10 najlepszych seriali od Netflixa

Wykupiliście sobie dostęp do platformy streamingowej Netflix i nie wiecie co dalej? Spokojna głowa! Mam dla was listę 10 najlepszych seriali, które możecie zobaczyć na popularnym Netfliksie.

Better Call Saul (2015). Dla fanów „Breaking Bad” i nie tylko powrót do pustynnego i gorącego Albuquerque było bardzo dobrą wiadomością. Postać Saula Goodmana cieszyła się tak dużą popularnością, że twórcy serialu postanowili stworzyć spin-off. Tego typu akcje rzadko kończyły się udanie, ale w tym przypadku coraz częściej słyszy się głosy o wyższości „Better Call Saul” od „Breaking Bad„. Co prawda serial pokazuje nam historię adwokata jeszcze z czasu, gdy nazywał się Jimmy McGill i nie był prawnikiem jakim poznaliśmy go z przygód Waltera White’a. Do tej pory powstały cztery sezony, a twórcy wciąż grają na zwłokę i nie chcą pokazać transformacji. Odtwórca głównej roli Bob Odenkirk świetnie tym razem się sprawdził jako aktor dramatyczny, gdyż jak pamiętamy w „BB” jego epizody miały główniej wymiar humorystyczny. Podobno nawet początkowo był zamysł by „Better Call Saul” było sitcomem! Nie mniej warto się zapoznać, nawet jeśli wcześniej nie widziało się narkotycznych przygód z Albuquerque.

BoJack Horseman (2014). Przygody gadającego konia BoJacka to obecnie obok Ricka i Morty’ego jedna z najlepszych komediowych animacji. Tytułowy bohater to były aktor, który mieszka w Los Angeles i swoje najlepsze lata ma za sobą. Prowadzi życie niczym Hank Moody z Califonication – imprezy, alkohol, seks i narkotyki. Jednak jak łatwo się domyślić nie daje mu to szczęścia i wciąż poszukuje sensu w swoim życiu, przez co pakuje się nieustannie w tarapaty. Dużym plusem serialu jest świat przedstawiony, czy ludzie i ludzio-zwierzęta przedstawiający dalej cechy zwierząt. Poza tym to kapitalna satyra ukazująca bolączki społeczeństwa oraz popkultury. Koniecznie obejrzyjcie wersję z polskim dubbingiem, przez wielu jest on uznawana za przykład jak powinno się tłumaczyć tego typu produkcje.

Czarne Lustro /  Black Mirror (2011). Brytyjska produkcja stworzona przez Charliego Brookera to świetna ilustracja społeczeństwa ukazana przez pryzmat rozwoju technologii. Futurystyczne wizje ukazują głębię zachowań ludzkich oraz zmian jakie zaszły pod wpływem wszechobecnych nowinek technologicznych. Każdy odcinek to odrębni bohaterowie i całkowicie inne historie nie powiązane ze sobą w żaden sposób. Serial doczekał się 4 sezonów (łącznie 19 odcinków), więc dla kogoś kto jeszcze nie widział ani jednego epizodu nie jest to odstraszająca liczba nie do przejścia w jeden weekend. Odcinki zapadają w pamięć i dają na prawdę do myślenia. Najlepsze jednak jest to, że pomysły wykorzystane w tym serialu mogą tak naprawdę stać się naszą codziennością i bliżej im jednak do „Science” niż „Fiction”.

Dark (2017). Zeszłoroczna produkcja z Niemiec była dość głośnym serialem, który sporo rozgłosu uzyskał za sprawą sukcesu „Stranger Things„. Mimo, że wiele słyszałem o podobieństwach obu seriali to dla mnie są to zupełnie dwie różne rzeczy. Jedyną wspólną dla obu widowisk są lata 80. „Dark” jest znacznie mroczniejszym i trudniejszym w odbiorze dziełem telewizyjnym. Pomijając fakt, że dla polskiego widza ciężką sprawą jest rozróżniać bohaterów (których jest całkiem sporo i mają podobne imiona) to na dodatek istnieją oni na trzech płaszczyznach czasowych! Tak, to serial o podróżowaniu w czasie. A zwłaszcza o ciągu przyczynowo-skutkowym wywołanym przez ingerowanie w przeszłość. Osobiście serial zrozumiałem może w jakiś 70-80%, by całkowicie rozkminić o co w tym wszystkim chodziło potrzeba drugiego seansu. Niemniej jednak warto!

Dom z Papieru / La Casa Del Papel (2017). Hiszpańska produkcja to jeden z tych seriali, który wciąga od pierwszych sekund. Grupa kryminalistów pod dowództwem „Profesora” postanawia przejąć hiszpańską mennicę na jak najdłuższy czas by wyprodukować jak największą ilość banknotów EURO. Jednak nie będzie to zwykły skok jakich wiele było w kinie, ten jest zaplanowany co do najmniejszych szczegółów. Z każdym odcinkiem będziemy świadkami misternego planu grupy, która będzie manipulować nie tylko policją, ale i opinią publiczną. Dużym atutem serialu są nieustanne cliffhangery. Akcja toczy się bardzo sprawnie i ciągle się coś dzieje. Netflix skrócił oryginalne odcinki i podzielił całość na dwa sezony, przez co serial jest jeszcze bardziej dynamiczny. Bohaterowie są dobrze napisani i różnorodni, każdy odnajdzie swoich faworytów! Minusem są ciągłe romansy (jak to u latynosów), które nie wnoszą nic do głównego wątku (Może poza jednym). Poza tym dzieje się tam gigantyczna liczba absurdów i fabularnych głupot. Jednak gdy akcja toczy się tak błyskawicznie to nie mamy zbyt wiele czasu by się nad tym zastanawiać.

House of Cards (2013). Ostatnio było sporo szumu wokół serialu za sprawą afery związanej z Kevinem Spacey’em. Odtwórca głównej roli został wyrzucony z planu po tym jak został oskarżony o molestowanie seksualne. Twórcy nie zamierzali jednak przez to ucinać głowy kurze znoszącej złote jaja (lub też urywać kurze złotego jaja), i postanowili kręcić serial dalej, już bez Spacey’a. Efekt? Bardzo słabe (zasłużenie) recenzje ostatniego, szóstego sezonu serialu. Niemniej warto obejrzeć wcześniejsze 5 sezonów by odkryć, że historia bezwzględnego polityka Francisa Underwooda i jego żony to kapitalna opowieść o polityce, władzy i pieniądzach. A kto wie, może Kevinowi zapomni się jego grzechy z przeszłości (Jak Melowi Gibsonowi), wróci do łask widzów i producentów i ponownie zobaczymy go w serialu?

Rick i Morty / Rick and Morty (2013). Dawno nie widziałem jednocześnie tak pokręconej i zabawnej rzeczy jak ten serial. Na pewno słyszeliście wiele dobrego na temat tego widowiska, i że odcinek z ogórkiem najlepszy. To wszystko, to oczywiście prawda. Szalony naukowiec Rick wraz ze swoim wnukiem mazgajem Mortym przemierzają wszechświat w celu przeżywania nowych przygód. Każda z nich jest świetnie napisana, zrealizowana i zabawna. Oczywiście niektóre rzeczy są tak zawiłe, że ciężko załapać o co kaman, jednak nie przeszkadza nam to w pozytywnym odbiorze całości. Podobno wersja z napisami lepsza, dla mnie jednak (o dziwo!) wersja z dubbingiem jest równie dobra. Serial mimo, że jest animowany to nie jest oczywiście dla dzieci. Przekleństwa i wulgaryzmy lecą równo, i to w wszystko w rodzinie.

Stranger Things (2016). Jakiś czas temu pisałem o tym serialu w osobnej recenzji. Jednak od tego czasu pojawił się drugi sezon, który raczej nie zawiódł oczekiwań fanów i już teraz wszyscy czekają na dalsze losy bohaterów. Serial wciąż ma te same zalety. Jest mroczny, tajemniczy, wciągający, ale jednocześnie pozytywny, gdyż przypomina nam czasy dzieciństwa. Akcja w końcu toczy się w latach 80, także będzie sporo fajnych nawiązań i odniesień do popkultury (Pogromcy Duchów i Gremliny!). Poza tym opowiada o przyjaźni, tej dziecięcej, szczerej i prawdziwej. Piękna sentymentalna podróż w czasy dzieciństwa z lekkim dreszczykiem.

Mindhunter (2017). Któż z nas nie lubi Davida Finchera? Reżysera takich kapitalnych jak filmów „Se7en„, „Fight Club” czy też „The Game” po prostu nie sposób nie wielbić. To głównie jego nazwisko przykuło moją uwagę do „Mindhuntera„. Co prawda Fincher wyreżyserował tylko dwa pierwsze i dwa ostatnie odcinki seriali, jednak całość stoi na równym, wysokim poziomie. Obraz powstał na podstawie książki „Mindhunter. Tajemnice elitarnej jednostki FBI” autorstwa Marka Olshakera i Johna E. Douglasa. Opowiada historię dwójki policjantów Holdena Forda i Billa Tencha, którzy za pomocą rejestrowania rozmów z seryjnymi mordercami chcą opracować system ścigania największych zwyrodnialców a także dokonać analizy przyczyn ich postępowania. Z góry zaznaczam, że nie znajdziecie tutaj zbyt wiele wartkiej akcji. Co prawda pojawia się wiele morderców i spraw, o których wspomina dwójka głównych bohaterów. Jednakże wszystko bazuje na podejściu psychologicznym i przedstawieniu żmudnej, policyjnej pracy, która w rzeczywistości nie jest tak heroiczna jak w filmach.

Narcos (2015). Ekranizacji o życiu i interesach Pablo Escobara było już całkiem sporo. Dlaczego zatem warto przyjrzeć się „Narcos„? Przede wszystkim ze względu na niesamowitą realizację tego serialu. Mamy szybkie tempo, wartką akcję oraz udany zabieg narratorski, który przybliża widzowi świat przedstawiony. Tematy kryminalo-gangsterskie od zawsze cieszyły się dużym zainteresowaniem, tutaj smaku dodaje fakt, że te historie są zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Atutem serialu jest także fakt, że to kompozycja… zamknięta (Dla mnie i wielu innych osób jest to plus serialu, że nie trzeba nadrabiać wielu sezonów i dziesiątki odcinków). Serial skończył się po trzech sezonach a jego kontynuacją jest nowe widowisko „Narcos: Meksyk„. Jeżeli mamcie ochotę zobaczyć coś w mafijnej konwencji i jednocześnie dowiedzieć się co się działo w Kolumbii na przełomie lat 80 i 90 to warto na pewno sięgnąć po „Narcos„.

 

 

Reklamy

10 Najlepszych piosenek Maca Millera

W związku z niespodziewaną śmiercią Maca Millera, postanowiłem uczcić pamięć tego wybitnego rapera z Pittsburgha listą jego 10 najlepszych tracków. Lista mocno subiektywna, kolejność alfabetyczna.

2009 (2018, Swimming). Najbardziej nostalgiczny utwór na „Swimming” rozpoczyna się od okazałej porcji smyczków i fortepiana. Później jednak wchodzi beat w stylu starego Eminema samplujący Chante Moore a Malcolm wraca myślami do momentów sprzed wydania pierwszego mixtape’u. Rok 2009 to był dobry rok. A „2009” wychodzi na przeciw moim oczekiwaniom.

Posłuchaj

Cinderella (2016, The Divine Feminine). Ten trwający równe osiem minut utwór oparty jest na prostym i chwytliwym gitarowym riffie wyjętym z utworu Tokyo Police Club oraz wpadającym w ucho refrenie, który wykonuje Ty Dolla $ign. Całość brzmi jak brakujący track z „Long.Live.A$AP„, który również mógłby znaleźć się na jakimkolwiek albumie Drake’a. Malcolm opowiada o namiętnych chwilach spędzonych z dziewczyną, by po ponad pięciu minutach stać się jeszcze bardziej romantycznym i śpiewać przy akompaniamencie fortepianu.

Posłuchaj

Dang! (2016, The Divine Feminine). Utwór nagrany we spółce z Andersonem Paak to prawdopodobnie jeden z najlepszych dowodów, że twórczości Millera nie daleko do samego Justina Timberlake’a. Funkujący i zahaczający o electro-pop beat ładnie komponuje się z elastycznym refrenem. Chłopaki śpiewają o dziewczynach i bardzo dobrze im to wychodzi.

Posłuchaj

Donald Trump (2011, Best Day Ever). Pomijając wszelkie nawiązania polityczne, warto zwrócić tutaj szczególną uwagę jak pięknie zapętlony został „Vesuvius” Sufjana Stevensa. Młodzieniaszek Miller pokazał tutaj, że posiada potencjał by przebić się ze swoim rapowaniem w gatunku zdominowanym przez czarnych, a sam bohater z tytułu określił kiedyś Millera jako „następny Eminem”. Jak dobrze, że nim się nie stał!

Posłuchaj

Kool Aid & Frozen Pizza (2010, K.I.D.S.). Perełka z jednego z pierwszych mixtape’ów, dzięki któremu Malcom wybił się na szerokie wody. Generalnie wolę późniejszego, bardziej dojrzalszego Maca. Nie mniej warto sprawdzić od czego to wszystko się zaczęło.

Posłuchaj

Ladders (2018, Swimming). Na najnowszym i zarazem ostatnim długograju Malcolm pokazuje swoją dojrzałość muzyczną. Świetnie zrobiony podkład przez duet: Pomo/Jon Brion ładnie wpisuje się w metaforę życia jaką jest opisywana przez Millera tytułowa drabina. Gdzieś w tle łaskocze nas funkująca gitarka, pojawią się synthy i jakieś trąbeczki. Ładnie skomponowany utwór.

Posłuchaj

S.D.S (2013, Watching Movies with the Sound Off). To jeden z tych utworów, który od razu rozpoczyna się z „grubej rury”. Psychodeliczny, wręcz narkotyczny podkład stworzony przez Flying Lotusa (słychać to) sampluje… fragment z Dragon Ball Z. Miller swoją nawijką natomiast świadomie nawiązuje do tego pokręconego beatu rzucając „My voice sound like it was a sample off a vinyl„. Mostkowe „Somebody do something” dodaje tylko więcej absurdalności tej sytuacji, podoba mi się to!

Posłuchaj

Self Care (2018, Swimming). O takie rap single walczyłem. Wpada w ucho, da się do tego pobujać, ale równie dobrze działa jako utwór do spokojnych przemyśleń. A te są takie, że Mac Miller szedł w dobrą stronę ze swoją twórczością. Piosenka dzieli się na dwie części. Pierwsza brzmi jak połączenie Drake’a z Justinem Timberlakem, druga natomiast przywołuje mi outra w stylu Kendricka Lamara. Rzadką sprawą jest by przywołać te trzy nazwiska w czyimś utworze, także szacuneczek.

Posłuchaj

Weekend (2015, GO:OD AM). Piszę te słowa we wtorek, słucham tego utworu i już marzę o weekendzie. Dzięki Mac! Rozważania na temat weekendowych rozrywek nie pomagają mi zapomnieć, że dziś dopiero pieprzony wtorek! Ok, ale przejdźmy do utworu. Podoba mi się jak mój r’n’b ulubieniec Miguel współgra z Malcolmem. Swoją drogą Mac Miller świetnie dobiera sobie featuringi. Miguel raczej nie gra tu wielkiej roli, pomaga przy hookach i na końcu serwuje outro na temat dni tygodnia niczym w utworze D-Bomb „O Ela„. A tak na poważnie, to bardzo przyjemny utwór z pogranicza alternatywnego r’n’b i hip-hopu.

Posłuchaj

 

 

10 Najlepszych piosenek Franz Ferdinand

W związku z tym, że koncert Franz Ferdinand w Polsce już niebawem, postanowiłem przyjrzeć się bliżej twórczości szkockiego indie bandu. Poniżej wyselekcjonowana przeze mnie lista dziesięciu najlepszych utworów zespołu Alexa Kopranosa. Kolejność alfabetyczna, do dzieła!

Comon On Home (2004, Franz Ferdinand). Riff na początku przywołuje mi na myśl raczej The Strokes, ale to tylko pokazuje jak szerokie spektrum umiejętności pokazują Szkoci. Gdy po około minucie wchodzą klawisze (kolejne skojarzenie – Kaiser Chiefs) to robi się jeszcze ciekawiej.

Posłuchaj

Darts of Pleasure (2004, Franz Ferdinand). Swego czasu niektórzy żartowali o „Farts of Pleasure”, co oczywiście nie powinno w żaden sposób ujmować temu utworowi. Debiutancki krążek Szkotów naszpikowany był świetnymi kawałkami i to po prostu jeden z nich. 180 sekund indie rockowej przyjemności.

Posłuchaj

Do You Want To (2005, You Could Have It So Much Better). „Lucky lucky, you’re so lucky” – mimo, że Franz Ferdinand słucham raczej od święta, to tak chwytliwe zwrotki jeszcze zdarza mi się zanucić. A To chyba coś znaczy, nie?

Posłuchaj

Evil Eye (2013, Right Thoughts, Right Words, Right Action). Ostatnie płyty FF pokazują, że grupa ma coraz większe problemy z pisaniem chwytliwych singli. „Evil Eye” może nie był szczytem umiejętności, ale jest na tyle dobry, że z czysty serce umieszczam go w tej dziesiątce.

Posłuchaj

The Fallen (2005, You Could Have It So Much Better). Jeden z lepszych utworów otwierających płyty indie rockowy tamtych czasów. Świetne gitarowe riffy udowadniają, że w 2005 roku indie rock dalej ma się świetnie.

Posłuchaj

Michael (2004, Franz Ferdinand). Wyobraźcie sobie kombinacje Interpolu z okresu „Turn on the Bright Lights” z Bloc Party z lat 2005-2007. Tak właśnie brzmi piosenka nr 9 z debiutanckiej płyty Franz Ferdinand. Generalnie podejrzliwie patrzę na tego typu porównania, ale w tym przypadku, tak po prostu, JEST…

Posłuchaj

Turn It On (2009, Tonight). Świetna linia basu i jeszcze lepszy finał całego utworu. W tej piosence z sekundy na sekundę jest coraz lepiej i coraz ciekawiej. Lubię gdy napięcie jest w ten sposób dawkowane.

Posłuchaj

Take Me Out (2004, Franz Ferdinand). Jeden z najważniejszych hymnów „New Rock Revolution” i jednocześnie jedna z najlepszych piosenek nowego indie rocka. Pomijając aspekty techniczne, piosenka ma to „coś” co chwyta od razu. Depeche Mode miało swoje „Enjoy The Silance”, Radiohead „Creep” a Franz Ferdinand ma „Take Me Out„.

Posłuchaj

This Boy (2005, You Could Have It So Much Better).Niby tylko 144 sekundy, ale tyle energii w tym kawałku. Pamiętam, że swego czasu był używany w czołówce jakiegoś programu z MTV. Jednak nie za to wyróżnienie, a za ten właśnie punkowy pazur i świetny refren.

Posłuchaj

Ulysess (2009, Tonight). Doskonale pamiętam czasy studenckie, kiedy to w weekendy mieszałem naukę zagadnień politologicznych z imprezowaniem do rana w katowickich barach. W tle towarzyszył mi ten świetny singiel z ostatniej w pełni udanej płyty „Tonight: Franz Ferdinand”. Kapitalna linia basu, niezapomniany klimat oraz świetne perkusyjne przejścia – to wszystko znajdziecie w „Ulysess„.

Posłuchaj

10 najbardziej pominiętych recenzji płyt na Paweuu Alternativ

1Przez 10 lat mojej blogowej działalności pominąłem oczywiście znacznie więcej wartościowych muzycznych albumów. Gdy tak przeglądałem rok po roku płyty o których śmiało mógłbym napisać, to zauważyłem pewną zależność: Im odleglejszy rok, tym więcej miałem takich zaległości. Wiąże się to oczywiście z faktem, że wiele wspaniałych płyt poznałem dużo później po premierze. I co gorsza ta lista ciągle się poszerza. Niemniej udało mi się wybrać zestaw 10 albumów z każdego roku mojej twórczości o których należałoby wspomnieć.

tigercity2_2Tigercity – Pretend Not To Love (2007). Album ten śmiało można określić esencjonalnym. Każdy utwór z tej EPki to rzecz zjawiskowa i charakterystyczna. „Other Girls” czy też „Solitary Man” to popowe hymny roku 2007. Może i dobrze, że w tamtym czasie nie podjąłem się recenzji tego krążka, gdyż moje wpisy o muzyce z tamtego czasu… nie stały na najwyższym poziomie. Niemniej szkoda, że pokrótce przypominam ten szlachetny i wspaniały materiał. Grupa z Northampton w stanie Massachuttes wspięli się na wyżyny swoich umiejętności. Na „Pretend Not To Love” z daleka wyczuwa się lata 80 i wspaniałe inspiracje Princem czy też Roxy Music, jednak nie one są najważniejsze. Tigercity złapali za serce. Tak po prostu.

lil-wayne-34Lil Wayne – The Carter III (2008). Długo się broniłem przed Lil Waynem. Wydawał mi się wtórny i  zbyt pretensjonalny. Nie rozumiałem fenomenu Pana Dwayne’a Michaela Cartera Juniora. Wiecie, w 2008 roku zasłuchiwałem się w Indie Rocku i nie dopuszczałem do siebie zbyt wiele innej muzyki, zwłaszcza rapsów. Po czasie otworzyłem się na inne gatunki muzyki i zrozumiałem w czym tkwi sekret sukcesu Pana Cartera. W sumie do tej pory uważam go za jednego z lepszych raperów. W pewien sposób to od tej płyty zmienił się kierunek hip-hopu. Twardy, gangsteski rap spod znaku The Game’a czy też X-Zibita został wyparty przez innowacyjny i elastyczny rap Lil Wayne’a. Tą drogą poszli A$AP Rocky, Drake, Future i cała masa raperów, których aktualnie się słucha. Naszpikowane elektroniką beaty mieszają się z charakterystycznym stylem rapu. „The Carter III” jest opus magnum Lil Wayne’a i kamieniem milowym dla współczesnego rapu, dlatego warto wspomnieć o tym krążku.

wladekWładek – MySpace EP (2009).Zbyszek wypił chyba ze dwudziesty kieliszek, Coś mu odjebało i zaczął krzyczeć, strzelił focha i na miasto wyszedł, i zakłócał ludziom nocną ciiiiiiiszę” – Gdy takie coś słychać na tle funku, to musi być to dobre! Do tej pory nie wiadomo kto stoi za projektem Władek. Władek pojawił się nagle w 2009 roku na MySpace (pamięta ktoś ten serwis?) i natychmiast zrobił furorę. Świetne, zabawne teksty z takimi imionami jak Zbyszek, Danuta, Władek, Żaklina czy też Stefan w rolach głównych łączyły się z tanecznymi rytmami funku. Wyjątek stanowił utwór „Kac„, który był o… kacu. Piękna sprawa. Niby dla jaj, ale cała realizacja stoi na wysokim poziomie i słucha się tego wciąż wybornie!

caribouCaribou – Swim (2010). Dan Snaith, kanadyjski matematyk i muzyk to chyba najbardziej pominięta osoba na moim blogu. Zarówno legendarna „Andorra” nie doczekała się recenzji jak i jego następne albumy. Jedynie o „Our Love” udało mi się wspomnieć podczas nadrabiana zaległości z 2014 roku. Co więc mogę powiedzieć o „Swim„? Z pewnością nie był to tak melodyjny i singlowy album jak „Andorra„. Sporo tutaj schematyczności, mroku i transowych odjazdów. Chwytające za serce piosenki zostały zastąpione brudnymi, chaotycznymi odjazdami. Oczywiście już na wcześniejszych krążkach Pan Snaith bawił się z elektroniką. Jednak nigdy wcześniej tak daleko nie odjeżdżał. Należy także zwrócić uwagę na jeden z najlepszych openerów EVER jakim jest „Odessa„. To chyba najmniej przystępny album w dorobku artysty, jednak mimo upływu 7 lat od premiery wciąż do niego wracam.

iza-lachIza Lach – Krzyk (2011). Fenomenalny album łódzkiej wokalistki nie był tak do końca pominięty. W końcu zajął honorowe trzecie miejsce w moim podsumowaniu z roku 2011. Niemniej tak się niefortunnie złożyło, że osobnej recenzji nigdy się nie doczekał. A szkoda, bo słuchałem tego krążka na przełomie 2011/2012 na okrągło. Co można powiedzieć o „Krzyku„? Piękne teksty o niespełnionej miłości mieszają się tutaj z melodyjnymi, elektronicznymi podkładami. Ulubione kawałki? „Futro” – prawdopodobnie najlepszy polski opener ostatnich lat, „Chociaż Raz” – definicja singla idealnego oraz „Nic Więcej” – za refren! Jednak nie sposób nie wspomnieć o poruszającym „Boję się” czy też chwytliwym „Tylko Mój„. Szkoda tylko, że Iza już nie nagrywa takich piosenek!

mykki-blanco-reveals-he-is-hiv-positive-990x650-jpg_1-1Mykki Blanco – Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss (2012). Barwna postać Mykki Blanco gdzieś tam umknęła mi na blogu. Może dlatego, że sam album „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss” nie porywał? Jednak dla samego Pana/Pani Blanco i singli z tego krążka warto wspomnieć o tym wydawnictwie. W końcu swego czasu słuchał tego każdy, nawet katowiccy metale. Nieodżałowane wypady do stolicy województwa i OFF Festiwal 2013 to momenty, które przywołują mi na myśl Mykki Blanco. Bądźmy szczerzy, w domu nie dało się tego słuchać. Jednak jako soundtrack do mocno zakrapianej imprezy? Idealna sprawa! Ma ta płyta swoje momenty a sam Blanco nawet nieźle rapuje, jednak na dłuższą metę (i to na trzeźwo) to nie jest album do słuchania bez końca.

Kurt Vile – Wakin On A Pretty Daze (2013). Niegdyś, gdy byłem młodszy. Trochę bardziej szalony i spoglądający na Świat przez aspekt muzyki to zasłuchiwałem się w indie rocku bardziej energicznym. Niemal punkowym. W stylu Cloud Nothings, Wavves itd. Musiało być tak zwane „pierdolnięcie”. Oczywiście nie chodzi mi o podwójną stopę ani nic z tych rzeczy. Ale musiało być nieco dekadencko, nihilistycznie i z pazurem. Z czasem jednak odkryłem w sobie uwielbienie do spokojniejszych utworów. Takich, które przygrywa Kurt Vile w swoich długich i porywających utworach. Ta stylistyka i ten sposób prowadzenia muzycznej narracji przypadł mi do gustu. Nie wiem czy to kolejny etap w mojej ewolucji czy chwilowe odejście od normy? Jednak nie czuje się muzycznym tatusiem-kapciem, bo Wavves i Cloud Nothings dalej słucham i szanuje \m/

dangeloD’Angelo And The Vanguard – Black Messiah (2014). Jak to się stało, że mój numer 1 roku 2014 nie doczekał się osobnej recenzji. Ba, nie doczekał się żadnej wspominki do momentu podsumowania całorocznego. Trochę wstyd bo „Black Messiah” to nie jedynie najfajniejszy album roku 2014. To krążek już podczas premiery LEGENDARNY. D’Angelo raczej nie rozpieszcza swoich fanów wydawnictwami muzycznymi.  Od momentu debiutu w 1995 roku wydał 3 pełne longplaye, z tym, że na najnowszy trzeba było czekać 14 lat. Na szczęście dla muzyka bardziej od ilości liczy się jakość. I „Black Messiah” to całkowicie potwierdza. Krążek ten to kapitalna mieszanina muzyki R’n’b z wpływami popu i hip-hopu. Świetna, innowacyjna, świeża muzyka łączy się tutaj z wokalnym geniuszem D’Angelo, który po prostu czaruje.

jamie-xx-webJamie XX – In Colour (2015). Jamie XX, czyli członek grupy The XX w całkiem udany sposób nagrywa również solo. O jego bandzie pisałem przy okazji każdej nowej płyty. Jednak o samym Jamiem – nigdy. Co prawda debiut „We’re New Here” nie porwał mnie, jednak „In Colour” zdecydowanie powinien zostać dostrzeżony. W końcu artysta nagrywał ten materiał przez 5 lat! Uwierzcie, że słychać to. Jamie XX skrupulatnie zadbał o każdy szczegół tego krążka. I wiecie co? Opłaciło mu się to, gdyż recenzje miał dobre a i nawet nominacja do Grammy się pojawiła. Dobry kawał elektronicznych dźwięków. Może nie dla każdego, ale warto dać szanse tej płycie.

anohniAnohni – Hopelessness (2016). Z Anohni zetknąłem się już dawno temu, gdy jeszcze śpiewał jako Anthony And The Johnsons. Pamiętny jest zwłaszcza album „I’m A Bird Now„, gdzie artysta wyjawiał swoje intymne problemy w takich tekstach jak ten: „One day I’ll grow up, I’ll be a beautiful woman / But for today I am a child, for today I am a boy„. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zwłaszcza płeć artysty. Jednak jedna rzecz pozostała niezmiennie wspaniała – muzyka. „Hopelessness” to album zawierający sporo elektroniki. Brzmienie stało się lżejsze i łatwiejsze w odbiorze, jednak powaga pozostała ta sama. Patosu na tym krążku jest, aż nadmiar. Anohni porzuciła problemy osobiste na rzecz problemów globalnych. Brzmi to trochę naiwnie, ale nie przeszkadza zbytnio w pozytywnym odbiorze całości. P.S. Okładka jest okrutnie ZŁA.

 

 

10 najlepszych thrillerów trzymających w napięciu, których jeszcze nie widziałeś

Moja żona lubi oglądać thrillery. Najlepiej te psychologiczne, zagadkowe, trzymające w napięciu do końca. W związku z tym przed każdym wspólnym seansem przeglądam prawie cały internet by znaleźć kolejny, godny uwagi film. Listę tą tworzę z dedykacją dla wszystkich podobnych do mnie poszukiwaczy filmów z tego gatunku.

mystic-river-2003-14-gRzeka Tajemnic / Mystic River (2003, reż. Clint Eastwood). Na pierwszy rzut polecam adaptację powieści Dennisa Lehane’a. Flim Clinta Eastwooda opowiada historię trójki przyjaciół z robotniczej dzielnicy w Bostonie. Pewnego dnia jeden z przyjaciół zostaje porwany, co powoduje, że przyjacielska więź zostaje zerwana na długie lata. Losy trójki przyjaciół z dzieciństwa ponownie się zbiegną, gdy córka jednego z nich zostanie zamordowana. „Rzekę Tajemnic” warto zobaczyć, gdyż Clint Eastwood wzniósł się tutaj na wyżyny swoich reżyserskich umiejętności. Wodzi nas za nos, daje do myślenia, porusza i intryguje. Mimo, że akcja toczy się powoli to na tym filmie nie da się zasnąć.

oldboy2003Oldboy (2003, reż. Chan Woon Park). Dae-Su zostaje porwany i zamknięty w pokoju na 15 lat. W końcu nieznani sprawcy wypuszczają go. Bohater postanawia się zemścić, nie zdaje sobie jednak sprawy, że to dopiero początek jego koszmaru. Film ten polecam głównie ze względu na zakończenie. Uwierzcie mi, że nie jesteście w stanie przewidzieć jak skończy się ta historia. Jeszcze chyba żaden film mnie tak nie zaskoczył jak ten!

i-saw-the-devil-2010Ujrzałem Diabła / Akmareul Boatda (2010, reż. Jee Woon-Kim). Kolejna azjatycka pozycja z motywem zemsty. Młody agent postanawia na własną rękę pomścić śmierć swojej narzeczonej. Oprawce odnajduje szybko, jednak zemsta jakiej dokonuje jest skomplikowana i niejednorazowa. Z czasem sytuacja wymyka się z rąk młodego bohatera. Jee Woon-Kim pokazuje, że można zrobić film o zemście w zupełnie inny sposób. Przeważnie mściciel przez cały film poszukuje swojego wroga by mu dokopać. Tutaj główny bohater przez większość filmu mu dokopuje po trochu. Warto zobaczyć, bo spełniona zemsta nie jest do końca pewna.

a-horibble-way-to-dieNaprawdę Straszna Śmierć / A Horrible Way to Die (2010, reż. Adam Wingard). Tytuł może być mylący, ale bez obaw. Nie jest to slasher w stylu „Piły” czy też „Hostelu„. Widziałem wiele filmów o seryjnych mordercach. Jedne lepsze, inne gorsze. Obraz Adama Wingarda zaliczam zdecydowanie do pierwszej grupy. Fabuła opowiada dwie historię. Pierwsza z nich to życie zbiegłego z więzienia seryjnego mordercy Garricka Turrella, druga natomiast to obraz Sary, członkini klubu AA. Oczywiście obie historie z czasem się zbiegną i pokażą nam, że w życiu nic nie jest albo czarne, albo białe. Jeżeli szukacie oryginalności w tematyce seryjnych zabójców, to ją tu znajdziecie.

tell-no-oneNie Mów Nikomu / Ne le dis à personne (2006, reż. Gauillaume Canet). Harlan Coben to pisarz, który wybił się na pisaniu tajemniczych i wciągających kryminałów. Nie czytałem jego żadnej książki, jednak z sprawdzonych opinii wiem, że koleś jest mistrzem w intrygowaniu czytelnika. Dlatego też dziwi fakt, że jego książki nie doczekały się ekranizacji. Poza jedną – „Nie Mów Nikomu„, którą w dodatku nakręcili Francuzi. Co mogę powiedzieć? Intryga zawarta w tej historii i sposób jej przekazania jest tak spektakularna, że aż ciężko uwierzyć, że nikt z Hollywood nie zabrał się na poważnie za twórczość pisarza. Zdecydowanie warto zobaczyć ten film, albo przynajmniej przeczytać książkę.

deliverance11Uwolnienie / Deliverance (1972, reż. John Boorman). Uwolnienie to perełka kina lat 70 i jeden z tych filmów, które trzeba obejrzeć dwa razy aby pojąć. Przedstawia historię czwórki kolegów, którzy wybrali się w amerykańskie odludzie na spływ kajakowy. Niestety spotkanie z „tubylcami” nie zakończy się dobrze dla żadnej ze stron.  Szczerze powiedziawszy to film ten jest bardziej survival horrorem, niż typowym thirllerem z zagadką. Jednak napięcie jest do samego końca, dlatego nie mogłem go sobie odpuścić. Poza tym młody John Voigt daje radę.

la-cera-ocultaLa Cara Oculta (2011, reż. Andres Baiz). Lubicie kolumbijskie kino? Jeżeli nie, to zobaczcie film Andresa Baiza. „La Cara Oculta” to historia młodego dyrygenta, który otrzymuje ofertę pracy w Bogocie, stolicy Kolumbii. Przeprowadza się tam ze swoją dziewczyną, która po czasie znika i zostawia jedynie pożegnalny film w kamerze. Adrian po pewnym czasie poznaje nową dziewczynę – Fabianę. Wkrótce odkrywa ona, że w domu dzieją się dziwne rzeczy i z całą pewnością nie jest to sprawka duchów. „La Cara Oculta” to nie wybitne kino, a całkiem sprawny i trzymający w napięciu thriller. Film nie posiada polskiego tytuły, dlatego istnieje duża szansa, że jeszcze go nie widzieliście. Pozycja od Baiza to całkiem dobre rozwiązanie na niezobowiązujący wieczór filmowy.

the-guestGość / The Guest (2014, reż. Adam Wingard). Kolejny w tym zestawieniu film Adama Wingarda. Fabuła wygląda tak: David, zwolniony ze służby żołnierz odwiedza rodzinę zmarłego kolegi z wojska. Zostaje tam na parę nocy, jednak wraz z jego przybyciem w miasteczku dojdzie do tajemniczych morderstw. Fabuła może nie jest najmocniejszą stroną tego filmu, jednak warto go zobaczyć dla samej sfery wizualnej. Wrócimy ponownie do lat 80. czyli ulubionej w ostatnim czasie epoki dla filmowców z Hollywood. Nastrojowy klimat, świetna muzyka i wspaniałe zdjęcia sprawiają, że film ogląda się lekko i przyjemnie.

duze-zle-wilkiDuże Złe Wilki / Big Bad Wolves (2013, reż. Aharon Keshale, Navot Papushado). Jedyna na mojej liście Izraelska propozycja. W pewnym miasteczku dochodzi do brutalnych morderstw dzieci. Policja podejrzewa lokalnego nauczyciela Drora, jednak nie posiada niezbitych dowodów. Prowadzący policjant Miki postanawia na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość nauczycielowi i sprawić by się przyznał. Przeszkadza mu w tym ojciec jednej z ofiar, który ma swój własny plan. Jak to się zakończy i kto jest winien morderstw? Zobaczcie koniecznie. Pomimo tego, że podobne historie mieliśmy w innych filmach np. „Labiryncie„, to „Duże Złe Wilki” są filmem wartym zobaczenia. Chociażby dla komicznych scen spotkań Żyda z Palestyńczykiem.

od-slow-do-smierciOd Słów Do Śmierci / Palabras encadenadas (2003, reż. Laura Mana). Od razu zaznaczę, że w tym filmie nie ma zbyt dużo akcji. Praktycznie cały film rozgrywa się w jednym pomieszczeniu i opiera się na dialogach uwięzionej Laury i jej oprawcy Ramona. Mężczyzna twierdzi, że jest seryjnym mordercą i ma na to dowody. Jego ofiara nie jest jednak przypadkowa, gdyż Laura to jego była żona. Na początku wszystko wydaje się oczywiste, jednak im dłużej oglądamy film to tym więcej pojawia się wątpliwości. Kto jest prawdziwą ofiarą, a kto oprawcą? Trzeba koniecznie zobaczyć.

 

Vehicle Playlist – idealne piosenki do podróży samochodem

car-travel-paweuuCo prawda sezon urlopowy już za nami, a podobną listę już kiedyś stworzyłem. Jednak nie mogłem sobie odmówić odświeżenia tematu, dlatego dzisiaj na blogu znajdziecie listę 11 piosenek, które idealnie nadają się jako tło muzyczne do podróży samochodem.

Wavves – My Head Hurts (V, 2015). Na pierwszy ogień polecam utwór z ostatniej płyty Wavves. Ten kto zagląda na bloga w miarę regularnie, to wie, że twórczość Nathana Williamsa wielbię. Dlatego też, nie powinien dziwić fakt, że w moim aucie często można usłyszeć Kalifornijską kapelę. Żwawy, mocno gitarowy i melodyjny utwór sprawia, że podróż mija nam znacznie szybciej.

Posłuchaj

Kurt Vile – Pretty Pimpin (b’lieve i’m goin down…, 2015). Spokojne dźwięki gitary amerykańskiego muzyka umilą nam każdą drogę, nawet tą zakorkowaną. W jakiś dziwny sposób Kurt Vile potrafi za pomocą swojej muzyki mnie uspokoić. Masz zły dzień posłuchaj? Zdecydowanie sięgnij po zeszłoroczny album „b’lieve i’m goin down… bądź „Wakin on a Pretty Daze„.

Posłuchaj

Duke Dumont – Ocean Drive (Blasé Boys Club Pt. 1, 2015). Zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy na swoich listach zamieszczam BARDZO znane piosenki, które lecą w radiu co 10 minut. Jednak Nie mogłem odpuścić tego kawałka. Zwłaszcza, że w tytule ma słowo RIDE a  w teledysku grupka młodych kobietek jeździ po mieście autem. DJ puszczał ją na moim weselu, puszczam i ja w samochodzie. Wy też pewnie jej słuchacie. I dobrze!

Posłuchaj

The Beatles – Drive My Car (Rubber Soul, 1966). Jak można robić playlistę do samochodu i zapomnieć o tym nieśmiertelnym kawałku? Co prawda w 1966 roku większość z Was nie było na świecie (Luzik, mnie też) a po polskich drogach jeździła garstka aut, ale to nie o to chodzi. Rock’nRoll w wykonaniu Liverpoolczyków to świetna muzyka do wszystkiego, zwłaszcza do samochodu.

Posłuchaj

Moderat – Bad Kingdom (Moderat II, 2013). Kiedyś niemiecki band kojarzył mi się z ucieleśnieniem nudy i braku pomysłu. Na szczęście w pewnym momencie postanowili swoje Kraftwerkowe zapędy połączyć z czystym popem. Wyszło to im na dobre, a w samochodzie aż chce się tego słuchać.

Posłuchaj

car-travel-2SOHN – Artifice (Tremors, 2014). Najbardziej energiczny i taneczny utwór z „Tremors” to idealny podkład do kręcenia kółkiem. Sprawdzone osobiście. Z czystym sercem możecie wrzucić ten utwór na swoją playlistę, trust me.

Posłuchaj

Son Lux – Lost It To Trying (Lanterns, 2013). Piosenka ta została użyta niedawno w reklamie pewnego koreańskiego samochodu. Jednak nie ze względu na ten komercyjny klip postanowiłem umieścić na swojej liście ten kawałek. Jest to po prostu bardzo przyjemna piosenka z mocno wpadającym w ucho motywem przewodnim, która przypomina mi twórczość Menomeny. A takie inspiracje lubię najbardziej.

Posłuchaj

The Chromatics – Lady (Kill For Love, 2012). Większość z Was pewnie po obejrzeniu filmu „Drive” wolałaby jeździć przy dźwiękach użytego w filmie „Tick of the Clock„. Ja bardziej polecam utwór „Lady„. Skojarzenia te same, doznania znacznie większe!

Posłuchaj

Queens of The Stone Age – Go With The Flow (Song For The Deaf, 2002). Ten utwór QOTSA zamieszczam z specjalną dedykacją dla ludzi, którzy lubią zapier….

Posłuchaj

The Vines – Ride (Winning Days, 2004). Szukałem do mojej listy jakiegoś chropowatego, indie rockowego kawałka robiącego rozpierduche. Chyba dobrze trafiłem?

Posłuchaj

Schoolboy Q – John Muir (Blank Face, 2016). Nie byłbym sobą gdybym nie dorzucił rapsów. Tegoroczny Schoolboy Q ze swoim gangsta kawałkiem wpisuje się w moją wizję jazdy samochodem perfekcyjnie. Zimny łokieć i te sprawy. Poza tym ten samochody klip dopełnia całej roboty. Nic dodać, nic ująć.

Posłuchaj

Xavier Dolan i jego demony

TOMZ Xavierem Dolanem miałem do czynienia po raz pierwszy i jedyny parę miesięcy temu podczas seansu filmu „Mama„. Przytłaczająca opowieść o matce i jej sprawiającym problemy synu potwierdzała, że Dolan dobrym reżyserem jest. Świetne ujęcia, klimat ciasnych kanadyjskich przedmieść, IDEALNIE dobrana muzyka, bezkompromisowość przekazu oraz co najważniejsze rewelacyjnie wciągająca opowieść! To wszystko znajdziecie w filmie „Mama„.

Jednak nie na temat tego filmu chciałem się wypowiedzieć w tej recenzji. Rok przed ukazaniem się wspomnianej wcześniej „Mamy” w kinach swoją premierę miał inny film Xaviera Dolana. Bardziej mroczny, niejednoznaczny i psychodeliczny. Mowa o obrazie „Tom„, w którym sam reżyser zagrał tytułową rolę.

Film opowiada historię Toma, młodego projektanta z Montrealu, który przyjeżdża do małej miejscowości w Kanadzie na pogrzeb swojego kochanka. Na miejscu poznaje matkę oraz brata zmarłego. Życie na wsi go fascynuje na tyle, że postanawia pozostać na dłużej. Jednocześnie orientuje się, że mama jego przyjaciela nie wie nic o orientacji seksualnej zmarłego syna. Brat Francis, chce za wszelką cenę by ten dochował tajemnicy przed matką.

TOm a la fermeTom” to przede wszystkim świetny zestaw przykuwających zdjęć z dobrze opowiedzianą historią. Wydaje się ona być banalna i błacha, jednak Dolan pokazuje ją na tyle ciekawie i wciągająco, że ogląda się ją z zapartym tchem. Zwłaszcza drugą połowę filmu, gdyż początek obrazu nie zapowiada tylu emocji. Związane są one szczególnie z chorą relacją na linii Tom – Francis. Francis z jednej strony gnębi Toma, szydzi z jego orientacji. Z drugiej natomiast strony jest nim zauroczony, podoba mu się jego ręka do zwierząt oraz stosunek Toma do jego matki. Zauroczenie te zamienia się w chorą obsesję pełną namiętności oraz agresji. Każde pojawienie się Francisa na ekranie wzbudza w widzu poczucie niepewności, a nawet grozy.

Druga sprawa to świetnie zrealizowane zdjęcia. Widzimy mroczny klimat małej miejscowości gdzieś w Kanadzie otoczonej hektarami pól kukurydzy. Zimna, jesienna sceneria wprowadza nas w przygnębiający nastrój. Dolan w tym filmie doskonale uchwycił obraz małej mieściny i ich mieszkańców. Widzimy tutaj smutek matki, która poszukuje drugiego syna w Tomu a także gniew Francisa oraz pewną tajemnicę, którą znają tylko tamtejsi mieszkańcy.

Oczywiście w filmie „Tom” Xaviera Dolana znajdziemy wiele niedociągnięć oraz fabularnych naciągnięć. Jednak te błędy nie przeszkadzają w ostatecznym, pozytywnym ocenieniu tego dzieła. Jak zakończy się ta historia? Zobaczcie sami. Dla mnie jest to film na ocenę 7/10.