Muzyczne podsumowanie roku 2013: Wydarzenia

wydarzeniaPostanowiłem powrócić do krótkiej formuły podsumowania wydarzeń z 2009 roku i zaprezentować 10 zdarzeń 20013 roku godnych tego by je przypomnieć. Nie mam kompetencji i nie chce mi się rozpisywać na temat tego jaki był ubiegły rok w kontekście muzyki. Tak będzie szybciej i sprawniej zarówno dla moich palców jak i Waszych oczu. Miłej lektury.

10. Słaby Ars Cameralis. O koncertach i festiwalach piszę poniżej, jednak osobne miejsce chciałbym zostawić festiwalowi Ars Cameralis. Niestety w porównaniu do poprzednich, wypasionych edycji w tym roku festiwal ten nie porwał. Miałem możliwość wybrania się na każdą imprezę Ars Cameralis. Jednakże z powodu słabego line-up’u wybrałem się tylko na dwie. Oh Land mnie co prawda zachwyciło, jednak  przedłużający się wieczór poetycki przed koncertem Trupa Trupy dał mi mocno w kość. Koncert muzyków z Trójmiasta poprawił mi humor, ale z powodu krótkiego występu radość ta nie trwała długo.

9. Koncerty, koncerty. W tym roku w Polsce można było zobaczyć sporo fajnych gigów. Do Polski zawitał m.in Paul McCartney, Trail of Dead, Beyonce, A$AP Rocky oraz Foals. Z festiwali wyróżniał się szczególnie line-up Openera, który przechwycił większość potencjalnych headlinerów OFFa (więcej na ten temat poniżej). Artur Rojek postawił w tym roku na stare gitarowe smęty oraz ciekawe debiuty. Żałuje, że nie byłem zobaczyć Wu-Tang Clan na Coke Live Music Festival. Tauron po raz kolejny zmienił profil i kusił w tym roku elektroniką w stylu Moderat oraz Jon Hopkins. Natomiast na Woodstocku wybuchowa mieszanka. Z jednej strony Big Cyc i Happysad, z drugiej Kaiser Chiefs oraz Anthrax.

8. Rok powrotów. W 2013 roku po dłuższych przerwach wróciło wiele zespołów i artystów. Poza My Bloody Valentines do udanych powrotów należy wpisać także Davida Bowiego oraz The Dismemberment Plan. Mniej udanie powróciło The Pixies w którym posypał się skład oraz Nine Inch Nails. Rok 2013 był szczególnie dla starych wyjadaczy. Tempa nie zwalnia Paul McCartney, natomiast nowa płyta Nicka Cave’a podbiła większość list podsumowujących.

7. Śmierć Wojciecha Kilara. To nie tylko wielka strata dla polskiej muzyki, ale całej muzyki (tej filmowej przede wszystkim). Wojciech Kilar stworzył muzykę do takich dzieł jak: „Śmierć i Dziewczyna„, „Dracula (1992)”, „Dziewiąte Wrota„, „Pianista” oraz „Królowie Nocy„.

6. Spotify w Polsce. Sporo namieszał ten szwedzki serwis. Przykładowo z sieci zniknął mój ulubiony blog z piracką muzyką – Dark Center of The Universe. Sposób słuchania muzyki ciągle się rozwija i pomimo tego, że nie jestem fanem streamów to sam ściągnąłem również Spotify. Na plus na pewno jest łatwy dostęp do wszelakiej muzyki, na minus reklamy (no chyba, że masz konto premium) i jakość dźwięku.

5. Muchy i ich odpicowana bryka. Pamiętacie jak Muchom odpicowali brykę? Fajne autko nawet im zrobili. Jednak pod koniec września w Poznaniu ktoś buchnął autko. Zrobiła się wrzawa na fejsie a samochód znalazł się następnego dnia. Zespół w ramach podziękowań zrobił imprezę i częstował wódką, na którą się nie załapałem. Z podobnych kryminalnych nowinek warto nadmienić skradzione laserowe ręce The Flaming Lips i gitarę Dinosaur Jr.

4. Nowa płyta Kanye Westa. Z tym „Yeezusem” to nie lada problem był. Jak to cholerstwo ocenić? Gówno czy arcydzieło? Innowacja czy dziadostwo? Początkowo byłem nastawiony nieprzychylnie, jednak z czasem zmieniłem zdanie. Mam nadzieję tylko, że za parę lat nie poczuje się oszukany. Najlepszy cytat związany z Kanye:

kanye

3. Line-up Openera. Ok, przyznaje – podobał mi się i ściskało mnie w tyłku, że tam nie jadę. W końcu miał być Kendrick Lamar, Miguel, QOTSA, Nick Cave, Blur, Tame Impala, These New Puritans i Animal Collective. A w dodatku dla openerowiczów miała zagrać dodatkowo Rihanna, ot taki bonusik. Sama śmietanka z fajnymi, nowymi albumami do odegrania na żywo. Pomimo tego wszystkiego kwestie finansowe i logistyczne okazały się ważniejsze. Aha line-up Primavery był znacznie lepszy, ale w kontekście koncertów i festiwali omawiam tylko nasz kraj.

2. Śmierć Lou Reeda. Zmarł 27 października w wieku 71 lat. Zapamiętamy go głównie dzięki jego działalności w The Velvet Underground i kapitalnym solowym płytom takim jak: „Transformer„, „The Blue Mask”, „New Sensations” czy też „New York”. A to tylko zalążek jego bogatej twórczości. Próbował też sił w filmie, jednak bez większego sukcesu. Wydawało się, że żyje pełnią życia. W 2008 roku ponownie się ożenił, trzy lata temu nagrał ostatni swój album we współpracy z Metallicą. Niestety jego organizm nie wytrzymał przeszczepu wątroby. Będzie nam brakować jego pięknych, gitarowych ballad.

1. Powrót My Bloody Valentines. Na „m b v” czekali wszyscy entuzjaści muzyki 22 lata. Oczekiwania były arcy ogromne. Na szczęście Kevin Sheilds z ekipą nie zawiedli. Co prawda sposób w jaki „dostarczyli” nam ten album pozostawia wiele do życzenia, ale kto by tam narzekał skoro materiał okazał się TAKI jaki chcielibyśmy usłyszeć. O tej płycie pisano wszędzie i  to same dobre rzeczy. W dodatku zespół ruszył w trasę i odwiedził po raz pierwszy Polskę. Ich koncert na Offie może nie był taki bosssowski, ale każdy chciał ich  usłyszeć na żywo.

Reklamy

OFF Festival 2013

offKolejna edycja OFFa już za nami a co za tym idzie pora podsumowań. Dla mnie to była już szósta przygoda z festiwalem organizowanym przez Artura Rojka lecz dopiero pierwsza w pełnym czterodniowym wymiarze. Jak było tym razem?

Before Party:

Na Before Party udałem się do Katowickiego Centrum Kultury. Wybrałem opcję najbardziej optymalną, ze względu na to, że w tym roku niestety Artur Rojek nie wcisnął w czwartkowe imprezy żadnej perełki, której nieobejrzenie zrywałoby mi sen z powiek jak miało to miejsce w latach wcześniejszych. Początkowo myślałem, że impreza odbędzie się na scenie przed budynkiem jednak po chwili odkryłem, że blisko dwu godzinny spektakl będzie miał miejsce w środku w sali z miejscami siedzącymi. Taka sceneria była odpowiednia do kameralnych i akustycznych występów A Band of Buriers i Patricka Wolfa. Poza tym możliwość oglądania na siedząco pozwoliło mi na większe skupienie po mocno męczącym i zabieganym dniu. A Band of Buriers zaprezentowali się całkiem przyzwoicie. Byłem zaciekawiony jak zabrzmi na żywo mieszanina angielskiego folkloru z poetycznymi, rapowanymi tekstami wokalisty. Zespół składający się z gitarzysty, perkusisty, skrzypaczki, klawiszowca oraz dwu-osobowego żeńskiego chóru pomimo widocznej niskiej średniej wiekowej zaprezentował się mocno dojrzale i profesjonalnie. Jednakże punktem centralnym był James P. Honey, który momentami pozwalał sobie na mały freestyle. Utwory z zeszłorocznego „Flith” brzmiały znacznie ciekawiej, zwłaszcza „Slides by”. Czekam na dalsze wieści o tym zespole.

Niecałą godzinę później zaprezentował się „gwiazdor” dnia, czyli Patrick Wolf. Koleś o nieokreślonej płci, ubrany w dziwne sukienko-spodnie ma całkiem sporą grupkę fanów w Polsce, która widoczna była również na koncercie. Towarzyszyła mu skrzypaczka oraz akordeonista, którzy momentami opuszczali scenę by Wolf mógł błyszczeć pełną mocą. Niestety nie było czuć chemii pomiędzy nimi. Sam występ był nudny jak flaki z olejem a ciekawie zrobiło się dopiero gdy Wolf zapomniał tekstu piosenki (specjalnie?). Pod koniec zrobiło się nawet śmiesznie, gdy pozwolił jednej z fanek śpiewać swoją piosenkę a chwile później czteroosobowa grupka robiła chórek. Było to show, którego niestety nie jestem odbiorcą.

Dzień I

Pierwszy dzień plenerowych zmagań rozpocząłem od koncertu wyczekiwanego przeze mnie Mikala Cronina. Niestety wczesna, jeszcze gorąca pora nie pozwalała mi wejść do dusznego namiotu Trójki. Mimo to sam koncert odbieram pozytywnie, było rockowo i po kalifornijsku. Cronin grał głównie piosenki z ostatniego albumu „MCII” dlatego nie zabrakło jego największych hiciorów takich jak „Weight” czy też „Change”. O 19:40 dotarłem pod scenę główną by zobaczyć Cloud Nothings. Autorzy chyba najlepszej indie rockowej płyty zeszłego roku dali występ pełen energii. Zagrane na żywo „Stay Useless” czy też „Fall In” zabrzmiały równie dobrze jak na płycie. Nie jestem pewien czy pojawiły się starsze piosenki gdyż setlista wydawała się mocno krótka. Trochę więcej się spodziewałem po kończącym koncert „Wasted Days”, który został rozciągnięty do granic możliwości byle tylko wypełnić do końca czas zaplanowany na występ grupy z Cleveland. Straciła przez to ta niezwykła piosenka swoją dynamikę i pazur.

wodeckiO 21:50 miał się zacząć koncert dnia i chyba całego Offa. Zbigniew Wodecki i grupa Mitch&Mitch odkurzyli materiał sprzed 37 lat. Chodzi o debiutancką płytę Wodeckiego o której sam autor nawet zapomniał, a szkoda bo to kawał dobrej muzyki, która przy mitchach dostała nowych kolorów. Sam Wodecki był w dobrej formie, jego wygląd nie zmienia się od lat a postawa wzbudzała tylko sympatię. W tłumie można było usłyszeć podśpiewki dwóch największych szlagrów Wodeckiego jednak po tym historycznym koncercie ludzie zapamiętają kolejną, odegraną na bis „Rzuć to wszystko co złe” z sielankowym na na na na na. Sprawdziłem również w jakiej formie utrzymują się Brytyjczycy z The Pop Group. Niestety zarówno jak na płycie tak i na żywo nie przekonali mnie do siebie. Dzień zakończyłem z gwiazdą dnia, czyli The Smashing Pumpkins. Grupa co prawa swoje lata świetności ma za sobą, jednak w ostatnim czasie odżyli za sprawą albumu „Ocenia”. I to z najnowszego krążka piosenki brzmiały najlepiej, zwłaszcza „Panopticon” czy też „Violet Rays”. Niestety sami muzycy nie porwali ogromnego tłumu a klasyczne utwory takie jak „Tonight, Tonight” nie były tak epickie jak by mogły być.

Dzień II

Drugi dzień festiwalowych zmagań rozpocząłem nieco później niż chciałbym. Niestety przez afrykańską temperaturę odpuściłem występ Trupa Trupa i załapałem się jedynie na końcówkę występu Bisza. Po szybkim ogarnięciu tematu spostrzegłem się, że załapałem się na ich najlepsze piosenki, które zostawili na koniec. O 17:00 na scenie leśnej rozpoczął się koncert jednej z najciekawszych rodzimych formacji – Ul/KR. Niestety to nie była właściwa pora i właściwa scena dla tego typu koncertu. Ludzie szukali cienia a cała psychodela znana z ich debiutanckiej płyty gdzieś się rozproszyła w suchym powietrzu. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało wieczorową porą w jednej z namiotowych scen, które mogłyby stanowić imitację zadymionego klubu. O 17:50 stawiłem się pod sceną główną, gdzie swój wystąp miało nowe oczko w głowie Sub Popu – Metz. Na każdej edycji Rojas stara się zaserwować nam coś hardkorowego i pod tym względem grupa nie zawiodła. Dla tych, którym było mało obiecali wrócić na jesień do Polski. Następnie udałem się na długo oczekiwanego w Polsce Jensa Lekmana. Niestety pojawił się ten sam problem, zła pora, zła scena. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało na leśnej, przy zachodzącym słońcu i pełnym akompaniamencie muzycznym. A tak dostaliśmy uroczy acz odegrany w połowie z kasety występ Lekmana w dusznym namiocie w piknikowej atmosferze (co akurat nie było takie złe). Szwed zaserwował nam mieszankę nowych utworów i tych z „Oh You’re so silent Jens”. Fanki nie czuły się zawiedzione. Kolejny występ tego dnia to The Walkmen grający na głównie. Po ich ostatniej, nudnej płycie spodziewałem się, że nie za wiele się wydarzy na scenie. I nie zawiodłem się. Kulminacyjny moment to odegrany gdzieś w środku „The Rat” a reszta koncertu była mocno przewidywalna aczkolwiek na swój sposób wciągająca za sprawą frontmana. Dla fanów zimnego i eleganckiego grania koncert mógł być nie lada gratką, niestety ja takiej muzyki słucham już coraz mniej.

walkmenGrający zaraz po amerykanach Skalpel był jedynym zespołem, którego wcześniej nie słuchałem. W tym miejscu muszę się wyspowiadać przed wami, że moja tegoroczna forma jest fatalna. Chodziłem na koncerty tylko tych, których wcześniej znałem. Przez cały festiwal nie poznałem niczego nowego oprócz wspomnianego Skalpela. Shame on me. Wracając jednak do polskiej grupy grającej psychodeliczną elektronikę to muszę przyznać, że był to występ miły zarówno dla oka jak i ucha. Wspaniałe wizualizacje z fragmentami filmów i teledysków grupy ciekawiły i dodawały kolorystyki, natomiast muzyka wprowadzała w trans. Był to spektakl nie gorszy od koncertów Kraftwerk. Ostatni koncert dnia to Godspeed You! Black Emperor. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że co roku reprezentanci post-rocku stanowią najważniejsze ogniwo line-up, jednak osobiście wolałbym więcej różnorodności przy doborze gwiazd dnia. Koncert GY!BE z pewności nie należał do najładniejszych do oka. Liczna grupka muzyków skryła się w ciemności sceny a do fanów dochodziły jedynie, potężne dźwięki z ich najnowszej płyty. Nie mam pojęcia ile zagrali utworów (ciężko było ogarnąć kiedy kończy się jeden a zaczyna drugi), ale można je policzyć na palcach jednej ręki. Mimo, że jak dla mnie brzmiało to zbyt cicho (wiadomo rekord głośności zarezerwowany był dla MBV) to mocno podobał mi się ten występ, który był idealnym zwieńczeniem tego gorącego i męczącego dnia.

Dzień III

Ostatni dzień offa zapowiadał się najbardziej hardkorowo pod względem must see. Maraton rozpocząłem od występu grupy Gówno na scenie Głównej. Wcześniejszy trening przed offem dużo pomógł punk-rockowcom, gdyż zagrali bardzo dobry koncert. Pod sceną zebrała się wierna grupa ultrasów Gówna a muzycy natomiast zrewanżowali się czystym punkiem. Maciej Salamon utrzymywał dobry kontakt z widownią a jego ironiczne wstawki wzbudzały uśmiech. Nie zabrakło mgły smoleńskiej, ale i uwag o polskiej młodzieży, która potrafi tylko pisać posty na facebooku. Grupa zagrała materiał z debiutu oraz ostatniej płyty „Czarne Rodeo”, szkoda tylko, że zabrakło rodeo punka na koniec. Aha wokalista wystąpił w koszulce The Kurws, Rojas wiesz co robić. Pięć minut po Gównie występował kolejny ciekawy polski projekt o nazwie Rebeka. Muszę przyznać, że utwory z „Hellady” znacznie lepiej zabrzmiały na żywo niż na albumie. Co prawda każdy w tym momencie szukał cienia w drzewach mimo to był to jeden z najlepszych występów, które widziałem na scenie leśnej. Kolejny występ to spore rozczarowanie. Mowa o Autre Ne Veut. Czekałem na ten koncert szczególnie, gdyż dobrego r’n’b jak i hip-hopu na offie wiecznie nie wiele. Niestety było tak sobie pomimo, że leciały same hity z „Anxiety”. Artur Ashin co prawda dał popis wokalny jednakże nie potrafił rozruszać widowni do tańca. Poza tym na minus wpłynęły: zerowy kontakt z publiką, zaduch namiotu no i muzyka w 90% puszczona z taśmy, oj nie podoba mi się to. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało na leśnej wieczorem przy pełnym zespole i efektownych światłach.

Molesta_OFF_Festival_bede_6205921Po Autre Ne Veut powróciłem na Scenę Leśną gdzie miał wystąpić zespół, który uratował muzykę gitarową. Oczywiście chodzi o kanadyjski duet Japandroids dla którego był to ostatni koncert na europejskiej trasie. Chłopaki udowodnili, że przy akompaniamencie samej gitary, perkusji i dwóch ryczących ryjów można zrobić niezłe rockowy rozpiździel. Setlista złożona z kawałków z ostatniej płyty i kilku starszych urozmaicona została pod koniec wstawką „Enter Sandman”. Nie zabrakło potu, pogo, gitarowych i perkusyjnych solówek. Ogólnie czad, gdybym był młodszy pewnie bym skakał pod barierkami. Po Kanadyjczykach na Scenie Głównej wystąpiła grupa Molesta, która miała odegrać swój debiutancki album „Skandal”. Warszawiacy dali jeden z najlepszych występów całego festiwalu. Album zagrany został w całkowicie nowej aranżacji przy pełnym zespole (była nawet trąbka!). Natomiast Pele, Włodi i Vienio rozbujali widownie i nawet mieli przy jednym utworze pogo. Próbowali zaśpiewać „Długość Dźwięku Samotności”, utrzymywali ciągły kontakt z publiką i byli w ciągłym ruchu. Przy odgrywaniu „Sztuki” w stronę sceny poleciały staniki (Pierwsze od 17 lat!). Nie jetem pewien czy zagrali wszystkie utwory ze „Skandalu„, gdyż grali je w innej kolejności niż ta na albumie. Pojawiły się natomiast inne utwory takie jak „Muzyka Miasta” czy też „Wszystko wporzo”. Po ciągłym machaniu ręką nie miałem sił by tłoczyć się na scenie eksperymentalnej podczas występu Thee Oh Sees. Jednakże nie mogłem odpuścić tego koncertu dlatego też przybrałem wygodną pozycję w oddali przed namiotem. Zaczęli mocno od utworów z ostatniego LP, było głośno i energicznie, czyli tak jak miało być. Zespół miał grać równą godzinę, jednak opuścił scenę po około 40 minutach (pomyłka czy celowo?). Wrócili jednak by dograć resztę czasu ja jednak już myślami byłem przy kolejnym występie na scenie głównej. Deerhunter zaczął mało ciekawie, mrocznie. Na szczęście rozkręcili się a Bradford Cox nabrał smiałości i nawet się rozgadał. Zdissował ruskich nas natomiast pochwalił za otwartość. Cieszymy się bardzo i zapraszamy ponownie! Setlista zawierała wszystko to co chciałem usłyszeć. Nie zabrakło genialnego „Desire Lines”, pocieszającego „Don’t Cry” czy też utworów z ostatniego longplaya „Monomonia”. Najlepsze jednak było na końcu, gdzie zaserwowali istny muzyczny szał. Po tym występie pomimo ogromnego zmęczenia chciało się więcej.

mykki blancoPo jedynej w tym dniu przerwie udałem się pod namiot gdzie miał wystąpić Mykki Blanco. W zamiarze miało być jedynie 20 minut by zdążyć przynajmniej na godzinę z gwiazdą całego festiwalu – My Bloody Valentine. W namiocie spędziłem jednak więcej czasu i były to najdziwniejsze minuty mego życia. Pierwsze dwa utwory odegrane przez innego rapera (również o niepewnej płci) miały rozgrzać przed występem Blanco. Nim to jednak nastąpiło na scenie pojawiła się dziwna czarnoskóra postać o niezidentyfikowanej płci ubrana w białą szatę i umalowana na biało. DJ w tym momencie puścił jakieś dwie przeróbki starych hitów? Nie jestem pewien. Postać ta natomiast świeciła dziwnym jasnym światłem prosto z jamy ustnej i dłoni! Wyglądała przerażająco niczym zombie i jednocześnie było w tym coś pasjonującego. Po tym pokazie pokazał się Mykki Blanco. Rapował, fristajlował, zagadywał, biegał w scenie w dziwnych białych majtach z podwiązkami? Co chwilę poprawiał długie, czarne rozpuszczone włosy. Koleś jest nie przewidywalny jednak przy jego „Wavvy” czy też „HazeBoogie” wszyscy dobrze się bawili. A zainteresowanie było ogromne, namiot wypełnił się po brzegi (Czego się nie spodziewałem ze względu na równocześnie grające MBV). Nie obejrzałem tego występu do końca gdyż chciałem zobaczyć druga połowę występu Irlandczyków. Na My Bloody Valentine faktycznie było głośno. W odróżnieniu do GY!BE Kevin Shields i ekipa postawili na światła i wizualizacje, szkoda tylko, że okazali się drętwiakami zakazując robienia zdjęć. Nie można odmówić im profesjonalizmu, na scenie wyglądali dobrze i energicznie. Odegrali najlepsze kawałki z legendarnego „Loveless” z „Only Shallow” na czele. Nie zabrakło także piosenek z ostatniej, nowej płyty „M B V”. Mimo to nie powalili mnie na kolana i zacząłem trochę żałować, że nie zostałem na Mykkim Blanco do końca. Zwłaszcza, że ten pod koniec występu rzucił się w tłum i stracił swoją cenną perukę! Z resztą raper został w
Polsce na dłużej, gdyż na jego profilu Facebook’owym można zobaczyć jak świetnie się bawił w stolicy. W ten sposób zakończyłem swoją przygodą z kolejną edycją Off Festiwalu.

Podsumowanie

Podsumowując Offa należy na pewno wyróżnić ogromną różnorodność występujących artystów i fakt, że festiwal ten jako jedyny w Polsce i nieliczny na świecie dyktuje pewne trendy w muzyce. Dzięki tej edycji poznaliśmy kapitalny debiut Zbigniewa Wodeckiego, który nie jest dla większości z nas jedynie kolesiem od Tańca z Gwiazdami i Pszczółki Mai. Na duży plus zasługuje pomysł organizacji spotkań z artystami w strefie Converse. Były one ciekawe i dodają festiwalowi uroku, gdyż nie jest to już tylko wyłącznie impreza gdzie pije się piwo i słucha muzyki. Kolejny mega plus za dobór filmów. Dzięki offowi poznałem zapomniany polski film z 1929 roku „Mocny Człowiek”. Poza tym na „plaży” można było także zobaczyć „Nóż w Wodzie” Polańskiego. Filmy były także wyświetlane na scenie leśnej, jednakże nie miałem okazji tego zobaczyć ze względu na późną porę pokazów. Po raz kolejny Kawiarnia Literacka kusiła dobrym doborem pisarzy i poetów a cała Dolina była obwieszona różnymi plakatami, które przykuwały uwagę na dłużej niż 2 sekundy. Na koniec pochwał chciałbym pochwalić Rojka za lepszy dobór polskich artystów. Pojawiły się ciekawe, rodzime debiuty takie jak: Trupa Trupa, Drekoty, Gówno, Rebeka czy też wyjadacze tacy jak wspomniany Wodecki, Skaplel i Molesta. Kiedyś był z tym problem bo notorycznie widziano te same polskie twarze z CKOD, Hey, Janerką na czele. Jest jeszcze wiele ciekawej polskiej muzyki, która zasługuje na pokazanie światu.

Teraz trochę zażaleń. Na początku chwaliłem festiwal za różnorodność, jednakże boli mnie nacisk na muzykę gitarową z post rockiem na czele. Scena główna przeważnie zarezerwowana jest na rockowych wyjadaczy a w moim odczuciu należałoby dać szansę więcej ilości młodym kapelom, które coś aktualnie wnoszą.  Poza tym za mało hip-hopu i r’n’b. Koncert Molesty i Mykki Blanco pokazał, że zainteresowanie tą muzyką jest coraz większe. Ogromny minus za nagłośnienie. To co działo się na Deerhunterze i Moleście nazwałbym Skandalem. Sprzęgało, szumiało, nie działały mikrofony. Na GY!BE było cichutko,  na innych scenach też ten dźwięk nie raz brzmiał nie tak jak powinien. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale skoro taki nagłośnieniowy laik jak ja słyszy, że nie jest dobrze to znaczy, że chyba coś zawiodło. Poza tym kwestie organizacyjne, pierwszy dzień to był jakiś koszmar. Kolejki po odbiór internetowego biletu, zacinające się karty zbliżeniowe, problemy na polu namiotowym (nie byłem, ale słyszałem narzekania) czy też problem z dostaniem się do jedzenia to najpoważniejsze przeszkody. Poza tym czy w tak upalne dni ta butelka z wodą jest tak ogromny niebezpieczeństwem dla uczestników? Dobrze chociaż, że strażak polewał wodę z hydrantu, dawało to ulgę. Mimo ogromnego zmęczenia festiwalem jestem zadowolony. To świetna okazja by poznać ciekawych ludzi, posłuchać dobrej muzyki i mile spędzić czas z najbliższymi. Za rok na pewno będę też.

Thee Oh Sees – Floating Coffin

Thee-Oh-Sees„Floating Coffin” to jedna z najmocniejszych gitarowych rzeczy wydanych w tym roku. W dobie miałkiego pitu-pitu grupa pochodząca z ciepłego San Francisco potwierdza tezę, że muzyka rockowa jeszcze się nie skończyła. A wszystko zaczęło się w 1997 roku. Wtedy jeszcze jako OCS nagrali 3 albumy, które należy traktować bardziej jako eksperyment i sprawdzenie siebie aniżeli poważne punkty muzyki noisowej. Następne dwie płyty” The Cool Death of Island Raiders” orazSucks Blood” nagrane jako The OhSees nie przyniosły grupie sławy i pieniędzy, ale stanowiły poważny krok w właściwym kierunku. Rok 2008 przyniósł znaczące zmiany. Ustabilizował się skład zespołu, który wcześniej mocno się zmieniał, małej korekcie uległa nazwa no i co najważniejsze Thee Oh Sees zaczęli nagrywać muzykę na tyle dobrą, że została zauważona przez właściwe media. Już album „The Master’s Bedroom Is Worth Spending a Night In” zyskał dobre oceny za sprawą materiału składającego się z 15 krótkich acz treściwych kompozycji gitarowych. W 2009 roku John Dwyer i ekipa nagrali album „Help”, który przez wielu uważany jest za najlepszy w ich dorobku. Ogólnie okres 2008-2013 okazał się dla rockmanów z San Francisco mocno płodny.

thee-oh-sees-floating-coffinNajnowszy krążek „Floating Coffin” pokazuje, że grupa wcale nie zwalnia tempa. O członkach Thee Oh Sees można natomiast śmiało powiedzieć,że przeżywają druga młodość. Materiał na tegorocznym LP jest energiczny, krwisty i istnie dziki. Na blisko 40 minut muzyki składają się elementy garage rocka, indie rocka a momentami muzyki noisowej i psychodelicznej. O tak sporo tu psychodelicznych fragmentów oraz całkiem niezłych gitarowych przesterów. Dodatkowego klimatu dodaje charakterystyczny i na swój sposób klimatyczny wokal 39-letniego Johna Dwyer’a. Płyta ma całkiem niezły opener w postaci utworów „I Come From The Mountain” i „Toe Cutter – Thumb Buster”, które zachęcają do sprawdzenia dalszych kompozycji. Z cała pewnością na uwagę zasługują takie utwory jak „Floating Coffin” czy też „Night Crawler” jednakże grupie nie udało się do końca uniknąć przewidywalności w swoich kompozycjach, które z czasem potrafią zmęczyć i znużyć. Na sam koniec natomiast Thee Oh Sees zaserwowali nam całkiem przyjemną balladkę „Minotaur”. Podsumowując band z San Francisco nagrał płytę dobrą, energiczną, gitarową acz przewidywalną i momentami nużąca. Niezmiernie rajcuje mnie myśl o ich występie na tegorocznym Offie, jednakże po zakończeniu festiwalu pewnie nie wrócę prędko do tego materiału. Ocena: 7/10.

OFF Festival 2014??

off2014Chyba każdy z nas, muzycznych entuzjastów co roku ma ogromną ilość życzeń koncertowych, które się spełniają albo nie. Oczywiście ta druga opcja jest znacznie częstsza jeżeli ma się szczególne wymagania. Któż z nas nie układał sobie w głowie line-up’u idealnego? Kto z nas nie pisał na forach, shoutboxach popularnych festiwali listy zespołów, które fajnie byłoby zobaczyć? Już za niedługo rozpocznie się kolejna edycja mojego ulubionego i jedynego na który jeżdżę regularnie festiwalu. Mowa oczywiście o OFF Festivalu, którego pomysłodawcą jest Artur Rojek. Jak co roku Rojas poskąpił artystów hip-hopowych, poszukał substytutów grup na czasie i dopełnił line-up legendarnymi wyjadaczami z kręgu post rocka. Jest na co czekać, ale jest i na co narzekać (jak co roku). Dlatego też postanowiłem stworzyć swój własny line-up OFFa 2014! O tak wybiegam w przyszłość. Nie będę ukrywał, że liczę na to, że Rojas przeglądając internety tutaj trafi i chociaż 5 % mojego zestawienia znajdzie się na przyszłorocznym offie.

Rozpiska na trzy dni festiwalu znajduje się poniżej. Na wstępie jeszcze kilka uwag co do spraw formalnych. Po pierwsze zakładam, że scena eksperymentalna i namiotowa będą znacznie większe by mogły pomieścić tej skali artystów, których tam wcisnąłem. Rozpiski zaczynałem od 16:10, przed nimi będą grać debiutanci itd. Aha i ostatni koncert na eksperymentalnej będzie poprzedzony odpowiednią przerwą.

Dzień I:

dzien1Dzień II:

dzien2Dzień III:

dzien3

Mikal Cronin – MCII

Mikal Cronin27-letni Mikal Cronin to artysta szczególny. Okie Dokie, Epsilons, Party Fowl, Moonhearts oraz przede wszystkim Ty Segall – to lista zespołów w których udziela lub udzielał się amerykański muzyki. Sporo tego, jednakże najistotniejsza w jego przypadku jest kariera solowa. Do tej pory zgromadził na swoim koncie dwa albumy. Debiut z 2011 roku o tytule „Mikal Cronin” nagrany został w estetyce garage rocka a momentami nawiązywał do radosnej muzyki lat 60. Płyta zebrała dobre oceny dlatego też nie musieliśmy długo czekać na jego kolejny krążek, który pojawił się 15 maja tego roku.

Z „MCII” spędziłem ostatnio sporo czasu i muszę przyznać, że to naprawdę świetna płyta. Mikal Cronin wciąż porusza się w rejonach garage rocka z elementami indie rocka. Momentami jest to typowy noise pop jak w „See It My Way” czy też „Turn Away” aczkolwiek jest tutaj sporo spokojniejszych chwil jak chociażby wspaniały, intymny i akustyczny „Don’t Let Me Go”. Generalnie cały album jest oparty na gitarach, które momentami przypominają chropowatość Dinosaur Jr. jak w „Shout It Out”. Jednak i nie zabraknie blusowych klawiszy w „Am I Wrong” czy też skrzypiec w singlowym „Change”. Całość stanowi całkiem przyjemny i efektowny album pełen energii, która jak ulał pasuje do ciepłych, słonecznych dni.

mikal-cronin-mcIISam Cronin muzycznie wydaje się być opanowanym geniuszem. Jednakże pomimo tego, że panuje nad każdą sekundą tej płyty to lirycznie chwilami okazuje się zagubionym, niezdecydowanym 27-latkiem, któremu brakuje planu na siebie. „Help me out, easy now I’m losing my mind / I’m just struggling to find, what I need to” – to na potwierdzenie, że nie blefuje w tym przypadku. Jednak pomimo tych rozterek typowych dla młodych osób to uważam, że Cronin zrobił tutaj ogromną prace. W odniesieniu do swojej poprzedniej płyty poczynił duży krok w przód. Mam nadzieje, że w najbliższym czasie niektóre media więcej czasu poświęcą mu aniżeli grupie Ty Segall. No i warto też wspomnieć, że kawałki z „MCII” będziemy mieli okazję przesłuchać live na najbliższym OFF Festivalu! Nie mogę się już doczekać, do zobaczyska pod sceną! Ocena: 8/10

10 koncertów OFF’a, których nie wolno przegapić

Znudziła mi się formuła „off’owych propozycji” dlatego też postanowiłem stworzyć jeden post, który będzie zawierał całą esencję zbliżającego się dużymi krokami off’a w postaci 10 zespołów, których po prostu NIE MOŻNA przegapić. Kolejność alfabetyczna. Zapraszam do lektury i czekam na wasze opinie.

autre-ne-veutSkąd pochodzi? Brooklyn (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z Arthurem Ashinem, zapaleńcem, który kursuje pomiędzy muzyką r’n’b a popem. I całkiem dobrze mu to idzie!

Lektura obowiązkowa: Autre Ne Veut ma na koncie dwa albumy: „Autre Ne Veut” z 2010 i tegoroczny „Anxiety”. Obydwa należąłoby przesłuchać z wskazaniem na ten ostatni, który jest po prostu fenomenalnym dowodem na to, że muzyka r’n’b przeżywa swój renesans.

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

cloudnothingsSkąd pochodzą? Cleveland (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z indie rockową formacją założoną przez Dylana Baldi’ego. Zespól istnieje od 2009 roku. Słynie z energicznego, żywiołowego grania. Nikt z członków załogi się nie opieprza, zwłaszcza perkusista. Indie rock to jedynie przykrywka, w ich muzyce słychać sporo noisowego, brudnego rzempolenia wymieszanego z przyjemnym lo-fi. Jeżeli chcecie się wyskakać i wykrzyczeć na koncercie to musicie być pod sceną główną pierwszego dnia festiwalu.

Lektura obowiązkowa: Do tej pory wydali trzy, równe albumy, ale to zdecydowanie dzięki ostatniemu „Attack On Memory” się wybili na szerokie wody.

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

deerhunterSkąd pochodzą? Atlanta (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z indie rockowym bandem, którego mózgiem i sercem jest Bradford Cox. Lider grupy słynie ze swojej zawziętości do tworzenia cholernie dobrych utworów. Nie ważne czy nagrywa je sam jako Atlas Sound czy też ze swoim zespołem. Możemy się spodziewać ciekawego show obfitego w elegancko zapakowane piosenki.

Lektura obowiązkowa: Należałoby się skupić na tegorocznym albumie „Monomonia”, jednakże warto także sprawdzić „Halycon Digest” i „Micorcastle”.

Odnośniki: allmusic.com

Godspeed You Black EmperorSkąd pochodzą? Montreal (Kanada)

Z kim mamy do czynienia? Z legendą post-rocka. Okres ich największej aktywności to lata 1998-2002. W 2010 roku powrócili po prawie 7 latach ciszy a w zeszłym roku wydali czwarty longplay. Możemy się spodziewać widowiska bogatego w brzmienie. Najkrótsza ich piosenka ma trochę ponad 6 minut, także można się spodziewać, że zagrają 4-5 utworów, które zmienią nasze życie.

Lektura obowiązkowa:Lift Your Skinny Fists Like Antennas to Heaven” a także zeszłoroczny „Allelujah! Don’t Bend Ascend”.

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

mikalcroninSkąd pochodzi? Laguna Beach (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z basistą Ty Segall, który poza działalnością solową może pochwalić się aktywnością w takich zespołach jak: Okie Dokie, Epsilons, Party Fowl oraz Moonhearts. Jak widać całkowicie poświęcony muzyce. Cronin jest reprezentantem zachodniego wybrzeża, dlatego możemy się spodziewać słonecznego garage rocka, który wraz z odpowiednią,gorącą pogodą doda offowi kalifornijskiego klimatu.

Lektura obowiązkowa: „MCII”

Odnośniki: allmusic.com

molestaSkąd pochodzą? Warszawa (Polska)

Z kim mamy do czynienia? Z Vieniem, Włodim i Pelsonem. To oni obecnie tworzą Molestę, aczkolwiek można przypuszczać, że w Katowicach pojawią się w szerszym składzie. Molesta to legenda polskiego hip-hopu, która ma na koncie wiele dobrych rapalbumów. Jednak na offie zaprezentują tylko jeden z nich, debiutancki „Skandal” z 1998. Z całkowitą pewnością nieźle się nastukamy.

Lektura obowiązkowa: W tym przypadku tylko i wyłącznie „Skandal”.

Odnośniki: allmusic.com youtube

mbvSkąd pochodzą? Dublin (Irlandia)

Z kim mamy do czynienia? Z twórcami Shoegaze. My Bloody Valentine to jeden z najważniejszych zespołów w dziejach muzyki nie tylko alternatywnej. Ich zasługi są nie do przecenienia. Mistrzowie w tworzeniu tzw. ściany dźwięku. W tym roku po ponad 20 latach przerwy wrócili z nowym LP. Idealna okazja by zaprezentować się na offie. Zdecydowanie najmocniejszy punkt line-up’u.

Lektura obowiązkowa: Wszystko

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

mykkiblancoSkąd pochodzi? Nowy Jork (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z raperem transwestytą. Nie stroni od kontrowersyjnych stroi, zachowań czy też make-up’ów. Jednakże muzycznie się broni, gdyż jest jednym z najzdolniejszych raperów w ostatnim czasie. Możemy się spodziewać wielu nietypowych scen oraz świetnej rapowej zabawy. Minusem tego wszystkiego jest to, że gra w tym samym czasie co MBV…

Lektura obowiązkowa: No cóż nie ma tego wiele, ale powinniście znać mixtape o wymownej nazwie „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ssa”

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

smashingpumpkinsSkąd pochodzą? Chicago (Stany Zjednoczone)

Z kim mamy do czynienia? Z legendą lat 90. The Smashing Pumpkins to jeden z najciekawszych przedstawicieli nurtu z pogranicza pop-rocka. Postacią wiodącą w zespole jest wokalista Billy Corgan, którego teksty zmuszają do refleksji. Wyspecjalizowali się w graniu psychodelicznych ballad rockowych, które silnie oddziałują na psychikę. Headliner dużego formatu, można spodziewać się tłoku pod sceną.

Lektura obowiązkowa: Zdecydowanie trzy pierwsze LP i ostatnia „Oceania”, która jest na bardzo dobrym poziomie.

Odnośniki: allmusic.com soundcloud

zbigwodeckiSkąd pochodzą? Kraków (Polska)

Z kim mamy do czynienia? Z dwoma żywiołami. Z jednej strony legenda polskiej muzyki popowej – Zbigniew Wodecki. Znany z „Pszczólki Maja”, „Zacznij od Bacha„, „Chałupy welcome to„, niezliczonych występów na Festiwalu w Opolu oraz Tańca z gwiazdami. Z drugiej najdziwniejszy polski zespół, którego liderem jest Macio Moretti. Nie przesłuchałem ich żadnej płyty, ale na żywo są bardzo oryginalni. To połączenie już kiedyś zaistniało na antenie radia Trójki, jestem arcyciekawy jak będzie to wyglądało na off’owej głównej scenie.

Lektura obowiązkowa: W tym przypadku debiutancki album Wodeckiego z 1976 roku „Zbigniew Wodecki”.

Odnośniki: youtube

Ławka rezerwowych: Na koniec jeszcze kilka nazw bez rozpisywania się, które także warto zobaczyć.

AlunaGeorge, Austra, Blondes, Drekoty, Girls Against Boys, Gówno, Japandroids, Jens Lekman, Rebeka, Solange, The Pop Group, The Walkmen, Thee Oh Sees, Trupa Trupa, UL/KR oraz Woods.

My Bloody Valentine – M B V

mybloodyvalentine„M B V” to album na który wielu fanów My Bloody Valentine czekało 22 lat. Kupa czasu, wiele się zmieniło od 1991 roku. W Milanie nie gra już żaden holender, telefony komórkowe nie mają antenek a muzyczna społeczność przeniosła się do internetu, gdzie rozproszona wyczekuje kolejnej wielkiej płyty, wielkiego zespołu. I doczekała się, bo My Bloody Valentine to bez wątpienia legendarny zespół. Pozostaje tylko pytanie czy „M B V” to wielka płyta?

Próbowałem sobie odpowiedź na to pytanie już po pierwszym zapoznaniu się z materiałem w lutym tego roku. Odłożyłem jednak ocenianie tej płyty a co za tym recenzję na później, by nie pisać na gorąco,  przemyśleć wiele spraw i oswoić się z tym co przesłuchałem. Drugim powodem odłożenia recenzji była chęć napisania czegoś innego, niż wszyscy na temat płyty. W internecie dominuje podobny schemat recenzowania „M B V”, to znaczy nikt nie wie od czego tu zacząć. Końcowa ocena jest jednak już wiadoma bez czytania. Minęło kilka miesięcy a ja wciąż jestem w tym samym punkcie. Dlaczego zatem biorę się za My Bloody Valentine? Otóż zespół Kevina Shieldsa będzie w tym roku jedną z gwiazd (jak nie największą gwiazdą) tegorocznej edycji OFF Festivalu. A jak wiadomo tradycją tego bloga jest przybliżanie artystów i ich płyt występujących na festiwalu organizowanym przez Artura Rojka.

mbvOk bez owijania bawełny. Nie będę tutaj wymądrzał się niezliczoną ilością mądrych słówek by zaimponować bezrobotnej klasie hipsterów po studiach europeistyki itd. Nie będę też mówił, że „M B V” to gorące gówno by w mniej wyrafinowany sposób zaimponować tej że samej grupie tyle, że po kulturoznawstwie i socjologii. Miałem nie mały problem z tą płytą, jak ją do cholery ocenić? Niby zespół gra to co zwykle, ale bez tej magii, która powstała na „Loveless”. Niby genialnie, ale jednak to nie jest to. Niby dziewiątkowy krążek, ale jakbym wystawił piąteczkę to czy ktoś by się pogniewał? Raczej starałem się znaleźć złoty środek tak jak zrobił to Shields idąc na kompromis przy nagrywaniu nowego materiału. Nie rozdzielałbym jednak natomiast „M B V” na jakiekolwiek części, ćwiartki itd. Fakt, że pomimo tego, że „Only Tomorrow” oparty jest na kapitalnej gitarze to album generalnie lepiej się kończy aniżeli zaczyna. Mimo to jest to jakaś pewna całość, którą dla mnie osobiście ciężko jakoś dzielić i porównywać.

Nacisk na detale w piosenkach to był dobry krok. Generalnie podoba mi się to co zaprezentowało My Bloody Valentine po 22 latach przerwy, szkoda tylko ,ze kazali na siebie tak długo czekać. Nie jestem pewien czy ten spory okres czasu pomógł nagrać płytę lepszą czy gorszą. W moim przypadku jak i pewnie znacznej części słuchacza nie udzieliła się tęsknota za następna płytą MBV, gdyż gdy „Loveless” miało swoją premierę miałem zaledwie dwa lata i nie rozumiałem co to shoegaze. Ten album po prostu funkcjonował gdzieś w podświadomości jako jedno najwybitniejszych dzieł muzycznych w ogóle. A o następcy od czasu do czasu dużo się mówiło. Generalnie jednak cieszę się, że zespół zdecydował się po tak długiej przerwie nagrać ” M B V” bo to dobra płyta, która jest czymś w rodzaju mocno udanego sequela. Ocena: 8/10.