Muzyczne podsumowanie roku 2012: Listy Gości

listy gosciListy Gości po raz pierwszy na łamach bloga pojawiły się rok temu. Wtedy mieliśmy okazję przejrzeć podsumowujące rankingi od Izy Lach, Michała Stambulskiego z Microexpressions oraz chłopaków z The Kurws. Tym razem swoje podsumowania zamieściło więcej rodzimych artystów. Zapraszam do lektury.

wiraszko

Michał Wiraszko – wokalista i lider zespołu Muchy

Ze względu na muzykę, postawę artystyczną, atmosferę, koncerty, przekaz, teksty, okładkę nerw lub polot w 2012 słuchałem tych właśnie płyt. Siedemnaście mgnień mijającego roku w porządku alfabetycznym.

Afrokolektyw – „Piosenki po polsku”
Bob Dylan – „Tempest”
Bat for Lashes – „The Haunted Man”
Beach House – „Bloom”
Bob Dylan – „Tempest”
Grizzly Bear „Shields”
Hey – „Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan”
Paul Kalkbrenner – „Guten tag”
Kamp! – „Kamp!”
Kim Nowak – „Wilk”
Magnificent Muttley – „Magnificent Muttley”
Skubas – „Wilczełyko”
Smoke & Jackal – „EP1”
Tame Impala – „Lonerism”
Twin Shadow – „Confess”
Jessie Ware – „Devotion”
ZZ Top – „La Futura”

turnipfarm

Turnip Farm – Zespół z Wołowa/Bydgoszczy, twórcy jednej z lepszych indie rockowych płyt poprzedniego rocku „The Great Division”.

Marcin Lokś:

Ciężko mi wybrać 10 NAJLEPSZYCH płyt 2012 bo aż tyle nowości nie słucham, wydaje mi się że ten rok był dużo słabszy od poprzedniego jeśli chodzi o płyty.. Po prostu wymienię te płytki z ubiegłego roku, które goszczą często w moim sprzęcie ( kolejność raczej dowolna:):

– Dinosaur Jr. I Bet On Sky – komentarz zbyteczny…
– Godspeed You Black Emperor – Allelujah! Don’t Bend Ascend – drżyjcie narody!!!!
– V/A – Breaking Dawn Part. 2. Wampirza Saga przyzwyczaiła mnie do dobrych składanek, nie inaczej jest tym razem
– Calexico – Algiers, starzy wyjadacze nie składają broni
– Brad- United We Stand, patrz wyżej…
– Neil Young – Psychedelic Pills… bo tak by wypadało:)

+ sporo polskich fajnych rzeczy:
– Plum – Emergence – niezmierzone pokłady pomysłów – tym razem przekutych na bardziej melodyjne niż zwykle ostre hity
– Hard To Breathe – Grey Sky Above Our Eyes 7″Ep – jak czad to czad!
– Upside Down – Aperitif – po staremu, ale grają kali- punka najlepiej w kraju, fajne texty dla punków po 30-tce:)
– Peter J. Birch – When The Suns Rising… lokalnie a globalnie!

Tomala:

1. Converge ‚All We Love We Leave Behind’
2. Jessie Ware ‚Devotion’
3. GSYBE ‚Allelujah! Don’t Bend!Ascend!’
4. Bruce Springsteen ‚Wrecking Ball’
5. Jack White ‚Blunderbuss’

plum_nrd

Plum – rockowy band z Poznania stworzony przez braci Piekoszewskich. Twórcy zeszłorocznej płyty „Emergence”.

Rafał Piekoszewski:

  • Rocket Juice & the Moon
  • Fucked Up – Year Of The Tiger
  • My Best Fiend – In Ghostlike Fading
  • Spiritualized – Sweet Heart Sweet Light
  • Liars – WIXIW
  • The Mars Volta -¦ Noctourniquet
  • The Flaming Lips – The Flaming Lips and Heady Fwends
  • Dirty Projectors – Swing Lo Magellan
  • Can – The Lost Tapes Box Set
  • Flea – Helen Burns
  • Speech Debelle – Freedom Of Speech
  • Thee Oh Sees – Putrifiers II
  • Swans – The Seer
  • Tame Impala – Lonerism
  • Lightning Bolt – Oblivion Hunter
  • Sic Alps – Sic Alps
  • The Bad Plus- Made Possible
  • Flying Lotus – Until The Quiet Comes
  • The Gaslamp Killer – Breakthrough
  • Homeboy Sandman – First of a Living Breed
  • Jon Mueller – Death Blues
  • Turnip Farm – The Great Division
  • Chilly Gonzales – Solo Piano II

Marcin Piekoszewski:

  1. Cornelius – CM4
  2. Tame Impala – Lonerism
  3. David Byrne & St. Vincent – Love this Giant
  4. Flying Lotus –Until the Quiet Comes
  5. Flea – Helen Burns
  6. Chilly Gonzales –Solo Piano II
  7. Cat Power – Sun

gównoGówno – Zeszłoroczne punkowe objawienie, twórcy nowego gatunku muzycznego – rodeo punk oraz autorzy płyty „Czarne Rodeo”.

Adam Witkowski:

Przy próbie skonstruowania tego zestawienia, okazało się jak niewiele czasu miałem ostatnio na słuchanie muzyki. Początek 2012 upłynął mi na miksowaniu płyty zespołu Gówno – Czarne Rodeo. Następnie płynnie wszedłem w etap przygotowywanie demówek do drugiej płyty Trupa Trupa, którą właśnie nagrywamy. Zabrałem się też do pracy nad własnym albumem, czyli drugą płytą 0404 oraz realizację kawałków zespołu Towary Zastępcze. Przy pracy z dźwiękiem jestem zazwyczaj tak skupionym, że najchętniej odpoczywa się w ciszy.

Nowości które pojawiły się w mojej domowej kolekcji, zostały nagrane i przyniesione przez przyjaciół. Dwie z nich zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie, że bez wahania chciałbym je tu wymienić. Pierwsza, to płyta Konrada Smoleńskiego i Daniela Szweda czyli BNNT. Zostałem totalnie porażony tą produkcją. Pięknie, pełnie i za razem brutalnie brzmiący album. Utwory wspaniale rozmieszczone na długości całej płyty, stanowią właściwie monolit. Wszystko się na tym albumie zgadza! Do wartości muzycznych dochodzi jeszcze okładka, której nie sposób przegapić w stosie obrzydliwych, połyskujących digi-packów. W ogóle, cała warstwa wizualna BNNT, nie tylko okładka, wybrzmiewa wraz z dźwiękami emitowanymi przez chłopaków. Nie chciałbym być w ich skórze, bo przekroczenie tak dojrzałego i dopracowanego dzieła będzie niezwykle trudne.

Kolejną produkcją, na jaką chciałbym zwrócić uwagę, jest kaseta zespołu Pustostany opublikowana przez bardzo interesujące wydawnictwo Oficyna Biedota. Materiał zawarty na tej bardzo krótkiej taśmie, swoim brzmieniem mogłaby doprowadzić do zawału serca Petera Gabriela. Wszystko tu burczy, brzęczy i ledwo co stroi. Odwrotnie jak w przypadku BNNT, czuję pewien niedosyt i czekam na kolejne plony ich działalności. Mam tylko nadzieję, że Maćkowi Salamonowi, który jest wokalistą Pustostanów, starczy czasu i nie zaniedba pracy w Gównie.

Maciej Salamon:

Zorientowałem się, że nie słucham i nie śledzę nowości. Większość albumów, które odkryłem, dostałem lub ktoś mi je puścił, zostały nagrane wcześniej. Rok 2012 spędziłem słuchając Blood Presure – The Kills (2011), Let England Shake – PJ Harvey (też 2011) The King of Limbs – Radiohead (ponownie 2011), albumów zespołu Shellack (lata 90) oraz większości płyt Sonic Youth. Jedna z niewielu nowych produkcji, która sprawiła, że dostałem ciarek, a do tego jeszcze zespół pochodzi z Polski to Gdzieś w Europie zespołu Wszaniec. Rzadko kiedy powala mnie muzyka z kraju nad Wisłą. To jest jedna z tych pozycji, którą po odsłuchaniu puszczam jeszcze raz i znowu i jeszcze raz. Nie rozumiem o czym śpiewają i w ogóle mi to nie przeszkadza. Solidna dawka punk rocka w najlepszym wydaniu.

Następnym dowodem na to, że w Polsce można nagrywać fajną muzykę jest album BNNT. Po pierwszym odsłuchu poczułem się jakby przejechał po mnie walec, co jest chyba najlepsza rekomendacją. Następnie, ten walec jeździł po mnie wielokrotnie i za każdym razem myślałem sobie: „O kurwa! Ale to jest dobre!”. I do tego, co już naprawdę rzadkie – „Jakie ładne!” – mam na myśli okładko-książke, w którą zapakowana jest płyta.

Marcin Bober:

Daleki jestem od numerowania, wkładania do szufladek i wykonywania innych zabiegów które wprowadzają biurokratyczne maniery. Nie będę wyłaniał zwycięzcy, ganił ani nobilitował. Tak się składa że jestem bardzo regresywnym melomanem, a może i wręcz muzycznym archeologiem. Nie śledzę nowości. Od czasu do czasu jednak sięgam po nowe wydawnictwa, w których odnajduję cenione przeze mnie „retro geny”. Jednym z takich właśnie albumów jest wspaniały, dwupłytowy album grupy OM – Advaitic Songs. Nie będę opisywał zawartości muzycznej Advaitic Songs, ponieważ cytując klasyka – „rozmawianie o muzyce, to jak tańczenie o architekturze”. Polecę ją po prostu wszystkim tym którzy lubią wolno i głęboko. Drugą płytą, którą z miejsca bardzo polubiłem jest debiut polskiego zespołu The Abstinents – Punk Not Drunk. To naładowany po brzegi akumulator, z którego czerpię energię do rozruchu w ciemne zimowe poranki.

Tomek Paluczuk:

Nie wszystkie najważniejsze dla mnie płyty minionego roku zostały w nim wydane. Jest to więc raczej lista wydawnictw najczęściej przeze mnie słuchanych lub takich, które wywarły na mnie największe wrażenie. Ogromny respekt wzbudziła we mnie płyta polskiego duetu BNNT, która zarówno realizacyjnie i wydawniczo jest bardzo blisko czegoś, co w tej dziedzinie mógłbym określić moim ideałem.

Z towarów importowanych „robiłem głośniej” głównie przy psychodelicznych produkcjach rodem z Austalii i Nowej Zelandii. Głównie Tame Impala, którzy wydali w zeszłym roku bardzo dobrą płytę Lonerism, nie przebijając jednak, w mojej opinii, swojej wcześniejszej Innerspeaker, której słuchałem zdecydowanie częściej. Druga postać z ciepłych krajów to Connan Mockashin, którego w dodatku, obok wielu innych dobrych koncertów, mogłem zobaczyć i posłuchać na żywo na tegorocznym Off Festiwalu.

Na koniec trochę z kategorii muzyki relaksacyjnej. Wschody i zachody słońca w hamaku i leżaku najprzyjemniej oglądało mi się przy Chromatics – Kill for love, Metronomy – English riviera i Blood Orange – Coastal groove.

Piotr Kaliński:

Robiłem już podsumowania dla kilku portali, postanowiłem tym razem zaproponować coś od siebie, czyli dwa przykłady mej solowej twórczości z roku 2012. Pierwszy – Hatti Vatti Palms został wydany na pięknym przeźroczystym winylu, drugi Fidser – Activate (Hatti Vatti remix) w formie cyfrowej. Oba utwory to inspiracja brzmieniami z początków lat 80tych (np. Vangelis i jego Blade Runner) oraz najnowszą karnacją basowych brzmień elektronicznych, znanych pod dwoma nazwami – juke lub footwork (DJ Rashad lub składanka Planet Mu „Bangs & Works”). Czyli niekończące się arpeggiatory, sample z murzynów, wiadro reverbu  i 160 uderzeń na minutę.

pawelszupilukrentonPaweł Szupiluk – gitarzysta zespołu Renton

Poniżej 15 moich ulubionych piosenek z 2012. Nie wiem czy są to najlepsze utwory poprzedniego roku,  ale wpadły mi one w ucho na tyle że słuchałem ich wielokrotnie i zapamiętałem. Kolejność nie ma znaczenia,  a wygląda to tak:

Major Lazer – ‚Get Free’ feat. Amber. Eteryczność, minimalizm,  bujający jamajski groove i piękna, tęskna melodia; można się rozpłynąć.

Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Mature Themes. Ariel Pink wydał bardzo dobrą płytę w zeszłym roku, a ja z tej płyty najczęściej słuchałem tytułowego utworu. Bardzo ładna, popowa, beatlesowska kompozycja, chętnie bym jej słuchał w radiu przed południem.

Bat for lashes – Laura. Dawno nie słyszałem tak emocjonalnego utworu. Uwielbiam tu  minimalizm w podkładzie, przejmujący głos Natashy,  piękne akcenty na fortepianie i trąby w refrenie.

Jassie Ware – Wildest Moment. Z londyńskiego undergroundowego światka do głównego obiegu – u nas ten numer grało nawet radio zet; można tylko przyklasnąć bo to piękna piosenka jest.

Solonge – Losing You. Chyba mój ulubiony mainstreamowy popowy numer z zeszłego roku. Świetna produkcja,  z jednej strony chłodna i minimalna a jednak  emocjonalna, niby retro sznyt ale w nowoczesnym wydaniu, piękne synthy,  do tego wokal i melodia która zostaje na długo w głowie.

Tame Impala – Feels Like We Only Go Backwards. Psychodeliczny lot rodem z Pink Floyd z czasów Sida Baretta;  zapodaje LSD i tańczę w euforycznym uniesieniu.

St. Lucia – Before The Dive. St. Lucia to taka gorąca wyspa na Karaibach. Chętnie bym się tam wybrał, zwłaszcza teraz kiedy u nas śnieg, mróz i zimny wiatr…ale póki co zostaje mi słuchanie tego numeru i też jest miło.

Foxygen – Make It Know. Kolejna propozycja z Nowego Yorku. Młody band, jeszcze przed debiutem płytowym. Jak to powiedział mój kolega:  „słychać kawał historii muzy: stonesów, beatlesów…”,  dodałbym jeszcze do tego starego Lou Reeda. Dużo się dzieje w warstwie harmonicznej i rytmicznej… a jaki refren!

Frank Ocean, ‚Thinkin Bout You’. Nie mogło zabraknąć Pana Franka Oceana. Mówią że to nowy Steve Wonder, ja tam nie wiem, ale ten numer podoba mi sie bardzo. Minimalizm i  oszczędne środki ale pierwszorzędny feeling i emocje, to lubię.

Jai Paul – Jasmine. Futurystyczne r&b.  Duszna, ciemna produkcja, z motorycznym jednostajnym basowym groovem,  a w tym wszystkim jasne promyki melodii.

Chrome Sparks- Send The Pain On. Kojąca zmysły, elegancka elektronika; młodzik z Brooklynu zręcznie tka tu chill-outowe melodie i upliftingowe arpegia, polecam też inne jego tracki, nie ma lipy.

Cat Power – Ruin. Sam nie wiem czemu podoba mi się ten numer, może to ta chwytliwa melodia w refrenie, a może surowe zagrywki na gitarze, a może fajny motyw pianina, a może marszowe strzały na werblu w refrenie?

rzepkaOla Rzepka – perkusista w zespołach: Drekoty, Alte Zachem, Wovoka

Rok 2012 niemal w całości pochłonęło nagrywanie płyt, głównie Persentyny, debiutu Drekotów, ale też AlteZachen, Wovoki czy Graala. W efekcie tego, ale w pewnym sensie także ze świadomego wyboru, do minimum ograniczyłam słuchanie innej muzyki. Patrząc na różne podsumowania roku dochodzę do wniosku, że sporo mnie ominęło i sporo mam do nadrobienia. To co obiło mi się o uszy to np. Grimes, głównie ze względu na klip do Genesis, chyba najlepszy klip 2012.

Jak co roku wydarzeniem roku jest dla mnie festiwal Music Unlimited w Wels – dawka muzyki,  którą odbieram tam przez 3 dni jest jak zapas jedzenia na 12 miesięcy. Nazwy, z którymi wróciłam stamtąd w tym roku to The DartingtonImprovising Trio – zespół z innej, niesamowitej epoki, Selvhenter –duński kwartet żeński z dwiema perkusistkami, saksofonistką i puzonistką, która wydaje z tego instrumentu brzmienie przesterowanej gitary – chyba więcej już nie musze wyjaśniać? Najbardziej jednak zapamiętam występ legendarnegoHanaBenninka, 70-letniego holenderskiego perkusisty, który wykonał one man show grając jedynie na werblu, podłodze, swoich butach i czasem też swojej twarzy. Myślę, że dla muzyków, którzy ograniczają się np. do siedzenia przed laptopem, powinna to być lekcja obowiązkowa jeśli chodzi o ekspresję wykonawczą muzyki.

Słowo od autora bloga:

Dziękuje wszystkim, którzy poświęcili swój cenny czas na krótki powrót do przeszłości. Życzę sukcesów w 2013, również takich o których będę mógł pisać na blogu. Być może za roku znowu się odezwę 😉

 

Reklamy

Polish Power – rok 2011 w polskiej muzyce

Rok 2011 to był naprawdę dobry rok dla polskiej muzyki. W poprzednich dwunastu miesiącach można było usłyszeć sporo dobrej, fajnej i ciekawej muzyki. Mimo, że przeważnie opisuje zagraniczne dokonania to zawsze kibicuje naszym rodowitym muzykom. Oto jak wyglądał poprzedni rok w wykonaniu naszych orzełków .

Zacznijmy od  muzyki gitarowej. Rok 2011 to przede wszystkim dobre powroty paru, dobrze znanych nam zespołów. Przeze mnie najbardziej wyczekiwana była nowa płyta zespołu Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. „Karmelki i Gruz” okazały się jednym z najlepszych płyt jakie dane było mi usłyszeć poprzedniej jesieni. Marcin Zagański i reszta ekipy z Nowego Dworku pokazała się z bardzo dobrej strony, nagrywając album wciągający i przede wszystkim bardzo dobry. KDZKPW to jeden z tych zespołów, który jeszcze nigdy nie zawiódł moich oczekiwań. Na jesień powrócił również Cool Kids of Death. „Plan Ewakuacji” traktowałem raczej jako ciekawostkę i byłem po prostu tylko ciekaw co zaprezentuje zespól tym razem, jaki kierunek obierze? Okazało się, że bardziej popowa twarz pasuje do Krzyśka Ostrowskiego i reszty łódzkiego bandu.

Całkiem przyjemnie słuchało mi się również drugiego albumu zespołu Renton.Warszawski zespół tym razem w języku polskim udowadniał na „Niech wszystko stanie sie lepsze”, że granie indie dalej jest cool. Poza tym Muchy wypuściły na koniec roku fajny singiel „Nie przeszkadzaj mi bo tańczę”, który promuje nowo nadchodzącą płytę. Singlowo zaprezentowały się również Ścianka i The Car is On Fire, będziemy czekać z pewnością w 2012 na płyty tych wykonawców. Dobry powrót zaliczył również Psychocukier a ich „Królestwo” zostało dobrze przyjęte przez media zajmujące się muzyka niezależną. Rok 2011 to także powrót po pięciu latach grupy Myslovitz. Dla mnie osobiście Artur Rojek nie jest już muzykiem a głównie organizatorem OFF Festivalu. Poza tym mysłowicka grupa już mnie tak nie „jara” jak to było jakieś 6 lat temu. Mimo to „Nie ważne jak wysoko jesteśmy…” wydaje się być lepszą płytą niż poprzednie „Happiness is Easy”. „Lie In Wait (EP)”  to kolejny powód by kibicować i trzymać kciuki za zespół Microexpressions. Panowie, czekamy na długogrający album.

Pora na debiutantów. Z pewnością na wyróżnienie zasługują dwa projekty. Po pierwsze Nerwowe Wakacje, które są braterskim paktem muzyków The Car is On Fire, Afrokolektywu  oraz Kolorofon a po drugie The Kurws. Pierwszy z nich nagrał rewelacyjny „Polish Rock” natomiast drugi wywołał u mnie dużo pozytywnych reakcji albumem „Dziura w Getcie”.

Przejdźmy teraz do muzyki popowej. W niej również wiele się działo. Najlepszym albumem w tej materii z pewnością jest dla mnie „Krzyk” Izy Lach. Dla młodej wokalistki jest to drugi krążek w dorobku. Musze przyznać, że tą płytą urzekła mnie i wręcz oczarowała. Cukier dla uszów. Z dobrej strony zaprezentowały się debiutantki Dziun i Marina Łuczenko. Debiutancki krążek pierwszej z nich „A.M.B.A.” to lekki, bezpretensjonalny zbiór piosenek łączących w sobie osiągnięcia popu i alternatywy. Natomiast na „Hardbeat” pojawiają się zarówno motywy typowe dla teen-popu jak i electro. Dobra płyta na imprezę. Wciąż nie doczekaliśmy się nowego albumu Edyty Bartosiewicz, ale dostaliśmy w zamian fajną piosenkę „Witaj w Moim Świecie”, która promowała nowego Kubusia Puchatka. Kolejną płytę za to zaprezentowała Ramona Rey, jednak „3” wydaje się być łakomym kąskiem jedynie dla fanów twórczości artystki. Warto jeszcze tutaj wspomnieć o Ani Rusowicz i jej dziele nazwanym po prostu „Mój big-bit”. Jest to ciekawa pozycja nawiązująca do twórczości jej mamy Ady Rusowicz oraz mająca w sobie nutkę nowoczesności.

Na koniec zostawiłem sobie podsumowanie polskiego hip-hopu. Tutaj bezapelacyjnie rządził Ten Typ Mes, który wydał najlepszy album hip-hopowy. „Kandydaci na Szaleńców” zawiera w sobie świetne nawijki Mesa, który wznosi się na wyżyny. Z podkładami było różnie, jednak przy tak dobrym materiale i genialnych wersach Mesa jest to mniej istotne. „Prewersje” Fokusa również zasługują na wyróżnienie. Nie tylko dlatego, że sympatyzuje z śląskim raperem. Przede wszystkim za rewelacyjne podkłady stworzone przez Lukatricksa oraz charyzmę Fokusa. W zeszłym roku powrócił również Łona. Szczeciński raper przy pomocy Webbera wydał „Cztery i Pół”, który może nie miażdży systemu, ale wydaje się być ciekawą pozycją dla studentów i licealistów. Ciekawy materiał zaprezentował duet Sokół i Marysia Starosta na „Czysta Brudna Prawda”.

Godnych uwagi polskich płyt z pewnością jest więcej, jednak te wyżej wymienione stanowią pewną esencję roku 2011. Mam nadzieje, że nowy 2012 rok będzie równie obfity w dobre, rodzime produkcje. Tego życzę sobie i Wam.

Renton – Niech wszystko staje się lepsze

Nieco zapomniany warszawski zespół przypomina się rodzimym hipsterom prezentując drugi studyjny album.

Zapomniany to dobre określenie, bo porównując okres śmigania „hey girl” w reklamówkach Ery i szum wokół debiutu grupy do ostatnich miesięcy pokazuje znaczną różnicę. Jednym słowem można to określić: CISZĄ. Po drodze oczywiście była chęć podbicia Eurowizji z „I’m Not Sure”, jednak polskie „osłuchane” społeczeństwo szybko zweryfikowało ich zapędy. I tak o to Renton, bez żadnej presji, żadnej napinki wydaje drugi krążek nazwany przekornie „Niech wszystko staje się lepsze”. Nazwa dobrze trafiająca w czasy greckich kryzysów, włoskich premierów i znikających znaków z polskich autostrad.

„Niech wszystko staje się lepsze” to album sympatyczny, miły w odbiorze. Pokazujący, że indie rockowa rewolucja nie jest obciachowa. By była bardziej przychylna polskiemu odbiorcy (Chyba zrozumieli, że Świata nie podbiją) całość w języku polskim. Ten zabieg całkowicie na plus, ponieważ teksty na Take-Off, które były napisane w języku Johna Lennona były „takie se”. Oczywiście te tutaj po polsku też jakoś nie błyszczą, ale po prostu bardziej pasują. Muzycznie nie ma większych zmian, jest energicznie, gitarowo i równo. Brakuje może typowych singli, które by miażdżył, ale to zupełnie nie przeszkadza w pozytywnym odbiorze tej płyty.

Rok 2011 póki co jest bogaty w ciekawe rodzime propozycje muzyczne. Ocena: 6/10.

Posłuchaj

Heineken Open’er Festival ‘09

Przed paroma dniami zakończyła się ósma edycja Heineken Open’er Festival. Dzieci, które zostały spłodzone podczas pierwszych edycji kończą przedszkola, wybierają się do szkół, a za parę lat same wybiorą się na openera.Tymczasem tegoroczna edycja, obfitująca w gwiazdy nie zawiodła. Zacznijmy zatem od początku.

The Car is On Fire

The Car is On Fire

Festiwal rozpocząłem, podobnie jak w 2007 od koncertu The Cars is on Fire. Podobnie jak przed dwoma laty punktualnie o 19 dało się usłyszeć pierwsze dźwięki w wykonaniu TCIOF. Z tymże w tym roku na pierwszy ogień poszła tytułowa piosenka z nowej płyty zespołu i od razu porwała tłum do pląsów pod sceną. A propos, w odróżnieniu od ostatniego występu TCIOF na Openerze muzycy zagrali na scenie namiotowej i to im wyszło na dobre, bo jak niedawno wspomniał Paweuu TCIOF jest zespołem klubowym. Tent Stage dała namiastkę nieco kameralnej atmosfery co odbiło się bardzo dobrym wrażeniem jakie wywarł zespół

Renton

Renton

Nieco później Festiwal miał ruszyć ze sceną główną, zatem po zakończeniu koncertu w namiocie przeniosłem się pod Main Stage, gdzie spotkało mnie największa porażka imprezy. Zespół Renton. Chłopaki grali, skakali, starli się, ale do dupy to było podobne. Może na jakieś mniejszej scenie tak, ale niestety na głównej im nie poszło. Nie był to jednak koniec rozczarowań tego dnia. Chwilę później na festiwalu miał się zaprezentować jeden z najbardziej oczekiwanych zespołów. Można to było poczuć stojąc w niewyobrażalnym ścisku pod sceną (chcących poczuć namiastkę atmosfery panującej w tym czasie zapraszam do czterypjony o siódmej rano). Chwilę przed dwudziestą drugą, kiedy w namiocie wspaniały koncert dawali Szwedzi z tercetu Peter Bjorn and John, emocje na Main Stage sięgały Zenitu, bo oto za moment na scenie miała pojawić się jedna z największych gwiazd Openera09 – Arctic Monkeys.

Late of The Pier

Late of The Pier

Kiedy wyszli na scenę nikt nie spodziewał się, że będzie to jeden z gorszych festivalowych występów. Alex Turner z fryzurą na Maryjusza z chłopakami grali bez polotu i finezji, a do tego dwukrotnie mieli awarię sprzętu. In plus zagrali kilka premierowych utworów, które ukażą się wkrótce na ich nowej płycie. Polska publiczność była pierwszą, która mogła to usłyszeć-fajnie mieć tego świadomość. Niestety z tego powodu zabrakło czasu (a może chęci) na sztandarowe wydaje się Dancing Shoes czy Fake Tales in San Francisco. Osobiście cierpiałem z powodu braku Certain Romance. Ogólnie zabawa pod sceną była, ale po koncercie pozostał spory niedosyt. Tego dnia odbyły się jeszcze koncerty m.in. Basement Jaxx, Late of the Pier, ale byłem zbyt spocony, żeby na nich zostać,a po za tym była szansa na ciepłą wodę pod prysznicem i szkoda  było tej szansy nie wykorzystać.

The Gossip

The Gossip

Drugiego dnia koncertowanie zacząłem od występu Marii Peszek na scenie głównej, który był dla mnie sporym zaskoczeniem. Zdziwiłem się jak sprawną wokalnie artystką jest pani Maria. Do tej pory myślałem, że lansuje się ona tylko skandalizującymi tekstami swych utworów. Jeżeli chodzi o show muzyków i zabawę publiczności można było odnieść wrażenie, że właśnie występuję gwiazda wieczoru. No i tekst Marii ‚Szkoda, kurwa, że jest tak jasno, ale was przynajmniej widzę’. Nieźle. Ale lepsze było to co nastąpiło później. Mianowicie Gossip. 45minut zrytej imprezy. Beth szalała i ludzie szaleli. Ale i to nie był najlepszy występ drugiego dnia festiwalu. W tej materii pałeczkę przejęli kolesie z The Kooks.

Duffy

Duffy

W oczekiwaniu na ich koncert powtarzałem sobie w myślach, że może i są idolami, piszczących w tej chwili, nastolatek, ale w końcu są też rockandrollowcami, którzy nie stronią do używek, rozpierdzielają pokoje hotelowe i jeżdżą wesołym autobusem w trasy. Przekonała mnie też wypowiedź Luke’a, który stwierdził, ze nikt nie chciałby grać muzyki dla starych facetów, za to dla młodych dziewczyn owszem. Atmosfera, która panowała podczas koncertu gorąca była jak barszcz w miarce. Luke spokojnie mógł się ograniczyć tylko do wiosłowania, bo śpiewaniem zajęła się publiczność i to nie tylko ta nastoletnia i piszcząca. Kontakt Kooksów z tłumem nie ograniczał się tylko do wspólnego śpiewania, Luke dużą część występu spędził pod sceną, na barierkach. Zmacany, ale szczęśliwy. Chyba wiedział co mówił odpierając zarzuty o granie dla nastolatek;) Po Kooksach poszedłem sobie do namiotu zobaczyć Duffy. Zobaczyłem. Fajnie. Po Duffy wystąpił duet Crystal Castles i rozpierdolił namiot, ale tego już nie widziałem bo było zbyt duszno od zielonego dymu.

O północy grał sprzedawca herbaty Moby i myślę, że jest to najlepszy muzyk wśród sprzedawców herbaty. Półmetek festiwalu. Należą się pozdrowienia panom od ToiToi’i, bo gdyby nie oni na terenie campingu istniałoby ryzyko epidemiologiczne, a tak ryzyko było tylko w kabinach prysznicowych.

Faith No More

Faith No More

Sobotnie koncerty w przeciwieństwie do piątkowych skierowane były do starszej publiczności. Wszak zarówno Madness jak i Faith no More debiutowali dwadzieścia parę lat temu. Pierwsi mieli zagrać o 20 na Main Stage’u, ale nie zagrali bo mieli opóźnienie na lotnisku i zostali przeniesieni na World Stage. Na koncercie nie byłem, ale podobno było fucking lovely. Faith No More grali ładnie, zajebiście natomiast śpiewał Mike Patton. To co robił z krtanią mogłoby posłużyć laryngologom jako temat pracy doktoranckiej. Ciekawym urozmaiceniem było posłuchanie panów Waglewskich, którzy zagrali nieco wcześniej w namiocie. Pan Fisz ekwilibrysta języka oraz pan Emade ze swoim palcem skutecznie porwali publiczność. ‚Hej ludzie jesteście gotowi?’ ‚Tak, tak, jesteśmy gotowi!’ Gorączki sobotniej nocy nie było, za to nadeszła w niedzielę.

Moim zdaniem najciekawszym dniem festiwalu była właśnie niedziela. Zaczęta dość wcześnie, o siedemnastej na tent Stage zagrał polski zespół The Black Tapes. Wg opisów mieli grać swedish rock’a no i grali, a wokalista ruchem scenicznym przypominał pana z The Who. Mieli trochę problemów ze sprzętem, ale cały koncert sprawił, że nastrojony byłem pozytywnie do dalszej części wieczoru. Rozstroił trochę OSTR, ale ten czas można było poświęcić na prysznic. W końcu nadszedł czas na Lilly Allen. Nie pokazała sutków, za to miała fioletowe włosy, które okazały się peruką. Resztę można poczytać na Pudelku.

Kings of Leon

Kings of Leon

Do następnego koncertu na Main Stage było jeszcze trochę czasu, więc poświęciłem go na przechadzkę po miasteczku festiwalowym aż dotarłem do namiotu, w którym grał indie zespół z polski. Chłopcy dawali radę. ‚Kto to kurwa?’-pomyślałem. Okazało się na bisie. ‚Zaspane poniedziałki’. I wszystko jasne. Jeżeli będziecie mieli okazję zobaczyć zespół Kumka Olik na żywo to nie wahajcie się. Warto. Po kumkach i olikach nadszedł czas na najbardziej wyczekiwaną gwiazdę, gwóźdź tegorocznego openera, the best of the best of the best. W końcu o 22:30 na scenie głównej pojawiłą się trójka braci i ich kuzyn. Panowie Followil. Kings of Leon. Normalnie ciary po plecach. Vocal Caleba. Knock Out, Sex on Fire, Charmer, Use Somebody. Warto było dać 3 stówy chociaż za ten jeden koncert. Najlepsze jest to, że obiecali, że zagrają znów. Trzymam ich za słowo. Tak kończy się dla mnie Opener 09, nie chciałem sobie psuć przyjemności, jaką odczuwałem po koncercie KOL, koncertami Placebo i The Prodigy.

Autor: Boo

Słowo od Paweuu’a: Jest wiele powodów dla których nie pojechałem na ten festiwal. Pomijając brak czasu oraz sesję w tym czasie należy przede wszystkim wspomnieć o koszcie wyprawy. Żyjemy w na prawdę biednym kraju. Jednak gdyby się już tam znalazł to z pewnością wybrałbym trochę inny zestaw koncertów niż Boo. Nie wiem jak wygląda rozpiska i czy coś na coś by się nakładało, ale napiszę o zespołach, których występów nie chciałbym pominąć. Myślę, że Basement Jaxx sprawiłby mi frajdę niczym LCD Soundsystem. Chętnie sprawdziłbym live M83, Late of The Pier oraz Ting Tings. Sprawdziłbym czy nastąpił jakiś progres jeżeli chodzi o The October Leaves, który niegdyś hajpowałem. Mimo wszystko poszedłbym na nudne Placebo by odchaczyć, że byłem. Na Prodigy chętnie bym się pogibał. Są to już dziadki, ale podobno wracają do formy.To tylko część koncerów, które pominął Boo. Przygotowania na Offa trwają!

Off Festival 2008

clinic

Clinic

No i w końcu piszę relację z wydarzenia o którym trąbiłem ostatnie dwa miesiące. Pojechałem, zobaczyłem, piszę. Piszę bo byłem a byłem bo musiałem. Musiałem bo Off w tym roku zapowiadał się wyjątkowo i taki był.

Off Festival rozpoczął się 8 sierpnia. Przez dwa dni na 5 scenach można było zobaczyć około 50 wykonawców. Trzeciego dnia odbył się jeden koncert Iron and Wine. Wszystko odbywało się w Mysłowicach w miejscu zwanym Słupna Park. Była to trzecia edycja tego festiwalu, którego pomysłodawcą jest Artur Rojek. Z roku na rok widać coraz większy progres jeżeli chodzi o wykonawców i organizację. Miałem jechać na dwie poprzednie edycje, ale dopiero ta trzecia nie pozostawiła mi wyboru. Musiałem.

of Montreal

of Montreal

Piątek. Tygodnia koniec i początek. Wyjazd z Mikołowa do Katowic, z Katowic to Myslovitz. Miło, że blisko bo transport mnie kosztował 4 zł w jedną stronę. Lokowanie na Polu Namiotowym poszło sprawnie. Rozbijanie namiotu szybko, ale wcześniej Mocarz. I w tym miejscuuu napiszę o polu namiotowym. Kameralne, podzielone segmentami, ale do tojasa daleko. Praktycznie to fajnie na nim było, tylko te odległości do wc czy na sam festiwal. Jeżeli chodzi o żarło. To Biedronka Rulez. Czyli na żarciu można było także nieźle zaoszczędzić. Pogoda. Rozczarowanie! Miał być grad a nie było! A tak na serio to już jestem zahartowany i nie przeszkadza mi burza, deszcz, śnieg.

Pierwszy dzień zacząłem od poznania obszaru festiwalowego. Piwo było, żarcie było, pamiątki były, toalety były. Generalnie git. Afro Kolektyw. Pierwszy gig, który widziałem. W namiocie gorąco. Przez te 30 min opierania barierki zdążyłem się nieźle spocić. Nasze polskie hip-hopowe nie wiadomo co dało nawet fajny koncert. Chcieli grać dłużej niż pół godziny, ale nie było szans. W ogóle koncerty na Offie były tak rozplanowane, że w zasadzie można było zobaczyć wszystko. Oczywiście nakładało się parę koncertów na siebie, ale nie było możliwości by nie zobaczy Mogwaia, Clinica, Menomene itd. Miało to także złe strony. Koncerty do bardzo późnych pór i zero bisów. Po Afro Kolektywie udaliśmy się z kompanem pod scenę Biedronka na występ Mocarza. Ogólnie z piwem było ciężko i każdy musiał główkować. Na terenie festiwalu lanych Lech był za 4 zł. Jeżeli chodzi o cenę to nie tak tragicznie, ale wiecie jak o z piwem lanym na takich festiwalach. Nieopodal była biedronka. Ceny i wybór fajny, ale nie dość, że piwo ciepłe to jeszcze nigdzie się go nie napijesz. Na festiwal z nim nie wejdziesz. Tam jedno piwo by się dało przemycić, ale szkoda zachodu dla jednego browara. Po drugie na ulicach policji sporo. Trzeba szukać miejscówek bo do namiotu daleko.

Clinic

Clinic

Znowu wróciłem do namiotu offensywy. Grały Muchy. Dookoła wszyscy bo to był pierwszy konkretny koncert tego dnia. Na dodatek lunęła ulewa i każdy wbijał pod namiot. Czwórka indie rokowców z Poznania wyszło w sztormiakach. Koncert tak pół na pół. Dobre momenty gdy grali utwory z Terroromansu. Te nowe piosenki zupełnie słabe. Gdy grali Państwa-Miasta słyszeć można było: „nie to nudne już jest”. Zgadzam się, zupełny brak polotu w porównaniu z takim „Najważniejszym Dniem” czy „Zapachem Wrzątku”. Gdy zaczęli grać bis wyszedłem by nie spóźnić się na of Montreal. Przestało padać akurat i wyszło nawet słońce. Sam koncert of Montreal był zajebisty. Chyba najlepszy na całym festiwalu. Kolorowe wizualizacje, ciekawe stroje, wystrój Barnesa i golenie wąsika to tylko część atrakcji z tego wyjątkowego koncertu. Większa część setlisty pochodziła z „Hissing Fauna, Are You Destroyer?” co jest całkiem na plus. Generalnie było mocno tanecznie. Bardziej tanecznie niż nawet jak byłem na LCD Soundsystem. Barnes dodatkowo zachowywał się jak Matt Bellamy tylko bez patosu. Zaraz po of Montreal miał zacząć się mój najważniejszy koncert. Chodzi o Clinic. By mieć zajebistą miejscówkę urwałem się z końcówki of Montreal. Clinic nie grał na scenie głównej. Na początku było to dla mnie dziwne, teraz rozumiem tą decyzję. Scena leśna najlepiej oddawała ich muzykę. Koncert był bardzo dobry. Połowa utworów z Do It druga połowa to największe hity. Przez cały czas ostre pogo co nawet było czasami śmieszne. Większość nie znała ich muzy i najzabawniejsze było jak zaczynali pogować przy Free Not Free a tu nagle zmiana na sielnakowość a tłum nie wie co robić… Skończyli grać a ja czułem mały niedosyt. Odwróciłem się by iść do tojasa (Na Offie nie było praktycznie bisów) gdy nagle wyszli i usłyszałem pierwsze riffy Cement Mixer. Wiedziałem w tym momencie, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem Świata. Uczucie podobne do tego jak Milan wygrywa LM, dostajesz 3 z fizyki itd. Istne doznanie absolutu. Po Clinicu chwila na złapanie oddechu bo przede mną jeszcze parę godzin zajebistej muzy. Poszedłem pod scenę Główną by zobaczyć pierwszy raz w życiu Hey. Nie powalili mnie. Nie zaintrygowali. Typowe polskie granie. Lubię trochę Hey, grali hity, ale nic szczególnego w moim życiu się nie zmieniło po tym występie. Na dodatek Nosowska zapomniała tekstu w jednej z piosenek. Gdy zaczęli grać następna piosenkę gdzie tekst był anglojęzyczny mój kompan skwitował to tak: „a po angielsku to pamięta…”. Koniec Hey.

Mogwai

Mogwai

Musiałem iść do tojasa, musiałem. Kolejka jak ch… w sensie długa. Siedzę, w zasadzie lewituje i słyszę Caribou. Caribou widziałem przez jakieś pół godziny i to z daleka bo nie miałem sił przedzierać się przez błoto pod scenę. Grali na prawdę porywająco. Dla wielu to właśnie Caribou dało najlepszy koncert. 15 minut do Mogwai. Dla mnie i mego kompana to miał być koncert dnia (Dla mnie na równi z Clinic). Ludzi w ciul. Sam Rojas wyszedł ich zapowiedzieć. Ubogo w słowach, ale jak sam stwierdził – „nie ma co gadać, sam czekam na ten występ”. Wychodzi Mogwai i zaczynają zabijać ludzi dźwiękami. Oczywiście tylko tych, którzy ich znają i wielbią. Bo wielu przyszło ich tylko zobaczyć bo w tv mówili, że to największa gwiazda. I dlatego słychać było ziewy itp dźwięki. Pewnie się zawiedli, że nikt nie śpiewał. Przy pierwszym utworze na scenę wtargnął jakiś maniak by zaprezentować się w chwili glorii gdy obok niego stali Szkoci z Mogwai i patrzyło się w tą stronę 10 tysięcy ludzi. Dla wielu to był punkt kulminacyjny tego koncertu. Mogwai dla mnie był świetny. Trans, trans, kurtka trans. Zagrali parę piosenek z nadchodzącej płyty i parę hitów. Świetnie było. Wkręciłem się w ich klimaty. 1:15 minut stania w jednym miejscu z bolejącą kostka dało swoje. Byłem nie miłosiernie zmęczony, że ledwo doczołgałem się do namiotu. Trochę mi było żal, że nie mam sił na Waglewskich czy też Dat Politics. Jednak to były takie pory, że nawet zdrowi nie dawali rady wytrzymać.

Menomena

Menomena

Dzień drugi. Deszcz padał dalej. Dlaczego nie ma gradu? Szedłem na Rentona, ale po drodze zaszliśmy na żer i potem czekaliśmy jeszcze 15 minut na busa by przejechać jeden przystanek. Zaszliśmy na Scene MySpace. Najbardziej śmiesznie żałosna scena festiwalu. Ulokowana na boisku do siatkówki obok placu zabaw. Scena ograniczająca się do białego namiotu ogrodowego. Nagłośnienie tak marne, że nawet stojąc pod kolumną nadal słyszałeś pierdy spod sceny głównej. Dobra, nieważne. Grał Kawałek Kulki. Do czasu jak śpiewała babka szło jeszcze tego słuchać. Poszedłem zobaczyć tego całego Czesława. Podobno live jest zajebisty. Sobie pomyślałem, że skoro irytuje mnie na płycie to będzie miał u mnie plusa za występy live. I co? Ci wszyscy ludzie doszczętnie mi obrzydzili Czesława. Jeszcze grał te swoje piosenki o żabie itd. Lepiej to brzmiało niż na płycie, ale nie idzie tego na dłużej słuchać. Tego nie powinno być na Offie. Prędzej Open’er. Poza tym te bycie zabawnym na siłę a la Mozil. Robił z siebie idiotę w moich oczach. Czasami mu się udało powiedzieć coś zabawnego a czasami mówił, że cieszy się, że są drzewa albo chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie nie powiedział bo zapomniał. Dość o nim. Po tym koncercie postanowiłem odwiedzić w końcu Scenę Structura Experimental. Akurat muzykę starał się preparować Karol Schwarz All Stars. Scena mieściła się w jakimś małym pomieszczeniu. W środku zaduch i sielankowe nastroje, wszyscy leżą i słuchają tego jazgotu. Mimo mojej tolerancji dla muzyki alternatywnej musiałem wyjść po 3 utworach na dodatek kazali nam wstać z zolu.

British Sea Power

British Sea Power

Będąc na zewnątrz usiałem na ławce i kontem oka obserwowałem ten cały Izrael’ 83. Będę szczery. Nie lubię reagge, nie lubię dredów i nie lubię piosenek o Babilonie. Z resztą ile można słuchać tekstów w stylu „naród musi wolny być” ? Wróciłem pod scenę MySpace. Była nieopodal, za ławką. Był akurat występ Karpaty Magiczne/The Band of Endless Noise. Nie zaintrygowali mnie. Poszedłem na Menomene, reszta wolała zostać na Czesławie again. Menomena grała fajnie. Zagadywali w stylu: „Hi I’m Justin” i opowiadali o sobie trochę w czasie gdy naprawiana była perkusja. Cieszyli się, że są w Polsce. Fajne chopki. Zagrali największe hity i się zmyli pozostawiając po sobie miłe wspomnienie. Dla wielu koncert był bez fajerwerków, ale co oni mogą wiedzieć jak wtedy byli na tym boskim Duńczyku. Po Menomenie chciałem wbić na Singapore Slang. Fajne dźwięki szło usłyszeć spod namiotu, ale nie dało się wbić za nic. No to poszedłem na British Sea Power. Ci to dali czadu na prawdę. Jak ktoś ci mówił, że było to słabe to znaczy, że mało wie i doznaje przy tekstach w stylu „uciekła babeczka z miasteczka”. Rozkręcali się z minuty na minute. Ostatni utwór to była istna miazga. Koncert kończyli w istny musowym stylu. Nie zabrakło powiewających flag. Scena ozdobiona w roślinki. Było supcio. I tym występem zakończyłem Off Festiwal 2008.

Podsumowując. Było fajnie mimo, że kulałem jak pomocnik Doktora Frankensteina i, że mnie wszystko bolało. W ogóle przeczytajcie drugą nie oficjalną recenzję Off Festiwal. Ludzie byli fajni, nietypowi bo muzyka nie typowa. Miłe wrażenie po Offie miałem. W niedzielę na Iron and Wine nie byłem bo nie miałem biletu, suchych skarpetek i sił. Do zobaczenie za rok.

Renton – Take-Off

W dzisiejszym odcinku z serii: „Z całego Świata do Mysłowic”. Tym razem w programie tegoroczny debiutant z Polski. Warszawski zespół Renton to jedna z rodzimych gwiazd, która wystąpi na najlepszym festiwalu w tym roku w Polsce.

Dobra dość lania wody. Do rzeczy. Przesłuchałem ich płytę parę razy. Oto moje przemyślenia:

Przesłuchanie 1:

Ta płyta dostała na Porcysie i Screenagersie 6? Za co? Niby miało być podobne do The Car is on Fire. Podobieństw można także było szukać z Muchami. Do TCIOF to im daleko jak z Zgierza do Mediolanu a z Muchami łączy ich to, że hype ich nie ominął. Dla mnie ta płyta to 12 bezbarwnych kawałków z Hey Girl, które na dodatek kojarzy mi się z reklamą Ery. Fakt to było w reklamie Ery. Irytują mnie jęki wokalisty i strasznie się dłużą te kawałki. Nie będę pisał recenzji po jednym przesłuchaniu, może jeszcze zmienię zdanie. Znowu nie ma co liczyć, że pojawi sie jakiś fajny polski zespół… Ocena i tak nie będzie dobra: 2\10

ulik_ (Środa 11 czerwca 2008) Wyślij prywatną wiadomość do ulik_

nie podoba mi się płyta jako całość.ale jest kilka fajnych piosenek.

dopaminecloud (Środa 14 maja 2008) Wyślij prywatną wiadomość do dopaminecloud

Po trzecim utworze mam dość a pan wokalista nie potrafi śpiewać po angielsku.

Przesłuchanie 3:

Minęło trochę czasu od pierwszego przesłuchania. W między czasie starałem się zrozumieć dlaczego inni coś widzą w tej płycie a mi to nie bardzo wychodzi. Po paru przesłuchaniach dochodzę do wniosku, że niektóre piosenki mogą nawet być. Po oswojeniu się z tą płytą nie jest tak źle jak uważałem na początku. Jest parę piosenek, które w ogóle mnie nie ruszają i niezbyt się udały. Ogólnie na plus. Jeżeli ktoś ma cierpliwość do długich i dziwnych romansów to może pokocha tą płytę. Ocena: 6\10

wyqukal (Środa 14 maja 2008) Wyślij prywatną wiadomość do wyqukal

Płyta jest świetna 🙂 This is not the end jest wprost genialne ;]

Przesłuchanie 6:

Najbardziej obiektywna moja ocena. Te piosenki, które mi się spodobały za trzecim razem jeszcze bardziej mi się podobają a te, które jak najszybciej starłem się przeżyć bez uszkodzenia nerwów słuchu jeszcze bardziej mi się nie podobają. Ogólnie płyta mnie nie rusza już w żadną stronę. Nie chce mi się nią rzygać ani nie chce mi się nią cieszyć. Od taki popik, może być.

meyde (Niedziela 18 maja 2008) Wyślij prywatną wiadomość do meyde

przesadzacie jeden z drugim :>. Takie tam lajtowe granie, może być.

Podsumowując. Renton ciężko nazwać będzie odkryciem roku, ale znając życie nic lepszego-ciekawszego pewnie się nie pojawi na rynku, choć mocno liczę na debiut Materaca. Płyta w miarę dobra z przebłyskami zarówno bólu, cierpienia jak i radości i miłości. Jednym słowem można posłuchać, ale na większe najbijanie na laście nie ma sensu bo są ciekawsze rzeczy anglojęzyczne z gatunku alternative-pop-indie. Ocena :5/10