Patronat: Matt Elliott w Polsce

Jeżeli lubicie angielskie niezależne, wręcz undergroundowe klimaty, gustujecie w smętnych piosenkach i mieszkacie w największych polskich miastach (Warszawa, Kraków, Wrocław lub Poznań) lub miejscowości Chełmek to mam dla Was ciekawą wiadomość. Już w przyszłym tygodniu odbędzie się seria koncertów Matta Elliotta.

Brytyjczyk pochodzący z Brystolu to przedstawiciel tzw. dark folku. Do tej pory nagrał osiem albumów jako The Third Eye Foundation (m.in.: “Semtex”, “Little Lost Soul”, “The Dark”) i osiem pod własnym nazwiskiem (z czego największe uznanie przyniosła mu tzw. trylogia rozpaczy, czyli kolejno “Drinking…”, “Failing…” i “Howling Songs”). Został poproszony o oficjalne remiksy dla Tarwater, Blonde Redhead, Mogwai, Ulver i Thurston Moore, wyprodukował kilka albumów grupy Hood, był jednym z nielicznych artystów zaangażowanych w reaktywację Silver Apples, a następnie koncertował z nimi w Stanach Zjednoczonych. W 2010 roku był członkiem zespołu na trasie koncertowej Yanna Tiersena jako wokalista towarzyszący, a także zagrał setki koncertów przez lata pod swoim nazwiskiem w Niemczech, Francji, Japonii, Grecji, Włoszech, Hiszpanii i Portugalii. Grał na największych alternatywnych lub popularnych festiwalach, takich jak Primavera i Tanned Tin w Hiszpanii, Incubate czy Le Guess Who w Holandii, a także słynnym All Tomorrow Party w Wielkiej Brytanii, który zrobił z niego undergroundowego bohatera.

Artysta wystąpi w Polsce na pięciu koncertach:

15.05 Poznań – Las

16.05 Warszawa – Pogłos

17.05 Kraków – Piękny Pies

18.05 Chełmek – MOKSiR

19.05 Wrocław – Awaria Prądu

Więcej informacji na Facebooku

Reklamy

Kolejny debiut Soccer Mommy – recenzja „Clean”

Soccer Mommy, czyli Sophie Allison po raz kolejny zadebiutowała na rynku muzycznym. Co prawda artystka pochodząca z Szwajcarii nagrała już do tej pory pięć płyt, z czego cztery we własnym pokoju, to dopiero najnowszy „Clean” został zarejestrowany we studio z grającym zespołem. Jako, że piosenkarka wychowała się w Nashville – amerykańskiej stolicy country, to słychać w jej twórczości skłonności do kowbojskiego popu. Mówiąc o muzycznych wpływach, to są to przede wszystkim kobiety z gitarą. Te bardziej mainstreamowe jak Avril Lavgine czy Taylor Swift oraz bardziej niszowe jak chociażby ostatnie objawienie Mitski czy też Frankie Cosmos.

Jej tegoroczny produkt „Clean” póki co zbiera same wysokie oceny, a Pitchfork już zdążył ogłosić wokalistkę odkryciem roku. Ten pozytywny odbiór wcale mnie nie dziwi. Jej krążek to piękna, sentymentalna podróż do czasów młodości. Delikatny głos działający w spółce z przyjemną gitarą zadowoli każdego słuchacza o romantycznej duszy. Bądźmy szczerzy, większość ludzi lubi wracać myślami do starych czasów, zwłaszcza beztroskiej młodości, gdy człowiek martwił się jedynie czy mu starczy pieniędzy na wakacje lub browara. Ta płyta pomaga nam w tej podróży w czasie zdecydowanie!

Płyta opiera się głównie o powolne, balladowe utwory. Rzadko kiedy usłyszymy coś więcej poza brzmieniem gitary i głosem Sophie Allison. Artystka w swoich tekstach rozlicza się z wakacyjnych miłości i wraca do czasów dojrzewania. Te wypełnione sentymentalnymi wspomnieniami teksty idealnie łączą się z łagodną warstwą muzyczną. Najlepszy na tym krążku „Your Dog” zachwyca świetną partią basową. Niewinnie rozpaczające się „Flaw” z każdą sekundą pięknie się rozkręca, natomiast „Blossom (Wasting All My Time)” mógłby nagrać Sufjan Stevens, gdyby był kobietą. Do gustu jednak najmocniej przypadł mi „Last Girl„, z tego względu, że lubię tego typu odjechane kawałki, które mógłby zagrać Mac DeMarco.

Podsumowując, piłkarska mamuśka prochu tym albumem nie wymyśla, jednak jest w nim coś co przykuwa naszą uwagę. Chyba czasem dobrze jest posłuchać czegoś szczerego i nie robionego na siłę. „Clean” to pięknie zagrana, sentymentalna płyta, która jest idealna na ciepły dzień (czyli na jeden raz). Ocena: 6/10.

Jack White strzelił focha i na miasto wyszedł – recenzja „Boarding House Reach”

Zaskoczył swoich fanów i słuchaczy Jack White niedawno wydanym, najnowszym albumem. Muzyk do tej pory dał się poznać jako legenda gitary dzięki grze w takich zespołach jak m.in. The White Stripes czy też The Racounters. Jego dwa pierwsze solowe albumy „Blunderbuss” oraz „Lazaretto” pozostawały dalej w konwencji rocka łącząc w sobie gitarową tradycję Stanów Zjednoczonych z bluesem słuchanym przez kierowców ciężarówek. I tu pojawia się miejsce na „Boarding House Reach„, który jest ZUPEŁNIE inny niż wcześniejsze dokonania artysty.

Zaczyna się dość niepozornie od singla „Connected by Love„, gdzie elektroniczny główny motyw łączy się z mocnym, kobiecym refrenem. Kolejny „Why Walk a Dog?” uświadamia nam, że White będzie nas często częstował elektroniką. Już trzeci „Corporation” to jakaś odjazdowa podróż w lata 90 połączona z wybrykami Franka Zappy. To oczywiście nie koniec eksperymentów, bo pojawia się „Hypermisophoniac„, który wcześniej mógłby się przydarzyć Muse po zażyciu sporej dawki dopalaczy. „Ice Station Zebra” to z kolei niezdarna zabawa w rapowanie. W „Over And Over And Over” znowu wracamy do epoki Backstreet Boys i Eiffel 65. Jack White tym razem postanawia się zabawić w Toma Morello i przypomnieć nam Rage Against The Machine. „Everything You’ve Ever Learned” dosłownie wysyła nas w kosmos, a „Respect Commander” początkowo umieszcza nas w samym środku dyskoteki z lat 90, by nagle wkleić (wtf?!?) w to ciężkiego rocka. Pod koniec albumu artysta przypomina, że wciąż potrafi pisać bluesowe utwory a na sam koniec częstuje nas kołysanką „Humorasque„.

Większość słuchaczy nie była gotowa na tego typu krążek. Stąd ten podział ocen w blogosferze. Jedni krytykują kuriozalne pomysły i mieszanki jakie White serwuje na „Boarding House Reach„. Inni natomiast zachwycają się bogatym wachlarzem nawiązań i wielobarwną stylistyką. Prawda jak zwykle jest po środku. To prawda, że White zachwyca na nowym albumie niesztampowym podejście do muzyki i czerpie pełnymi garściami z dorobku muzycznego lat 70 i 90. Jednak często jego muzyczna mieszanka brzmi zbyt pretensjonalnie i kuriozalnie. Za dużo na tym albumie przypadku i brzmieniowych nonsensów, za mało przemyślanych kompozycji. Chwilami krążek brzmiał niczym niedopracowane demo, jednak doceniam próbę i sam pomysł Jacka White. Muzycznym eksperymentom zawsze mówimy TAK! A to, że czasami nie wychodzą w pełni? Trudno. Trzeba próbować. Ocena: 6/10.

10 kolejnych thrillerów trzymających w napięciu, których jeszcze nie widziałeś

Duże zainteresowanie pierwszą odsłoną listy 10 thrillerów, które warto zobaczyć zachęciło mnie do stworzenia kontynuacji. Okazuje się, że ten gatunek filmowy ma wiele perełek mniej lub bardziej znanych, które koniecznie trzeba zobaczyć. Bez większego owijania w bawełnę, poniżej znajdziecie 10 thrillerów, które intrygują, zachwycają, trzymają w napięciu i co najważniejsze prawdopodobnie ich nie widzieliście!

Contratiempo (2016, reż. Oriol Paulo). Młody biznesmen Adrián Doria budzi się w pokoju hotelowym obok martwej kochanki. By udowodnić swoją niewinność zatrudnia znaną Panią adwokat, której opowie kilka wersji wydarzeń. „Contratiempo” to jeden z tych hiszpańskich thrillerów nowej fali, który co chwila potrafi zaskoczyć. Wersja wydarzeń zmienia się nieustanie, a to w co wierzyliśmy do tej pory, przestaje być nagle oczywiste. Kto jest winien śmierci? Odpowiedź zaskoczy was kilka razy. Filmowa historia jest przestawiana z punktu widzenia młodego biznesmena. Co chwilę pojawiają się nowe dowody, nowsze fakty, nowi świadkowie no i oczywiście nowe pytania. Fabuła pędzi niczym rozpędzony pociąg, przez co nie ma tutaj czasu na nudę. Jeżeli poszukujecie ciekawego, angażującego i zaskakującego filmu, to obraz pana Paulo jest dla was!

Dotyk Zła / Touch of Evil (1958, reż. Orson Welles). Przez moment miałem opory przed wstawieniem tego obrazu w niniejszą listę. Po pierwsze dzieło jednego z najwybitniejszych reżyserów wszech czasów nie jest filmem mało znanym, a wręcz klasykiem kina. Jednak doskonale sobie zdaje sprawę z tego jak wygląda współcześnie oglądanie filmów starych i czarno-białych. Ze względu na swój wiek często są pomijane przez większość ludzi, co jest ogromnym błędem, gdyż większość tych obrazów pomimo upływu dziesiątek lat niezestarzały się na tyle by przeszkadzało to w odbiorze filmu. Dlaczego warto zobaczyć ten film? Przede wszystkim dla świetnie napisanych postaci. Mamy tutaj rywalizację w śledztwie pomiędzy przedstawicielem meksykańskiej policji Mike’m a zmęczonym życiem kapitanem policji Hankiem Quinlanem (W tej roli świetny Orson Welles). Gdy na granicy Stanów Zjednoczonych i Meksyku w wyniku wybuchu samochodu ginie lokalny biznesmen ze swoją kochanką, obaj postanawiają rozwiązać sprawę po swojemu. „Dotyk Zła” to przykład kryminału idealnego, znajdziemy w nim zarówno dobrze poprowadzoną intrygę, napięcie no i rewelacyjny klimat. By nakłonić do seansu podpowiem jeszcze, że film zaczyna jedno z najlepszych ujęć nakręconych za jednym razem!

Lament / Gok-seong (2016, reż. Hong Jin-Na). W pewnej koreańskiej wiosce dochodzi do tajemniczych zgonów. Sprawę próbuje rozwiązać niezdarny miejscowy policjant Jong-goo. Nie jest on jednak przygotowany na to co go czeka, gdyż wyjaśnienie sprawy zaburzy cały jego światopogląd. „Lament” jak każdy dobry film ciężko zaszufladkować w jednym gatunku filmowym. Mieszają się w nim różne elementy kina grozy (Gore, Zombie Movie, Ghost Story czy też klasyczny film o opętaniu) z elementami kina kryminalnego, a i często komediowego. Dlaczego wyróżniłem ów obraz? Coraz rzadziej zdarza mi się tak długo rozmyślać o konkretnym filmie i jego znaczeniu długo po seansie. A w tym przypadku tak było. Hong Jin-Na wodzi nas za nos, nie jest jednoznaczny, intryguje i prowokuje do myślenia. Zakończenie filmu można interpretować na wiele sposób, i dlatego warto poświęcić grubo ponad dwie godziny by zobaczyć „Lament„!

Niepamięć / Remember (2015, reż. Atom Egoyan). Mieszkaniec domu starców, Zev (W tej roli Christopher Plummer) ma ambitny plan. Zamierza znaleźć i zabić strażnika z obozu koncentracyjnego, odpowiedzialnego za śmierć swojej rodziny podczas Holocaustu. Wyposażony w broń, listę nazwisk z adresami oraz gotówkę – wyrusza w drogę. Podczas podróży odkryje prawdę nie tylko na temat swojego nemesis, ale i siebie samego. „Niepamięć” nie jest thrillerem trzymającym w napięciu od początku do końca, momentami się nawet dłuży i generalnie gatunkowo bardziej jest dramatem. Jednak warto zobaczyć ten film, dla samego finału całej historii. To świetne kino drogi, która jest przemierzana przez staruszka, który ma zaniki pamięci i problemy z poruszaniem. Nie wszystko pójdzie po myśli głównego bohatera, warto jednak zobaczyć jak wyjdzie z każdej opresji.

Nocny Słuchacz / The Night Listener (2006, reż. Patrick Stettner). Obraz Patricka Stettnera, reżysera nie mającego zbyt wiele produkcji na koncie, jest jednym z tych niejednoznacznych filmów. Znany pisarz i twórca popularnej audycji radiowej Gabriel Noone (W tej roli Robin Williams) pewnego razu odbiera na antenie telefon od swojego trzynastoletniego fana Pete’a Lomaxa. Podczas kolejnych rozmów wychodzą na jak jaw kolejne wstrząsające fakty na temat młodego chłopaka. Od tej pory życie pisarza będzie przepełnione niewiadomymi i chaosem. „Nocny Słuchacz” to przede wszystkim sprawnie opowiedziana historia, która zachwyca swoją niejednoznacznością. Nawet po seansie, nie będziemy pewni, która wersja prawdy jest prawdziwa. I to jest najlepsze w tym obrazie! Akcja jest prowadzona nieco ociężale, jednak to nie przeszkadza w ostatecznej, pozytywnej ocenie.

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz /Before the Devil Knows You’re Dead (2007, reż. Sidney Lumet). Omawiany film Sidneya Lumeta, twórcy takich klasyków jak: „Dwunastu gniewnych ludzi” czy też „Pieskie popołudnie” jest jego ostatnim w filmografii. Obraz nieco zapomniany i często niesłusznie pomijany w różnych zestawieniach z całą pewnością powinien przypaść do gustu każdemu wielbicielowi dobrego kina. Dwójka braci, którym nie powodzi się tak jakby tego chcieli postanawia obrabować sklep jubilerski należący do ich rodziców. Niestety pomysł nie wychodzi, tak jakby tego chcieli i w efekcie ginie ich matka. Reżyser świetnie zobrazował problemy oraz zagmatwane relacje pomiędzy bohaterami. Narracja filmu nie jest chronologiczna przez co z biegiem czasu dowiadujemy się kolejnych zagmatwanych faktów i poznajemy motywacje naszych bohaterów. Poza wciągającą fabułą i świetnym montażem film wyróżnia kapitalna gra aktorska nieżyjącego już Philipa Seymoura Hoffmana oraz Ethana Hawke’a.

Siła perswazji / Compliane (2012, reż. Craig Zobel). Film z kategorii „historia prawdziwa”. Do jednej z restauracji typu fast-food znajdującej się w prowincjonalnej mieścinie Stanów Zjednoczonych, dzwoni mężczyzna podający się za stróża prawa. Wmawia on kierowniczce, że jedna z jej pracownic jest podejrzana o kradzież. Zaleca by zamknąć ją na magazynie, do czasu, aż policjanci przyjadą do restauracji. Oczywiście brak wyobraźni, naiwność i zwykła, czysta głupota pracowników placówki sprawia, że niewinna dziewczyna jest fizycznie i psychicznie poniżana przez resztę załogi. Jeżeli jesteście ciekawi jak w rzeczywistości wyglądałby test psychologiczny „więźniowie-strażnicy” i chcecie się dowiedzieć do czego jest zdolny człowiek, jeżeli wmówi mu się fałszywy obraz rzeczywistości to zobaczcie koniecznie ten film. Prawda o człowieku okazuje się brutalna.

Słodkich snów / Mientras duermes (2011, reż. Jaume Balaguero). Kolejny hiszpański reprezentant na mojej liście. Film opowiada historię pewnego dozorcy jednej z barcelońskich kamienic. Cesar to sumienny i lubiany przez otoczenie pracownik. Wszystko jednak się zmienia, gdy poznaje nową lokatorkę – Clarę. Dozorca zamienia się nie do poznania. „Słodkich snów” to jeden z tych filmów, gdzie pomimo tego, że główny bohater to zwyrol, to jednak jakoś mu tam kibicujemy. Jaume Balaguero po raz kolejny potrafi widza wciągnąć, zaangażować i na koniec wstrząsnąć. Jego dzieło z 2011 roku to świetny thriller psychologiczny, obrazujący chorą fascynację i niezdrowe pożądanie.

Wind River. Na przeklętej ziemi / Wind River (2017, reż Taylor Sheridan). Taylor Sheridan to odkrycie pod względem dobrej, sensacyjnej historii. Zasłynął jako scenarzysta do takich filmów jak: „Sicario” oraz „Aż Do Piekła„. W roli reżysera mogliśmy go zobaczyć do tej pory wyłącznie w dwóch filmach klasy b, jednak po „Wind River” możemy się spodziewać, że jego filmy wniosą nową jakość do kina. Historia w omawianym filmie jest prosta jak kij, w małym miasteczku na Alasce miejscowa policja znajduje zwłoki młodej dziewczyny – Indianki. W śledztwie pomaga młoda agentka FBI (Elizabeth Olsen) oraz miejscowy tropiciel (Jeremy Renner). Muszą się śpieszyć, zanim burza śnieżna zasypie wszystkie ślady. „Wind River” to przede wszystkim świetny, klimatyczny obraz śledztwa, które odbywa się w nietypowym miejscu. Dwójce bohaterów nic nie przychodzi łatwo, gdyż rzeczywistość życia na Alasce jest zupełnie inna niż w wielkim mieście. Nie jest to wybitne kino, jednak historia przykuwa naszą uwagę. Sheridan zachwyca realizmem i powolnym odkrywaniem kart całej historii.

Uważaj, kochanie / Better Watch Out (2016, Chris Peckover). Jeżeli szukacie dobrego, świeżego thrillera w klimacie świątecznym, to trafiliście idealnie! Młoda dziewczyna Ashley opiekuje się w domu dwunastoletnim Lukem. Wkrótce okazuje się, że w domu są intruzi. Jednak, czy to oni są największym zagrożeniem dla Ashley? Film Chrisa Peckovera potrafi widza w pełni zaangażować w seans. Uwierzcie, że będziecie kibicować miłej blondynce w jej starciu z psychicznym wrogiem. Nie jest to może czysto gatunkowo thriller, gdyż łączą się tutaj też elementy krwistego horroru z komedią (Jak na australijskie kino przystało). Jednakże „Uważaj, kochanie” ma jedną bardzo ważną zaletę – wciąga widza od pierwszych sekund seansu.

 

Młodzi ojcowie słodzą herbatę cukrem koksowym – recenzja „Cocoa Sugar”

Szkockiego tria Young Fathers raczej nie trzeba zbytnio przedstawiać. Ich debiutancki krążek z 2014 roku „Dead” otrzymał prestiżową nagrodę Mercury Prize, dzięki czemu zespół stanął w jednym rzędzie z takimi tuzami jak m.in. Portishead, Primal Scream, The XX czy też Arctic Monkeys. Nagrodę dostali tą w pełni zasłużenie, ode mnie wówczas ten album również dostał pozytywną ocenę. Wydany rok później „White Men Are Black Men Too” ponownie zebrał pochlebne recenzje, a zespół można było zobaczyć w Polsce m.in. podczas OFF Festivalu czy też w Jazz Klubie Hipnoza w Katowicach. Nawet Danny Boyle, reżyser drugiej części Trainspotting umieścił ich utwory w filmowym soundtracku.

Niedawno ukazała się kolejna propozycja od muzyków z Edynburga. „Cocoa Sugar” to trzeci w ich kolekcji album długogrający i kolejny z kolei, który zbiera dobre oceny. Jaki jest przepis na ich sukces? Przede wszystkim Szkoci po raz kolejny nie dają się wygodnie zaszufladkować. Czego tutaj nie ma! Na tym trwającym nieco ponad półgodziny materiale usłyszymy hip-hop, obłędną elektronikę, soul, gospel, muzykę afrykańską, a i często zespół zawędruje w bardziej popowe rejony. Młodzi ojcowie pomimo tego, że czerpią inspiracje z całkowicie odmiennych gatunków, to robią to całkowicie z głową. Na tej płycie wszystko ma ręce i nogi.

Cocoa Sugar” w porównaniu do poprzednich płyt wydaje się być bardziej melodyjne i przystępne. Już singiel promujący całość „Lord” czule pieści nasze uszy swoją pogodną melodią. Young Fathers słynęli ze swojej tajemniczości i mroczności (Kto był na koncercie, ten wie), jednak na tym krążku jest więcej miejsca dla przyjemnej elektroniki i podniosłych chórków. Płytę słucha się dość szybko i przyjemnie. Jeżeli chodzi o warstwę liryczną to znajdziemy na tym LP sporo świetnych linijek/wersów. Zespół nie odstaje i nie boi się poruszać bieżących tematów.

Podsumowując „Cocoa Sugar” to album, który wyjątkowo dobrze się słucha i przy którym czas mija bardzo szybko. Pomimo ocieplenia muzycznego wizerunku, zespół wciąż brzmi intrygująco i ciekawie. Young Fathers umiejętnie mieszają gatunki, bawiąc się konwencjami i poruszając przy tym ważne tematy. Nie wiele jest takich zespołów, dlatego koniecznie warto sprawdzić trzeci longplay od szkotów. Ocena: 7/10.

No to mamy PRO8L3M, recenzja „Ground Zero Mixtape”

Niby to tylko mixtape, ale nowa produkcja duetu PRO8L3M wywoływała sporo emocji. W końcu po tej dwójce można na prawdę wiele oczekiwać, gdyż dodali sporo świeżości na polską scenę hip-hopową. Pamiętny „Art Brut” z 2014 roku urósł do miana krążka legendarnego. Pomysłowa produkcja wykorzystująca stare, polskie przeboje mieszała się z kapitalnymi historiami snutymi przez Oskara. Debiutancki longplay „PRO8L3M” wydany w 2016 roku w udany sposób łączył filmowe nawiązania z futurystycznymi historiami. Nie był to może album wybitny, ale z całą pewnością całkiem niezły. Po takim zestawie jaki zaserwowali do tej pory, wymagania znacznie się podniosły.

Kolejny rok i kolejna propozycja od warszawiaków. Zacznę z grubej rury. Mam cholerny problem by się przekonać do „Ground Zero Mixtape„. O ile jeszcze zapowiadające całość „Flary” wywoływały na mojej twarzy wypieki, to po kilku krotnym przesłuchaniu całości brakuje mi czegoś co by przykuło moją uwagę na dłużej. Nie zrozumcie mnie źle, to przyzwoity krążek. Jednak totalnie mnie nie wciągnął. Żadne podkłady Steeza nie zapadają mi w pamięć, żadna historia Oskara nie zaangażowała mnie w jakikolwiek sposób. Przeszkadza mi trochę ta sztampowość i pompatyczność. Za dużo tu markowych rzeczy, silikonowych kobiet, naprężonych bicepsów a za mało spontaniczności i prostoty.

Już otwierający całość „Styl Sportowy” przytłacza mnie tymi wszystkimi wzmiankami o niebieskich rzęsach i glanach martensach. Totalnie nie moja bajka. W następnym „Macki Maduzy” i „V8” duet próbuje bawić się w surowy styl niczym Kanye West na „Yeezusie„. I nie jest to złe, z tym, że jakoś tego nie kupuje. Zaczyna się robić trochę lepiej podczas odsłuchu „Lody włoskie” – gdzie Oskar w końcu brzmi naturalnie i szczerze. Dobre odczucia podtrzymuje „Gry losowe„, jednak nic nie trwa wiecznie, bo chwilę później otrzymujemy jedno z największych rapowych nieporozumień tego roku – „Na Audiencji„.

Nie chce mi się analizować tego krążka kawałek, po kawałku. Jest ich 27! Materiał śmiało można by skrócić o połowę, i wiecie co by się stało? Zupełnie nic. Jest tutaj parę dobrych kawałków jak np. „Flary” czy też „Fair Play”, ale są też i te gorsze pozycje. Za dużo dłużyzn, za mało konkretów. Nie jest to totalnie zła płyta, ale za dużo na niej „ALE”, dlatego można mówić o lekkim rozczarowaniu. Nie o taki hip-hop nic nie robiłem. Ocena: 5/10.

Nowi ludzie, stare pomysły – recenzja „New People”

New People to powstały w zeszłym roku kolektyw zrzeszający muzyków z dobrze znanych indie rockowych zespołów, ale nie tylko. W skład tej już okrzykniętej przez niektórych polskiej supergrupy wchodzą: Jakub Sikora (Crab Invasion), Jakub Czubak, Piotr Piechota ( obaj The Car Is On Fire), Hubert Woźniakowski (Eric Shoves Them In His Pockets), Aleksander Orłowski (Magnificent Muttley) oraz panie Ala Boratyn (kiedyś Blog 27, teraz duet AlaZaStary) i Natalia Pikuła (Drekoty). Jak widać śmietanka towarzyska polskiego niezalu, stąd też oczekiwania spore, gdyż jak to określił „dziennikarz muzyczny” Paweł Gzyl takie „indie freaki” jak ja, czekali na kolejną odsłonę polskiej muzyki indie.

Debiutancki krążek New People, nazwany po prostu „New People” to mieszanka muzyki lat 80 z brzmieniami bardziej nowoczesnymi. Nie zabraknie tutaj zarówno mocnych indie rockowych gitar jak i przyjemniejszych popowych, elektronicznych czy nawet jazzowych wstawek. Wokale są zmienne, a zespół nie popada w rutynę. Może prochu tym krążkiem nie wymyślili, ale słucha go się całkiem przyjemnie. To prawda, że ta muzyka nie podbije mainstreamowych radiostacji, ale to chyba nie o to chodziło? Zwłaszcza, że płyta zbiera same pochlebne recenzje, a w nadchodzące lato będzie można ich z całą pewnością zobaczyć na najważniejszych polskich festiwalach.

Wśród zarzutów, jakie powinny się znaleźć przy tym materiale należy zaznaczyć na zbyt dużą jednolitość brzmieniową. Po pierwszym odsłuchu płyta zlewa się w jedną całość, jednak z czasem jest znacznie lepiej. Myślę, że gdyby utwory były bardziej wyraziste to słuchałoby się go jeszcze przyjemniej. Jak to mówi Tomasz Hajto: „To są te detale”, które na szczęście nie mają większego wpływy na pozytywną ocenę.

Podsumowując, New People wydali lekki, prawie wakacyjny i przyjemny w odbiorze album. Utwory te może nie zapadną w pamięć na lata jak chociażby piosenki z „Terroromansu” Much czy też „Lake & Flames” The Car Is On Fire, ale w chwili obecnej spełniają swoją rolę doskonale. Przygotowują mnie mentalnie na rychły powrót lata! Ocena 7/10.