10 najbardziej pominiętych recenzji płyt na Paweuu Alternativ

1Przez 10 lat mojej blogowej działalności pominąłem oczywiście znacznie więcej wartościowych muzycznych albumów. Gdy tak przeglądałem rok po roku płyty o których śmiało mógłbym napisać, to zauważyłem pewną zależność: Im odleglejszy rok, tym więcej miałem takich zaległości. Wiąże się to oczywiście z faktem, że wiele wspaniałych płyt poznałem dużo później po premierze. I co gorsza ta lista ciągle się poszerza. Niemniej udało mi się wybrać zestaw 10 albumów z każdego roku mojej twórczości o których należałoby wspomnieć.

tigercity2_2Tigercity – Pretend Not To Love (2007). Album ten śmiało można określić esencjonalnym. Każdy utwór z tej EPki to rzecz zjawiskowa i charakterystyczna. „Other Girls” czy też „Solitary Man” to popowe hymny roku 2007. Może i dobrze, że w tamtym czasie nie podjąłem się recenzji tego krążka, gdyż moje wpisy o muzyce z tamtego czasu… nie stały na najwyższym poziomie. Niemniej szkoda, że pokrótce przypominam ten szlachetny i wspaniały materiał. Grupa z Northampton w stanie Massachuttes wspięli się na wyżyny swoich umiejętności. Na „Pretend Not To Love” z daleka wyczuwa się lata 80 i wspaniałe inspiracje Princem czy też Roxy Music, jednak nie one są najważniejsze. Tigercity złapali za serce. Tak po prostu.

lil-wayne-34Lil Wayne – The Carter III (2008). Długo się broniłem przed Lil Waynem. Wydawał mi się wtórny i  zbyt pretensjonalny. Nie rozumiałem fenomenu Pana Dwayne’a Michaela Cartera Juniora. Wiecie, w 2008 roku zasłuchiwałem się w Indie Rocku i nie dopuszczałem do siebie zbyt wiele innej muzyki, zwłaszcza rapsów. Po czasie otworzyłem się na inne gatunki muzyki i zrozumiałem w czym tkwi sekret sukcesu Pana Cartera. W sumie do tej pory uważam go za jednego z lepszych raperów. W pewien sposób to od tej płyty zmienił się kierunek hip-hopu. Twardy, gangsteski rap spod znaku The Game’a czy też X-Zibita został wyparty przez innowacyjny i elastyczny rap Lil Wayne’a. Tą drogą poszli A$AP Rocky, Drake, Future i cała masa raperów, których aktualnie się słucha. Naszpikowane elektroniką beaty mieszają się z charakterystycznym stylem rapu. „The Carter III” jest opus magnum Lil Wayne’a i kamieniem milowym dla współczesnego rapu, dlatego warto wspomnieć o tym krążku.

wladekWładek – MySpace EP (2009).Zbyszek wypił chyba ze dwudziesty kieliszek, Coś mu odjebało i zaczął krzyczeć, strzelił focha i na miasto wyszedł, i zakłócał ludziom nocną ciiiiiiiszę” – Gdy takie coś słychać na tle funku, to musi być to dobre! Do tej pory nie wiadomo kto stoi za projektem Władek. Władek pojawił się nagle w 2009 roku na MySpace (pamięta ktoś ten serwis?) i natychmiast zrobił furorę. Świetne, zabawne teksty z takimi imionami jak Zbyszek, Danuta, Władek, Żaklina czy też Stefan w rolach głównych łączyły się z tanecznymi rytmami funku. Wyjątek stanowił utwór „Kac„, który był o… kacu. Piękna sprawa. Niby dla jaj, ale cała realizacja stoi na wysokim poziomie i słucha się tego wciąż wybornie!

caribouCaribou – Swim (2010). Dan Snaith, kanadyjski matematyk i muzyk to chyba najbardziej pominięta osoba na moim blogu. Zarówno legendarna „Andorra” nie doczekała się recenzji jak i jego następne albumy. Jedynie o „Our Love” udało mi się wspomnieć podczas nadrabiana zaległości z 2014 roku. Co więc mogę powiedzieć o „Swim„? Z pewnością nie był to tak melodyjny i singlowy album jak „Andorra„. Sporo tutaj schematyczności, mroku i transowych odjazdów. Chwytające za serce piosenki zostały zastąpione brudnymi, chaotycznymi odjazdami. Oczywiście już na wcześniejszych krążkach Pan Snaith bawił się z elektroniką. Jednak nigdy wcześniej tak daleko nie odjeżdżał. Należy także zwrócić uwagę na jeden z najlepszych openerów EVER jakim jest „Odessa„. To chyba najmniej przystępny album w dorobku artysty, jednak mimo upływu 7 lat od premiery wciąż do niego wracam.

iza-lachIza Lach – Krzyk (2011). Fenomenalny album łódzkiej wokalistki nie był tak do końca pominięty. W końcu zajął honorowe trzecie miejsce w moim podsumowaniu z roku 2011. Niemniej tak się niefortunnie złożyło, że osobnej recenzji nigdy się nie doczekał. A szkoda, bo słuchałem tego krążka na przełomie 2011/2012 na okrągło. Co można powiedzieć o „Krzyku„? Piękne teksty o niespełnionej miłości mieszają się tutaj z melodyjnymi, elektronicznymi podkładami. Ulubione kawałki? „Futro” – prawdopodobnie najlepszy polski opener ostatnich lat, „Chociaż Raz” – definicja singla idealnego oraz „Nic Więcej” – za refren! Jednak nie sposób nie wspomnieć o poruszającym „Boję się” czy też chwytliwym „Tylko Mój„. Szkoda tylko, że Iza już nie nagrywa takich piosenek!

mykki-blanco-reveals-he-is-hiv-positive-990x650-jpg_1-1Mykki Blanco – Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss (2012). Barwna postać Mykki Blanco gdzieś tam umknęła mi na blogu. Może dlatego, że sam album „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss” nie porywał? Jednak dla samego Pana/Pani Blanco i singli z tego krążka warto wspomnieć o tym wydawnictwie. W końcu swego czasu słuchał tego każdy, nawet katowiccy metale. Nieodżałowane wypady do stolicy województwa i OFF Festiwal 2013 to momenty, które przywołują mi na myśl Mykki Blanco. Bądźmy szczerzy, w domu nie dało się tego słuchać. Jednak jako soundtrack do mocno zakrapianej imprezy? Idealna sprawa! Ma ta płyta swoje momenty a sam Blanco nawet nieźle rapuje, jednak na dłuższą metę (i to na trzeźwo) to nie jest album do słuchania bez końca.

Kurt Vile – Wakin On A Pretty Daze (2013). Niegdyś, gdy byłem młodszy. Trochę bardziej szalony i spoglądający na Świat przez aspekt muzyki to zasłuchiwałem się w indie rocku bardziej energicznym. Niemal punkowym. W stylu Cloud Nothings, Wavves itd. Musiało być tak zwane „pierdolnięcie”. Oczywiście nie chodzi mi o podwójną stopę ani nic z tych rzeczy. Ale musiało być nieco dekadencko, nihilistycznie i z pazurem. Z czasem jednak odkryłem w sobie uwielbienie do spokojniejszych utworów. Takich, które przygrywa Kurt Vile w swoich długich i porywających utworach. Ta stylistyka i ten sposób prowadzenia muzycznej narracji przypadł mi do gustu. Nie wiem czy to kolejny etap w mojej ewolucji czy chwilowe odejście od normy? Jednak nie czuje się muzycznym tatusiem-kapciem, bo Wavves i Cloud Nothings dalej słucham i szanuje \m/

dangeloD’Angelo And The Vanguard – Black Messiah (2014). Jak to się stało, że mój numer 1 roku 2014 nie doczekał się osobnej recenzji. Ba, nie doczekał się żadnej wspominki do momentu podsumowania całorocznego. Trochę wstyd bo „Black Messiah” to nie jedynie najfajniejszy album roku 2014. To krążek już podczas premiery LEGENDARNY. D’Angelo raczej nie rozpieszcza swoich fanów wydawnictwami muzycznymi.  Od momentu debiutu w 1995 roku wydał 3 pełne longplaye, z tym, że na najnowszy trzeba było czekać 14 lat. Na szczęście dla muzyka bardziej od ilości liczy się jakość. I „Black Messiah” to całkowicie potwierdza. Krążek ten to kapitalna mieszanina muzyki R’n’b z wpływami popu i hip-hopu. Świetna, innowacyjna, świeża muzyka łączy się tutaj z wokalnym geniuszem D’Angelo, który po prostu czaruje.

jamie-xx-webJamie XX – In Colour (2015). Jamie XX, czyli członek grupy The XX w całkiem udany sposób nagrywa również solo. O jego bandzie pisałem przy okazji każdej nowej płyty. Jednak o samym Jamiem – nigdy. Co prawda debiut „We’re New Here” nie porwał mnie, jednak „In Colour” zdecydowanie powinien zostać dostrzeżony. W końcu artysta nagrywał ten materiał przez 5 lat! Uwierzcie, że słychać to. Jamie XX skrupulatnie zadbał o każdy szczegół tego krążka. I wiecie co? Opłaciło mu się to, gdyż recenzje miał dobre a i nawet nominacja do Grammy się pojawiła. Dobry kawał elektronicznych dźwięków. Może nie dla każdego, ale warto dać szanse tej płycie.

anohniAnohni – Hopelessness (2016). Z Anohni zetknąłem się już dawno temu, gdy jeszcze śpiewał jako Anthony And The Johnsons. Pamiętny jest zwłaszcza album „I’m A Bird Now„, gdzie artysta wyjawiał swoje intymne problemy w takich tekstach jak ten: „One day I’ll grow up, I’ll be a beautiful woman / But for today I am a child, for today I am a boy„. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zwłaszcza płeć artysty. Jednak jedna rzecz pozostała niezmiennie wspaniała – muzyka. „Hopelessness” to album zawierający sporo elektroniki. Brzmienie stało się lżejsze i łatwiejsze w odbiorze, jednak powaga pozostała ta sama. Patosu na tym krążku jest, aż nadmiar. Anohni porzuciła problemy osobiste na rzecz problemów globalnych. Brzmi to trochę naiwnie, ale nie przeszkadza zbytnio w pozytywnym odbiorze całości. P.S. Okładka jest okrutnie ZŁA.

 

 

10 najlepszych thrillerów trzymających w napięciu, których jeszcze nie widziałeś

Moja żona lubi oglądać thrillery. Najlepiej te psychologiczne, zagadkowe, trzymające w napięciu do końca. W związku z tym przed każdym wspólnym seansem przeglądam prawie cały internet by znaleźć kolejny, godny uwagi film. Listę tą tworzę z dedykacją dla wszystkich podobnych do mnie poszukiwaczy filmów z tego gatunku.

mystic-river-2003-14-gRzeka Tajemnic / Mystic River (2003, reż. Clint Eastwood). Na pierwszy rzut polecam adaptację powieści Dennisa Lehane’a. Flim Clinta Eastwooda opowiada historię trójki przyjaciół z robotniczej dzielnicy w Bostonie. Pewnego dnia jeden z przyjaciół zostaje porwany, co powoduje, że przyjacielska więź zostaje zerwana na długie lata. Losy trójki przyjaciół z dzieciństwa ponownie się zbiegną, gdy córka jednego z nich zostanie zamordowana. „Rzekę Tajemnic” warto zobaczyć, gdyż Clint Eastwood wzniósł się tutaj na wyżyny swoich reżyserskich umiejętności. Wodzi nas za nos, daje do myślenia, porusza i intryguje. Mimo, że akcja toczy się powoli to na tym filmie nie da się zasnąć.

oldboy2003Oldboy (2003, reż. Chan Woon Park). Dae-Su zostaje porwany i zamknięty w pokoju na 15 lat. W końcu nieznani sprawcy wypuszczają go. Bohater postanawia się zemścić, nie zdaje sobie jednak sprawy, że to dopiero początek jego koszmaru. Film ten polecam głównie ze względu na zakończenie. Uwierzcie mi, że nie jesteście w stanie przewidzieć jak skończy się ta historia. Jeszcze chyba żaden film mnie tak nie zaskoczył jak ten!

i-saw-the-devil-2010Ujrzałem Diabła / Akmareul Boatda (2010, reż. Jee Woon-Kim). Kolejna azjatycka pozycja z motywem zemsty. Młody agent postanawia na własną rękę pomścić śmierć swojej narzeczonej. Oprawce odnajduje szybko, jednak zemsta jakiej dokonuje jest skomplikowana i niejednorazowa. Z czasem sytuacja wymyka się z rąk młodego bohatera. Jee Woon-Kim pokazuje, że można zrobić film o zemście w zupełnie inny sposób. Przeważnie mściciel przez cały film poszukuje swojego wroga by mu dokopać. Tutaj główny bohater przez większość filmu mu dokopuje po trochu. Warto zobaczyć, bo spełniona zemsta nie jest do końca pewna.

a-horibble-way-to-dieNaprawdę Straszna Śmierć / A Horrible Way to Die (2010, reż. Adam Wingard). Tytuł może być mylący, ale bez obaw. Nie jest to slasher w stylu „Piły” czy też „Hostelu„. Widziałem wiele filmów o seryjnych mordercach. Jedne lepsze, inne gorsze. Obraz Adama Wingarda zaliczam zdecydowanie do pierwszej grupy. Fabuła opowiada dwie historię. Pierwsza z nich to życie zbiegłego z więzienia seryjnego mordercy Garricka Turrella, druga natomiast to obraz Sary, członkini klubu AA. Oczywiście obie historie z czasem się zbiegną i pokażą nam, że w życiu nic nie jest albo czarne, albo białe. Jeżeli szukacie oryginalności w tematyce seryjnych zabójców, to ją tu znajdziecie.

tell-no-oneNie Mów Nikomu / Ne le dis à personne (2006, reż. Gauillaume Canet). Harlan Coben to pisarz, który wybił się na pisaniu tajemniczych i wciągających kryminałów. Nie czytałem jego żadnej książki, jednak z sprawdzonych opinii wiem, że koleś jest mistrzem w intrygowaniu czytelnika. Dlatego też dziwi fakt, że jego książki nie doczekały się ekranizacji. Poza jedną – „Nie Mów Nikomu„, którą w dodatku nakręcili Francuzi. Co mogę powiedzieć? Intryga zawarta w tej historii i sposób jej przekazania jest tak spektakularna, że aż ciężko uwierzyć, że nikt z Hollywood nie zabrał się na poważnie za twórczość pisarza. Zdecydowanie warto zobaczyć ten film, albo przynajmniej przeczytać książkę.

deliverance11Uwolnienie / Deliverance (1972, reż. John Boorman). Uwolnienie to perełka kina lat 70 i jeden z tych filmów, które trzeba obejrzeć dwa razy aby pojąć. Przedstawia historię czwórki kolegów, którzy wybrali się w amerykańskie odludzie na spływ kajakowy. Niestety spotkanie z „tubylcami” nie zakończy się dobrze dla żadnej ze stron.  Szczerze powiedziawszy to film ten jest bardziej survival horrorem, niż typowym thirllerem z zagadką. Jednak napięcie jest do samego końca, dlatego nie mogłem go sobie odpuścić. Poza tym młody John Voigt daje radę.

la-cera-ocultaLa Cara Oculta (2011, reż. Andres Baiz). Lubicie kolumbijskie kino? Jeżeli nie, to zobaczcie film Andresa Baiza. „La Cara Oculta” to historia młodego dyrygenta, który otrzymuje ofertę pracy w Bogocie, stolicy Kolumbii. Przeprowadza się tam ze swoją dziewczyną, która po czasie znika i zostawia jedynie pożegnalny film w kamerze. Adrian po pewnym czasie poznaje nową dziewczynę – Fabianę. Wkrótce odkrywa ona, że w domu dzieją się dziwne rzeczy i z całą pewnością nie jest to sprawka duchów. „La Cara Oculta” to nie wybitne kino, a całkiem sprawny i trzymający w napięciu thriller. Film nie posiada polskiego tytuły, dlatego istnieje duża szansa, że jeszcze go nie widzieliście. Pozycja od Baiza to całkiem dobre rozwiązanie na niezobowiązujący wieczór filmowy.

the-guestGość / The Guest (2014, reż. Adam Wingard). Kolejny w tym zestawieniu film Adama Wingarda. Fabuła wygląda tak: David, zwolniony ze służby żołnierz odwiedza rodzinę zmarłego kolegi z wojska. Zostaje tam na parę nocy, jednak wraz z jego przybyciem w miasteczku dojdzie do tajemniczych morderstw. Fabuła może nie jest najmocniejszą stroną tego filmu, jednak warto go zobaczyć dla samej sfery wizualnej. Wrócimy ponownie do lat 80. czyli ulubionej w ostatnim czasie epoki dla filmowców z Hollywood. Nastrojowy klimat, świetna muzyka i wspaniałe zdjęcia sprawiają, że film ogląda się lekko i przyjemnie.

duze-zle-wilkiDuże Złe Wilki / Big Bad Wolves (2013, reż. Aharon Keshale, Navot Papushado). Jedyna na mojej liście Izraelska propozycja. W pewnym miasteczku dochodzi do brutalnych morderstw dzieci. Policja podejrzewa lokalnego nauczyciela Drora, jednak nie posiada niezbitych dowodów. Prowadzący policjant Miki postanawia na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość nauczycielowi i sprawić by się przyznał. Przeszkadza mu w tym ojciec jednej z ofiar, który ma swój własny plan. Jak to się zakończy i kto jest winien morderstw? Zobaczcie koniecznie. Pomimo tego, że podobne historie mieliśmy w innych filmach np. „Labiryncie„, to „Duże Złe Wilki” są filmem wartym zobaczenia. Chociażby dla komicznych scen spotkań Żyda z Palestyńczykiem.

od-slow-do-smierciOd Słów Do Śmierci / Palabras encadenadas (2003, reż. Laura Mana). Od razu zaznaczę, że w tym filmie nie ma zbyt dużo akcji. Praktycznie cały film rozgrywa się w jednym pomieszczeniu i opiera się na dialogach uwięzionej Laury i jej oprawcy Ramona. Mężczyzna twierdzi, że jest seryjnym mordercą i ma na to dowody. Jego ofiara nie jest jednak przypadkowa, gdyż Laura to jego była żona. Na początku wszystko wydaje się oczywiste, jednak im dłużej oglądamy film to tym więcej pojawia się wątpliwości. Kto jest prawdziwą ofiarą, a kto oprawcą? Trzeba koniecznie zobaczyć.

 

Vehicle Playlist – idealne piosenki do podróży samochodem

car-travel-paweuuCo prawda sezon urlopowy już za nami, a podobną listę już kiedyś stworzyłem. Jednak nie mogłem sobie odmówić odświeżenia tematu, dlatego dzisiaj na blogu znajdziecie listę 11 piosenek, które idealnie nadają się jako tło muzyczne do podróży samochodem.

Wavves – My Head Hurts (V, 2015). Na pierwszy ogień polecam utwór z ostatniej płyty Wavves. Ten kto zagląda na bloga w miarę regularnie, to wie, że twórczość Nathana Williamsa wielbię. Dlatego też, nie powinien dziwić fakt, że w moim aucie często można usłyszeć Kalifornijską kapelę. Żwawy, mocno gitarowy i melodyjny utwór sprawia, że podróż mija nam znacznie szybciej.

Posłuchaj

Kurt Vile – Pretty Pimpin (b’lieve i’m goin down…, 2015). Spokojne dźwięki gitary amerykańskiego muzyka umilą nam każdą drogę, nawet tą zakorkowaną. W jakiś dziwny sposób Kurt Vile potrafi za pomocą swojej muzyki mnie uspokoić. Masz zły dzień posłuchaj? Zdecydowanie sięgnij po zeszłoroczny album „b’lieve i’m goin down… bądź „Wakin on a Pretty Daze„.

Posłuchaj

Duke Dumont – Ocean Drive (Blasé Boys Club Pt. 1, 2015). Zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy na swoich listach zamieszczam BARDZO znane piosenki, które lecą w radiu co 10 minut. Jednak Nie mogłem odpuścić tego kawałka. Zwłaszcza, że w tytule ma słowo RIDE a  w teledysku grupka młodych kobietek jeździ po mieście autem. DJ puszczał ją na moim weselu, puszczam i ja w samochodzie. Wy też pewnie jej słuchacie. I dobrze!

Posłuchaj

The Beatles – Drive My Car (Rubber Soul, 1966). Jak można robić playlistę do samochodu i zapomnieć o tym nieśmiertelnym kawałku? Co prawda w 1966 roku większość z Was nie było na świecie (Luzik, mnie też) a po polskich drogach jeździła garstka aut, ale to nie o to chodzi. Rock’nRoll w wykonaniu Liverpoolczyków to świetna muzyka do wszystkiego, zwłaszcza do samochodu.

Posłuchaj

Moderat – Bad Kingdom (Moderat II, 2013). Kiedyś niemiecki band kojarzył mi się z ucieleśnieniem nudy i braku pomysłu. Na szczęście w pewnym momencie postanowili swoje Kraftwerkowe zapędy połączyć z czystym popem. Wyszło to im na dobre, a w samochodzie aż chce się tego słuchać.

Posłuchaj

car-travel-2SOHN – Artifice (Tremors, 2014). Najbardziej energiczny i taneczny utwór z „Tremors” to idealny podkład do kręcenia kółkiem. Sprawdzone osobiście. Z czystym sercem możecie wrzucić ten utwór na swoją playlistę, trust me.

Posłuchaj

Son Lux – Lost It To Trying (Lanterns, 2013). Piosenka ta została użyta niedawno w reklamie pewnego koreańskiego samochodu. Jednak nie ze względu na ten komercyjny klip postanowiłem umieścić na swojej liście ten kawałek. Jest to po prostu bardzo przyjemna piosenka z mocno wpadającym w ucho motywem przewodnim, która przypomina mi twórczość Menomeny. A takie inspiracje lubię najbardziej.

Posłuchaj

The Chromatics – Lady (Kill For Love, 2012). Większość z Was pewnie po obejrzeniu filmu „Drive” wolałaby jeździć przy dźwiękach użytego w filmie „Tick of the Clock„. Ja bardziej polecam utwór „Lady„. Skojarzenia te same, doznania znacznie większe!

Posłuchaj

Queens of The Stone Age – Go With The Flow (Song For The Deaf, 2002). Ten utwór QOTSA zamieszczam z specjalną dedykacją dla ludzi, którzy lubią zapier….

Posłuchaj

The Vines – Ride (Winning Days, 2004). Szukałem do mojej listy jakiegoś chropowatego, indie rockowego kawałka robiącego rozpierduche. Chyba dobrze trafiłem?

Posłuchaj

Schoolboy Q – John Muir (Blank Face, 2016). Nie byłbym sobą gdybym nie dorzucił rapsów. Tegoroczny Schoolboy Q ze swoim gangsta kawałkiem wpisuje się w moją wizję jazdy samochodem perfekcyjnie. Zimny łokieć i te sprawy. Poza tym ten samochody klip dopełnia całej roboty. Nic dodać, nic ująć.

Posłuchaj

Xavier Dolan i jego demony

TOMZ Xavierem Dolanem miałem do czynienia po raz pierwszy i jedyny parę miesięcy temu podczas seansu filmu „Mama„. Przytłaczająca opowieść o matce i jej sprawiającym problemy synu potwierdzała, że Dolan dobrym reżyserem jest. Świetne ujęcia, klimat ciasnych kanadyjskich przedmieść, IDEALNIE dobrana muzyka, bezkompromisowość przekazu oraz co najważniejsze rewelacyjnie wciągająca opowieść! To wszystko znajdziecie w filmie „Mama„.

Jednak nie na temat tego filmu chciałem się wypowiedzieć w tej recenzji. Rok przed ukazaniem się wspomnianej wcześniej „Mamy” w kinach swoją premierę miał inny film Xaviera Dolana. Bardziej mroczny, niejednoznaczny i psychodeliczny. Mowa o obrazie „Tom„, w którym sam reżyser zagrał tytułową rolę.

Film opowiada historię Toma, młodego projektanta z Montrealu, który przyjeżdża do małej miejscowości w Kanadzie na pogrzeb swojego kochanka. Na miejscu poznaje matkę oraz brata zmarłego. Życie na wsi go fascynuje na tyle, że postanawia pozostać na dłużej. Jednocześnie orientuje się, że mama jego przyjaciela nie wie nic o orientacji seksualnej zmarłego syna. Brat Francis, chce za wszelką cenę by ten dochował tajemnicy przed matką.

TOm a la fermeTom” to przede wszystkim świetny zestaw przykuwających zdjęć z dobrze opowiedzianą historią. Wydaje się ona być banalna i błacha, jednak Dolan pokazuje ją na tyle ciekawie i wciągająco, że ogląda się ją z zapartym tchem. Zwłaszcza drugą połowę filmu, gdyż początek obrazu nie zapowiada tylu emocji. Związane są one szczególnie z chorą relacją na linii Tom – Francis. Francis z jednej strony gnębi Toma, szydzi z jego orientacji. Z drugiej natomiast strony jest nim zauroczony, podoba mu się jego ręka do zwierząt oraz stosunek Toma do jego matki. Zauroczenie te zamienia się w chorą obsesję pełną namiętności oraz agresji. Każde pojawienie się Francisa na ekranie wzbudza w widzu poczucie niepewności, a nawet grozy.

Druga sprawa to świetnie zrealizowane zdjęcia. Widzimy mroczny klimat małej miejscowości gdzieś w Kanadzie otoczonej hektarami pól kukurydzy. Zimna, jesienna sceneria wprowadza nas w przygnębiający nastrój. Dolan w tym filmie doskonale uchwycił obraz małej mieściny i ich mieszkańców. Widzimy tutaj smutek matki, która poszukuje drugiego syna w Tomu a także gniew Francisa oraz pewną tajemnicę, którą znają tylko tamtejsi mieszkańcy.

Oczywiście w filmie „Tom” Xaviera Dolana znajdziemy wiele niedociągnięć oraz fabularnych naciągnięć. Jednak te błędy nie przeszkadzają w ostatecznym, pozytywnym ocenieniu tego dzieła. Jak zakończy się ta historia? Zobaczcie sami. Dla mnie jest to film na ocenę 7/10.

10 najgorzej przetłumaczonych tytułów filmowych

wtf-faceOglądałem sobie ostatnio komedie romantyczną z młodym Heathem Ledgerem zatytułowaną „10 Things I Hate About You„. Fajny, lekki, przyjemny seans. Polecam. Jednak jedna rzecz mi nie dawała spokoju. Dlaczego polski tytuł tego filmu to „Zakochana złośnica„?!? Co ma piernik do wiatraka? Na podstawie tego kreatywnego tytułu postanowiłem zrobić listę 10 najgorzej przetłumaczonych tytułów filmowych. Zapraszam do lektury.

10 Things I Hate About You / Zakochana Złośnica (1999). Na początek tytuł o którym wspomniałem kilka linijek wyżej. Zupełnie nie rozumiem dlaczego polski tytuł tego filmu nie mógł brzmieć dosłownie „10 rzeczy, których w Tobie nienawidzę”. Czy polscy dystrybutorzy mają polskiego widza za idiotę, że trzeba mu w tytule wyjaśniać o czym będzie film? Pozostawiam to bez komentarza.

Cloverfield / Projekt: Monster (2008). Jak można przetłumaczyć angielską nazwę na inną angielską nazwę? To jedna z zagadek ludzkości, która za pewne nigdy nie zostanie wyjaśniona.

urlHangover part II / Kac Vegas w Bangkoku (2011). W tym miejscu mamy do czynienia z kontynuacją tłumaczenia pierwszej części. „Hangover” tłumaczone jako „Kac Vegas” można uznać za fajną grę słowami, bo w końcu łączy tytułowy kac z miejscem akcji, czyli miastem Las Vegas. Problem pojawia się w sequelu obrazu, gdyż „Kac Vegas w Bangkoku” brzmi mocno niedorzecznie.

Die Hard II / Szklana Pułapka 2 (1990). Klasyka źle przetłumaczonego tytułu, która ciągnie się od pierwszej części. O ile wtedy można było tytuł tłumaczyć nawiązaniem do miejsca akcji, to następne część serii z Johnem McClanem stanowią niewytłumaczalne kuriozum.

12 Years A Slave / Zniewolony. 12 Years A Slave (2013). Mamy tutaj do czynienia z ciekawą kombinacją. W tytule pojawia się słowo Zniewolony, co jest zrozumiałe bo film opowiada o zniewolonym, czarnoskórym mężczyźnie. Jednak po kropce pojawia się oryginalny tytuł – i tego już nie ogarniam.

Dallas Buyers Club / Witaj w Klubie (2013). Przyznam szczerze, że tytuł filmu Jeana-Marca Vallée nie jest łatwą kwestią do przetłumaczenia. Bo Klub kupców/nabywców z Dallas nie brzmi za ciekawie. Jednak wybranie „Witaj w Klubie” to jak mówienie, że parówka to mięso.

Chris-Rock-HUH-WTFInterstate 60: Episodes of the Road / Ale jazda! (2002). Film podobno dobry, nie widziałem. Jednak ten polski tytuł totalnie zniechęca by zobaczyć obraz Boba Gale’a.

Eternal Sunshine of the Spotless Mind / Zakochany bez pamięci (2004). No cóż, totalnie nie wiem dlaczego ten film tak przetłumaczyli. Swoją drogą też nie rozumiem, dlaczego ten kapitalny dramat psychologiczny ukazujący skomplikowane tajniki ludzkiej psychologii i uczuć do drugiej osoby był reklamowany jako kolejna słodka komedia romantyczna…

Prisoners / Labirynt (2013). Sprawdzałem wszystkie internetowe translatory oraz słowniki. W żadnym słowo Prisoners nie oznacza po polsku Labirynt.

Reality Bites / Orbitowanie Bez Cukru (1994). Tutaj również mamy do czynienia z dziwną kreatywnością polskich dystrybutorów…

To moje propozycje, a źle przetłumaczonych tytułów filmowych jest cała masa. Wpisujcie swoje propozycje w komentarzach. Jestem ciekaw co pominąłem przy tworzeniu tej listy. Oczywiście, oprócz „Dirty Dancing” i polskiego „Wirującego Seksu” – bo to klasyk.

Przegląd filmowy #6

communion 1989Communion / Wspólnota (1989). Filmów o kosmitach powstało na pęczki. Wystarczy wspomnieć takie klasyki jak cała seria Obecego, Predatora, „Plan dziewięć z kosmosu„, „Marsjanie Atakują„, „Znaki„, „Coś„, „Dystrykt 9” itd. Były to obrazy lepsze i gorsze. Mało jednak w dziejach kinematografii jest godnych polecenia pozycji mówiących o problemie ludzi uprowadzonych przez kosmitów. Takim filmem jest bez wątpienia „Wspólnota” Philippe’a Mora. Pisarz Whitley Strieber (Christopher Walken) wybiera się wraz z rodziną i przyjaciółmi na weekend do domku na wsi. Już pierwszej nocy bohaterowie są świadkami dziwnych wydarzeń. Rankiem następnego dnia postanawiają wrócić do domu, jednakże dalsze zachowanie Striebera budzi obawy wśród małżonki i syna. „Wspólnota” to nie jest typowy film o kosmitach w którym straszy się widza nieznanymi potworami czy też widmem zagłady ludzkości. Wszystko opiera się o psychikę głównej postaci granej przez wybornego jak zawsze Walkena. Whitley początkowo swoje zachowanie tłumaczy napięciem i stratą weny twórczej. Z czasem jednak przypomina sobie coraz więcej faktów związanych z uprowadzeniami przez kosmitów. Przez większość czasu jesteśmy obserwatorami codziennych zmagań pisarza oraz jego leczenia, które przybiera za każdym razem inne, nowe formy. W finale bohater odkrywa prawdę nie tylko o życiu pozaziemskich, ale o sobie. Podobały mi się sceny uprowadzenia, które pomimo tego, że mocno się zestarzały to zachowały surrealistyczny klimat. Na plus należy zaliczyć również dobrą pracę kamer. W pamięci zwłaszcza zapada scena świateł w domku na wsi oraz spaceru Striebera z synem przez korytarz w halloween. Dla francuskiego reżysera film ten był pewnego rodzaju odbiciem po mocno nie udanych dwóch częściach „Skowytu”. Jeżeli jesteś fanem Christophera Walkena i chcesz zobaczyć inny film o kosmitach niż „Dzień Niepodległości” to stanowczo polecam. Ocena: 7/10.

mystic_riverMystic River / Rzeka Tajemnic (2003). Clint Eastwood to nie tylko wybitny aktor, ale i świetny reżyser. Za kamerą debiutował już w 1971 roku i od tamtej pory nakręcił m.in. takie perełki jak: „Bez przebaczenia„, „Za wszelką cenę” czy też „Gran Torino„. Oczywiście wielu jego fanów woli go jako aktora, by zmienili jednak zdanie odsyłam do obejrzenia filmu „Rzeka Tajemnic„. Obraz ten opowiada historie trójki przyjaciół, których drogi po latach się ponownie krzyżują. Jednoczy ich śmierć córki Jimmy’ego Markum (Sean Penn) właściciela osiedlowego sklepu z kryminalną przeszłością. Dochodzenie w sprawie morderstwa prowadzi Sean Devine (Kevin Bacon), który wraz z swoim partnerem podejrzewa trzeciego z grupy przyjaciół Dave’a (Tim Robbins). Najmocniejszą stroną tego filmu jest historia, która została oparta na podstawie opowiadania Dennisa Lehane’a. Intryga zawarta w filmie jest ciekawa, wciągająca i zaskakująca. Do pewnego momentu mamy wyrobioną opinię co do tego „kto zabił”. Jednak później pojawiają się nowe wątki, które burzą wszystko to czego byliśmy pewni. Poza tym „Rzeka Tajemnic” ma kapitalny klimat brudnego Bostonu. Eastwood pokazuje nam szare ulice, małe pomieszczenia domków oraz tytułową rzekę, która pełni metaforę oddzielenia przeszłości od przyszłości. Fabuła nie skupia wyłącznie się na śmierci córki jednego z przyjaciół, gdyż jest wiele pomniejszych wątków, które budują tą wspaniałą i zarazem tragiczną historię. W filmie wystąpiło wielu świetnych aktorów, na szczególne brawa zasłużył Tim Robbins, który idealnie odegrał ojca pogrążonego traumą z dzieciństwa. Poza tym należy wyróżnić niezawodnego Seana Penna oraz Toma Guiry’ego. Jeżeli poszukujecie zaskakującego thillera to jest to pozycja dla was. Ocena: 8/10.

in fearIn Fear / Trwoga (2013). Tom (Iain De Caestecker) wraz z świeżo poznaną Lucy (Alice Englert) postanawiają się wybrać na muzyczny festiwal. Po drodze postanawiają przenocować w hotelu umieszczonym na odludziu. Niestety gubią drogę, co gorsza okazuje się, że ktoś ich śledzi. Podczas przemierzania irlandzikch, ciemnych dróg potrącają Maxa (Allen Leech), który ucieka przed tajemniczymi tubylcami. Zabierają młodzieńca do samochodu, jednak pozostaje pytanie czy wszystko co mówi jest prawdą? Film Jeremy’ego Loveringa trzyma w napięciu od początku seansu, pomimo tego, że fabuła obrazu nie jest zbyt oryginalna. Wątek niebezpiecznego i tajemniczego autostopowicza wykorzystał w pełni klasyk horroru „The Hitcher„. Ponadto motyw zgubienia drogi pojawiał się w wielu filmach, między innymi: „Dead End„, „Wrong Turn” czy też „Enter Nowhere„. W „In Fear” nie ujrzymy za wiele krwi, a całą tajemnica opiera się na nie wiedzy. Dopiero zakończenie filmu wyjaśni w jaką pułapkę wpakowała się młoda dwójka. Film jest pozbawiony wątków pobocznych, co całkowicie wychodzi na plus. Od początku do końca skupiamy się na emocjach Toma i Lucy. Widz nie powinien się nudzić podczas seansu, gdyż w miarę upływu czasu dowiadujemy się „więcej” na temat bohaterów i miejsca w którym się znaleźli. Obraz Loveringa ma wspaniały, jesienny, mroczny klimat. Przez około 80 minut obserwujemy tajemnicze irlandzkie drogi. Ponadto udzielają się nam odczucia niepewności oraz izolacji. Ocena: 6/10.

J. Cole – Born Sinner

jcoleJakoś nie potrafię się wstrzelić w ten nowy rok jeżeli chodzi o nową muzykę. Przeglądam co jakiś czas co proponuje z nowości Pitchfork i Allmusic. Przeglądałem na CoS listę płyt, które mają wyjść w 2014 roku i doszedłem do smutnego wniosku, że w gruncie rzeczy nie ma na co czekać poza nową Charli XCX i Schoolboy’em. Indie Rock proponowany przez te serwisy skończył się już jakiś czas temu. Dobry przykład stanowią zespoły pokroju Bastille i Foster The People, które pojawiają się w line-upach ważniejszych festiwali muzycznych oraz na łamach portali zajmujących się szeroko pojęta muzyką alternatywną.  Problemem nie jest fakt, że pod przykrywką tagów indie rocka nagrywają pop grany w stacjach komercyjnych. Problemem jest to, że jest to cholernie słabe. Stąd też grzebie w starszych rzeczach. Oprócz klasyki (Black Sabbath, Tears of Fears) i starych nagrań Wavves przesłuchuje hip-hop i r’n’b z 2013 roku. Stąd recenzja pominiętego jakimś cudem przeze mnie J. Cole’a.

J.-Cole-Born-Sinner-661x349Born Sinner” to trzeci album w dorobku amerykańskiego rapera urodzonego w Frankfurcie. Nie jest to płyta, która znalazłaby się na mojej liście TOP15 2013 roku, jednak jest to pozycja godna uwagi ze względu na kapitalne single. J. Cole zebrał na albumie całkiem fajnych gości: wszędobylski Kendirck Lamar, Miguel czy też Jhene Aiko. Jako całość ta płyta spisuje się tak sobie, jednak słuchając momentów zostajemy urzeczeni. Mnie osobiście najbardziej przypadł do gustu „She Knows” nagrany we w spółce z Amber Coffman. Głównie chodzi o fenomenalny podkład i klimatycznie odśpiewany słodki refren. Chciałoby się rzecz by powstawało więcej tego typu przebojów. Świetnie się też sprawdza „Forbidden Fruit” z jazzowym podkładem i Kendrickiem Lamarem w refrenie. Mocny punkt albumy stanowi także „Power Trip„, gospelowy „Born Sinner” oraz „Crooked Smile„. Niestety jak mówiłem wcześniej „Born Sinner” jest nierówne i zbyt rozciągnięte. Gdyby skrócić materiał do 11-12 piosenek powstałby zgrabny, fajny album. A tak dostajemy rozlazły longplay z fajnymi momentami.

Generalnie propsuje. Jeżeli jakimś cudem tak jak ja nie słyszałeś tej płyty to warto przesłuchać dla wspomnianych wyżej przeze mnie utworów oraz fajnych podkładów. J. Cole sprawdza się jako raper oraz ma zdolność do tworzenia uwodzicielskiego r’n’b, które może nie powala na kolana, ale wciąga na pewno. Ocena: 7/10.