Paweuu Playlist Grudzień

Święta, święta i po świętach. W ramach akcji zakup alko+chipsy i wyjazd na imprę, chciałbym polecić od siebie trzy kawałki w sam raz pasujące do sylwestrowej zabawy pełnej harców i kocich ruchów. Let’s Dance!

Paktofonika – Dejot rusza czarne płyty. Zacznijmy od czegoś „czarnego”, ale w naszych biało-czeronych barwach. Ekipy z Katowic nie trzeba lepiej przedstawiać. Udało im się stworzyć, fajny, dziarski kawałek w sam raz na imprezę, gdzie wszyscy się bawią póki polegną. W tle gdzieś tam plumczący basik a Magik wypluwający z siebie teksty, które są powtarzane chyba w każdych okolicznościach gdzie towarzyszką jest butelka czegoś dobrego i mocnego. Jest ogólnie zabawa na 102, wszyscy śmieją się haha. Generalnie kawałek jest fajną wymianą zdań Raha i Magika i lajtowo tego się słucha, zwłaszcza w doborowych towarzystwie. Jeżeli sylwester w tym roku na śląsku to wpadnijcie do Mikołowa czy też Katowic i odwiedźcie żyjącą ekipę PFK. Wszystko jasne kpw? Elita jest tu.

posłuchaj

Calvin Harris – Acceptable in The 80’s. Na dobrej, porządnej imprezie nie powinno zabraknąć czegoś śmierdzącego latami 80, disco klimatem a zarazem wyprodukowanym w ostatnim czasie. Wymogi spełnia pan, który śmiało twierdzi „I created Disco”. Ok wiem, kawałek nie jest jakiś odkrywczy i nawet nie jest najlepszym w wykonaniu tego angola, jednak najlepiej pasuje na sylwestrowe hulańce. Jest kiczowaty podkładzik, jakieś śmieszne klawisze, syntezatory. Poważny głos Harrisa i jęczące chórki, ale wszystko to się łączy w taneczny kawałek, przy którym można potrząść tyłkiem i bezrefleksyjnie spędzić ostatnie minuty roku. Wiadomo, że po vódce to człowiek do wszystkiego jest w stanie zatańczyć, ten kawałek śmiało możemy puścić na każdej imprezie, nawet tej nie zakrapianej.

Posłuchaj

Ladyhawke – Paris is Burning (Cut Copy Remix). W wersji oryginalnej też jest fajna ta piosenka, czuć lata 80 i generalnie te klimaty. Jednak przeróbka Australijczyków z Cut Copy dała tej piosence ciekawszego, bardziej imprezowego wymiaru. Jest jakiś syntezator, mentolnięcię, handclaping i ten transik do gibania się we wszystkie strony (że aż fst, bsb). Tempo zwalnia by móc dychnąć, otrzeć pot z czoła by znowu dać kopa do dalszych hulańców. Zabawa trwa do rana w końcu. Zatem jeżeli nie spędzacie sylwestra na białej sali, i spędzacie go radośnie z znajomymi na jakiejś bibce to poproście by dejot jak skończy ruszać czarne płyty to zapodał jeden z tych kawałków. Impreza gwarantowana (+10 zabawy jeżeli jest chrunchips).

Posłuchaj

10 nietuzinkowych płyt hip-hopowych

Ostatnio zasłuchiwałem różnorakich rymów rapowanych i tak wpadłem na pomysł stworzenia listy 10 płyt bez, których hip-hop byłby uboższy. Płyty znane, klasyczne, wpływowe, dodające wiele do czarnego nurtu. Oto najważniejsze płyty z czarną muzą, które przesłuchać warto a nawet trzeba:

Beastie Boys – Paul’s Boutique (1989). Trzech byłych punkowców przechodzi na czarną stronę muzy i idąc w ślad Run/DMC dodają od siebie wiele nowego i dobrego do muzyki hip-hopowej. Choć nie pozostawiają ukochanego rocka gdyż wciąż można u nich usłyszeć gitarowe riffy i moc uderzenia w bębny. Stara szkoła hip-hopu w najlepszym wykonaniu. Chłopaki swobodnie wymieniają się poszczególnymi zwrotkami i czuć dobrą zabawę jaką mieli przy nagrywaniu tej płyty. Taki 5-Piece Chicken Dinner to 21 sekundowa esencja wyśmienitego dzwonka w telefonie. Poza tym nie jest jakoś poważnie, chłopaki rymują nawet o kolesiu jajku w Egg Man, który kończy się horror-ową nutą. A Hey Ladies idealnie ukazuje luzackość na tej krążku. Car Thief to przykład świetności podkładów na albumie z 1989 roku. Kolesie mają na prawdę talent i dobrze im to wychodzi. Może czasem przynudzają grając swoje improwizacje, jednak to co zrobili pod koniec lat 80 i początek 90 zasługuje na medal. I nie jest to zasługą ich żydowskiego pochodzenia. yo

Eminem – The Marshall Mathers LP (2000). Moja przygoda z Eminemem zaczęła się w podstawówce kiedy to pierwszy raz ujrzałem tego śmiesznie rapującego blondasa na niemieckiej vivie u babci podczas wakacji. Spodobał mi się od razu i zapamiętałem sobie to słowo na odwrócone E. Później kuzyn pożyczył mi oryginalną płytę gdzie na czarno-białej okładce słynny Shady siedzi przed domkiem. Dostałem wtedy od kuzyna tylko jedną wskazówkę. Nie słuchaj przy mamie piosenki numer 12. Początkowo nie ogarniałem tego o czym Em rapuje, ale wiedziałem, że jest mocno wulgarnie i kontrowersyjnie. W mediach było o nim głośno. Moim zdaniem płyta z 2000 roku jest jego najlepszą płytą w całej dyskografii. Na żadnej już następnej płycie nie był tak szokujący, tak wiarygodny i tak po prostu znakomity. Mamy tutaj takie kawałki jak Cryminal, I’m Back czy też The Way I Am. Jest druzgocący Kim, który przedstawia niezwykle prawdziwą kłótnię z Kim, którą na późniejszych albumach przepraszał i prosił o wybaczenie. Poza tym nasz biały raper nie pozostawia na nikim suchej nitki, wtedy obiektami drwin byli Fred Durst czy też Britney Spears. Poza tym na  płycie pojawiali się kolesie z D12 oraz między innymi X-Zibit, Snoop Dogg a w utworze Stan Dido, która później dzięki tej kolaboracji wypromowała się. Nad produkcja czuwał sam Dr. Dre. Teraz trochę Eminem jedzie już na sprawdzonych patentach, wtedy jednak było to coś nowego, co intrygowało a przy tym posiadało ogromny potencjał. Polecam.

Grammatik – Światła Miasta (2000). Swego czasu dużo słuchało się hip-hopu. Mieszkanie na osiedlu ma swoje uroki i wpływa na kształtowanie młodego umysłu. Jednak nigdy nie mogłem się przekonać do warszawskich grup a Grammatik mimo, że znałem od dawna to doceniłem stosunkowo nie dawno. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to jedna z najmądrzejszych płyt (nie tylko hh) jaka powstała w tym kraju. I mimo, że mija już dekada odkąd wyszła na świat to jej teksty  i tematy w nich obrane są wciąż aktualne. Światła miasta charakteryzuje nie zwykła dojrzałość. Eldo w wieku 21 lat śmiało wyznaje „Nie mam już sił by przez dziurkę od klucza świat podglądać”, „A ja tylko chcę sam kierować swoim życiem” czy „Gdy jest się młodszym, chce się bawić, szaleć / Ja już dojrzałem i chyba za wcześnie zezgredziałem chyba”. Biciki i podkłady idealnie komponują się w przemyślenia młodych Warszawiaków. Nie ma tu plastiku, sama poezja nowoczesna podana w luźny, niezobowiązujący i niewymagający rapowy sposób. Posłuchajcie kiedyś późną nocą, gdy będziecie sami.

NAS – Illmatic (1994). Debiut nowojorczyka, który również udzielał się w The Firm (nie kojarzcie z naszą firmą) okazał się objawieniem hip-hopowym swego czasu. Płyta raczej nie jest nasiąknięta singlami podbijającymi serca słuchaczy radia, ale tworzy jednolity, ciekawy i na wysokim poziomie kawał dobrego hip-hopowego gówna. Po przeciwnej, cieplejszej stronie nagrywał wtedy Snoop Doggy „You don’t love my, You love my doggystyle” Dogg, ale to Nas w moim guście więcej dał tej muzie. Czuć na niej klimat zimnego, brudnego Nowego Jorku. I raczej nie opisuje radośnie swojego otoczenia. „Dear Born, you’ll be out soon, stay strong / Out in New York the same shit is going on” ,”You see the streets have me stressed somethin terrible” . Te fragmenty dobrze obrazują tę płytę. Warto zauważyć, że raczej nie ma mowy tutaj o jakimś gangsta rapie a hip-hop lat 90 idzie już w inną stronę. Dzisiaj do inspiracji tą płytą przyznają się obecnie najpopularniejsi raperzy z Eminemem i The Game na czele a sam Nas nagrywa „Hip Hop is Dead”

Notorious BIG – Ready To Die (1994). Christopher Wallace czyli po prostu Notorious BIG. Faktycznie tak wielki jak się określa. I nie chodzi tu już nawet o wielkość i masę jaką posiadał, ale to ile zrobił dla hip-hopu w swoim krótkim życiu. I Tu kolejny paradoks. W nazwie debiutanckiego albumu zawarł gotowość na śmierć. Za pewne nie wiedział, że trzy lata później dojadą go na zachodnim wybrzeżu tuż po wydaniu drugiego albumu. Sprawa z nim jest dość mało jasna. Początki miał jak każdy murzyn z dzielnicy. Schemat: rzucenie szkoły, bujanie się po krawężnikach, sprzedaż narkotyków, paka, rapowanie, wydanie płyty. Nie będę wnikał w to czy był zamieszany w śmierć Tupaca i czy jego morderstwo to była po prostu zemsta. Obaj nie żyją i trzeba im oddać, że robili porządny kawał czarnej muzy. Sam Notorious BIG słynną nie tylko z fałdowanej budowy ciała ale z świetnych freestyle’ów. Wróćmy jeszcze do albumu. Pełno tutaj dziarskiego flow, dobrego brzmienia oraz fajnych skitów z narodzinami w intro i smarkaniem w Gimme the Loot na czele i wiele, wiele rożnych, różniastych, serio różniastych he he. Tematy tekstów natomiast dotyczące murzyńskich spraw ulicy „Your face, my feet, they meet, with stompin”. Koleś zna się na rzeczy, sprawdź to gówno yo yo.

N.W.A. – Straight Outta Compton (1988). To najniebezpieczniejsza Grupa Świata właśnie stworzyła podwaliny haseł, dziś wszech obecnych w hip-hopie, zwłaszcza tym blokerskim typ chwdp (hwdp), jp100%, slu itd itp. Określając to jasno w tytule piosenki Fuck The Police. Zresztą zerknijcie sobie też na tytułowy opener Straight Outta Compton. Grupa nie istniała za długo, jednak wpisała się do rapowanej księgi. Szybko zrozumieli, że ten interes bardziej opłaca się solo. I tak do dziś Ice Cube nagrywa płyty, które mają swoich odbiorców a Dr-Dre zajmuje się produkcją i często widzimy jego mordkę czy to obok Snoop Dogga czy Eminema. Podobnie jak Public Enemy chłopcy opowiadają jak to ciężko jest się bujać po dzielni, gdyż miejscowi szeryfowie zatruwają im skutecznie życie. Jednak swoją frustrację wyładowują w sposób dość agresywny jak i na swój sposób sugestywny i jasny na swoim drugim albumie. Widać, że West Coast też nie miał lekko. Czuć, że jest gorąco i nie tylko z powodu typowo kalifornijskiej pogody. Poza tym byciem murzynem w drugim na liście najbiedniejszych przedmieść Stanów Zjednoczonych musiało zaowocować taką płytą. Warto jednak tego posłuchać bo płyta jest oparta na fajnych podkładach a kolesie z Ice Cubem i Eazy-E na czele wyróżnili się spoko nawijką. Weź to poczuj.

Paktofonika – Kinematografia (2000). Zanim jeszcze nastały czasy tak zwanego hip-hopolo to warto zauważyć, że początki polskiego rapu są płodne w dobre płyty. Nie było chyba owocniejszego w tym czasie miasta niż Katowice. Kaliber 44 doceniam, ale nigdy nie byłem fanem psycho rapu. Przejście Magika do PFK było najlepszym transferem w dziejach polskiej muzy. A owocem tego jest album Kinematografia. Tego wcześniej nie było. W dodatku po śmierci Magika grupa został legendarna a ostatni pożegnalny koncert odbył się w 2003 roku. Każdy z nich prezentował swój, rozpoznawalny styl. Magik tego nie wytrzymał, ale Rahim i Fokus dalej nagrywają. Pierwszy z nich jest dla każdego ziomka z ławki po blokiem takim Kurtem Cobainem, jego wrażliwość pozwoliła nam słuchać wyjątkowych tekstów ale także przyniosła przedwczesną śmierć. Rahima spotykam na zakupach w Auchan, ale trzeba mu przyznać, że jest bardzo kreatywny i pomysły ma bardzo dobre. Co do Fokusa to wzbudzał zawsze najwięcej mojej sympatii. Jego barwa głosu wyróżnia go spośród innych polskich raperów. Niezniszczalność Fokusmoka jest również wynikiem ogromnej charyzmy. A płyta? Trzeba znać. Takie klasyki jak Jestem Bogiem czy Chwile Ulotne potrafi zanucić każde dziecko w piaskownicy. „Kawłek jest stary, ale nie o to chodzi” „a o co?” „posłuchaj tego”

Public Enemy – It Takes A Nation Of Millions To Hold Us Back (1988). Lata 80 to nie tylko pudel rock, Franek Kimono, Disco Polo i kostka rubika. To także rozkwit muzyki ulicy, czyli hip-hopu, który miał charakterystyczne brzmienie i bazował często na rockowych podkładach. Public Enemy to idealny przykład jak głos czarnych mniejszości wołał głośno „fuck off”. Pełno tutaj krytyki polityki rządu Stanów Zjednoczonych i ogólnie jazda i dissy na wszystko co odgórne i medialne zakłamanie „Some media is the whack / You believe it’s true, it blows me through the roof / Suckers, liars get me a shovel”. Warto wspomnieć, że to już kolejna grupa z Nowego Jorku, która pojawia się w zestawieniu. East Coast Rulez jednak. Przyznam się, że przed odsłuchem pierwszy raz ich nie wiedziałem czego się spodziewać. Nazwa brzmi dość groźnie. Wróg publiczny. Wyobrażałem już sobie nie wiadomo co, brzmienie jednak mają całkiem przyjemne i old schoolowe. Wsłuchując się w teksty wychwytuje się te nie zadowolenie, bo teksty są mocno upolitycznione. Od tego momentu wielu raperów jechało po władzy a obecnie jest to już niemal powszechne. Bo hip-hop najczęściej opowiada albo o tym jak się jest zajebistym czarnuchem i ile to lasek zaliczyło na imprezie albo o tym jak ch**** jest w naszym mieście.

Run-D.M.C. – Run-D.M.C. (1984). O pierwszych krokach hip-hopu i Run-D.M.C. już pisałem w recenzji Raising Hell. Przyjrzyjmy się jednak z bliska debiutanckiej płycie, która pokazała, że muzyka rapowana może być nie tylko fajna dla czarnej młodzieży bo przy rytmach Run-D.M.C. bawił się również świetnie biały „rockowy” narybek. Głównie dzięki łączeni rockowych podkładów pod rapowanie Run’a i DMC. Kolesie o świetnym wizerunku czarnych skór, białych butów adidasa, łańcuchów i kapeluszy na stałe wpisali się w kanony muzyki rozrywkowej. Trzy pierwsze płyty nadały ton późniejszego rapu i przetarły drogę dla takich zespołów jak Beastie Boys czy też późniejszych gangsta bandów Public Enemy czy N.W.A. Można w sumie powiedzieć, że to od nich się zaczęło. Debiutancka płyta była innowacyjna, może bez wielkich hitów, które pojawiły się później (Walk This Way, It’s Tricky), ale miała to coś co podbiło w latach 80 serca amerykańskiej młodzieży i nie tylko. Do tej pory grupa mimo, że się rozpadła i pozostało żywych już tylko dwóch członków to traktowana jest z szacunkiem i jest rozpoznawana. Myślę, że warto sprawdzić dlaczego teraz w towarzystwie wyuzdanych lalek 50 cent liczy dolary w swoim hammerze.

Wu-Tang Clan – Enter The Wu-Tang (36 Chambers)(1993). Legendarna grupa ze Staten Island w Nowym Jorku i ich arcydzieło z 1993 roku to pozycja obowiązkowa dla każdego fana czarnych rytmów. Nie tylko dla dresików z bloku ale i każdego entuzjasty muzyki grupa Wu-Tang Clan powinna stanowić ogniwo porządnego hip-hopu. W składzie Ghostface Killah, GZA, Inspectah Deck, Masta Killa, Method Man, Raekwon The Chief, RZA, U-God i nie żyjący już Ol’Dirty Bastard. Każdy z nich w późniejszym czasie nagrywał świetne płyty solowe i robią to do dziś i są w dobrej formie. Początek lat 90 to okres pojawienia się gangsta rapu a Wu-Tang Clan to przedstawiciele mafioso rapu. Poza tym nastąpił powolny kres łączenia rapu z rockiem a czarna muza obrała własny kierunek. Debiut nowojorskiej grupy jest przepełniony świetnymi bitami (Shame on A Nigga, Tearz), kolesie nawijają o ciemnych stronach życia w Nowym Jorku „Who don’t pay they bills on time and fuck wit digital /Never seen, smoke a bag of evergreen” a cała płyta trzyma wysoki poziom i jest pełna wstawek z filmów kung-fu. Mamy tu też tak kultowe kawałki jak Protect Ya Neck, C.R.E.A.M. czy też Wu Tang Clan Ain’t Nuthing Ta Fuck Wit. Pojawiają się także różniaste skity z typową szybką murzyńską gadaniną, niektóre całkiem zabawne. Tą płytę trzeba po prostu znać.