Muzyczne podsumowanie roku 2011: Płyty

Pora na listę 10 albumów, które moim zdaniem najwięcej wniosły do muzyki i dały najwięcej radości moim uszom. Płyt takich oczywiście było więcej, ale nie chce mi się robić tak rozbudowanych list jak na  Rolling  Stone. Interesują mnie tylko konkrety.

10. The Antlers – Burst Apart. Ranking płyt zacznę od najbardziej klimatycznego i magicznego indie poprzedniego roku. Nowojorski zespół The Antlers postarał się i zaprezentował materiał, który najlepiej jest określić słowami „mistyczny” i „tajemniczy”. Nastrojowe brzmienie gitar dopełnione jest dobrze brzmiącym wokalem. Rozbudowane aranżacje wciągają i co najważniejsze nie nudzą. Dobra pozycja dla fanów Jeffa Buckleya i nie tylko. Jeżeli nie zapoznałeś się z „Burst Apart” to jeszcze nic straconego. Jeżeli chodzi o mnie to takie płyty działają na moją osobę jak lep na muchy. Ciężko przestać mi słuchać The Antlers.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

9. The Weeknd – Echoes Of Silence. Kanadyjski autor zeszłorocznej trylogii ambitnego hip-hopu najbardziej wyróżnił się swoim trzecim albumem wypuszczonym pod koniec roku. „Echoes Of Silence” to powinna być lektura obowiązkowa dla każdego muzyka zabierającego się za r’n’b i hip-hop. W końcu Abel Tesfaye jest uczniem samego Drake’a i wydaje się być kwestią czasu kiedy uczeń pokona mistrza i The Weeknd będzie wyżej notowany w rankingach podsumowujących. Póki co jest dobrze, jak na debiut i ilość wypuszczonego materiału to młody Kanadyjczyk dał radę. Trzy dobre płyty w jednym roku to coś zdumiewającego.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

8. Cold War Kids – Mine is Yours. Do twórczości Nathana Willetta zawsze miałem słabość. Przede wszystkim za rewelacyjny debiut z 2006 roku „Robbers & Cowards”. Na drugim longplayu trochę spuścili z tonu, jednak zeszłoroczny krążek udowadnia, że dalej są w grze. „Mine is Yours” to fajna, piosenkowa płyta z duża porcją smakowitych gitar. Momentami jest patetycznie, ale nie aż za nad to. Dodatkowo po raz kolejny Pan Willett wyróżnił się umiejętnościami tworzenia życiowych tekstów. Trudno było mi odmówić umieszczenia ich na tej liście.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

7. Atlas Sound – Parallax. Ten album jest tak różnorodny, że każdy powinien coś dla siebie znaleźć. Bradford Cox zaserwował nam rożne aspekty swojej twórczości na jednej płycie. No bo jak porównywać do siebie słodko brzmiący „Lightworks” do sennego „Terra Incognita” czy też narkotycznego „Modern Aquatic Nightsongs”? Można sobie tylko zadawać pytanie, czy gdyby album był bardziej wyrównany byłby wyżej w rankingu? Czy byłby po prostu nudny? Nie można jednak odmówić Bradfordowi Coxowi, że posiada unikatowy talent tworzenia dobrych piosenek.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

6. The Diogenes Club – The Diogenes Club. Z Georgiem Michaelem ostatnio krucho, ale mamy przecież The Diogenes Club. Świetne, świeże i pełne życia połączenie popu z muzyką gitarową. Słuchając tej płyty całkowicie się odprężam, a myśli są gdzieś daleko. Bez żadnej napinki, zwykła prostota i chwytliwość tych melodii wystarczają by mnie zrelaksować. Czy też widzicie te różowe chmurki? P.S. Nic nie brałem, wystarczy posłuchać. I want to believe.

przeczytaj recenzję / posłuchaj

5. Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki i Gruz. Marcin Zagański i reszta wydali w zeszłym roku album wyśmienity. Długo wyczekiwany krążek zaspokoił wszystkie moje potrzeby. Każda minuta na tej płycie ma znaczenie, ma jakiś cel. Styl zespołu nie odbiegł daleko od tego co już było, jest jesienie i depresyjnie z domieszka słodkości. Stąd nazwa „Karmelki i Gruz”. Jest to najczęściej przeze mnie słuchany polski, gitarowy album minionych 12 miesięcy. Teraz już tylko czekamy na jakąś trasę koncertową.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

4. WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain. Chyba najoryginalniejszy wokal roku 2011 i jeden z ciekawszych indie rockowych debiutów ostatnich paru lat. Czemu? Brakowało mi takiego zespołu, który zgromadziłby w sobie wszystko co najlepsze z takich kapel jak Wolf Parade, Arcade Fire itd. I jednocześnie bardzo dużo czerpie z dokonań Modest Mouse. Świetne, energiczne, gitarowe nagrania z sensem. Chłopaki udowadniają, że indie się nie skończyło i jeszcze można coś wartościowego z tego gatunku wyciągnąć. Mi się to podoba a wam?

przeczytaj recenzje / posłuchaj

3. Iza Lach – Krzyk. Płyta o której nie wspominałem wcześniej. Teraz nadaje się do tego idealna okazja. Przyznam szczerze, że początkowo zignorowałem fakt, że Iza Lach wydaje nowy album. Dopiero na początku tego roku przesłuchałem „Krzyk” i cóż to byłby za błąd, gdybym to podsumowanie opublikował w grudniu! Drugi krążek Izy to pop spod znaku tego rewelacyjnego. Jest tutaj multum fajnych popowych melodii przyprawionych elektroniką. Charakterystyczny wokal Izy Lach dodaje tej płycie uroku. Te kompozycje są ujmujące nie tylko ze strony muzycznej, ale i także lirycznej. No bo przecież „Najtrudniej jest zobaczyć siebie z drugiej strony”. Jest to z całą pewnością najlepsza polska popowa płyta z zeszłego roku. Niektórzy porównują ją do „Grandy” Moniki Brodki. Jak dla mnie „Krzyk” > „Granda”. To co tu usłyszałem jest po prostu piękne. Brązowy medal dla Izy Lach zasłużony.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

2. Drake – Take Care. Najlepszy album hip-hopowy poprzedniego roku. Drake wydaje się być idealną opozycją do duetu Jay-Z i Kanye West. „Take Care” zachwyciło mnie w 2011 roku świetnymi podkładami, nawijakami prosto z serca, dobrym wyczuciem r’n’b, fajnym klimatem i momentami romantycznym nastrojem. Wczytując się w teksty można dostrzec w nich wiele smutku jak i miłości. Złamane serce nie po raz pierwszy jest tematem płyty genialnej. Bo Drake to artysta genialny co udowadnia w każdym utworze na tym krążku. To jedna z tych płyt, która sprawia nam jednocześnie niezmierną przyjemność w odsłuchu i zarazem wbija nam gwoździe w serce. Wydawać by się mogło, że to sytuacja bez wygranej. Jednak nie. Muzyka tryumfuje.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

1. Destroyer – Kaputt. Daniel Bejar za tą płytę powinien stać się człowiekiem roku według Magazynu People, Newsweek, Piłka Nożna Plus itd. Kaputt jest płytą rewelacyjną. Każda minuta wprowadza nas w błogi stan zadumy i latania w chmurach z wielorybami. Świetny nastrój sielanki wytworzony na tych 9 utworach wspomagany przez miłe dźwięki saksofonu i tego wibrującego basu zasługują na duże uznanie. W moim przypadku na najwyższe. Niektórzy narzekają na nudę i nijakość, ja jej nie zauważam. Dla mnie każda minuta spędzona z ta płytą to był czas z przyjemnością spożytkowany. Poza tym gdy myślę o tej płycie i jej słucham to przed oczami mam czarno-biały obraz Jacka Nicholsona, który kręci się po okolicach miasta aniołów (w tym czasie poznawałem legendarny film Romana Polańskiego „Chinatown”). Generalnie senny klimat na płycie idealnie się sprawdza jako valium dla każdego posiadacza kredytu w frankach szwajcarskich.

przeczytaj recenzje / posłuchaj


The Diogenes Club – The Diogenes Club

The Diogenes Club wydaje w końcu debiutancki długogrający album, który jest nad wyraz dobry.

Krążek zatytułowany po prostu „The Diogenes Club” to kwintesencja muzyki prostej i miłej, określonej mianem synth-pop’u. Już od samego początku płyty gdy tylko usłyszałem pierwsze utwory: „Green Eyes” i „The Fall Line”, wiedziałem, że będzie dobrze. Nie myliłem się.Było tak do samego końca, potwierdziła to reszta kompozycji zgromadzonych na debiucie grupy. Co mi się podoba? Ta lekkość i zgrabność kompozycyjna piosenek. Ten magiczny wokal kojarzący się z Georgiem Michaelem, te barwne, proste melodie. Wszystko tworzy nastrój takiej prostoty, że na samo pomyślenie o tej płycie pojawia się uśmiech na twarzy. Słuchanie jej w nudny dzień jest trafnym sposobem na fajne zabicie czasu.

Być może moja krótkowzroczność nie pozwala dostrzec nierozwiniętych tematów przez grupę, jednak tak na prawdę mi na jesienne wieczory nie potrzeba nic bardziej (w sensie muzycznym) od takiego „The Longest Day” czy też „Awake For The Week”. The Diogenes Club odnalazło się w gustach takiego marzyciela jak ja i wielu hipsterskich gustach także. Będą czołówki zestawień mimo malkontenckiego bredzenia „eee synth-pop je prefere coś tam coś…”. Poza tym czy tej jesieni mamy tylko dwie opcje: podziwiania głupawej Paris Hilton czy też zamartwianie się tą całą sprawą gospodarczą, finansową świata i myśleniu o sobie w kategoriach „stracone pokolenie”? Mam nadzieje, że nie. Także dalej, dalej ręce hipstera i słuchać, bo na prawdę fajniusia płytka. Spodoba się wam. Ocena: 8/10.

P.S. Z tym hipsterem żartuje, to muzyka dla każdego. Posłuchajcie.