10 kolejnych thrillerów trzymających w napięciu, których jeszcze nie widziałeś

Duże zainteresowanie pierwszą odsłoną listy 10 thrillerów, które warto zobaczyć zachęciło mnie do stworzenia kontynuacji. Okazuje się, że ten gatunek filmowy ma wiele perełek mniej lub bardziej znanych, które koniecznie trzeba zobaczyć. Bez większego owijania w bawełnę, poniżej znajdziecie 10 thrillerów, które intrygują, zachwycają, trzymają w napięciu i co najważniejsze prawdopodobnie ich nie widzieliście!

Contratiempo (2016, reż. Oriol Paulo). Młody biznesmen Adrián Doria budzi się w pokoju hotelowym obok martwej kochanki. By udowodnić swoją niewinność zatrudnia znaną Panią adwokat, której opowie kilka wersji wydarzeń. „Contratiempo” to jeden z tych hiszpańskich thrillerów nowej fali, który co chwila potrafi zaskoczyć. Wersja wydarzeń zmienia się nieustanie, a to w co wierzyliśmy do tej pory, przestaje być nagle oczywiste. Kto jest winien śmierci? Odpowiedź zaskoczy was kilka razy. Filmowa historia jest przestawiana z punktu widzenia młodego biznesmena. Co chwilę pojawiają się nowe dowody, nowsze fakty, nowi świadkowie no i oczywiście nowe pytania. Fabuła pędzi niczym rozpędzony pociąg, przez co nie ma tutaj czasu na nudę. Jeżeli poszukujecie ciekawego, angażującego i zaskakującego filmu, to obraz pana Paulo jest dla was!

Dotyk Zła / Touch of Evil (1958, reż. Orson Welles). Przez moment miałem opory przed wstawieniem tego obrazu w niniejszą listę. Po pierwsze dzieło jednego z najwybitniejszych reżyserów wszech czasów nie jest filmem mało znanym, a wręcz klasykiem kina. Jednak doskonale sobie zdaje sprawę z tego jak wygląda współcześnie oglądanie filmów starych i czarno-białych. Ze względu na swój wiek często są pomijane przez większość ludzi, co jest ogromnym błędem, gdyż większość tych obrazów pomimo upływu dziesiątek lat niezestarzały się na tyle by przeszkadzało to w odbiorze filmu. Dlaczego warto zobaczyć ten film? Przede wszystkim dla świetnie napisanych postaci. Mamy tutaj rywalizację w śledztwie pomiędzy przedstawicielem meksykańskiej policji Mike’m a zmęczonym życiem kapitanem policji Hankiem Quinlanem (W tej roli świetny Orson Welles). Gdy na granicy Stanów Zjednoczonych i Meksyku w wyniku wybuchu samochodu ginie lokalny biznesmen ze swoją kochanką, obaj postanawiają rozwiązać sprawę po swojemu. „Dotyk Zła” to przykład kryminału idealnego, znajdziemy w nim zarówno dobrze poprowadzoną intrygę, napięcie no i rewelacyjny klimat. By nakłonić do seansu podpowiem jeszcze, że film zaczyna jedno z najlepszych ujęć nakręconych za jednym razem!

Lament / Gok-seong (2016, reż. Hong Jin-Na). W pewnej koreańskiej wiosce dochodzi do tajemniczych zgonów. Sprawę próbuje rozwiązać niezdarny miejscowy policjant Jong-goo. Nie jest on jednak przygotowany na to co go czeka, gdyż wyjaśnienie sprawy zaburzy cały jego światopogląd. „Lament” jak każdy dobry film ciężko zaszufladkować w jednym gatunku filmowym. Mieszają się w nim różne elementy kina grozy (Gore, Zombie Movie, Ghost Story czy też klasyczny film o opętaniu) z elementami kina kryminalnego, a i często komediowego. Dlaczego wyróżniłem ów obraz? Coraz rzadziej zdarza mi się tak długo rozmyślać o konkretnym filmie i jego znaczeniu długo po seansie. A w tym przypadku tak było. Hong Jin-Na wodzi nas za nos, nie jest jednoznaczny, intryguje i prowokuje do myślenia. Zakończenie filmu można interpretować na wiele sposób, i dlatego warto poświęcić grubo ponad dwie godziny by zobaczyć „Lament„!

Niepamięć / Remember (2015, reż. Atom Egoyan). Mieszkaniec domu starców, Zev (W tej roli Christopher Plummer) ma ambitny plan. Zamierza znaleźć i zabić strażnika z obozu koncentracyjnego, odpowiedzialnego za śmierć swojej rodziny podczas Holocaustu. Wyposażony w broń, listę nazwisk z adresami oraz gotówkę – wyrusza w drogę. Podczas podróży odkryje prawdę nie tylko na temat swojego nemesis, ale i siebie samego. „Niepamięć” nie jest thrillerem trzymającym w napięciu od początku do końca, momentami się nawet dłuży i generalnie gatunkowo bardziej jest dramatem. Jednak warto zobaczyć ten film, dla samego finału całej historii. To świetne kino drogi, która jest przemierzana przez staruszka, który ma zaniki pamięci i problemy z poruszaniem. Nie wszystko pójdzie po myśli głównego bohatera, warto jednak zobaczyć jak wyjdzie z każdej opresji.

Nocny Słuchacz / The Night Listener (2006, reż. Patrick Stettner). Obraz Patricka Stettnera, reżysera nie mającego zbyt wiele produkcji na koncie, jest jednym z tych niejednoznacznych filmów. Znany pisarz i twórca popularnej audycji radiowej Gabriel Noone (W tej roli Robin Williams) pewnego razu odbiera na antenie telefon od swojego trzynastoletniego fana Pete’a Lomaxa. Podczas kolejnych rozmów wychodzą na jak jaw kolejne wstrząsające fakty na temat młodego chłopaka. Od tej pory życie pisarza będzie przepełnione niewiadomymi i chaosem. „Nocny Słuchacz” to przede wszystkim sprawnie opowiedziana historia, która zachwyca swoją niejednoznacznością. Nawet po seansie, nie będziemy pewni, która wersja prawdy jest prawdziwa. I to jest najlepsze w tym obrazie! Akcja jest prowadzona nieco ociężale, jednak to nie przeszkadza w ostatecznej, pozytywnej ocenie.

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz /Before the Devil Knows You’re Dead (2007, reż. Sidney Lumet). Omawiany film Sidneya Lumeta, twórcy takich klasyków jak: „Dwunastu gniewnych ludzi” czy też „Pieskie popołudnie” jest jego ostatnim w filmografii. Obraz nieco zapomniany i często niesłusznie pomijany w różnych zestawieniach z całą pewnością powinien przypaść do gustu każdemu wielbicielowi dobrego kina. Dwójka braci, którym nie powodzi się tak jakby tego chcieli postanawia obrabować sklep jubilerski należący do ich rodziców. Niestety pomysł nie wychodzi, tak jakby tego chcieli i w efekcie ginie ich matka. Reżyser świetnie zobrazował problemy oraz zagmatwane relacje pomiędzy bohaterami. Narracja filmu nie jest chronologiczna przez co z biegiem czasu dowiadujemy się kolejnych zagmatwanych faktów i poznajemy motywacje naszych bohaterów. Poza wciągającą fabułą i świetnym montażem film wyróżnia kapitalna gra aktorska nieżyjącego już Philipa Seymoura Hoffmana oraz Ethana Hawke’a.

Siła perswazji / Compliane (2012, reż. Craig Zobel). Film z kategorii „historia prawdziwa”. Do jednej z restauracji typu fast-food znajdującej się w prowincjonalnej mieścinie Stanów Zjednoczonych, dzwoni mężczyzna podający się za stróża prawa. Wmawia on kierowniczce, że jedna z jej pracownic jest podejrzana o kradzież. Zaleca by zamknąć ją na magazynie, do czasu, aż policjanci przyjadą do restauracji. Oczywiście brak wyobraźni, naiwność i zwykła, czysta głupota pracowników placówki sprawia, że niewinna dziewczyna jest fizycznie i psychicznie poniżana przez resztę załogi. Jeżeli jesteście ciekawi jak w rzeczywistości wyglądałby test psychologiczny „więźniowie-strażnicy” i chcecie się dowiedzieć do czego jest zdolny człowiek, jeżeli wmówi mu się fałszywy obraz rzeczywistości to zobaczcie koniecznie ten film. Prawda o człowieku okazuje się brutalna.

Słodkich snów / Mientras duermes (2011, reż. Jaume Balaguero). Kolejny hiszpański reprezentant na mojej liście. Film opowiada historię pewnego dozorcy jednej z barcelońskich kamienic. Cesar to sumienny i lubiany przez otoczenie pracownik. Wszystko jednak się zmienia, gdy poznaje nową lokatorkę – Clarę. Dozorca zamienia się nie do poznania. „Słodkich snów” to jeden z tych filmów, gdzie pomimo tego, że główny bohater to zwyrol, to jednak jakoś mu tam kibicujemy. Jaume Balaguero po raz kolejny potrafi widza wciągnąć, zaangażować i na koniec wstrząsnąć. Jego dzieło z 2011 roku to świetny thriller psychologiczny, obrazujący chorą fascynację i niezdrowe pożądanie.

Wind River. Na przeklętej ziemi / Wind River (2017, reż Taylor Sheridan). Taylor Sheridan to odkrycie pod względem dobrej, sensacyjnej historii. Zasłynął jako scenarzysta do takich filmów jak: „Sicario” oraz „Aż Do Piekła„. W roli reżysera mogliśmy go zobaczyć do tej pory wyłącznie w dwóch filmach klasy b, jednak po „Wind River” możemy się spodziewać, że jego filmy wniosą nową jakość do kina. Historia w omawianym filmie jest prosta jak kij, w małym miasteczku na Alasce miejscowa policja znajduje zwłoki młodej dziewczyny – Indianki. W śledztwie pomaga młoda agentka FBI (Elizabeth Olsen) oraz miejscowy tropiciel (Jeremy Renner). Muszą się śpieszyć, zanim burza śnieżna zasypie wszystkie ślady. „Wind River” to przede wszystkim świetny, klimatyczny obraz śledztwa, które odbywa się w nietypowym miejscu. Dwójce bohaterów nic nie przychodzi łatwo, gdyż rzeczywistość życia na Alasce jest zupełnie inna niż w wielkim mieście. Nie jest to wybitne kino, jednak historia przykuwa naszą uwagę. Sheridan zachwyca realizmem i powolnym odkrywaniem kart całej historii.

Uważaj, kochanie / Better Watch Out (2016, Chris Peckover). Jeżeli szukacie dobrego, świeżego thrillera w klimacie świątecznym, to trafiliście idealnie! Młoda dziewczyna Ashley opiekuje się w domu dwunastoletnim Lukem. Wkrótce okazuje się, że w domu są intruzi. Jednak, czy to oni są największym zagrożeniem dla Ashley? Film Chrisa Peckovera potrafi widza w pełni zaangażować w seans. Uwierzcie, że będziecie kibicować miłej blondynce w jej starciu z psychicznym wrogiem. Nie jest to może czysto gatunkowo thriller, gdyż łączą się tutaj też elementy krwistego horroru z komedią (Jak na australijskie kino przystało). Jednakże „Uważaj, kochanie” ma jedną bardzo ważną zaletę – wciąga widza od pierwszych sekund seansu.

 

10 Najlepszych piosenek Radiohead

Beatlesi, Rolling Stonesi czy też Bob Dylan mieli takie top listy na blogu. Nawet Muse, Muchy, Myslovitz czy też Black Sabbath załapały się na taką listę. Pora na kolejny, już legendarny band. O kim mowa? Oczywiście o samym Radiohead. Ich ostatni koncert w Polsce to idealna okazja by stworzyć takie zastawienie. Wybranie 10 najlepszych utworów tego zespołu to nie lada wyzwanie. Starałem się wyselekcjonować po jedynm z prawie każdego albumu. Kolejność alfabetyczna, aczkolwiek i tak czuje pewnego rodzaju uczucie, że pominąłem tyle świetnych piosenek…

2 + 2 = 5 (2003, Hail To the Thief). Swego czasu dysponowałem obliczeniami i notatkami mówiącymi, że faktycznie dwa plus dwa to pięć. Jednak nie chcę was zadręczać matematyką, zwłaszcza, że są wakacje. Poza tym matematyka nie jest moim konikiem, Radiohead i ich muzyka za to tak. Opener albumu „Hail To The Thief” to jeden z najlepszych jakie udało się nagrać Yorke’owi i ekipie. Jest wprowadzenie, suspens no i co najważniejsze pierdolnięcie. To lubię. Dobra zapowiedź, dobrej płyty.

Posłuchaj

Burn The Witch (2016, A Moon Shaped Pool). Radiohead wciąż potrafi zadziwić i zaciekawić. Pomimo tego, że ich ostatni album to zlepek odkurzonych starych utworów to i tak przewyższa to poziom nie jednej produkcji z mianem Best New Music na Pitchforku. „Burn The Witch” świetnie to pokazuje. Poziom jaki tutaj osiągnągneli chłopaki z Oxfordu jest poza zasięgiegiem dla wielu muzyków. Swoje też robi teledysk, który przypomina klasyczny thiller z 1973 roku „Kult„.

Posłuchaj, a raczej zobacz.

Creep (1993, Pablo Honey). „Creep” przez wielu uznawany jest za najlepszy utwor Radiohead. Czy słusznie? Można się spierać, gdyż dyskografia Radiohead jest bardzo bogata. Na pewno jest to najpopularniejszy track Thom’a Yorke’a i spółki. Dla mnie ten utwór ma szczególne znaczenie, zwłaszcza, że przy nim miałem swój „pierwszy taniec”, więc jak mógł się nie znaleźć na mojej liście?

Posłuchaj, ale na pewno już to słyszałeś/aś. Zwłaszcza jak byłeś/aś na moim weselu.

High And Dry (1995, The Bends).High And Dry” jak i cały album „The Bends” to jeden wielki klasyk tak zwanego Britpopu. Lata 90 to szczególny okres dla Muzyki, a Britpop to nie jedynie Oasis i Blur. Radiohead także dołożył swoją cegiełkę, i to całkiem przyzwoitą.

Posłuchaj

How To Disappear Completely (2000, Kid A). Z „Kid A” miałem ogromny problem. Jak wybrać jeden najlepszy utwór z płyty, która jest cała najlepsza? Mój wybór ostatecznie padł na „How To Disappear Completely”. Przyczyna? To chyba najbardziej dołujący utwór Radiohead. Dołujący i zarazem piękny. Pięknie zbudowany, zagrany. Trochę gorzej może zaśpiewany, ale głos Yorke’a wielbię i tak. Przez te prawie sześć minut utworu człowiek odczuwac wszystkie możliwe odczucia. Ból, Miłość, Uwolnienie, Smutek, Radość, Oczyszczenie. Co tylko chcecie. Tylko Radiohead tak potrafi, serio.

Posłuchaj i poczuj.

I Might Be Wrong (2001, Amensiac). Nigdy nie byłem szczególnym fanem elektroniki i zwolennikiem zabawy z nią. Radiohead jednak udało się bardzo fajnie wplątać syntezatory w swoje gitary. „I Might Be Wrong” to dobitnie ukazuje i może stanowić przewodnik dla pozostałych próbujących mieszać te dwa światy. Okazuje się, że może jednak nie miałem racji co do elektroniki?

Posłuchaj

Jigsaw Falling Into Place (2007, In Rainbows).In Rainbows” to moim zdaniem jeden z najbardziej niedocenionych krążków grupy. Co prawda po czasie widzę jego niedoskonałości, jednak dalej uważam, że do dobry longplay. Stąd też wyróżnienie dla „Jigsaw Falling Into Place„, utworu przy którym wyłem do księżyca w czasach licealnych. Radiohead nie nagrywa rzeczy słabych, tak też jest i w tym przypadku.

Posłuchaj

Just (1995, The Bends). Tym motywem gitarowym Johnny Greenwood kupił mnie totalnie. „Just” to świetny, brit rockowy kawałek w którym aż nosi Yorke’a. Mnie swoją drogą też nosi. A teledysk? Prawdopodobnie najlepszy w dorobku radiogłowych.

Posłuchaj

Karma Police (1997, OK Computer). „To ten kawałek w którym koleś ucieka przed autem?”. Tak, dokładnie ten. Ciężko by na liście TOP10 zabrakło kultowego „Karma Police„, który śmiało można określić jednym z najlepszych w dorobku. To jak Yorke robi przerwy na „This Is What You Get” i sama końcówka utworu to normalne CIARY. A najlepsze jest to, że to wciąż tak samo działa od 20 lat!

Posłuchaj

Paranoid Android (1997, OK Computer). Czasami miałem dni, że słuchałem tylko tej piosenki. No bo po co słuchać innej, skoro ta jest tak doskonała? To co tutaj zrobił Yorke to jakiś kosmos. Cała linia melodyjna, tekst pełen gorzkich uwag, klimat, teledysk, „Kicking, squealing Gucci little piggy”. Nie ogarniam tej doskonałości. To nie piosenka, to dzieło.

Doznaj

 

 

 

10 najbardziej pominiętych recenzji płyt na Paweuu Alternativ

1Przez 10 lat mojej blogowej działalności pominąłem oczywiście znacznie więcej wartościowych muzycznych albumów. Gdy tak przeglądałem rok po roku płyty o których śmiało mógłbym napisać, to zauważyłem pewną zależność: Im odleglejszy rok, tym więcej miałem takich zaległości. Wiąże się to oczywiście z faktem, że wiele wspaniałych płyt poznałem dużo później po premierze. I co gorsza ta lista ciągle się poszerza. Niemniej udało mi się wybrać zestaw 10 albumów z każdego roku mojej twórczości o których należałoby wspomnieć.

tigercity2_2Tigercity – Pretend Not To Love (2007). Album ten śmiało można określić esencjonalnym. Każdy utwór z tej EPki to rzecz zjawiskowa i charakterystyczna. „Other Girls” czy też „Solitary Man” to popowe hymny roku 2007. Może i dobrze, że w tamtym czasie nie podjąłem się recenzji tego krążka, gdyż moje wpisy o muzyce z tamtego czasu… nie stały na najwyższym poziomie. Niemniej szkoda, że pokrótce przypominam ten szlachetny i wspaniały materiał. Grupa z Northampton w stanie Massachuttes wspięli się na wyżyny swoich umiejętności. Na „Pretend Not To Love” z daleka wyczuwa się lata 80 i wspaniałe inspiracje Princem czy też Roxy Music, jednak nie one są najważniejsze. Tigercity złapali za serce. Tak po prostu.

lil-wayne-34Lil Wayne – The Carter III (2008). Długo się broniłem przed Lil Waynem. Wydawał mi się wtórny i  zbyt pretensjonalny. Nie rozumiałem fenomenu Pana Dwayne’a Michaela Cartera Juniora. Wiecie, w 2008 roku zasłuchiwałem się w Indie Rocku i nie dopuszczałem do siebie zbyt wiele innej muzyki, zwłaszcza rapsów. Po czasie otworzyłem się na inne gatunki muzyki i zrozumiałem w czym tkwi sekret sukcesu Pana Cartera. W sumie do tej pory uważam go za jednego z lepszych raperów. W pewien sposób to od tej płyty zmienił się kierunek hip-hopu. Twardy, gangsteski rap spod znaku The Game’a czy też X-Zibita został wyparty przez innowacyjny i elastyczny rap Lil Wayne’a. Tą drogą poszli A$AP Rocky, Drake, Future i cała masa raperów, których aktualnie się słucha. Naszpikowane elektroniką beaty mieszają się z charakterystycznym stylem rapu. „The Carter III” jest opus magnum Lil Wayne’a i kamieniem milowym dla współczesnego rapu, dlatego warto wspomnieć o tym krążku.

wladekWładek – MySpace EP (2009).Zbyszek wypił chyba ze dwudziesty kieliszek, Coś mu odjebało i zaczął krzyczeć, strzelił focha i na miasto wyszedł, i zakłócał ludziom nocną ciiiiiiiszę” – Gdy takie coś słychać na tle funku, to musi być to dobre! Do tej pory nie wiadomo kto stoi za projektem Władek. Władek pojawił się nagle w 2009 roku na MySpace (pamięta ktoś ten serwis?) i natychmiast zrobił furorę. Świetne, zabawne teksty z takimi imionami jak Zbyszek, Danuta, Władek, Żaklina czy też Stefan w rolach głównych łączyły się z tanecznymi rytmami funku. Wyjątek stanowił utwór „Kac„, który był o… kacu. Piękna sprawa. Niby dla jaj, ale cała realizacja stoi na wysokim poziomie i słucha się tego wciąż wybornie!

caribouCaribou – Swim (2010). Dan Snaith, kanadyjski matematyk i muzyk to chyba najbardziej pominięta osoba na moim blogu. Zarówno legendarna „Andorra” nie doczekała się recenzji jak i jego następne albumy. Jedynie o „Our Love” udało mi się wspomnieć podczas nadrabiana zaległości z 2014 roku. Co więc mogę powiedzieć o „Swim„? Z pewnością nie był to tak melodyjny i singlowy album jak „Andorra„. Sporo tutaj schematyczności, mroku i transowych odjazdów. Chwytające za serce piosenki zostały zastąpione brudnymi, chaotycznymi odjazdami. Oczywiście już na wcześniejszych krążkach Pan Snaith bawił się z elektroniką. Jednak nigdy wcześniej tak daleko nie odjeżdżał. Należy także zwrócić uwagę na jeden z najlepszych openerów EVER jakim jest „Odessa„. To chyba najmniej przystępny album w dorobku artysty, jednak mimo upływu 7 lat od premiery wciąż do niego wracam.

iza-lachIza Lach – Krzyk (2011). Fenomenalny album łódzkiej wokalistki nie był tak do końca pominięty. W końcu zajął honorowe trzecie miejsce w moim podsumowaniu z roku 2011. Niemniej tak się niefortunnie złożyło, że osobnej recenzji nigdy się nie doczekał. A szkoda, bo słuchałem tego krążka na przełomie 2011/2012 na okrągło. Co można powiedzieć o „Krzyku„? Piękne teksty o niespełnionej miłości mieszają się tutaj z melodyjnymi, elektronicznymi podkładami. Ulubione kawałki? „Futro” – prawdopodobnie najlepszy polski opener ostatnich lat, „Chociaż Raz” – definicja singla idealnego oraz „Nic Więcej” – za refren! Jednak nie sposób nie wspomnieć o poruszającym „Boję się” czy też chwytliwym „Tylko Mój„. Szkoda tylko, że Iza już nie nagrywa takich piosenek!

mykki-blanco-reveals-he-is-hiv-positive-990x650-jpg_1-1Mykki Blanco – Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss (2012). Barwna postać Mykki Blanco gdzieś tam umknęła mi na blogu. Może dlatego, że sam album „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss” nie porywał? Jednak dla samego Pana/Pani Blanco i singli z tego krążka warto wspomnieć o tym wydawnictwie. W końcu swego czasu słuchał tego każdy, nawet katowiccy metale. Nieodżałowane wypady do stolicy województwa i OFF Festiwal 2013 to momenty, które przywołują mi na myśl Mykki Blanco. Bądźmy szczerzy, w domu nie dało się tego słuchać. Jednak jako soundtrack do mocno zakrapianej imprezy? Idealna sprawa! Ma ta płyta swoje momenty a sam Blanco nawet nieźle rapuje, jednak na dłuższą metę (i to na trzeźwo) to nie jest album do słuchania bez końca.

Kurt Vile – Wakin On A Pretty Daze (2013). Niegdyś, gdy byłem młodszy. Trochę bardziej szalony i spoglądający na Świat przez aspekt muzyki to zasłuchiwałem się w indie rocku bardziej energicznym. Niemal punkowym. W stylu Cloud Nothings, Wavves itd. Musiało być tak zwane „pierdolnięcie”. Oczywiście nie chodzi mi o podwójną stopę ani nic z tych rzeczy. Ale musiało być nieco dekadencko, nihilistycznie i z pazurem. Z czasem jednak odkryłem w sobie uwielbienie do spokojniejszych utworów. Takich, które przygrywa Kurt Vile w swoich długich i porywających utworach. Ta stylistyka i ten sposób prowadzenia muzycznej narracji przypadł mi do gustu. Nie wiem czy to kolejny etap w mojej ewolucji czy chwilowe odejście od normy? Jednak nie czuje się muzycznym tatusiem-kapciem, bo Wavves i Cloud Nothings dalej słucham i szanuje \m/

dangeloD’Angelo And The Vanguard – Black Messiah (2014). Jak to się stało, że mój numer 1 roku 2014 nie doczekał się osobnej recenzji. Ba, nie doczekał się żadnej wspominki do momentu podsumowania całorocznego. Trochę wstyd bo „Black Messiah” to nie jedynie najfajniejszy album roku 2014. To krążek już podczas premiery LEGENDARNY. D’Angelo raczej nie rozpieszcza swoich fanów wydawnictwami muzycznymi.  Od momentu debiutu w 1995 roku wydał 3 pełne longplaye, z tym, że na najnowszy trzeba było czekać 14 lat. Na szczęście dla muzyka bardziej od ilości liczy się jakość. I „Black Messiah” to całkowicie potwierdza. Krążek ten to kapitalna mieszanina muzyki R’n’b z wpływami popu i hip-hopu. Świetna, innowacyjna, świeża muzyka łączy się tutaj z wokalnym geniuszem D’Angelo, który po prostu czaruje.

jamie-xx-webJamie XX – In Colour (2015). Jamie XX, czyli członek grupy The XX w całkiem udany sposób nagrywa również solo. O jego bandzie pisałem przy okazji każdej nowej płyty. Jednak o samym Jamiem – nigdy. Co prawda debiut „We’re New Here” nie porwał mnie, jednak „In Colour” zdecydowanie powinien zostać dostrzeżony. W końcu artysta nagrywał ten materiał przez 5 lat! Uwierzcie, że słychać to. Jamie XX skrupulatnie zadbał o każdy szczegół tego krążka. I wiecie co? Opłaciło mu się to, gdyż recenzje miał dobre a i nawet nominacja do Grammy się pojawiła. Dobry kawał elektronicznych dźwięków. Może nie dla każdego, ale warto dać szanse tej płycie.

anohniAnohni – Hopelessness (2016). Z Anohni zetknąłem się już dawno temu, gdy jeszcze śpiewał jako Anthony And The Johnsons. Pamiętny jest zwłaszcza album „I’m A Bird Now„, gdzie artysta wyjawiał swoje intymne problemy w takich tekstach jak ten: „One day I’ll grow up, I’ll be a beautiful woman / But for today I am a child, for today I am a boy„. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zwłaszcza płeć artysty. Jednak jedna rzecz pozostała niezmiennie wspaniała – muzyka. „Hopelessness” to album zawierający sporo elektroniki. Brzmienie stało się lżejsze i łatwiejsze w odbiorze, jednak powaga pozostała ta sama. Patosu na tym krążku jest, aż nadmiar. Anohni porzuciła problemy osobiste na rzecz problemów globalnych. Brzmi to trochę naiwnie, ale nie przeszkadza zbytnio w pozytywnym odbiorze całości. P.S. Okładka jest okrutnie ZŁA.