Gołębie – Jest mi tak dobrze, że lepiej poczułbym się tylko martwy

Gdy polski zespół gitarowy nazywa swój debiutancki krążek: „Jest mi tak dobrze, że lepiej poczułbym się tylko martwy„, musi się liczyć z tym, że taki fanatyk polskiego niezalu jak ja nie przejdzie obok tej płyty obojętny. Zresztą jak całkiem spora innych fanów dobrej i ciekawej muzyki wyprodukowanej na rodzimym rynku. Na szczęście debiutancka płyta Gołębi nie jest wyłącznie intrygującą nazwą, gdyż ma równie wciągające wnętrze.

Jest mi tak dobrze, że lepiej poczułbym się tylko martwy” to zestaw 10 tracków, które ciężko wrzucić do jednej kategorii muzycznej. Czego w zasadzie tutaj nie ma? Shoegaze, Punk, Post-Punk, Indie Rock, Alt-Rock? Zgodzę się z każdym takim stwierdzeniem. Już otwierający całość „We Śnie” pięknie nawiązuje go muzyki gitarowej lat 90. Zagłuszony wokal przez falę hałaśliwych gitar przywołuje na myśl pionierów shoegaze. Kolejny „Sierpień” stawia na bardziej post-punkowe brzmienie, które można kojarzyć chociażby z The Replacements. „Łaśkotki” to ładne wyciszenie i melodyjne przejście w rejony indie rockowe. Kolejny w zestawieniu „Listopad” ponownie wraca do zabójczego brzmienia z przełomu lat 70 i 80. Jednak lepiej temat penetruje najdłuższe na płycie „Smarzykowo„, które przez blisko około 10 minut serwuje nam istny gitarowy popis. To prawdopodobnie najlepszy numer na płycie, a przynajmniej mój ulubiony.

Kwiaty” to z kolei zastrzyk punkowego brzmienia, gdzie wokalistę swoim głosem wspiera Bibi. Podoba mi się brzmienie zespołu w „Wszystkie Nastroje Pogody„, gdzie Gołębie nieco zwalniają tempa. Jednak to tylko cisza przed burzą jaka ma się wydarzyć w ostatnim „Ostatni Wspólny Spacer„. Trwa ona co prawda tylko dwie minuty, ale to istna instrumentalna, post-punkowa petarda.Utwór ten sprawia, że mamy niedosyt i chcemy przesłuchać całość jeszcze raz. Świetne zakończenie niezwykle udanej płyty.

Chłopakom z Gołębi trzeba przyznać też, że mieli fantazję nie tylko przy tworzeniu nazwy płyty. Niektóre tracki także mają dość ciekawe nazwy. Wystarczy wspomnieć: „Wiolleta Villas Nakarmi Swoje Psy Waszymi Kośćmi” czy też „Trzymaj Się Wiatru Ziom„. Jeżeli chodzi o liryczną stronę płyty to teksty nie przykuwają naszej uwagi, gdyż dookoła dzieje się tyle ciekawych rzeczy! Wystarczy wspomnieć sobie te gitarowe wstawki i riffy z „Smarzykowa„, by uświadomić sobie, że teksty nie grają na tej płycie pierwszej roli. Debiut Gołębi to dobra i wartościowa rzecz. Jeżeli lubicie rockowe klimaty z rejonów post-punku to z pewnością przypadnie wam do gustu. Ocena: 7/10.

Reklamy

Bukowicz – Dyskomfort w głowie

Cieszy mnie fakt, że nie muszę zbytnio udowadniać, że polska niezależna muzyka gitarowa ma się dobrze w ostatnim czasie. Pora zatem by wspomnieć o kolejnym ciekawym projekcie muzycznym, który urzęduje po sąsiedzku obok mojego „biura prasowego”. Mowa o grupie Bukowicz w której w skład wchodzą: Jakub Buczek, Aneta Maciaszczyk i Michał Warzecha.

Gliwicko-Rybnickie trio wydało w zeszłym roku swój pierwszy studyjny album pt. „Dyskomfort w głowie„. Grupa sama opisuje swoją twórczość jako połączenie shoegaze, noise’u i dream popu. Jednak po wstępnym przesłuchaniu tego krótkiego materiału (składa się z 6 utworów) stwierdzam, że bliżej tym utworom do zimnej fali z przełomu lat 70 i 80. Aczkolwiek znajdziemy tutaj po trochę z każdego z wymienionych gatunków. Klimat tej płyty jest niezwykle hipnotyczny i jednocześnie depresyjny. Pulsyjne brzmienie gitary w połączeniu z mrocznymi tekstami tworzą melancholijny i zimny klimat całości. Jest coś intrygującego co zachęca nas do „Dyskomfortu w głowie„.

Świetną robotę tutaj wykonuje zwłaszcza gitara basowa, która genialnie buduje tło w tym mrocznym świecie. Podoba mi się również barwa głosu i sposób śpiewania Jakuba Buczka. Wokalista brzmi nieco podobnie do Korteza, ale to tylko takie pierwsze skojarzenie (Dalej nie jestem pewien czy takie porównanie może być komplementem? :)). Oryginalny wokal w połączeniu z poetyckimi, acz nie przesadnymi tekstami dobrze wpływa na odbiór całości. Wiele dobrze brzmiących płyt niszczyły kiczowate i kuriozalne teksty oraz możliwości wokalne wokalisty. Tutaj mamy całkowicie odwrotną sytuację, gdyż ten wokal stanowi jedno z najsilniejszych ogniw płyty. Fajnie, że w tym gęstym i ciężkim klimacie znalazło się nieco miejsca dla ironii : „Grzeczny jestem / Opuszczam deskę„. Trochę gorzej wygląda sprawa z gitarowymi riffami i perksujami, które nie przekonywują mnie. Może dlatego, że zamiast żywej perkusji otrzymujemy automat perkusyjny a gitarowe wstawki nie wnoszą tej noise’owej ekspresji? Melodyjności za to dodają syntezatory oraz chórki śpiewane przez Anetę Maciaszczyk.

Generalnie warto jeszcze wrócić na chwilę do 2018 roku by zapoznać się z „Dyskomfortem w głowie„. Mimo, że to niezbyt rozbudowany materiał, to te 6 utworów mają niezaprzeczalnie wciągający klimat. Póki co mówię: „NIEŹLE” i czekam na dalszy rozwój sytuacji. Ocena: 6/10.

Kwiat polskiej muzyki gitarowej – recenzja albumu „Kwiaty”

Jako, że wiosna tuż, tuż – porozmawiajmy o Kwiatach. A konkretnie o tych z północy naszego kraju – Gdańska. Tam właśnie powstał jeden z najciekawszych polskich zespołów gitarowych, który ma spore szanse zostać odkryciem roku 2019 za sprawą debiutanckiego krążka o nazwie „Kwiaty”. Większość z Was pewnie usłyszała o tym zespole za sprawą rekomendacji od Melona czy też Trzech Szóstek. Muszę przyznać, że bardzo fajny sposób na promocję, gdyż dzięki temu i ja zaciekawiłem się tym albumem. Wiadomo, że dobra muzyka się obroni i zainteresowanie przyjdzie prędzej czy później, jednak warto czasem pomóc w przyśpieszeniu tego procesu.

Album „Kwiaty” to sentymentalna podróż w lata 90. Wsłuchując się w brzmienie utworów z łatwością wyłapiemy inspiracje shoegaze, grungem czy też alt-rockiem. Otwierające całość dream-popowe „TLK” łagodnie wprowadza nas w Świat Kwiatów. Senna gitara ładnie się komponuje ze spokojnym głosem wokalistki. Ta atmosfera nie trwa jednak długo, gdyż już w następnym utworze „Siekiera” zespół serwuje nam głośniejsze i bardziej rozbudowane gitary (W końcu nazwa utworu zobowiązuje). Skojarzenia ze Slowdive w tym momencie są jak najbardziej na miejscu. „Honda” to punkowy wulkan energii, gdzie poza motywem przewodnim gitary dobrą robotę robi także wokalistka udowadniając, że potrafi także śpiewać z pazurem.

Moim ulubionym utworem na płycie jest „Koniec Wakacji„. Zaczyna się dość sennie, jednak z czasem pojawiają się ciężkie gitary a sam utwór na tym tylko korzysta. Generalnie, im dłużej trwa to zyskuje na mojej ocenie, epicka końcówka robi swoje. Wyróżnia się on znacząco od takich utworów jak: „Na Wydmach”. „Zapach” czy też „Czarne Porzeczki„, które stanowią spokojny kolektyw tworzący tą płytę. Całość kończy najdłuższy na płycie „Powietrza!„, który brzmieniowo uderza w zupełnie inną epokę, a mianowicie post-punk lat 80.

Jeżeli poszukujecie dobrej, rodzimej i ambitnej muzyki to trafiliście idealnie. Kwiaty ładnie nawiązują do niezwykle ostatnio modnych lat 90 i w świetny sposób mieszają dream pop z mocniejszymi gitarowymi wstawkami. Dużym plusem płyty jest postać wokalistki – Pani Mai, która śpiewa niezwykle hipnotycznie. Ponadto ciekawe teksty, mają w sobie całkiem sporo ironii. I jak tu nie polubić Kwiatów? Nie da się. Ocena: 8/10.

Warpaint – Warpaint

warpaintMam nieodparte uczucie, że w 2014 roku nie przesłucham tylu kapitalnych krążków co w roku poprzednim. Jest to pewnego rodzaju odczucie, którego nie mogę oprzeć żadnym racjonalnym argumentem. Może tylko tym, że po dobrym okresie następuje gorszy i na odwrót. W tezę tą nie mogę też zbytnio wpisać drugiego albumu grupy Warpaint, który jest całkiem niezły.

Słuchając tej płyty mam przed oczami pewien film o wilkołakach – „Ginger Snaps„. Też zbytnio nie wiem czemu. Obraz ten przedstawia dwójkę sióstr, ich typowe dla nastolatek problemy oraz fakt, że jedna z nich (ta ładniejsza) stała się wilkołakiem. Możliwe, że porównanie to wzięło się z muzycznego pazura zawartego w niektórych piosenkach na płycie i chowającego się pod rokliwym kobiecym wokalem? Swoje zrobił pewnie też ponury nastrój towarzyszący „Warpaint„. Tak, ta płyta nie epatuje słońcem a księżycem. Wsłuchajcie się w taki „CC„, który wprowadza w pewnego rodzaju trans i dyskomfort. Dźwięki zawarte na pozostałych trackach przywołują mi przed oczy krajobrazy z wspominanego filmu: boisko szkolne okryte liśćmi, amerykańskie przedmieście, liche domy i szare podwórka.

Warpaint lpBy zgrabnie zakończyć kwestie wilkołaków i moich odczuć poruszę sprawy czysto techniczne. Najnowsza płyta od Warpaint jest mocno osadzona w latach 90. Psychodela romansuje tutaj z shoegaze dając w efekcie ciekawe połączenie obu nurtów. Główną rolę gra na całej płycie dźwięk basu, który buduje atmosferę. Swoje robią także wstawki gitar czy też klawiszy. Lirycznie poruszamy się w tematach miłości. Nie są to teksty wybitne, aczkolwiek mamy sporo metafor uczuć i elementów naturalizmu. Mi osobiście do gustu najbardziej przypadły dwa utwory. Pierwszy „Love is to Die” bardzo fajnie się zapowiada przez pierwsze sekundy, jednak gdzieś w okolicach refrenu gubi urok przez co dalej nie jest już tak efektowny. Drugi to „Disco/Very” z kapitalna perkusją, który przypomina mi najlepsze momenty z płyty „Myth Takes” od !!!.

Generalnie „Warpaint” nie jest płytą wybitną, wszystko już było na innych albumach. Jednakże krążek nadrabia klimatem i całkiem niezłymi kompozycjami. Dobra pozycja na zimowe chłodne i ciemne wieczory. Ocena: 6/10.

 

My Bloody Valentine – M B V

mybloodyvalentine„M B V” to album na który wielu fanów My Bloody Valentine czekało 22 lat. Kupa czasu, wiele się zmieniło od 1991 roku. W Milanie nie gra już żaden holender, telefony komórkowe nie mają antenek a muzyczna społeczność przeniosła się do internetu, gdzie rozproszona wyczekuje kolejnej wielkiej płyty, wielkiego zespołu. I doczekała się, bo My Bloody Valentine to bez wątpienia legendarny zespół. Pozostaje tylko pytanie czy „M B V” to wielka płyta?

Próbowałem sobie odpowiedź na to pytanie już po pierwszym zapoznaniu się z materiałem w lutym tego roku. Odłożyłem jednak ocenianie tej płyty a co za tym recenzję na później, by nie pisać na gorąco,  przemyśleć wiele spraw i oswoić się z tym co przesłuchałem. Drugim powodem odłożenia recenzji była chęć napisania czegoś innego, niż wszyscy na temat płyty. W internecie dominuje podobny schemat recenzowania „M B V”, to znaczy nikt nie wie od czego tu zacząć. Końcowa ocena jest jednak już wiadoma bez czytania. Minęło kilka miesięcy a ja wciąż jestem w tym samym punkcie. Dlaczego zatem biorę się za My Bloody Valentine? Otóż zespół Kevina Shieldsa będzie w tym roku jedną z gwiazd (jak nie największą gwiazdą) tegorocznej edycji OFF Festivalu. A jak wiadomo tradycją tego bloga jest przybliżanie artystów i ich płyt występujących na festiwalu organizowanym przez Artura Rojka.

mbvOk bez owijania bawełny. Nie będę tutaj wymądrzał się niezliczoną ilością mądrych słówek by zaimponować bezrobotnej klasie hipsterów po studiach europeistyki itd. Nie będę też mówił, że „M B V” to gorące gówno by w mniej wyrafinowany sposób zaimponować tej że samej grupie tyle, że po kulturoznawstwie i socjologii. Miałem nie mały problem z tą płytą, jak ją do cholery ocenić? Niby zespół gra to co zwykle, ale bez tej magii, która powstała na „Loveless”. Niby genialnie, ale jednak to nie jest to. Niby dziewiątkowy krążek, ale jakbym wystawił piąteczkę to czy ktoś by się pogniewał? Raczej starałem się znaleźć złoty środek tak jak zrobił to Shields idąc na kompromis przy nagrywaniu nowego materiału. Nie rozdzielałbym jednak natomiast „M B V” na jakiekolwiek części, ćwiartki itd. Fakt, że pomimo tego, że „Only Tomorrow” oparty jest na kapitalnej gitarze to album generalnie lepiej się kończy aniżeli zaczyna. Mimo to jest to jakaś pewna całość, którą dla mnie osobiście ciężko jakoś dzielić i porównywać.

Nacisk na detale w piosenkach to był dobry krok. Generalnie podoba mi się to co zaprezentowało My Bloody Valentine po 22 latach przerwy, szkoda tylko ,ze kazali na siebie tak długo czekać. Nie jestem pewien czy ten spory okres czasu pomógł nagrać płytę lepszą czy gorszą. W moim przypadku jak i pewnie znacznej części słuchacza nie udzieliła się tęsknota za następna płytą MBV, gdyż gdy „Loveless” miało swoją premierę miałem zaledwie dwa lata i nie rozumiałem co to shoegaze. Ten album po prostu funkcjonował gdzieś w podświadomości jako jedno najwybitniejszych dzieł muzycznych w ogóle. A o następcy od czasu do czasu dużo się mówiło. Generalnie jednak cieszę się, że zespół zdecydował się po tak długiej przerwie nagrać ” M B V” bo to dobra płyta, która jest czymś w rodzaju mocno udanego sequela. Ocena: 8/10.

Deerhunter – Halcyon Digest

Spóźniona recenzja z 2010 roku.

W moim przypadku spóźnianie się z recenzją jest normą. Jednak w mojej samotnej walce z szumem informacyjnym w internecie (by rzesze ludzi poznały fajną muzę) możliwa jest do usprawiedliwienia tendencja „spóźnionej płyty”. Poza tym to zawsze jest modne. 

Skupmy się jednak na samej płycie. Cox’owi (To nazwisko całkowicie nie pasuje do jego postury) udało się stworzyć album wciągający, na pewien sposób hipnotyzujący i ciekawy. A głównie to wszystko za pomocą gitar, PROSTOTY (Nie cierpię przekombinowanych akcji tak samo jak Mateusz Borek) no i pomysłów, które co chwilę się rodzą w głowie Bradforda C. Jest on zresztą znany z płodności twórczej, jednak Deerhunter > Atlas Sound i to dla mnie zdecydowanie. Wystarczy posłuchać takiego Desire Lines (wam też ten kawałek kojarzy się z nowym Arcade Fire?), Coronado czy też Revival by się przekonać o tym co piszę. Sprawa na prawdę nie jest skomplikowana, co sprawia, że album nie jest tak trudny w odbiorze. Nie mam pojęcia jak wygląda to na żywo, ale myślę, że warto będzie sprawdzić, czy te kawałki w w wykonaniu live również tak potrafią pochłonąć nasze umysły. Ocena: 8/10.

posłuchaj

Ringo DeathStarr – Colour Trip

Off Festival jest coraz bliżej, zatem przedstawiam to co Artur Rojek przygotował dla fanów muzyki w tym roku.

Wokalista Myslovitz, który w tym roku z zespołem wydał płytę po raz kolejny będzie poprzez OFF edukował masy, by mogł poznać wiele ciekawej muzyki. No tak, ale co by Artur Rojek zrobił bez tego bloga? Tradycyjnie już, recenzuje płyty zespołów, które mają wystąpić na tegorocznym festiwalu.

Ringo DeathStarr ma już na starcie plusa za ciekawą nazwą odnoszącą się do legendy The Beatles, który niedawno u nas gościł. Tylko nurtuje te „Death”. Czy to chodzi o to, że muzycy pokolenia Ringo Starra już się skończyli? Czy to zapowiedź nowej ery muzyki? Albo także apokaliptycznej wizji świata? Domysłów można mieć wiele, jednak najlepiej będzie się skupić na muzyce. A muzycznie jest dość fajnie.

Po pierwsze jest dość „indie” by przypomnieć sobie to co się słuchało w liceum i jest dość shoegaze’owo a la Pains of The Being of Pure Heart, z tym, że Colour Trip to zdecydowanie bardziej szorstka i brudna płyta (w końcu to kowboje z teksasu). Pełna jazgotliwej gitary i ciut noise’u (ale nie przesadzałbym z tym stwierdzeniem bo zaraz przypomina mi się No Age). Chłopcy z pewnością słuchali za młodu punka, także efekty można usłyszeć na tym albumie. Dla mnie osobiście ta płyta jest dość fajna, ciekawa, interesująca, ale na pewno nie przykuje mojej uwagi na zbyt długo. Teraz pozostaje nam czekać już tylko na Paul DeathMcCartney. Ocena: 6/10.

Posłuchaj