Chromatics – Kill For Love

Włosi robią to lepiej?

Tak nazywa się nazwa wytwórni w której zostały wydane dwa ostatnie albumy grupy Chromatics. Słuchając ich nie mamy pewności czy ci włosi faktycznie robią to lepiej, ale na pewno robią to dobrze.

„Kill For Love” spodobał mi się od razu. Grupa z Portland w stanie Oregon wytworzyła na nim niesamowity nastrój smutku i melancholii, zawarty w niezłych, energicznych synth-popowych kawałkach. Poza typowymi elektronicznymi melodiami można się doszukiwać tutaj pewnych elementów post-punku i indie, natomiast te Italo-Disco, które znajduje się przy każdym opisie grupy odnosi się chyba tylko do wizerunku muzyków.

Album jest troszkę przydługawy i przez to nierówny. Szukając dobrych momentów na pewno trzeba zaznaczyć singlowe „Lady”, gdzie syntezatory poszły w ruch a zespół poszukuje odpowiedzi na odwieczne pytania zwracając się ku latom ’80. Ponad 8-minutowy „These Streets Will Never Look the Same” ma niezły wstęp i jeszcze lepszą końcówkę wyrwaną niczym z ostatniej płyty Junior Boys. Kolejny plus za fajną, synth-popową balladę „Candy”. Tytułowe „Kill For Love” zwraca na siebie uwagę głównie dzięki energii skupionej na tym tracku. Ah i zapomniałbym o oczywistej, oczywistość. Sam gitarowy opener, dodaje na prawdę fajnego klimatu.

Jednak idąc dalej (druga część albumu) utwory stają się coraz to bardziej rozciągnięte i instrumentalne. Stanowią zaprzeczenie dla działalności takiego Perfume Genius, gdzie aż się prosi by niektóre kawałki pociągnąć dalej. Tutaj jest na odwrót, niektóre momenty można było pominąć. Całość kończy 14-minutowy potwór „No Escape”, który spokojnie mógłby być soundtrackiem do jakiegoś filmu dokumentalnego pokazującego bezkres wszechświata. Mimo to „Kill For Love” zostawia po sobie całkiem przyjemne wrażenie. Warto posłuchać. Ocena: 7/10.

Off’owe propozycje część druga

W dzisiejszej części cyklu zapowiadającego artystów tegorocznego Off Festiwalu zwrócę uwagę głównie na jeden gatunek: hip-hop. W tym roku scena trójki będzie poświęcona czarnym rytmom. Muszę przyznać, że mocno ucieszyła mnie ta wiadomość! W poprzednik roku scena hip-hopowa była bardzo, bardzo, bardzo uboga. A apetyty na hip-hopowych artystów po występie Raekwona w 2010 były duże. Poniżej trójka reprezentantów muzyki rapowanej, którą będziemy mieć przyjemnościowy posłuchać w pierwszy weekend sierpnia.

Das Racist – Shut Up, Dude (2010). Mimo, że ich kariera rozpoczęła się cztery lata hitem internetu „Combination Pizza Hut and Taco Bell” to trójka raperów z Brooklynu jest już rozpoznawalną marką. Na koncie mają tylko jedną płytę „Relax” ze zeszłego roku oraz dwa mixtape’y z 2010, z czego jeden chciałbym przedstawić. Na „Shut Up, Dude” zespół zaskakuje nas niekonwencjonalnym oraz nowatorskim podejściem do tematu hip-hopu. Nowoczesność połączona z oldschoolowym minimalizmem bitów, przyprawiona sporym poczuciem humoru trójki nowojorczyków dała nad wymiar dobry efekt końcowy. Trzeba przyznać, że chłopaki są oryginalni i co najważniejsze wyluzowani. Czuć w tym radosnym rapowaniu pewnego rodzaju luz. Nie spodziewali się, że staną się sławni i przez to dziewczyny, które normalnie ich olewały teraz stoją pod barierkami na koncertach. Das Racist to jeden z tych hip-hopowych projektów, który trafia w każde gusta (Nowe Beastie Boys?) i jest idealna pożywka dla hipsterskiego narybku. To będzie dobry koncert.

Dominique Young Unique – Stupid Pretty Mixtape (2011). Za tym projektem stoi 19-letnia raperka Tampa Bay. Absolutna debiutantka, która jeszcze nie wydała żadnego albumu a jej twórczości można spróbować ściągając z jej strony internetowej mixtape’ów. Ja właśnie jeden, najnowszy zassałem ze sieci i uważnie przesłuchałem. Co od razu słychać na pierwszy rzut ucha? Ludzie porównują ją do Nicki Minaj i z pewnością mają rację, bo Tampa Bay to jedna z tych dziewczyn, które mają w spodniach jaja i nie boją się mówić brzydkich słów. Oczywiście to nie jest jeszcze tak wysoki poziom jak Nicki Minaj jednak słychać potencjał, póki co Panią Minaj przewyższa urodą. Przejdźmy jednak do samego Stupid Pretty Mixtape. Troszkę kuleje tutaj produkcja, te piosenki to nie jest jeszcze to co można wyciągnąć z możliwości Tampy Bay. Jednak trzeba pamiętać, że to dopiero mixtape wydany swoimi własnymi środkami. Wydaje mi się, że mamy do czynienia z przyszła gwiazdą r’n’b. Nicki Minaj póki co przeciera drogi tego typu muzyce w świecie mainstreamu jednak pojawiają się już pierwsze zdolne artystki, które chcą iść tą sama drogą. A Tampa Bay ma te cechy by móc zawojować rynki muzyczne, jest zdolna, młoda, ładna i ma rewelacyjną nawijkę. Przy dobrych wiatrach może się jej udać. Trzymam kciuki.

Shabazz Palaces – Black Up (2011). Sub Pop i hip-hop? Czemu nie? Właśnie dzięki tej wytwórni w 2011 roku Shabazz Palaces wydali swoją debiutancką płytę „Black Up”. Duet Ishmael Butler – Tendai ‚Baba’ Maraire udowadnia na tym wydawnictwie, że rapowanie to nie bezmyślne plucie wulgaryzmami a sam hip-hop to nie tylko złote łańcuchy, baseny i białe podkoszulki. Ta płyta jest specyficzna. Mroczne bity, psychodeliczny nastrój, nietypowe rymowanie. Jeżeli miałbym ich porównywać do jakiegokolwiek zespołu to byłby to Joy Division. I śmiało mogę powiedzieć o duecie z Seattle, że są oni Joy Division czarnej muzy. Ciężka i duszna atmosfera na „Black Up” jest momentami trudna w odbiorze jednak warto wsłuchać się w te brzmienia i wyłapać rożne nawiązania do muzyki spod znaku indie, których jest tu wiele. Na tym albumie nie ma hitów, jednak każdy utwór trzyma dobry, równy poziom. Największym plusem tego wydawnictwa wydaje się bogate brzmienie podkładów, które na prawdę tworzą świetny, mroczny i momentami transowy klimat. Żeby nie zrazić potencjalnych odbiorców Shabazz Palaces to dodam jeszcze, że chwilami jest melodyjnie. Yo.

Off’owe propozycje część pierwsza

Już od jakiegoś czasu Artur Rojek powiadamia nas o artystach, którzy się pojawią na tegorocznej edycji Off Festiwalu. Trzeba przyznać, że póki co jest całkiem nieźle. Już od dawna zachęcam wszystkich do udziału w tej imprezie. W tym roku nie będzie inaczej i w miarę na bieżąco będę przybliżał projekty, które pojawią się w sierpniu w Dolinie Trzech Stawów. Na początek zacznę od Battles, Swans oraz Sleep Party People.

Battles – Gloss Drop (2011). Ten rok zapowiada się eksperymentalnie. Battles idealnie tutaj się komponuje w układance Artura Rojka. Nowojorczycy grają już 10 lat, jednak do tej pory wydali dwa albumy. Najnowsza płyta wydaje się być lepsza od debiutanckiej, jednak różnicy sporej nie ma. „Gloss Drop” to 12 energicznych, świetnie brzmiących utworów. Moją uwagę przykuł głównie mistrzowskimi bębnami. Płyta ta to pokaz jak powinno się używać tego pięknego instrumentu. John Stanier dał na prawdę rewelacyjny popis swoich umiejętności. Jednak to nie jedyna zaleta tego krążka. Mimo, że jest on niemal instrumentalny to potrafi przykuć nasza uwagę. Słuchając „Gloss Drop” czas płynie tak samo szybko jak pałeczki uderzają w hi-hat. Czego możemy się spodziewać na koncercie? Powiem tak: Będzie się działo. Ocena: 8/10

Sleep Party People – Sleep Party People (2010). Zespół zagadka. Tak na prawdę nie wiadomo o tym duńskim projekcie za dużo. Ciężko jest coś wygrzebać z internetu konkretnego a sami muzycy na koncertach kryją się za króliczymi maskami. Jednak przejdźmy do strony muzycznej. Duńczycy mają jak na razie w dorobku jeden album, ale za to jaki! Na „Sleep Party People” utrzymuje się pewna aura tajemniczości (Co dla zespołów skandynawskich jest pewnego rodzaju przymusem). Melodie zawarte na tym krążku brzmią jak muzyczny zapis najdziwniejszych scen z filmów Davida Lyncha. Piękne, senne, elektroniczne nutki od samego początku uwiodły moje uszy. To może być jeden z tych klimatycznych, mistycznych koncertów, zawartość albumu sprzyja temu jak najbardziej. Trzeba im przyznać, że znają się na sprawnej obsłudze syntezatorów. Bo to co uchwycili na tej płycie chwyta za serce. Gdyby „Donnie Darko” został nakręcony w 2010 roku to Sleep Party People zapewne odnalazłoby się tam jako soundtrack. Ocena: 8/10

Swans – We Rose From Your Bed With The Sun In Our Head (2012). Swans to zespół legendarny. 30 lat działalności, dyskografia bogata w świetne albumy, prekursorzy tzw No wave. Dwa lata temu na nowo się reaktywowali i zaczęli koncertować. Artur Rojek tylko czeka na takie okazje. Na każdej edycji Off Festiwalu mamy okazje posłuchać zespołów legendarnych (Gang of Four, Dinosaur Jr., Primal Scream itd.). Tym razem Rojas zaproponował nam esencje eksperymentalnej muzyki zahaczającej o  post rock. Jak zespół będzie brzmiał na żywo? Możemy to sprawdzić poprzez przesłuchanie ich najnowszej propozycji zatytułowanej „We Rose From Your Bed With The Sun In Our Head”. Ta dwupłytowa kompilacja to zapis wybranych utworów zagranych na żywo. Osobiście za każdym razem podchodzą ostrożnie do tego typu wydawnictw. Traktuje je raczej jako ciekawostkę oraz miły dodatek do dyskografii zespołu. Na najnowszym albumie Swans znajdziemy najnowsze kawałki z ostatniego albumu studyjnego „My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky” jak i utwory starsze. Wykonania mimo, że są mocno rozlazłe i długie (Niektóre osiągają ponad 15 minut) to trzeba przyznać, że zespół na żywo brzmi mocno i nadzwyczaj dobrze. Nie spodziewałbym się żwawego i energicznego show a raczej ponad godzinnego koncertu bogatego w głośne, gitarowe brzmienia. Jeżeli na Offie zaprezentują się równie dobrze jak na płycie to możemy liczyć na udany gig. Tym czasem „We Rose From Your Bed With The Sun In Our Head” oceniam na 6/10.