Radiohead jak wino, czyli słów kilka o „A Moon Shaped Pool”

radiohead-top-10-albums-770Sevilla FC zdobyła po raz trzeci z rzędu Puchar Ligi Europy, a Radiohead po raz kolejny nagrał wyśmienity album. „A Moon Shaped Pool” to 9 w dorobku longplay Thoma Yorke’a i spółki. Stanowi on wartość dodatnią, tak samo jak wszystkie inne płyty, dlatego śmiało można go porównać do kolejnego trofea ułożonego na półce zespołu. Brytyjczycy są jak wino. Wciąż dobrzy, wciąż dają kopa.

Szczerze powiedziawszy to miałem wątpliwości by recenzować ten album. Przy tak wybitnych dziełach czuje, że brakuje mi kompetencji i odpowiedniej zgody na rozkładanie na czynniki pierwsze tak dopracowanej muzyki. Dlatego umówmy się, że po prostu z dziennikarskiego obowiązku i zamiłowania do muzyki Radiohead wspomnę na blogu, że „A Moon Shaped Pool” to płyta, której wstyd nie znać.

moon-shaped-pool-radioheadJuż od pierwszego „Burn The Witch” czujemy, że mamy do czynienia z czymś wielkim. Świetnie zaaranżowany utwór wywołuje mocne w nas emocje, a genialnie nakręcony teledysk, tylko je umacnia. Kolejny w zestawie „Daydreaming” jak sama nazwa wskazuje brzmi jak sen na jawie. Przy takich dźwiękach tracimy poczucie czasu. Trzeci w zestawie „Decks Dark” przywołuje mi Radiohead z okresu „Hail To The Thief” – jednej z najbardziej niedocenionych płyt zespołu (niesłusznie!).

Kolejne w zestawie utwory to oniryczny „Desert Island Disk„, transowy i zarazem mroczny „Ful Stop” i filmowy „Glass Eyes„. W „Identikit” zespół ładnie bawi się z elektroniką a w „The Numbers” zadziwia bogactwem brzmienia. Najlepsze jednak dostajemy na koniec. Przedostatni  „Tinker Tailor Soldier Sailor Rich Man Poor Man Beggar Man Thief” zabiera nas w podróż w czasie do roku 2000, gdzie ponownie słyszymy zespołu z okresu „Kid A„. Natomiast na koniec otrzymujemy odświeżony „True Love Waits„, czyli jedną z najpiękniejszych ballad napisanych przez Yorke’a. Takie zwrotki jak: „I’m not living. I’m just killing time” wciąż chwytają za serce.

Radiohead tą płytą po raz kolejny potwierdził swój geniusz. Nagrać 9 wyśmienitych albumów to nie lada wyczyn, Brytyjczycy tego dokonali. Dobre oceny, które zebrali w prasie i mediach są całkowicie słuszne i uzasadnione. Podpisuje się pod tym obiema rękoma. Ocena: 9/10.

Posłuchaj

Reklamy

Kilka nowości, kilka staroci

W sumie to jedna nowość i dwa krążki z zeszłego roku. Dawno nic nie było, dlatego bez owijania w bawełnę kilka płyt, które słuchałem w ostatnim czasie.

viet cong 2015Viet Cong – Viet Cong (2015)

Kanadyjski debiutant to jedno z odkryć muzycznych tego roku. Obwieścili już to inni, mówię to również ja. Wyobraźcie sobie standardowe, niemalże klasyczne granie spod znaku Wolf Parade wymieszane z elementami post-punku i art-rocka. Tak brzmi właśnie album nagrany przez Kanadyjczyków. Viet Cong powstało na podwalinach nieistniejącego już zespołu Woman. Do tej pory nagrali dwie Epki, dlatego też debiutancki krążek był naturalną koleją rzeczy. Zespół przede wszystkim zachwyca konkretnym, zwięzłym graniem co nie współgra z rozlazłymi utworami charakteryzującymi post-punk. Dobra opcja dla fanów wioseł, gdyż słychać tutaj sporo dobrych gitarowych riffów. Na tym materiale wszystko ze sobą współgra, poza tym same konstrukcje wydają się mocno przemyślane. Całość słucha się szybko i z przyjemnością. Przyznam szczerze, że w ostatnim czasie mało słuchałem tego typu muzyki, temu tym bardziej do gustu przypadł mi longplay od Kanadyjczyków. Ocena: 8/10

Posłuchaj

Mick_Jenkins_The_Waters-front-largeMick Jenkins – The Water(s) (2014)

23-letni Mick Jenkins to autor jednej z najciekawszych rapowych płyt zeszłego roku. Dla „The Water(s)” zabrakło miejsca w moim podsumowaniu całorocznym, jednak nie chciałbym pozostawić tego świetnego materiału bez komentarza. Jak nazwa wskazuje LP Jenkinsa to koncept mixtape poruszający temat wody, która dla rapera jest najważniejszym składnikiem życia. Jest zarówno elementem budowy, jak i powodem destrukcji. I szczerze powiedziawszy, gdy słuchałem tych wywodów na temat H2o to miałem przed oczami jeziora, stawy i oceany. Zachwyca również brzmienie. Jest to mixtape, dlatego sporo tutaj sampli m.in. utworów Notorious’a, Nosaj Thing czy też Dextera Wansela. Podkłady świetnie się komponują z przekazem Jenkinsa, łączą one starą szkołę z nowym, swagowym brzmieniem. Pojawia się sporo featuringów, w tym niezawodny jak zawsze Joey Bada$$. No cóż, jeżeli ktoś szuka dobrego, ambitnego i przyjemnego w odbiorze hip-hopu to ostatnie wydawnictwo Jenkisa wydaje się być jak najbardziej na miejscu. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

Thom Yorke - Tomorrow's Modern BoxesThom Yorke – Tomorrow’s Modern Boxes (2014)

Nowa płyta Thoma Yorke’a to zawsze wydarzenie, nawet bez nietypowej otoczki jaką zaserwował lider Radiohead tym razem wypuszczając album na stronie z Torrentami. Drugi solowy longplay Brytyjczyka to zestaw 8 piosenek z kategorii elektroniki. Yorke słynął zawsze z tego, że lubi eksperymentować z muzyką. Niestety nie słychać tego na tym krążku, co nie zmienia faktu, że to ciekawa pozycja. Yorke wpada tutaj w pewien trans, serwuje nam sporo psychodeli. Jednak cały czas ma się wrażenie, że to już było. Nie mniej polecam, zwłaszcza na poranne podróże pociągiem czy też autem. Ocena: 6/10.

Posłuchaj

Radiohead – The King of The Limbs

Modnie się spóźniam z recenzją najnowszej płyty radiogłowych.

Liczba obowiązków jeszcze nie jest na tyle duża by nie znaleźć chwili na napisanie czegoś o King of The Limbs, jednak jest na tyle spora by opóźnić premierę płyty na tym blogu poświęconemu szpanowaniu „dobrą” muzą. Poza tym nie śpieszyłem się specjalnie, chciałem poznać dokładnie te ponad 37 minut dźwięków. Bo jeżeli chodzi o ten zespół, to mam duży szacunek. To legenda. Jednak nie mam zamiaru im cały czas słodzić i podlizywać. Bo tak na prawdę jeżeli jest się fanem gitarowego Radiohead to ta płyta was nie zadowoli, jeżeli jednak podążacie ich muzyczną drogą to na pewno się tym nie przejmujecie.

Bo to dojrzali faceci już w sumie, już nie nagrywają gorzko-słodkich grungowych piosenek typu Creep czy też rockowych majsterszytków a la Paranoid Android. Ciężko zdefiniować ich muzykę w obecnym stanie. Zahaczają o dubstep jak i w pewnym sensie o elektronikę i pop. Jedno jest jednak pewne, czego by nie zagrali to jest to co najmniej dobre. Nie wiem czy uda im się jeszcze coś zrobić co rozwali kosmos i zmieni życie milionów. Z pewnością wiem, że czego się nie tkną będzie miało to wartość. Nie zdarzyło im się po prostu nagrać jeszcze czegoś kiepskiego.

The King of The Limbs jest równym, dobrym albumem. Może dubstep nie jest tym czego szukam w życiu lecz to co nagrali zadowala mnie. Nie ma hitów, nie ma neonów, nie ma fajerwerków. Jest tylko King of The Limbs i osiem krótkich kawałków, które troszkę dają do myślenia. I gdy patrzę na teledysk do Lotus Flower to zastanawiam się czy to powrót do ery młodzieńczej Thoma, gdy ten zasłuchiwał się w techno i bujał się po dyskach czy też wyraz dojrzałości oraz jakiejś tam frustracji?

W sumie już myślałem, że z tej płyty nic nie będzie i zakończą na In Rainbows. Materiał na płytę jest na prawdę  jak na nich króciutki. I albo nie mieli już pomysłów czy chęci na nagranie więcej bądź specjalnie chcieli się zamknąć w 37 minutach. Chodzą głosy, że w tym roku wyskoczą jeszcze z drugim albumem. Mimo, że był już taki przypadek z Kid A to szczerze wątpię. Prędzej wydadzą jakieś bonus tracki dla fanów, którym będzie mało. Chłopcy raczej teraz idą w stronę nagrywania solo. Perkusista Phil Selway zasmuca świat swoimi smutnym nutkami, pojawił się nawet z młodszym Greenwood’em w Harrym Potterze. Thom natomiast jeździ po świecie ze swoim bandem.

Dla każdego kto chce sprawdzić to polecam szczerze. Pojawiają się jakieś nowe doświadczenia radiogłowych na początku płyty jednak im dalej słuchamy to napotykamy jeszcze stary dobry Radiohead, przynajmniej ten z In Rainbows. Taki Codex czy też Give Up The Ghost najlpiej o tym świadczą. Poza tym to pozycja obowiązkowa każdego, kto się mieni muzycznym entuzjastą. Ocena: 7/10

posłuchaj

Radiohead – Poznań, 25.08.2009

radioheadpoznanOK. Emocje powoli opadają. Można po długich kontemplacjach, przemyśleniach w końcu opisać to co się mi wydarzyło w Poznaniu. A było tego sporo. Niestety nie widziałem masturbujących się taksówkarzy. Głównie chodzi o emocje, które odczułem. I to właśnie ich było najwięcej.

Przybyłem do Poznania wcześniej by poznać tutejszą miejscówkę, zobaczyć ziomków Peji, poczuć tak zwany SLU (szacunek ludzi ulicy). Tego dnia towarzystwo ziomali znikło w tłumie fanów Radiohead. Przewinął się gdzieś tam jeden samochód z łuperami wydalającymi poznańskie bity i to na tyle. Pozdro! He He. Nie no dobra. Jechałem tam dla Radiohead. Jak 40 tysięcy innych ludzi. 15 lat czekania. Ja aż tego tak nie odczułem. W 1994 roku byłem jeszcze analfabetą. Generalnie wiadomość o koncercie radiogłowych była newsem roku. Wcześniej krążyły plotki, że Open’er, że za rok itd. Dopiero Poznaniowi udało się tego dokonać chytrze promując akcję Poznań dla Ziemi. I mamy już Thoma, przyjaciela przyrody razem z chłopakami na scenie w Parku Cytadela.

Moderat. Zespół, który podobno sam Yorke faworyzował jako support. Przez godzinę próbowali rozweselić Poznańską widownię swoimi późno Kraftwerk-owymi kawałkami. I w sumie początek nawet dawał radę. Tylko słońce grzało niemiłosiernie jeszcze no a poza tym wszyscy czekali już na Radiohead to co będą marnować siły na tańcowanie do Niemców z laptopami? Przyznam szczerze, że dłużył mi się ten występ. Drugie pół godziny było niemiłosiernie męczące. Czekałem aż tylko się ulotnią ze sceny. W końcu się doczekałem. Słońce zaszło. Ludzi przybyło. Zrobił się klimat.

I zaczęło się! Wyszli. Pierwsze dźwięki 15 step. Thom zaczyna śpiewać. I nagle pojawiają się te dziwne myśli, niedowierzania. Czy to prawda? To Thom Yorke tam podskakuje i śpiewa? Czy to Ed O’Brien stroi z gitarą? Johnny Greenwood bawi się syntezatorem? Colin Greenwood schowany przy perkusji smyra palcem po basie? Phil Selway uderza pałeczkami w bębny? To się dzieje na prawdę. Niesamowite uczucie. Kiedy już tochodzi do ciebie prawda, zaczynasz łączyć się z muzyka w jedną całość.

radioheadpoznan2A było czego słuchać. Jeżeli o mnie chodzi to setlista marzenie. Marzył mi się Paranoid Android, Karma Police, The National Anthem, 2+2=5, cokolwiek z The Bends (moja ukochana płytka) i Creep. Nie taki zwykły Creep. Taki ostatni, ostateczny cios by zamknąć wszystkim usta mówiące ostatnio wyłącznie o Jacksonie, U2, Madonnie. No i sen się spełnił! To co chciałem zagrali. Przeglądałem setlisty z Austrii i Czech. Różniły się, ale niektóre kawałki to były pewniaki. Duża ilość In Ranibows. Licznie Z Kida A i Hail To The Thief. Różnie to było z OK Computer a The Bends często pomijane. Pablo Honey zapomniane. Na szczęście w Poznaniu każda płyta miała swojego przedstawiciela. Street Spirit godnie zastąpił Just czy Fake Plastic Trees. Można trochę żałować No Suprises, ale bardziej byłbym płakał gdyby nie zagrali Paranoid Android. Nie ważne. Dobór piosenek był idealny.

Brzmienie? Niesamowite! Jeżeli chodzi o nagłośnienie to było super. Wszystko, pięknie, klarownie. Chłopaki od nagłośnienia spisali się. Teraz scena. Jaka ona ogromna! Jeżeli chodzi o dekoracje, przebili Muse z Openera, ale trzeba oddać to ekipie Bellamy’ego, że oni musieli mnie bawić na festiwalu. Jednak ekrany z wizualizacjami, mimo, że pomysłowy podział na ekraniki to niezbyt funkcjonalny w kontekście: „Jestem w trzecim sektorze i mam metr dwadzieścia”.Ja mam to szczęście, że byłem w dwójce i mam troszkę więcej niż metr dwadzieścia. Wracając do dekoracji, podobały mi się te olbrzymie sople.

Jak zaprezentował się sam zespół? Yorke i ekipia w świetnej formie. Upatrywałbym tego w kilku przyczynach. Pomijając fakt, że są oni jednym z najlepszych zespołów na żywo i nie na żywo to trzeba wspomnieć, że Radiohead miał przerwę w koncertowaniu. Przed Poznaniem pojawił się w Austrii i Czechach. Nie było tego zmęczenia. Odgrywanie kawałków nie było tak nużące. Niektórzy mówią, że kiepski kontakt z publiką, że tylko „Thanks” i „Thank You”. Hmmm. WTF? Przecież Yorke tam czarował! Jego sarkastyczne chichoty, gadki, zaczynanie kawałków od „OK!”. Publiczność głośno reagowała na każde jego zachowanie. W czym problem panowie i panie? Thom rządził i dzielił tego dnia w Poznaniu. Co chwile to mu inny instrument przysuwali a on brał i grał jak najlepiej umie. Czy to gitara, perkusja, organy, pianino. Thom zagra na wszystkim. Dodajmy do tego, że śpiewał niesamowicie i jeszcze wpadał w taneczne napady epilepsji. Miło było też popatrzeć jak Johnny Greenwood szarpie za gitarę przy Creep albo jak klęczy przy syntezatorze podczas Idioteque. Colin mimo, że schowany od czasu do czasu zebrał się na odwagę by poskakać z basem. Mimo, że nie biega z nim jak natchniony to dobrze było go słyszeć przy takich basowych szlagierach jak The National Anthem czy Myxomatosis. Ed oczywiście robił świetne chórki a Phil przez ponad dwie godziny bez wytchnienia nie tracił pędu przy uderzaniu w perkusje.

W zasadzie najlepszy koncert jaki widziałem do tej pory w tym roku. Myślę, że za niedługo będę mówił, że najlepszy w moim życiu. Organizacja koncertu jak zwykle pozostawiała wiele do życzenia. Najbardziej nurtowało mnie pytanie dlaczego 7 złotych? i dlaczego Żywiec? Dodajmy do tego 50 minutowe opuszczanie koncertu w kolejce poruszającej się w tempie metr na minute i pojawia się mała frustracja. Nie u mnie. Ja byłem szczęśliwy i wzruszony po koncercie.

Radiohead – OK Computer

radiohead_ok-computerJednak te lata 90 były całkiem spoko. Na początku trochę zalatywało wieśniactwem a la MC Hammer ale potem pojawili się i Jeff Buckley, i Blur, i Oasis też, i 2Pac, i Rage Against The Machine no i także Radiohead. To znaczy, że w muzyce nie do końca zostało wszystko powiedziane, zaśpiewane przez Beatlesów. Nie wszystkie pomysły zostały zrealizowane przez Joy Division, My Bloody Valentine czy R.E.M. Można było nagrywać płyty idealne, wnoszęce „coś” a nawet więcej w życie szarego konsumenta.

I tak właśnie zrobił band z Anglii. Mimo, że może nie wyglądali na takich co są w stanie nagrać taką płytę i stać się najważniejszym zespołem przełomu wieku XX i XXI. No bo ich początki nie były tak ambitne. Pierwsza płyta to Creep i tło. The Bends to natomiast zgromadzenie hitów na jednym krążku. OK Computer to cos więcej. To przełom. Od tamtej pory Radiohead to zespół, który wymienia się jednym tchem obok The Beatles i Joy Division.

W sumie to wszystko już wiecie. Bo chyba nie ma osoby, która by przynajmniej nie chwaliła OK Computer. Wszystkie media piszą o anglikach w samych superlatywach. Rzadko się zdarza by ich słowa były prawidłowe. Ambitna płyta, zupełnie nie komercyjna w końcu doceniona w zbieraninie ścieków pozerstwa. Oni chyba nie byli na to troszkę przygotowani. Dlatego taka a nie inna historia z Kid A, ale o tym już w innej recenzji. Muzycy wypowiadali się, że ta płyta nie jest tak idealna jak się wszystkim wydaje. Skromność? Na pewno to co robią, to co mówią jest szczere. Nie jesteśmy ofiarami wielkiego oszustwa słuchając OK Computer. Nie tracimy czasu, natomiast go zyskujemy! Jak nawołuje Yorke w The Tourist: „hey man slowdown. hey idiot slowdown”.

Ta płyta sprawia, że poszukujemy w naszych myślach jakiś refleksji. Mimo, że nie wszystko jest dosłownie powiedziane to i tak da się zrozumieć o co chodzi nie mając większego wykształcenia ani znając idealnie język Davida Beckhama. „ambition makes you look very ugly” ten fragment najbardziej mi przypadł do gustu. Coś w tym jest, że człowiek za bardzo się pogubił w tym całym konsumpcyjnym trybie życia. Do mnie Thom Yorke przemawia całkowicie. Trafia w sedno. I nie chodzi tu tylko o sam Paranoid Android, który jest w czymś w rodzaju nadutworu, ponad sześciu minutowym zgniataczem umysłu. Cała płyta niesie ze sobą coś niezwykle ujmującego. I nie mówię tak tylko dlatego, że Porcys tak mówi, Gazeta Wyborcza, Radio Zet czy inne media. Słucham płytę trzymając w ręce książeczkę w ciemny pokoju z zapaloną lampką a za oknem widzę szosę pełną nieszczęśników, którym moda i telewizja wyznacza życiowe cele. Niepowtarzalny klimat związany z Radiohead. Dlatego ich cenię mimo wszystko najbardziej. Są mi bliżsi niż wymieniane wcześniej zespoły Iana Curtisa i Johnna Lennona.

Radiohead to taka żyjąca legenda. Podążająca to coraz dalej. Są inspiracji dla wielu muzyków. W naszych klimatach najbardziej wpłynęli na twórczość Ścianki czy też Kombajnu do zbierania kur po wioskach. Widać gołym okiem analogie w tekstach obu ekip. „please could you stop the noise im tryin a get some rest?” = „zabierzcie ten tłum! próbuje spać”.

Poczytałem troszeczkę opinii na temat płyty. I większości podczas słuchania Exit music (for a film) łza sama ciśnie się w oko. Nie jestem sam, bo mimo wszystko jestem troszeczkę wrażliwy. Oni są niesamowici, że potrafią wyciągnąć wrażliwość z takiego betonu jak ja. Nie mówię, że przeżywam tę płytę jak babcia audycje radia maryja z stertą chusteczek. Ujmuje mnie ta muzyka. Chciałbym dać 11, ale nie mogę. Ocena 10/10.

P.S. Jeżeli nie widzieliście to musicie nadrobić zaległości. Paranoid Android. Najlepszy moment w okolicach 3:18.

Thom Yorke – The Eraser

Witam w nowym roku. Wznawiając pisanie recenzji zacznę w tym roku pisząc o wykonawcach z górnej półki. Pierwszym takim wykonawcom będzie mój dobry znajomy z MySpace – Thom Yorke.

W roku 2006 fani Radiohead oczekiwali nowej płyty grupy. Zamiast tego doczekali się zupełnie czegoś innego. Była to solowa płyta wokalisty Radiohead pt. The Eraser. Niektórzy się ucieszyli, niektórzy zawiedli, ale wszyscy musieli przyznać, że dobrze mu to wychodzi. Można było się przestraszyć, że skoro płyta odnosi sukces to Thom odejdzie z Radiohead. Jednak nic z tego bo rok później Yorke wraca z In Rainbows tym razem jako Radiohead. Wybiegając poza temat to u nas istnieje podobny przypadek w postaci Artura Rojka.

Wracając do The Eraser. Jeśli ktoś zna Thoma to dobrze wie, że angielski geniusz muzyczny zawsze był zainteresowany muzyką elektroniczną. I The Eraser nie odbiega od zainteresowań Yorke’a. Włączając płytę już na początku usłyszymy klawisze. Przez całą płytę przebiegną nam najróżniejsze elektroniczne dźwięki. Zdarzają się jakieś dziwaczne odgłosy, melodyjki jak z gry na pegazusa itd. Cały Yorke.

Wisienką na całej kompozycji jest charyzmatyczny i nieco psychodeliczny wokal Thoma. Momentami jest niepokojący. Dla fanów Yorke’a ta płyta to nie lada kąsek dobrej i wciągającej muzyki. Dla tych co niekoniecznie lubią Radiohead i samego Yorke’a ta płyta może być ciężka do przełknięcia. Ale ten blog to miejsce tylko dla fanów Radiohead.

Ostrzegam, że płyta nie jest łatwa w odbiorze. Nie jest tak, że po pierwszym przesłuchaniu zakochamy sie od razu w tych kompozycjach. Miłość przyjdzie z czasem a jak nie to zawsze można wrócić do słuchania starszych kawałków Radiohead (Creep). Bo Solowy projekt Yorke’a mimo, że jest to electronic/ experminental/ alternative/ indie/ pop (Tagi Last.fm) to nie wpada w ucho od razu tak jak słynny Creep.

Kończąc już te moje nic nie warte wywody powiem tylko tyle, że płyta jest fajna i można se posłuchać. Ocena: 7/10.

Radiohead – In Rainbows

No i się doczekaliśmy. Już rok temu miała się pojawić nowa płyta Radiohead. Nie pojawiła sie, ale Thom wyskoczył ze swoja solową płytą. Jednak już jest, można ją ściągnąć, i tylko na razie ściągnąć.

Zespół sobie wymyślił tak: daje w październiku płytę do scignięcia z internetu, każdy ustala sobie sam cenę jaką zapłaci za nią. W grudniu będzie można już kupic płytę w pudełku z bonusowymi trackami w cenie około 200 złotych. Pomysł ciekawy, ale czy każdy artysta tak teraz będzie sprzedawał albo rozdawał płyty? Jedno jest pewne, że na polskich fanach Radiohead to nie zarobi.

Dobra, teraz powiem coś niecoś o płycie. Mam ją od kilku dniu. Przesłuchałem ją kilka razy. I tak szczerze mówiąc to boje się ją zrecenzować. Bo o co mi chodzi? A no o to, że płyta teraz jest według mnie dobra, ale za pół roku może się okazać, że jest jednak genialna a ja tego teraz nie dostrzegłem, albo na odwrót, że jest słaba.

Pierwsze piosenki tak średnio mnie pociągają. Brzmi to tak jak z Erasera nieszczęsnego. Takie jakieś dziwne elektryczne nuty. Można by spróbować z tym do dyskoteki iść. Dalsza część In Rainbows niesamowita. Podoba mi się ta melancholia. Radiohead jeszcze długo zostanie poza zasięgiem. Te utwory pokazują czym jest muzyka „radiogłowych”. All I Need oraz Weird Fishes/Arpeggi idealnie odzwierciedlają wartość Radiohead. A perełką całej płyty jest utwór Jigsaw Falling Into Place. Thom Yorke jest z pewnością geniuszem w swoim fachu, ale tylko w pracy grupowej bo jego solo mnie nie powaliło, jeszcze (napisze kiedyś o tym). No i całość kończy się piękną balladą Videotape.

Płyta dobra. Dużo klawiszy, porywających melodii oraz konkretne teksty. niektóre piosenki tylko im trochę uwłaczają. Myślę, że nie potrzebnie tyle eksperymentują z muzyką. Chociaż może dzięki tym eksperymentom są dziś taką renomą? Dobra i na koniec ocen. Do ideału jeszcze brakuje, ale na 8 w pełni ta płyta zasługuje.