Wavves, zawsze mile widziani. Recenzja „You’re Welcome”

Recenzje tą muszę rozpocząć od apelu. Wavves, przyjedźcie wreszcie do Polski! Od Waszego odwołanego występu na OFF Festiwalu 09, czekam na wasz sceniczny rozpierdol. Serio, na żadną inną grupę tak nie wyczekuje, jak na ekipę Nathana Wiliamsa. Organizatorzy festiwali, muzyczni dygnitarze to apel również do Was! Zaproście Wavves do Polski. Dziękuje.

A teraz przejdźmy do recenzji najnowszego krążka grupy „You’re Welcome„. Zacznę od tego, że strasznie czekałem na ten album. Z resztą jak na każdy, od momentu ukazania się „King of the Beach” z 2010 roku. Niestety, album ten nie spełnił moich marzeń o kapitalnym longplayu, urywającym dupę. Jest co najwyżej przyzwoicie. Szkoda. Od pewnego czasu słychać w wydawnictwach Williamsa tendencje spadkową. Wydaje mi się, że w kwestii letniego, garażowego lo-fi zostało już powiedziane wszystko, a tegoroczny krążek to kolejna ciekawa anegdota, aniżeli osobny rozdział.

O ile na poprzednich wydawnictwa Wavves miał kapitalne momenty, tak na „You’re Wolcome” ciężko takowe znaleźć. Płyta jest na równym, jak powiedziałem wcześniej przyzwoitym poziomie. Single nie spełniają swojej roli, a całość momentami miesza się w jedną papkę. Trochę szkoda mi pisać takie słowa, ale odnośnie Wavves mam duże wymagania. Inny zespół za ten krążek dostałby lekko siódemke, Williams dostanie oczko niżej.

Oj Nathan, myślałem, że w te wakacje będę zasłuchiwał wyłącznie „You’re Welcome„. A tu wychodzi na to, że wciąż będę repetował „Green Eyes” oraz „My Head Hurts„. Jednak by nie krytykować wyłącznie kalifornijskiego bandu to należy wspomnieć, że „No Shade” jest całkiem OK utworem. Natomiast „Come To The Valley” to całkiem zabawna zabawa z latami 60. Sam album natomiast słucha się szybko i przyjemnie. To dobra muzyka na lato. Jeżeli nie mieliście nigdy do czynienia z Wavves to nie powinna was rozczarować. „You’re Welcome” najkrócej można określić pełnym energii i charakterystycznych melodii indie rockiem na dość przyzwoitym poziomie. Ocena: 6/10.

Reklamy

Przebudzenie Japandroids, czyli słów kilka o „Near To The Wild Heart of Life”

Pamiętacie Japandroids? Swego czasu było o nich bardzo głośno za sprawą rewelacyjnego „Post-Nothing” z 2009 roku. Sam o nich pisałem przy okazji kompilacji „No Singles” oraz drugiego krążka „Celebration Rock„. To były czasy! Koszulki w teledyskach Much i pochlebne recenzje. Miód i lipa. Kanadyjski duet po pięcioletniej przerwie postanowił o sobie przypomnieć. Czy udanie? Odpowiedź poniżej.

Ha! Ok, nie będę trzymał was w niepewności. Jest dobrze. Trzeci longplay Kanadyjczyków to więcej niż udany powrót. W tej muzyce wciąż tkwi potencjał! Początkowo sądziłem, że to będzie kolejny nudny powrót po latach. W końcu co można więcej wydusić z garage rocka? Okazuje się, że można. Przynajmniej Japandroids to się udało, bo „Near To The Wild Heart of Life” o dziwo brzmi bardzo świeżo! Chłopaki wzięli gitary i bębny w ręce i dali po prostu czadu.

Wystarczy się wsłuchać w epicki „Arc of Bar” czy też kapitalny „True Love And A Free Life Of Free Will” by TO poczuć. „North East South West” i „No Known Drink or Drug” też zresztą dają radę. Co prawda nagrania straciły na swojej surowości i dynamice, jednak wciąż nadają się jako muzyka do puszczenia w towarzystwie bez obciachu. Czuć większą dojrzałość w tych nagraniach. To zabawne, ale ZAWSZE jak pojawiają się elementy elektroniki w gitarowej muzyce to mówimy o większej dojrzałości w muzyce. Widocznie na starość od szarpania strun wolimy lekkie klikanie klawiszy. Kanadyjski duet to jeszcze nie tatusie rocka w stylu AC/DC, ale słychać, że próbują nowych rzeczy. I dobrze. W końcu, ile można zapieprzać?

Podsumowując, Japandroids i ich trzeci longplay „Near To The Wild Heart of Life” to udany powrót. Nowy krążek porywa świeżością, daje sporo przyjemności za sprawą ostrych gitar oraz momentami zwalnia i daje się polubić od swojej drugiej, spokojniejszej strony. Co prawda rewolucji nie ma, ale chyba nie o to chodziło w tym przypadku. Polecam dla wszystkich indie rockowych świrów. Ocena: 7/10.

Życie bez dźwięku według Cloud Nothings

cloud-nothingssTo, że Cloud Nothings (na równi z Wavves) są moimi indie rockowymi pupilkami nie muszę chyba zbytnio przypominać. Przy okazji recenzji każdej płyty z pogranicza lo-fi i garage rocka przypominam o ich zajebistości i słuszności słuchania. Kolejna płyta w wykonaniu grupy z Cleveland to kolejny dla mnie powód do radości.

Tak, „Life Without Sound” jara mnie dość konkretnie. Trochę przesadzam i zdaje sobie z tego sprawę. Jednak dla tej grupy robię wyjątek. W ich muzyce nie za wiele się zmienia. Ten sam schemat (na szczęście sprawdzony) powtarza się na każdym albumie. Jest energicznie, intrygująco a momentami psychodelicznie. Nie zabraknie elementów screamo i punku, jak i spokojnych brzmień. Weźmy taki opener (najlepszy na płycie utwór) „Up to the Surface„. Zaczyna się jak jakiś podrzędny utwór w stylu Braci Cugowskich by przeistoczyć się w istny wulkan. To właśnie lubię w Cloud Nothings, że potrafią tymi gitarami i perkusją rozwalić mózg.

lifewithoutsound__article-hero-1130x430CLOUD NOTHINGS RULEZZZZZZZZZ, ale zdaje sobie sprawę, że to ich najgorszy album w dyskografii. Debiutanckiemu „Attack On Memory” ciężko podskoczyć a i też „Here And Nowhere Else” stało na wysokim poziomie. Tutaj jest całkiem przyzwoicie i niestety bardziej wymagającego słuchacza zespół może rozczarować. Jednak dla takich fanatyków jak Ja będzie to nie lada gratka.

To może umówmy się tak? Nie bierzmy tej płyty na poważnie. Jeżeli szukacie chwilowego relaksu i zapomnienia. Chcecie trochę poszaleć, poskakać, poczuć się jakbyście znowu mieli te 17 lat i przy okazji posłuchać porządnego, energicznego indie rocka to odpalcie sobie „Life Without Sound„. Gwarantuje, że to wypali. W moim przypadku tak było. Ocena: 7/10.

 

The Horrors – Luminous

the HorrorsPostęp – to słowo, które jako pierwsze przychodzi mi do głowy gdy spoglądam na dyskografię grupy The Horrors. Przy okazji wydania debiutanckiego albumu „Strange House” w 2007 roku zespół wydawał się kolejnym brytyjskim bandem z nazwą zaczynającą się na The coś tam, który większy nacisk kładzie na stylówę niż muzykę. Dwa lata później pojawiło się „Primary Colours„, które eksplorowało w dokonaniach takich grup jak Joy Division, Bauhaus czy też Ramones. Jednak na pełne „wystrzelenie” Horrorsów trzeba było poczekać kolejne dwa lata. Wtedy pojawiło się „Skying„. Pamiętam, że nie specjalnie byłem zainteresowany tym wydawnictwem. W końcu, co ci kolesie w zaciasnych gaciach mogą jeszcze dobrego nagrać? Jednak gdy przyszedł czas na podsumowania roczne, odkryłem, że pominąłem bardzo ważny album, który łączy w sobie wszystko to co dobre z shoegaze, post-rocka, krautrocka, psychodelii i jeszcze wielu, wielu innych gatunków. Brzmi to teraz trochę banalnie, ale to był bardzo dobry album, do którego jeszcze czasami wracam.

Brytyjczycy jednak nie spoczęli na laurach. Po raz kolejny odświeżyli stare, wyspiarskie brzmienie i zrobili to jeszcze lepiej niż na „Skying„. Ich najnowszy krążek „Luminous” to kawał dobrej muzy, gdzie usłyszymy sporo transowych gitarowych odjazdów. Płyta wydaje się być bardziej melodyjna za sprawą większej ilości syntezatorów, muzycy także postarali się o dopracowanie wszelkich drobnych detali. Efekt? Ja mówię super. Już otwierający całość „Chasing Shadows” zdumiewa precyzją i starannością wykonania. Singlowe „So Now You Know” wprowadza sporo przejrzystości a także buja linią basu. Na płycie pojawiają się także taneczne propozycje takie jak napełniony dyskotekowymi synthami „In And Out of Sight” czy też ponad 7 minutowy „I See You”. Utwór „Jealouse Sun” to godna propozycja dla fanów topornych, jazgotliwych gitar a „Change Your Mind” to lekka i przyjemna gitarowa ballada, która szczególnie przypadła mi do gustu. Całość kończy się fajerwerkami w postaci epickiego „Sleepwalk„.

luminousSłabe momenty? Szczerze powiedziawszy to nie ma czego się czepiać w przypadku „Luminous„. Chłopaki słuchają sporo ciekawej muzy (śledzicie ich profil na fejsie? Zerknijcie. Wrzucają duże ilości dobrej i NIE SWOJEJ muzy) i też takową nagrywają. „Luminous” to wycieczka w przeszłość, w lata 70. i 80. z naciskiem na tą drugą dekadę. Faris Badwan z chłopakami poluzował trochę spodnie i przygotował dla nas revival tego co najlepsze z brytyjskiej muzyki. I zrobił to w bardzo przystępny dla ucha sposób. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Thee Oh Sees – Floating Coffin

Thee-Oh-Sees„Floating Coffin” to jedna z najmocniejszych gitarowych rzeczy wydanych w tym roku. W dobie miałkiego pitu-pitu grupa pochodząca z ciepłego San Francisco potwierdza tezę, że muzyka rockowa jeszcze się nie skończyła. A wszystko zaczęło się w 1997 roku. Wtedy jeszcze jako OCS nagrali 3 albumy, które należy traktować bardziej jako eksperyment i sprawdzenie siebie aniżeli poważne punkty muzyki noisowej. Następne dwie płyty” The Cool Death of Island Raiders” orazSucks Blood” nagrane jako The OhSees nie przyniosły grupie sławy i pieniędzy, ale stanowiły poważny krok w właściwym kierunku. Rok 2008 przyniósł znaczące zmiany. Ustabilizował się skład zespołu, który wcześniej mocno się zmieniał, małej korekcie uległa nazwa no i co najważniejsze Thee Oh Sees zaczęli nagrywać muzykę na tyle dobrą, że została zauważona przez właściwe media. Już album „The Master’s Bedroom Is Worth Spending a Night In” zyskał dobre oceny za sprawą materiału składającego się z 15 krótkich acz treściwych kompozycji gitarowych. W 2009 roku John Dwyer i ekipa nagrali album „Help”, który przez wielu uważany jest za najlepszy w ich dorobku. Ogólnie okres 2008-2013 okazał się dla rockmanów z San Francisco mocno płodny.

thee-oh-sees-floating-coffinNajnowszy krążek „Floating Coffin” pokazuje, że grupa wcale nie zwalnia tempa. O członkach Thee Oh Sees można natomiast śmiało powiedzieć,że przeżywają druga młodość. Materiał na tegorocznym LP jest energiczny, krwisty i istnie dziki. Na blisko 40 minut muzyki składają się elementy garage rocka, indie rocka a momentami muzyki noisowej i psychodelicznej. O tak sporo tu psychodelicznych fragmentów oraz całkiem niezłych gitarowych przesterów. Dodatkowego klimatu dodaje charakterystyczny i na swój sposób klimatyczny wokal 39-letniego Johna Dwyer’a. Płyta ma całkiem niezły opener w postaci utworów „I Come From The Mountain” i „Toe Cutter – Thumb Buster”, które zachęcają do sprawdzenia dalszych kompozycji. Z cała pewnością na uwagę zasługują takie utwory jak „Floating Coffin” czy też „Night Crawler” jednakże grupie nie udało się do końca uniknąć przewidywalności w swoich kompozycjach, które z czasem potrafią zmęczyć i znużyć. Na sam koniec natomiast Thee Oh Sees zaserwowali nam całkiem przyjemną balladkę „Minotaur”. Podsumowując band z San Francisco nagrał płytę dobrą, energiczną, gitarową acz przewidywalną i momentami nużąca. Niezmiernie rajcuje mnie myśl o ich występie na tegorocznym Offie, jednakże po zakończeniu festiwalu pewnie nie wrócę prędko do tego materiału. Ocena: 7/10.

Mikal Cronin – MCII

Mikal Cronin27-letni Mikal Cronin to artysta szczególny. Okie Dokie, Epsilons, Party Fowl, Moonhearts oraz przede wszystkim Ty Segall – to lista zespołów w których udziela lub udzielał się amerykański muzyki. Sporo tego, jednakże najistotniejsza w jego przypadku jest kariera solowa. Do tej pory zgromadził na swoim koncie dwa albumy. Debiut z 2011 roku o tytule „Mikal Cronin” nagrany został w estetyce garage rocka a momentami nawiązywał do radosnej muzyki lat 60. Płyta zebrała dobre oceny dlatego też nie musieliśmy długo czekać na jego kolejny krążek, który pojawił się 15 maja tego roku.

Z „MCII” spędziłem ostatnio sporo czasu i muszę przyznać, że to naprawdę świetna płyta. Mikal Cronin wciąż porusza się w rejonach garage rocka z elementami indie rocka. Momentami jest to typowy noise pop jak w „See It My Way” czy też „Turn Away” aczkolwiek jest tutaj sporo spokojniejszych chwil jak chociażby wspaniały, intymny i akustyczny „Don’t Let Me Go”. Generalnie cały album jest oparty na gitarach, które momentami przypominają chropowatość Dinosaur Jr. jak w „Shout It Out”. Jednak i nie zabraknie blusowych klawiszy w „Am I Wrong” czy też skrzypiec w singlowym „Change”. Całość stanowi całkiem przyjemny i efektowny album pełen energii, która jak ulał pasuje do ciepłych, słonecznych dni.

mikal-cronin-mcIISam Cronin muzycznie wydaje się być opanowanym geniuszem. Jednakże pomimo tego, że panuje nad każdą sekundą tej płyty to lirycznie chwilami okazuje się zagubionym, niezdecydowanym 27-latkiem, któremu brakuje planu na siebie. „Help me out, easy now I’m losing my mind / I’m just struggling to find, what I need to” – to na potwierdzenie, że nie blefuje w tym przypadku. Jednak pomimo tych rozterek typowych dla młodych osób to uważam, że Cronin zrobił tutaj ogromną prace. W odniesieniu do swojej poprzedniej płyty poczynił duży krok w przód. Mam nadzieje, że w najbliższym czasie niektóre media więcej czasu poświęcą mu aniżeli grupie Ty Segall. No i warto też wspomnieć, że kawałki z „MCII” będziemy mieli okazję przesłuchać live na najbliższym OFF Festivalu! Nie mogę się już doczekać, do zobaczyska pod sceną! Ocena: 8/10

Trupa Trupa – + +

trupa trupa ++Świeży powiew psychodelicznej muzyki z północy kraju.

Trupa Trupa to jeden z tych przedstawicieli polskiej muzyki alternatywnej o którym warto napisać z kilku co najmniej powodów. Po pierwsze zespół z Gdańska dzięki swojej oryginalności odświeża trójmiejską scenę alternatywną, która od jakiegoś czasu niespecjalnie dawała powody do radości. A przecież dzięki Ściance wiele dobrego w polskiej muzyce się stało i z tego powodu pewnie ten sentyment. Po drugie Trupa Trupa to jeden z tych bandów, który idealnie komponuje w swojej muzyce polski duch alternatywnej muzyki z zagraniczną estetyką indie/garage rocka. Mówiąc prościej słuchając ich muzyki wiemy, że są z Polski, ale jednocześnie nie wkurzają nas swoją pretensjonalnością, która cechuje dość konkretną liczbę rodzimych niezależnych projektów. No i po trzecie, najważniejsze mają na koncie bardzo fajną płytę nazwaną po prostu „+ +” o której więcej się dowiecie poniżej.

„+ +” to drugi ich album w dorobku, niestety nie dane było mi słyszeć debiutu z 2011, dlatego też pozwolę sobie pominąć analizę porównawczą i przejść do konkretów.  Materiał zgromadzony na tegorocznym LP stoi na wysokim poziomie. Kompozycje są zgrabne, ciekawe i wzbogacone o dobre teksty Grzegorza Kwiatkowskiego i Wojtka Juchniewicza. Już otwierający całość „I Hate” zachwyca swoim nihilistycznym nastrojem i gitarowymi wstawkami. Dalej mamy melancholijne „Felicy” oraz energetyczne, momentami zahaczające o punkowe klimaty „Miracle”. Kolejne utwory prowadzą nas w bardziej melodyjne regiony, z małą przerwą na 80-sekundowe „See You Again”, które stanowi krótki, punkowy przerywnik. Końcówka płyty to część bardziej eksperymentalna. „Dei” oparte na topornym brzmieniu gitary i szalonych wyczynach saksofonu wprowadza nas w zamglony klimat psychodelicznego rocka. Przedostatni „Influence” jest taki jak sama nazwa wskazuje. Oszczędzę niektórym poszukiwań w słownikach i translatorach, chodzi o wpływy. Ja osobiście słyszę tutaj inspirację radiogłowymi, ale zdaję sobie sprawę, że może to być coś jeszcze innego. Na koniec indie-rockowy „Exist” ma udaną końcówkę, która za sprawą gitary i chórków w tle przypomina mi Cold War Kids z okresu pierwszej-drugiej płyty.

Podsumowując jedna z najlepszych rodzimych produkcji. Sporo ciekawych brzmień i ładnie skonstruowanych piosenek. Podoba mi się. Pozostaje tylko życzyć sukcesów i cierpliwości w porównywaniu do Ścianki, którego niestety nie da się przeskoczyć. Ocena: 7/10.

posłuchaj