10 najbardziej pamiętnych wpisów na Paweuu Alternativ

2Cóż, brzmi to dość mało skromnie i zalatuje sporą dawką megalomani. Jednak podejdźmy do tematu trochę z przymrożeniem oka. You know me! Megalomania i ironia to podwaliny tego bloga. Powróćmy jeszcze raz do tego typu rzeczy i przyjrzyjmy się, które moje wypociny najwięcej wzbudzają u mnie dumy.

Recenzja filmu „Lśnienie” (publikacja 23.11.2008). Film „Lśnienie” Stanleya Kubricka to arcydzieło największej rangi. To prawdopodobnie najlepsza ekranizacja książki i najlepszy horror zarazem. Jak z takim dziełem ma się zmierzyć recenzent? Wpadłem na ten pomysł 9 lat temu i do tej pory nieskromnie uważam, że był on ciekawy. Nie ukrywam, że inspiracją były recenzje na serwisie Porcys.

Zobacz Wpis

Recenzja „Merriweather Post Pavilion” Animal Collective (publikacja 02.02.2009). Serwis Musicspot.pl próbował swego czasu wyselekcjonować najlepsze teksty o muzyce w polskiej części internetu. Udało mi się tam załapać z moją dość interesującą i jak to nazwano „konkretną recenzją” albumu Animal Collective. P.S. Zwróćcie uwagę na komentarze. Można znaleźć tam wpisy od Szadiego, który dzisiaj jest lepiej znany jako Patrick The Pan.

Zobacz Wpis

Poradnik „Jak zostać Hipsterem? czyli kilka dobrych rad dla początkujących” (publikacja 11.08.2011).  W 2011 roku odkryłem, że zwykłymi recenzjami internetu nie podbiję. Swoją drogą lata 2011-2012 to moment kulminacyjnymi mojego bloga (Mam nadzieję, że jeszcze doczekam powtórki z tego okresu). Wpisem tym rozbiłem bank, gdyż jest to najpopularniejszy tekst na moim blogu. Ponad 80 tysięcy kliknięć to jak na moją miarę wynik całkiem niezły. Jednak nie o liczby chodzi, gdyż wciąż uważam, że ten naszpikowany ironią tekst jest na prawdę SPOKO.

Zobacz Wpis

Wpis ‚EMO” (publikacja 24.04.2007). Tym wpisem wypłynąłem na szerokie wody. Podjęcie popularnego tematu (na tamte czasy) pozwoliła mi zwiększyć grono odbiorców. Był to najczęściej komentowany wpis na blogu (78 komentarzy). Sam tekst nie stoi na wysokim poziomie, gdyż ma styl czysto „wikipedyjny”. Jednak przez sentyment wrzucam go do tego zacnego grona.

Zobacz Wpis

Muzyczne Podsumowanie Roku 2011: Listy Gości (publikacja 02.02.2012). Początek roku 2012 to gorący okres na blogu. Wpierw walczyłem o tytuł Bloga Roku 2011 w konkursie organizowanym przez Onet. Udało mi się załapać do finałowej 10 w kategorii Kultura, jednak do wygranej zabrakło mi uznania w oczach jurora – Michała Żebrowskiego. Michał, wstydź się! Jednak nie gniewam się, gdyż laureat z tamtego roku stał na dość wysokim poziomie. Druga sprawa to projekt do którego przymierzałem się od dłuższego czasu – podsumowanie roczne w oczach polskich muzyków. Do przemówienia udało mi się nakłonić Izę Lach, Microexpressions oraz The Kurws. Podsumowanie te realizowałem sukcesywnie do roku 2013. Kto wie, może jeszcze do tego wrócę?

Zobacz Wpis

Skuteczne strachaki, czyli 15 horrorów, które trzeba zobaczyć. (publikacja 30-31.05.2011). Pierwszy raz musiałem podzielić mój wpis na dwie części! Nie mniej od dawna kusiło mnie na stworzenie takiej listy, w końcu horror to mój ulubiony filmowy gatunek. Widziałem chyba wszystko. Swoją drogą, od jakiegoś czasu kusi mnie by zrobić taką listę, tylko, że TOP100!

Zobacz Wpis 1 / Zobacz Wpis 2

Zestawienie „10 najlepszych piosenek The Rolling Stones” (publikacja 22.12.2012). Z okazji 50-lecia istnienia Stonesów postanowiłem stworzyć ów zestawienie. Przyznam się szczerze, że nie przyłożyłem się do niego odpowiednio. Nie przesłuchałem całej dyskografii Jaggera i spółki. Obecnie ów lista wyglądała by inaczej, jednak jakimś dziwnym trafem to najpopularniejsza taka lista TOP10 na moim blogu.

Zobacz Wpis

Strona „O Autorze” (publikacja 11.04.2007). Niestety, ta publikacja już nie istnieje. Przynajmniej w takiej formie jak wtedy. Moje licealne przemyślenia na różne tematy cieszyły się ogromną popularnością ze względu na sporą dawkę ironii i humoru, który stał na dość fajnym poziomie. Trochę szkoda, ale w pewnym momencie chciałem by ten blog miał charakter stricte kulturalny i był bardziej poważny.

Zestawienie „50 Najlepszych utworów hip-hopowych lat 90” (publikacja 18-20.09.2014). Mocno napracowałem się przy tym zestawieniu. Swoją drogą to chyba ostatni raz kiedy przyłożyłem się tak mocno do wpisu na blogu. Poznałem wtedy wiele dobrej muzyki i jestem dumny, że udało mi się wyselekcjonować tak solidną 50-tkę.

Zobacz Wpis 1 / Zobacz Wpis 2

Wpis „Video Killed the Radio Star?” (publikacja 17.09.2012). Nie chodzi o sam tekst czy też wpis. Chodzi o inicjatywę! Próbowałem wtedy stworzyć własną audycję radiową, która jest moim niespełnionym marzeniem od dawna. Co prawda pomysł był fajny, jednak zawiodło wykonanie. Zbyt skomplikowana procedura uruchomienia radia nie pozwoliła mi na zbyt dużą szerzę słuchaczy. Oprócz brata, który słuchał w pokoju obok i żony, która chyba nie słuchała na 100% to w porywach było jeszcze dwóch słuchaczy. No cóż…. Szkoda. P.S. Podczas mojej audycji swoją premierę miała piosenka „Za” zespołu Drekoty.

Zobacz Wpis

A jakie moje wpisy najbardziej wpadły Wam do pamięci? Czekam na komentarze.

 

Muzyczne podsumowanie roku 2011: listy gości

Moje podsumowanie już za nami, przedstawiłem Wam listę teledysków, wydarzeń, singli oraz płyt. Jednak czym by były suche, dziennikarskie rankingi bez oceny poprzedniego roku dokonanej przez samych muzyków? Oto listy podsumowujące polskich artystów.

Michał Stambulski – wokalista i gitarzysta zespołu Microexpressions.

Z mojej perspektywy ubiegły rok upłynął pod znakiem przewagi popu, syntezatorów i brokatowego mainstreamu nad gitarami, folkiem i „niezależnością”. Poniżej lista moich ulubionych płyt z 2011.

Miejsce I, II i III:
J*DaVeY – New Designer Drug
Wyróżnienia (kolejność niezobowiązująca):
Beyonce – 4
Taprikk Sweezee – Poly EP
Oneohtrix Point Never – Replica
Rustie – Glass Swords
James Blake – James Blake
Internet – Purple Naked Ladies
Towa Tei – Sunny
Toro y Moi – Underneath The Pine
SBTRKT – SBTRKT
Perfume – JPN
Kanye West & Jay-Z – Watch The Throne

Iza Lach – wokalistka, autorka płyt „Już Czas” oraz „Krzyk”.

Top 5 singli 2011 (POP):

5. Keri Hilson – Loose Control.
4. Nicola Roberts – Beat of my drum.
3. Rihanna – You Da One.
2. Beyonce – Love on Top.
1. Robyn – Call your girlfriend.


The Kurws – jeden z najciekawszych debiutów poprzedniego roku.

Hubert:

Iceage „New brigade” (What’s Your Rupture?)
Pamiętam jak parę lat temu znajoma bywająca często w Kopenhadze opowiadała mi o świetnym zespole dwunastolatków. Żeby zagrać koncert musieli pytać o zgodę rodziców.  Do tej pory nie jestem pewien czy chodziło akurat o Iceage, bo takich grup jest tam co najmniej kilka, ale  słuchając „New Brigade” widzę te tłumy podchmielonych dzieciaków kotłujących się w przestrzeniach legendarnego Ungdomshuset. Budynek istniejącego ponad dwadzieścia lat centrum wiecznie młodej kontrkultury został wyburzony przez polskich robotników, bo duńskie i szwedzkie centrale związkowe solidarnie odmówiły udziału w rozbiórce. W kilku tysięcznych demonstracjach w obronie miejsca szły także wkurwione nastolatki. Jest bardzo prawdopodobne, że były tam także chłopaki z Iceage, bo mieszkając w Kopenhadze, a już szczególnie grając taką muzykę po prostu nie sposób było nie otrzeć się o to miejsce. „New Brigade” to album, który wszedł mi z opóźnieniem. Żeby wprowadzić człowieka w stan hipnozy też potrzebna jest chwila, a dla mnie ta płyta to właśnie hipnoza. Mimo, że kompozycje często są dzikie i nerwowe, to wokal i zimna produkcja nagrań powoduje, że słuchając jej mam wrażenie, że doświadczam czegoś w rodzaju narkoleptycznego zwolnienia. Iceage nie wymyślają prochu, bo to muzyka, a nie wyścig zbrojeń. Ich nawiązania wypadają świeżo i autentycznie. Zresztą wydaje mi się, że fenomen tego zespołu polega na tym, że fundując podróż wehikułem czasu zostawiają nas z wrażeniem, że to nie może dziać się naprawdę. Albo, że jesteśmy świadkami powstawania legendy, która – jak to często z legendami bywa – będzie miała dramatyczny finał.
posłuchaj

Deerhoof „Deerhoof vs. Evil” (Polyvinyl)
Ten zespół od zawsze sam nagrywa i produkuje swoje płyty nie zdając się na etatowych macherów od szołbizu. I bardzo dobrze, bo chyba nie ma dla mnie nic gorszego niż desperackie ciśnienie na sukces. Deerhoof się nie podkłada. Działa po swojemu, szuka świadomie i  znajduje własne rozwiązania. Niektórzy obwieścili, że tą płytą spuścili z tonu. Ta racja opiera się tylko na pozorach. „Deerhoof vs. Evil” to album popowy, którego świetnie słucha się już za pierwszym razem, ale trzeba posłuchać więcej żeby w pełni ujawnił się kunszt z jakim został skomponowany.  Dopiero wtedy pojawia się ta właściwa  przyjemność obcowania z całą masą kompozycyjnych i produkcyjnych zabiegów kryjących się pod powierzchnią infantylnych piosenek. Zespół jest konsekwentny, ale pod żadnym pozorem nie jest to betonowa konsekwencja polegająca na powielaniu wypracowanych przez siebie sztuczek. Zresztą – przecież tu nie o sztuczki chodzi, bo to kojarzy mi się raczej z popychaniem mniej lub bardziej wyrafinowanych banałów. Deerhoof na swoich płytach proponują artrockowe konkrety. To muzyka XXI wieku, która kompulsywnie próbuje przekroczyć samą siebie.
posłuchaj

The Dreams „Morbido”  (Kill Saman Records)
Album zdobył mnie od razu i z całym dobrodziejstwem inwentarza. Francuski duet o wyjątkowo oczywistej nazwie (że ktoś jeszcze na takie wpada?!) dobitnie nawiązuje do dokonań Siouxie and the Banchees, PIL czy wczesnego Tuxedomoon (echa genialnego No Tears z „Desire”) łącząc to w jakiś dziwny i nie do końca zrozumiały dla mnie sposób z surfowymi gitarami, wampirycznymi melodiami, afrykańskimi rytmami prosto z automatu perkusyjnego i karkołomnymi dubowymi wycieczkami. „Morbido” ma analogowe, zdezelowane brzmienie, które wygenerowane zostało za pomocą minimalistycznego instrumentarium i prostych zabiegów. To właśnie prostota decyduje o sile tej płyty. Co znamienne, mam nieodparte poczucie, że w Polsce zespół inspirujący się podobnymi historiami zapodałby co najwyżej kiczowatą i sterylną bułę. Nie napiszę więcej. Nie chcę być zapamiętany jako zdrajca narodowego interesu.
posłuchaj

Kuba:

Na wstępie muszę się przyznać do swojej kompletnej ignorancji jeśli idzie o muzykę tu i teraz. Zwyczajnie zakopałem się w starociach, nie śledzę, być może przeoczam i nie doceniam. Przykłady które podam pod nos podsunęły się same.

Najlepszym koncertem jakiego miałem przyjemność doświadczyć w zeszłym roku, był występ grupy SchnAAk w CRK – kolejny przykład na to, że myśl rocka progresywnego – o ile przepuszczona przez gości z otwartymi głowami – żyje i ma się dobrze.
Pozytywnym zapoznaniem w dziedzinie muzyki krajowej było zobaczenie Oli Rzepki, perkusistki zespołu Dre Koty w akcji. Nie widziałem żeby ktoś w Polsce tak grał! Choć muzyka dziewczyn nie ma z post-punkiem za dużo do czynienia, właśnie tak bym sprecyzował jej styl gry. Odnalazłem w nim swoje ukochane Liliput, the Slits, a z zeszłorocznych porównań już nie tak ukochane Wetdog.  Kolega z zespołu podrzucił skojarzenie z Katrin z the Ex.

Gówno „spowiedź umarłego”
„Jak oni to robią? Przecież to jest ekspresja nie z tej epoki!” – powiedział kolega z zespołu puszczając mi nowy teledysk zespołu Gówno. Po udanej podróbce szlachetnego punko-polo „Telewizor” z odjazdowym teledyskiem jakiego mógłby im pozazdrościć nie jedna lżąca z generała Jaruzelskiego banda aspołecznych popaprańców, przyszła pora na zmianę. Nadal w konwencji retro, nadal w duchu punkowym, ale już innym – zimno-falowym. „Spowiedź umarłego” ma „to coś” co wyróżniało słowiańską zimną falę. Wszystko jest na swoim miejscu: nie jest przesadnie mechanicznie – zapewne dzięki „gówniarskiemu” wokalowi Maćka Salomona przywołującym skojarzenie z wokalistą Nowo Mowy (kawałek „Dekoder” z tonpressowskiej składanki „Jeszcze młodsza generacja”), a jeszcze bardziej ze śp. Skandalem z Dezertera. Z drugiej strony nie jest też zbyt frywolnie, co jest zasługą nostalgicznego, dwuakordowego podkładu (niby automat perkusyjny + gitara + klawisze). Nie za bardzo wiem co sobie odpowiedzieć na pytanie o celowość projektów tak mocno stylizowanych na przebrzmiałe konwencje, ale w przypadku Gówna jest to zrobione na tyle przekonująco, że nie ciamkam tylko słucham.
posłuchaj

Taulard
Mieliśmy zaszczyt zagrać z nimi jeden z paru najlepszych koncertów na naszej przedostatniej trasie. Kwartet Taulard z francuskiego Grenoble to grupka młodych ludzi związanych z działającym tam od niedawna niezależnym miejscem La B.A.F. Teksty ich piosenek – z pozoru wesołych – traktują o podróżach, o uczuciach, o kolegach którzy wyjeżdżają do większych miast zostawiając protagonistów samych z beznadzieją małych miasteczek. Najdramatyczniejszy jest tekst utworu „31/12/00” – wspomnienie wypadku samochodowego, w którym samochód złamał się w pół („jak bagietka”).

Sercem zespołu jest wokalista, kompozytor wszystkich utworów, (trzeba wam wiedzieć że wszystkie kawałki są rozpisane na nuty, i to w ten sposób chłopaki się ich uczyli) jego rówieśnikiem jest klawiszowiec, a dalej średnia wieku już się znacznie zaniża. Najmłodsze w zespole (14-15 lat) jest rodzeństwo. Dwóch muzykujących bez opamiętania braci – basista i perkusista – jest kształconych muzycznie, co słychać. Punk-rock i szkoła muzyczna to bardzo odległe bieguny, kiedy już się stykają, zazwyczaj mieszanka jest karkołomna. Ja osobiście bardzo tą karkołomność lubię (stąd też cieszy mnie nowe wydawnictwo Oficyny Biedota, the Leszczers). Lubię obserwować w których miejscach, który biegun ustępuje. W tym wypadku ustąpiła punkowa ekspresja, na rzecz precyzji, lekkości. Co prawda takie definiowanie punk-rocka to rzecz dyskusyjna, bo we frankofońskim undergroundzie odnaleźć możemy więcej projektów o takiej ekspresji, a jednak w punk-rock się wpisujących, jak Rene Biname (z niepunkowych przykładów przychodzą mi do głowy artyści z kręgu R.I.O.: Debile Menthol, Etron Fou Leloublan, Ferdinand, Albert Marcoeur…), ale wydaje mi się że zarówno dla punkowych towarzyszy ze wschodu jak i dobrych ludzi zza oceanu – że się posłużę takim retro podziałem – jest to ekspresja z trudem akceptowalna. Przynajmniej z początku. W zasadzie ciężko mi odnaleźć argumenty za tym, co miało by – poza obiektywnymi kwestiami środowiskowymi – łączyć muzykę Taulard z punk-rockiem. A może argumenty nie są konieczne, może wystarczy popatrzeć na ich występy na żywo. Jest w nich pewna – i tutaj pewnie pozostanę już kompletnie niezrozumiany – punkowa skromność. Coś bardziej do poczucia, mniej do zrozumienia. Ale rock’n’roll to to nie jest.
posłuchaj

11 „gettokosmos” (Oficyna Biedota)
To musiało nastąpić. Potencjał Marcina Pryta jako tekściarza i oratora prosił się o rozwinięcie od lat. Prośby te zostały wysłuchane na zeszłorocznej, mojej ulubionej od czasów splitu ze Starymi Singers płycie rodzimej formacji Marcina 19 Wiosen pt. „Pożegnanie ze Światem”. Projekt 11 zdaje się, że z tej ostatniej płyty „dziewiętnastek” pośrednio wyprądkował. Oczywiście po drodze był jeszcze TRYP – w końcu w obu projektach prócz Marcina w składzie znalazł się Paweł Cieślak.

TRYP odebrałem jako ostateczne oderwanie od big-beatowej tradycji 19 Wiosen. To, co odświeżyło formułę zespołu na „Pożegnaniu ze Światem”, już w ramach projektu TRYP wyemancypowało się od niej kompletnie. Przyklasnąłem temu co odebrałem jako świadomy wybór, choć bez przekonania. Akurat tak rozumiana syntetyczność i niejaka „taneczność” rzeczonego projektu do mnie akurat nie trafia (wyjątek: teledyskowa wersja „Jedynej Symfonii”, z – jak to ujął kolega – „bachowskimi” pochodami w finale). Ale 11 to już kolejny stopień wyrafinowania. Mocne kwadratowe bity ustąpiły miejsca co najwyżej ironicznym rytmom syntetycznych podkładów perkusyjnych z banku pamięci keyboardu CASIO; dalej, w miejscu arbitralnych, stricte industrialnych zabiegów mamy abstrakcję szumów, w miejscu przyporządkowanych tyranii praw dynamiki pętli – raczej linearne, bliższe muzyce współczesnej myślenie o kompozycji.

Rockowy mimo wszystko sznyt TRYPa i nowego wcielenia „dzięwiętnastek” nie zdołał zdezynfekować ogarniętej postępującą gangreną nie-komercjalizacji muzyki „gettokosmosu” (brzmi szumnie więc zapraszam do polemiki, chciałbym się mylić). Jeśli od powyższych właściwości zdarzają się ustępstwa, to zawsze świadomie. Tak jak w opartym na techniarskim bicie hymnie „Państwo umarło” lub w naiwnym hicie disco lo-fi „Lala Lala” (jeśli ktoś pamięta split Dezertera z radzieckimi kapelami, na potrzeby wydawnictwa wrzuconymi pod wspólny szyld CCCP, być może podzieli moje skojarzenie). Kiedy słucham „gettokosmosu” przed oczami mam „Na srebrnym globie” Żuławskiego, „O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji” Szulkina (Krystyna Janda w roli Lala Lali), i masę niezidentyfikowanych scen z filmów o holocauście. O skojarzeniu z historiami Kafki nie będę się rozpisywał, bo i tak ktoś to zrobi za mnie. Proza, również ta science-fiction, nie jest moją dziedziną. Poprzestanę więc na ocenie, że połączenie futurystycznych tekstów Pryta (pesymistycznych acz nie pozbawionych całkiem słusznie zarzucanej mu ironicznej humorystyki a la Janiszewski z Bielizny) oraz kolaży dźwiękowych Cieślaka jest połączeniem spójnym – a więc udanym. Duetowi udało się obszczać całkiem spore terytorium wokół siebie, dzięki czemu ta pozornie klaustrofobiczna forma może być wylęgarnią jeszcze co najmniej kolejnych jedenastu proroczych historii, wykrzyczanych w twarz zbyt rozsiadłego w rzeczywistości III RP towarzysza dreptaka.

Oczywiście, trzeba się będzie jeszcze rozsmakować się w zapachu moczu. Trzeba zaakceptować trud przedostania się przez smród życia, którego obecności projekty w duchu 11 całe szczęście nie ignorują.
posłuchaj

Werner Cee
Nie było mi dane odwiedzić Kina Dźwiękowego w ramach Kongresu Kultury we Wrocławiu a szkoda, bo chcąc wspomnieć o Wernerze Cee posiłkuję się samym Soundcloudem. Artysta ten ma w sobie urzekający luz – co w kręgach akademickiej elektroakustyki jest dla mnie nowością. Jest jak Cpt. Beefheart z laptopem. W swoich słuchowiskach i kompozycjach poza dźwiękami przechwyconymi skądinąd wykorzystuje gitarę basową i głos. Zdarzają mu się nieco alergicznie przyjmowane przeze mnie romanse z rockiem, ale w tym co przesłuchałem dominuje muzyka ocierająca się o field recording. I w taki sposób chce myśleć o Wernerze Cee. Jest akademikiem z otwartą głową i dystansem, a nie pretensjonalnym, prog-rockowym safandułą.
posłuchaj

Od Autora: To koniec podsumowań roku 2011. Chciałbym z tego miejsca serdecznie podziękować Izie Lach, Michałowi Stambulskiemu oraz Hubertowi i Kubie z The Kurws za swoje autorskie podsumowania. Za rok znowu się odezwę 😉

Polish Power – rok 2011 w polskiej muzyce

Rok 2011 to był naprawdę dobry rok dla polskiej muzyki. W poprzednich dwunastu miesiącach można było usłyszeć sporo dobrej, fajnej i ciekawej muzyki. Mimo, że przeważnie opisuje zagraniczne dokonania to zawsze kibicuje naszym rodowitym muzykom. Oto jak wyglądał poprzedni rok w wykonaniu naszych orzełków .

Zacznijmy od  muzyki gitarowej. Rok 2011 to przede wszystkim dobre powroty paru, dobrze znanych nam zespołów. Przeze mnie najbardziej wyczekiwana była nowa płyta zespołu Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. „Karmelki i Gruz” okazały się jednym z najlepszych płyt jakie dane było mi usłyszeć poprzedniej jesieni. Marcin Zagański i reszta ekipy z Nowego Dworku pokazała się z bardzo dobrej strony, nagrywając album wciągający i przede wszystkim bardzo dobry. KDZKPW to jeden z tych zespołów, który jeszcze nigdy nie zawiódł moich oczekiwań. Na jesień powrócił również Cool Kids of Death. „Plan Ewakuacji” traktowałem raczej jako ciekawostkę i byłem po prostu tylko ciekaw co zaprezentuje zespól tym razem, jaki kierunek obierze? Okazało się, że bardziej popowa twarz pasuje do Krzyśka Ostrowskiego i reszty łódzkiego bandu.

Całkiem przyjemnie słuchało mi się również drugiego albumu zespołu Renton.Warszawski zespół tym razem w języku polskim udowadniał na „Niech wszystko stanie sie lepsze”, że granie indie dalej jest cool. Poza tym Muchy wypuściły na koniec roku fajny singiel „Nie przeszkadzaj mi bo tańczę”, który promuje nowo nadchodzącą płytę. Singlowo zaprezentowały się również Ścianka i The Car is On Fire, będziemy czekać z pewnością w 2012 na płyty tych wykonawców. Dobry powrót zaliczył również Psychocukier a ich „Królestwo” zostało dobrze przyjęte przez media zajmujące się muzyka niezależną. Rok 2011 to także powrót po pięciu latach grupy Myslovitz. Dla mnie osobiście Artur Rojek nie jest już muzykiem a głównie organizatorem OFF Festivalu. Poza tym mysłowicka grupa już mnie tak nie „jara” jak to było jakieś 6 lat temu. Mimo to „Nie ważne jak wysoko jesteśmy…” wydaje się być lepszą płytą niż poprzednie „Happiness is Easy”. „Lie In Wait (EP)”  to kolejny powód by kibicować i trzymać kciuki za zespół Microexpressions. Panowie, czekamy na długogrający album.

Pora na debiutantów. Z pewnością na wyróżnienie zasługują dwa projekty. Po pierwsze Nerwowe Wakacje, które są braterskim paktem muzyków The Car is On Fire, Afrokolektywu  oraz Kolorofon a po drugie The Kurws. Pierwszy z nich nagrał rewelacyjny „Polish Rock” natomiast drugi wywołał u mnie dużo pozytywnych reakcji albumem „Dziura w Getcie”.

Przejdźmy teraz do muzyki popowej. W niej również wiele się działo. Najlepszym albumem w tej materii z pewnością jest dla mnie „Krzyk” Izy Lach. Dla młodej wokalistki jest to drugi krążek w dorobku. Musze przyznać, że tą płytą urzekła mnie i wręcz oczarowała. Cukier dla uszów. Z dobrej strony zaprezentowały się debiutantki Dziun i Marina Łuczenko. Debiutancki krążek pierwszej z nich „A.M.B.A.” to lekki, bezpretensjonalny zbiór piosenek łączących w sobie osiągnięcia popu i alternatywy. Natomiast na „Hardbeat” pojawiają się zarówno motywy typowe dla teen-popu jak i electro. Dobra płyta na imprezę. Wciąż nie doczekaliśmy się nowego albumu Edyty Bartosiewicz, ale dostaliśmy w zamian fajną piosenkę „Witaj w Moim Świecie”, która promowała nowego Kubusia Puchatka. Kolejną płytę za to zaprezentowała Ramona Rey, jednak „3” wydaje się być łakomym kąskiem jedynie dla fanów twórczości artystki. Warto jeszcze tutaj wspomnieć o Ani Rusowicz i jej dziele nazwanym po prostu „Mój big-bit”. Jest to ciekawa pozycja nawiązująca do twórczości jej mamy Ady Rusowicz oraz mająca w sobie nutkę nowoczesności.

Na koniec zostawiłem sobie podsumowanie polskiego hip-hopu. Tutaj bezapelacyjnie rządził Ten Typ Mes, który wydał najlepszy album hip-hopowy. „Kandydaci na Szaleńców” zawiera w sobie świetne nawijki Mesa, który wznosi się na wyżyny. Z podkładami było różnie, jednak przy tak dobrym materiale i genialnych wersach Mesa jest to mniej istotne. „Prewersje” Fokusa również zasługują na wyróżnienie. Nie tylko dlatego, że sympatyzuje z śląskim raperem. Przede wszystkim za rewelacyjne podkłady stworzone przez Lukatricksa oraz charyzmę Fokusa. W zeszłym roku powrócił również Łona. Szczeciński raper przy pomocy Webbera wydał „Cztery i Pół”, który może nie miażdży systemu, ale wydaje się być ciekawą pozycją dla studentów i licealistów. Ciekawy materiał zaprezentował duet Sokół i Marysia Starosta na „Czysta Brudna Prawda”.

Godnych uwagi polskich płyt z pewnością jest więcej, jednak te wyżej wymienione stanowią pewną esencję roku 2011. Mam nadzieje, że nowy 2012 rok będzie równie obfity w dobre, rodzime produkcje. Tego życzę sobie i Wam.

Muzyczne Podsumowanie Roku 2010: Single

Część trzecia naszego podsumowania zeszłorocznego to zestawienia 20 najlepszych singli, które bawiły moje ucho w ostatnich 12 miesiącach. Nie brakowało w tym roku fajnych produkcji, które teraz doceniam. Dawaj!

20. Microexpressions – Festival. Tegoroczne odkrycie prosto z Jeleniej Góry. Festival zachwyca nas przede wszystkim swoim urokiem indie fajnej piosenki, która przywraca wspomnienia lata 2007 nad morzem. Słonecznych dni, podróż zapełnionym pociągiem, spodnie w kratę a w słuchawkach Car is On Fire.

posłuchaj

19. Toro y Moi – Talamak. Chaz Bundick to skurczybyk jeden. Wydał w tym roku świetną płytę z takimi hiciorami chillwave’u, że nikt nie podskoczy, choć paru wciąż próbuje. Tą drogę wybiorą młode zespoliki, które będziemy zapewne oglądać na przyszłorocznym Offie. Słuszny kierunek.

posłuchaj

18. Kanye West – POWER. To nie jedyny utwór Kanye z pompą i odpowiednim rozmachem na My Beautiful Dark Twisted Fantasy, jednak wyróżnia się spoko nawijką pana Westa do odpowiedniego podkładu oklasków, tupania i innych okrzyków. Słuchając tego kawałka wydaje ci się, że palisz fajkę pokoju z wodzem. Jeden z mocniejszych momentów nowej, na serio dobrej płyty. Ogarnijcie moment 3:24, kiedy to fajnie wycisza się utwór do całkiem spoko syntezatora.

posłuchaj

17. Efterklang – Modern Drifts. Opener z Magic Chairs poraża spokojem i melodyjności wyrwaną niczym z debiutu Menomeny. Rekomendacja Rojasa w pełni zasłużona. Efterklang ogólnie charakteryzują fajne bębny i ciekawe, lecz proste melodie. Tego nie zabrakło w Modern Drifts. Dodatkowo uszy cieszą się zgrabnymi skrzypcami.

posłuchaj

16. Kamp! – Heats. Odkrycie ubiegłego roku, zwłaszcza za sprawą tego singla na kótrym czuć świeży powiew elektroniki i ciekawych brzmień. Kolesie hype’owani ostatnio przez Krzysia Ostrowskiego z kulek, ostatnio jeździli po Polsce z póki co sławniejszym zespołem z Łodzi Cool Kids of Death. Słyszalne inspiracje latami 80 i ostatnimi osiągnięciami w gatunku typu Cut Copy. A Pan Tomek daje się poznać jako ciekawy wokalista. Ciekawi mnie to co wydadzą w nowym roku, Łódzka scena muzyczna zmienia się z punk rockowej w fajną, interesującą scenę popowych, elektronicznych piosenek. Zdecydowanie jestem na TAK.

posłuchaj

15. The Count & Sinden feat. Mystery Jets – After Dark. Ten hicior rządził zeszłego lata na parkietach. Jeżeli nie to powinien bo kawałek ma wszystko by wymiatać. Jest energiczny i dobry, w sam raz by się przy nim bujać. After Dark to Kokomo 2010 roku, mamy luzacki syntezator na początku, fajną gitarkę, „We’ve never had a heart to heart, bu You still call me up after dark” i te okrzyki yeah yeah yeah na końcu. Tak się robi taneczne szlagiery, a Mystery Jets są w sumie znani z tego, że single potrafią robić świetne. Pamiętamy taki Two doors Down albo Youn Love z Panną Marling na featuringu, które zasłuchiwaliśmy jakiś czas temu.

posłuchaj

14. These New Puritans – White Chords. O These New Puritans już pisałem parę razy, lubię tych angielskich blokersików, oni nie przynudzają. Dużo fajnych bębnów mają poza tym. A White Chords dla mnie osobiście najmocniej wyróżnią się z całego nowego albumu Hidden. Z tym utworem będą mi się kojarzyć wczesno wiosenne dni zeszłego roku.

posłuchaj

13. Broken Bells – The High Road. Miałem w zamiarach pisać reckę, całej płyty, ale skończyło się tylko na zamiarach. Już raczej tego nie zrobię, więc napiszę coś tutaj. Miałem coś tam wspomnieć o zasłyszanych skojrzaniami z kimś, inspiracjami itd, ale już nie pamiętam. Bo niby dobre to, ale słabo wpada w ucho na dłużej. Poza openerem, który jest pierwszą najlepszą piosenką na płycie i zarazem ostatnią. Ta melodia zostaje na dłużej w głowie. Na prawdę dobra piosenka,  z dzisiejszego punktu widzenia w pewnym sensie oldschoolowa.

posłuchaj

12. Brodka – Szysza. Zmiana repertuaru na ambitniejszy wyszedł Monice na dobre. Nie rezygnując z ciupagi i ludowych wzorców dodała ciut indie popu i elektroniki. Trochę za dużo skojarzeń z Nosowską, ale Szysza jest zarąbistą piosenka o kwiatach, wstążkach. Grandę chwaliłem już zaraz po debiucie. Słuchając tej piosenki mam rozum jak po głębszych dwóch. Umarła komercyjnie, ale wygrała muzycznie, już jej nie puszczają w RMF FM. Należy docenić.

posłuchaj

11. Kanye West – Runaway. No kurtka, trzeba jednak przyznać Kanye Westowi, że zeszłoroczny album jest bardzo dobry, a Runaway jedną z lepszych piosenek ostatnich 12 miesięcy. Ok tekst nie poraża, ale jeżeli ktoś nie zna angielskiego to i tak nie skuma. Poraża natomiast to brzmienie. Zawsze lubiłem pana Westa, ale za jego muzę. Te murzyńskie przechwałki, złote buty i wielkie, puste gale zawsze mnie wnerwiały. Jednak potrzeba nam takiej muzy, muzy wielkich. Skumajcie sukces Lady Gagi, ludzie tego oczekują. I Kanye West im to daje. Łączy takim Justinem Vernonem, Raekwonem, Kidem Cudi. Go West.

posłuchaj

10. Muchy – Przesilenie. Z muszkami to my już  sobie możemy mówić na „Ty”. Choć Notoryczni Debiutanci ciut rozczarowują względem Terrorromansu a w odniesieniu do takich hitów jak Miasto Doznań czy Najważniejszy Dzień te piosenki nie mogą się równać. Natomiast Przesilenie jest najfajniejszą gitarową piosenką, która wyszła w zeszłym roku na naszych ziemiach. Pamiętne pierwsze ciepłe dni, zmiana obuwia zimowego na letnie i śmiganie po ulicy a na słuchawkach Wiraszko wołający „Wszyscy idziemy na plac wolności by tam zapomnieć dobre rady”.

posłuchaj

9. Uffie – First Love. O miłosnych zwierzeniach piosenek nigdy mało. Uffie na którą czekaliśmy 4 lata wydała album z pełna ilością przebojowych utworów i tam znalazł się między innymi ten utwór. Z całego First Love najbardziej chyba uwielbiam moment 3:35 z pamiętnym „Mhm You Did”.

posłuchaj

8. Robyn – Dancing on My Own. Najlepszy utwór szwedki ze wszystkich części Body Talk. Brzmi to nieźle i jest takim popem jakiego oczekuje, miłym dla ucha, pozwalającym na chwile relaksu i mający coś co odróżnia go od innych, słabych papek radiowych. Ogólnie ten rok w moim słuchaniu muzyki można podzielić na dwie części: jedna popowa a druga klasyka gatunków. Poznawanie nowości i tego co powstało kiedyś ale nie do ocenienia jest wpływ na to co grane jest dziś. Co do Robyn to zasługuje na oklaski.

posłuchaj

7. The-Dream – Love King. R&B to nie żadna Rihanna, Beyonce ani tym bardziej nowe oblicze Eminema. The-Dream wydał w poprzednim roku dobrą, choć trochę przydługą płytę Love King. Tytułowy opener jest fajną piosenką o zajebistych hookach i poczuciem luzu. Zakładam białe adidasy, ciemne okulary i moją skórzaną błyszczącą kurtke i śmigał na miacho. yoo. spradzcie też remix z Ludacrisem. yo yo

posłuchaj

6. Cold War Kids – Audience. To był pierwszy fajny singiel z tamtego roku, który usłyszałem i od razu wiedziałem, że za rok o nim wspomnę. Do Nathana Willetta i ekipy zawsze miałem słabość i tym razem także udało im się uwieść moje ucho fajną, prostą, melodyjną piosenką. Słuchałem jej w zimne styczniowe dni jednocześnie będąc myślami przy ciepłych plażach i niezapomnianych wakacjach. Audience mam nadzieje, że zapowiada kolejną fajną płytę grupy, którą będę mógł się już cieszyć w 2011 roku.

posłuchaj

5. Sky Ferreira – One. 18-letnia Sky Ferreira jest autorką jednej z lepszych popowych piosenek tego roku. Mimo młodego wieku słychać w tym dojrzałość tworzenia przebojów. One jest tą piosenką lata 2010, która najfajniej mi się kojarzy. Idealnie komponowała się do rozpędzonej srebnej strzłay, którą przemierzałem śląskie drogi. Trzymam kciuku i wyczekuje dalszych kroków w nowym roku. Urzekła moje uszy swoim delikatnym głosikiem i wyczuciem melodii. P.S. Śpiewanie do żarówki takim samym odkryciem jak rapowanie do meczety.

posłuchaj

4. Toro y Moi – Minors. Ciężko by zabrakło tego pana w czołówce zestawienia singli. Cichutki wokalik, fajny podkład. Kurde ten utwór wywoływał u mnie ciarki na plecach. Nie zmieniło to mojego życia może, jednak miejsce w zupełności zasłużone za te wszystkie dźwięki, które zostały skupione ponad 3 minutach. Minors dla mnie jest najlepszym utworem z Causers of This a na żywo brzmiał równie zajebiście jak na płycie. Nie tylko ja się zachwycam: „just heard it ova 98.1 kentucky radio, and luv it!!! YA DIG..dis iz whatcha cruise wit”.

posłuchaj

3. Uffie – ADD SUV. Podoba mi się to jak Uffie nawija o tym, jak była na imprezie, obudziła się i nie pamięta gdzie była. Dodatkowo fajnie w tym wszystkim odnajduje się muzyczny plankton Pharrell Williams, który wspomina o filmie Memento. Dodajmy do tego spoko bicik w tle i uroczy głos Anny Katarzyny Hartley. Ogólnie z Sex Dreams and Denim Jeans można by zestawić połowe mojego podsumowania, ale ADD SUV dzięki fajnemu imprezowemu klimatowi i udziałowi Pharrella znalazło się najwyżej.

posłuchaj

2. Foals – Spanish Sahara. Po tych panach to nigdy bym się nie spodziewał, że zmiażdżą, zdepczą, skopią moje serce wrażliwe na takie melodie. Total Life Forever jest całkiem, dobrym albumem jednak to piosenka numer 5 wzbudza najwięcej emocji. Utwór jest całkiem długi (6:49), ale upływa w mgnieniu oka i dzieli się jakby na dwie części. Wpierw budowanie napięcia, które zaczynają się od niemal całkowitej ciszy, szepczącego wokalu. Spokojna perkusja, która z czasem nabiera coraz większego tempa. Syntezator wprowadzający mnie w ten zaniepokojenia. Na to też się składa wokal. gitara dalej sobie fajnie plumcze. I następuje punkt kulminacyjny w okolicach 4:12. Wybuch. Wtedy wpadamy w trans, ta gitara robi ze mną co chce. Zajebiste perkusyjne przejścia. I tak do 5:55 by nagle ucichł wokal a tempo zwalniało jak dojeżdżający pociąg do stacji kolejowej. To była niesamowita podróż, która chce się powtórzyć.

posłuchaj

1. Yeasayer – ONE. Kolejna piosenka numer 5, tylko, że z albumu Odd Blood. Jest to chyba najbardziej efekciarski, przebojowy, rażący melodią, intensywnością, zajebistościa utwór jaki usłyszałem w poprzednim roku. Żadna sekunda, żadna melodia, żaden dźwięk nie jest tu zbędny, nudny. Wszystko gra na 102. Cały album nie jest niestety tak dobry i ogólnie jest gorszy od debiutu chłopaków. ONE jednak od pierwszej sekundy do ostatniej trzyma równy, dziesiątkowy poziom. Te ponad pięć minut słuchania doprowadza do pojawienia się uśmiechu na twarzy, tupania nóżką i wywoływania naszych zakopanych najskrytszych marzeń gdzieś pod myślami codziennego życia.

posłuchaj