było wymarzonym zakończeniem koncertu jak i samego OFF Festivalu. Jak na gwiazdę przystało był to najlepszy gig festiwalu.

Czas na krótkie podsumowanie. OFF już raczej pozostanie w Katowicach. Przynajmniej do 2016 roku. Było z pewnością lepiej niż rok temu. Nie zabrakło gwiazd jak i dobrych, porządnych alternatywnych projektów. Sama Dolina Trzech Stawów była stanowczo za mała by pomieścić takie tłumy ludzi. Wydaje mi się, że było więcej ludzi niż w 2008 roku kiedy Rojek zaprosił Mogwai, of Montreal, CLinic itd. Sceny zagłuszały się nawzajem. Ten problem musi zostać rozwiązany jeżeli sam festiwal ma się rozrastać. Strefa gastronomiczna również nie była w stanie pomieścić tak dużej ilości ludzi, zwłaszcza godziną wieczorową. Nad takimi podstawowymi sprawami trzeba jeszcze popracować. Rozumiem, że to pierwszy raz w Katowicach. Z pewnością sytuacja się ta poprawi. Jednak na muzykę nie mogę narzekać, a ona była tam najważniejsza. Warto było być.

Off Festival 2009

Czwarta edycja Off Festival tradycyjnie już w Mysłowicach, mieście Artura Rojka. Więcej artystów, więcej dni muzyki, więcej sztuki, ale mniej ludzi. Zabrakło odpowiednich zespołów od dużej czcionki. Moim zdaniem jak już przyciągać ludzi na festiwal to na zespoły docenione np. tak jak rok temu Mogwai. Plotki mówiły o Super Furry Animals, Wilco czy też My Bloody Valentine.Rojas jednak zaprosił ciekawych artystów, jednak po raz kolejny nie potrzebnie przyciągał woodstockową młodzież zespołami wyrwanymi z trasy po juwenaliach całej Polski.

Mniejsza z brudasami. Cierpi na tym troszkę klimat, ale nie bądźmy samolubni. Nawet „Terror” poddał się komercjalizacji. Sam Rojek jednak pozostaje ten sam. Lubujący się w dobrej muzie niekoniecznie o dużym rozgłosie, ale rekomendacje Rojasa godne uwagi. Nie może być co roku Mogwai nie?

Tyle tytułem wstępu. Jako, że dysponowałem biletem dwudniowym nie uraczę was relacją z These New Puritans, Kozelka czy Wire. Trochę mam żal, że lider Myslovitz rozbija ciekawe koncerty po restauracjach i kościołach gdzie jest ograniczona liczba miejsc. O ile młodziaki z TNP i weterani z Wire daliby radę na dużej scenie to taki Olafur czy Kozelek bardziej pasują do małych miejsc o dobrej akustyce.

pains

The Pains of Being Pure At Heart

Piątkowe koncerty rozpocząłem od wizyty w namiocie Trójki. Kumka Olik miała zachwycać. Trochę śmieszny występ, bez jednego członka (tego w garniturze). Chłopaki przez dwie piosenki, które widziałem nie zrobili niczego by mnie zainteresować na tyle bym został do końca gigu. Tak samo kiepsko jak na płycie zaprezentowali się w namiocie. Ogromna nagonka dodatkowo im nie sprzyja. Następnie The Thermals na scenie głównej. Idąc na koncert nie spodziewałem się niczego ciekawego. Mając w pamięci słabiznę na Now We Can See po prostu stałem by jakoś przestać i odhaczyć „byłem, widziałem”. Jak się jednak okazało koncert okazał się dość fajny. Sporo energii i spontaniczności. Pani basistka skacząca tu i tam. Ogólnie słabe piosenki zabrzmiały na tyle ciekawie, że dobra zabawa nie opuszczała Main Stage przez całość występu trio z Portland. Następnie zawędrowałem pod Scenę Leśną (najlepszą). Tam już rozpoczynał się występ mocno oczekiwanej Micachu and The Shapes. Początek koncertu nie okazał się zbytnio fascynujący, jednak jak się później dowiedziałem rozkręcili się (podejrzewałem, że tak się stanie). Jednak ja już w tym czasie zahaczyłem o Komety. Co ja tam robiłem? W namiocie zrobiły się mini Juwenalia. Czas na Piwo. Tylko jedno bo zaraz mieli pojawić się na Głównej Scenie debiutanci roku. Mowa o The Pains of Being Pure at Heart. Oczekiwania duże. Oni mieli mi zastąpić brak My bloody Valentine do, których nie tylko ja ich porównywałem w swojej recenzji.Koncert dał radę. Widać było, że są młodzi. Wczesna pora także im nie sprzyjała, ale koncert godny uwagi. Zaczarowali tak samo jak na płycie. Przez 50 minut zdążyli odegrać najlepsze części swojej debiutanckiej płyty. Indie ma się dobrze dzięki takim artystom.

fuck

Fucked Up

Scena Leśna po raz kolejny wzywała. Grupa Health była jednym z licznych hardkorowych przedstawicieli na tegorocznej edycji festiwalu. Reklamowani w telewizyjnym spocie, ciekawie brzmiące single. Zaintrygowali mnie na tyle by sprawdzić jak teoria ma się w praktyce. No cóż do pewnego momentu byli do zaakceptowania przez mój mózg. Później trochę brak spójności i jakiegoś ładu drażniła. Sorry chyba nie jestem jednak hardkorem. Nie jestem? Chyba jednak jestem! Nie no sorry. Wiedziałem, że Fucked Up sprawi, że będę zachowywał się jak zwierzę. Już na sam widok Pink Eyes’a dostawałem ciarek. Wiedziałem, że za chwilę będzie tuż obok mnie, spocony bez swojej czerwonej koszulki. Czapki też się pozbył, ale nie z własnej woli. Polska mentalność. Pierwsze dźwięki. Son of The Father. Najlepszy Opener. Już wchodził we mnie wariat. Pink Eyes jeszcze na scenie, ale już przezywałem orgazm. Kilkadziesiąt sekund a Pink Eyes już na dole. Do końca koncertu już nas nie opuścił. Co mogę powiedzieć na temat tego występu? Najwięcej energii, najbardziej wulgarny, esencja punka. Nie zgodzę się, że muzycznie słabo. Fucked Up to nie tylko gruby wokalista, który stanowi bardziej hardkorową wersję Tima Harringtona z Les Savy Favs. Zespół bardzo konkretny. Łączenie psychodelii z hardkorem. Wysoki poziom. Oczywiście mało szło zrozumieć z tego co krzyczy nam do twarzy wokalista, ale koleś bardzo sympatyczny. Z dużym dystansem do swojego brzuszka i na dodatek lubiąc sobie potańczyć. Brawo.

Monotonix

Monotonix

Fucked Up w połączeniu z dużą ilością piwa wykańcza. Piątkowy wieczór to jeszcze trzy występy obejrzane powierzchownie. The Week That Was raczył indie młodzież swoja obecnością w Namiocie Offensywy. Byłem tylko przez fragment koncertu, ale urzekli mnie swoją melodyjnością. Było na prawdę ciekawie przez tą część koncertu, którą widziałem. Szkoda, że nie widziałem całości. Z pewnością nie była to strata czasu. W tym czasie występował także Monotonix na scenie Miasta Muzyki. Jakoś dziwnie to wszystko wyglądało z mojej perspektywy. Zgraja ludzi na scenie, słychać muzykę, ale gdzie ci kolesie z Izraela? Muzycznie niezbyt ciekawie. Jak później pokazał mi youtube show był nie mniejszy niż na Fucked Up. Na scenie głównej już zbliżał się koncert gwiazdy wieczoru. Za chwilę miała pojawić się grupa Spiritualized. Konferansjer wyglądający jak Andrzej Krzywy chciał pobudzić publikę, jednak dało się tylko usłyszeć rozpaczliwe: „Nie ma ludzi”. Widziałem tylko trzy pierwsze kawałki (zmęczenie), ale wdarło się trochę magii w te kilka minut obcowania z Jasonem Pierce. światła, gitary, murzynki z chóru ubrane w białe stroje. Miażdżenie mózgów dźwiękami niczym Mogwai rok temu. Szkoda, że nie wystałem dłużej i przegapiłem Final Fantasy.

Handsome Furs

Handsome Furs

Sobota na papierze zapowiadała się ciekawiej. Jednak to sprawa dość problematyczna. Tym razem trochę później rozpocząłem koncertową pielgrzymkę po Kąpielisku Słupna. 17:30 Casiotone for Painfully Alone na scenie leśnej. Z jednej strony cieszyłem się, że w namiocie, z drugiej ubolewałem, że tak wcześnie. Zabrakło klimatu, nie było magii przez duszności w namiocie i słońce mocno grzejące. Owen starał się jak mógł, ale nic na to nie mógł poradzić. Mimo wszystko podobało mi się. Brzmiało to dość wiarygodnie. Jeden człowiek obsługujący syntezatory, klawisze, automaty itd. Na dodatek wokalnie przekonywał. Plus. Na scenie Leśnej miał już odbywać się chyba najbardziej wyczekiwany przeze mnie występ tego dnia. Handsome Furs po raz kolejny w naszym kraju. Dan i Alexei mocno zadowoleni, że goszczą w swoim ulubionym wschodnim regionie. To było 50 minut świetnej zabawy. Najlepsze kawałki ze swoich dotychczasowych płyt. Nie zabrakło I’m Confused, Nyet Spasiba czy też Legal Tender. Dan (ten z Wolf Parade) w przerwach między utworami zbawiał publikę anegdotami. Ta o Terminatorze była chyba najlepsza. Natomiast jego żona Alexei Perry raczyła publikę małpimi skokami i fikuśnymi pozycjami. Bisowali, ale i tak było mi mało. Czekamy na Wolf Parade.

Cool Kids of Death

Cool Kids of Death

Na Scenie Głównej Cool Kids of Death. Byli już dwa lata temu. Tym razem mieli odegrać materiał z pierwszej płyty. Rozczarowali. Nie dlatego, że nie zagrali w końcu całej płyty, ale jakoś wydali mi się mało przekonywujący. Chyba w Katowicach było lepiej. Pomysł z odgrywaniem jednej płyty chyba nie sprawdza się na tego typu festiwalach. Chociaż niektóre utwory miały lepszą aranżację niż na płycie no i trzeba przyznać, że płyta CKOD o wiele wiele lepiej brzmi z żywą perkusją niż automatem perkusyjnym. O 21:35 w namiocie trójki zaczynał się koncert chyba najlepszego polskiego bandu na festiwalu. The Car is On Fire. Widziałem ich ostatnio w Katowiach i spodziewałem się dobrego koncertu. Zwłaszcza, że nowa płyta nawet mi się podoba. Mimo, że pod koniec były problemy z basem to koncert mocno udany. Nie zabrakło hitów z drugiej płyty takich jak Oh Joe czy Can’t Cook. Dużo pozytywnej energii.

The National

The National

Szybki powrót do namiotu po ubrania i po raz kolejny pod scenę główną. Lada chwila ma wystąpić The National. Ludzi chyba więcej niż na Spiritualized. W sumie to amerykanie byli największym killerem jeżeli chodzi o popularność. Ja osobiście nie wiele oczekiwałem po tym koncercie. Sądziłem, że przestoje godzinę bez większych emocji. Od czasu do czasu ziewając. Jak ja się myliłem? Koncert ten był największa dla mnie niespodzianką. Kolesie z piosenki na piosenkę się rozkręcali. Nie pewny, krzyczący, chodzący wszędzie, robiący dziwne miny, pijący wino Matt Beringer dawał tyle radości oku i sercu. Ogromne brawa. I ten bis. Mr. November. Matt w końcu wylądował na dole. Zawędrował wśród publiki. On chyba na prawdę przeżywał ten koncert. Wyglądało to tak prawdziwie. Ogromny plusior dla The National. Oczywiście Alligator królował w setliście plus jedna nowa piosenka.

The Field

The Field

Oczekiwanie na ostatni koncert mojego Offa czyli The Field. Po posłuchaniu końcówki Frightened Rabbit, która nie zrobiła na mnie większego wrażenia poszedłem sprawdzić Miłość. Cały czas słyszałem, że to legenda. Nawet jedna z moich koleżanek, która generalnie nie ma pojęcia o muzyce pytała się mnie o Miłość. Ja zbytnio nie rajcuje się takimi klimatami, ale wiem jedno. Lepiej by to brzmiało w zadymionym klubie. W końcu nie mogło zabraknąć Leszka Możdżera i Tymona Tymańskiego na Offie. Doczekałem jednak The Field. Już bardzo późno, albo mocno wcześnie. Opóźniony, ale wystartował. The Field. Czyli człowiek z wąsem schowany za ogromnym sprzętem plus perkusista i koleś z basem. Godzina żywiołowego transu. Spodobało się nawet ochroniarzom, którzy generalnie śpią na koncertach. Widać ich klimaty. Mimo, że im dłużej koncert trwał to miękłem a ludzie znikali to wytrwałem. Warto było. Było ciekawiej niż zwykle, czyli sam Axel Willner ze swoim legendarnym laptopem. Perkusja i bas dodały żywiołowości koncertowi. Zmęczony, ale zadowolony udałem się do namiotu.

Ciężko mi powiedzieć, czy w tamtym roku było lepiej bo jestem świeżo po Offie. Z pewnością w tamtym roku było więcej ludzi przez co mniej na oczy rzucali się osoby nie wiedzące dokładnie co robią na tej imprezie. Musimy się nauczyć, że nie do wszystkiego należy pogować. Poza tym jak sam Rojek mówi tutaj przyjeżdża się poznawać dobrą muzykę także nie ma co liczyć na wielkie gwiazdy. W tym roku Off Festival poświęcony był obchodom 70 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej. Stoisko z gadżetami związanymi z tymi obchodami było oblegane cały czas. Poza tym dużo osobowości. Jerzy Buzek pokazał się ponownie. Ludzie z wytwórni Sub Pop między innymi Jonathan Poneman, wszędobylski Lala, Marcin Meller.

Jestem rozczarowany wprowadzonymi talonami. Trochę wkurzająca sprawa. Poza tym wybór koszulek w tym roku nie powalał. KSU, Happysad, Kult. No ja proszę… z czym na Off Festival? W tamtym roku bez problemu można było kupić koszulkę Mogwai czy Menomena. Z płytami było lepiej. Duży, fajny wybór tylko te ceny… no ale nigdzie indziej tego nie kupisz. Pogoda dopisała nawet za bardzo. Z pewnością wybiorę się znowu za rok. Off Festival 2010: 80 zespołów na 90 scenach. lol