Tauron Nowa Muzyka Festiwal – Zapowiedź

tnm_logo-2016-01Już jutro (18.08 – 21.08) rusza kolejna, XI edycja Tauron Nowa Muzyka Festiwal. Jako, że będę miał okazję w tym roku uczestniczyć w imprezie, chciałbym naświetlić najważniejsze informacje dotyczące festiwalu.

Czas i miejsce.

Impreza potrwa cztery dni od czwartku 18 sierpnia do niedzieli 21 sierpnia. Miejsce występów to tradycyjnie już Muzeum Śląskie w Katowicach.

Line-up.

Na tegorocznej edycji festiwalu wystąpi około 70 artystów. Nie są to może medialne nazwy, ale dla fanów alternatywnej muzyki (elektronicznej zwłaszcza) jest to nie lada gratka. Na Tauronie zagrają m.in. Battles, Fat Freddys Drop, Snarky Puppy, Roots Manuva, The Field, Plaid, Clouds, Actress czy też The Orb. Wyjątkowo ciekawie prezentuje się polski zestaw artystów, wśród których znajdują się: Stara Rzeka, JAAA!, Maria Peszek, Smolik, Beneficjenci Splendoru oraz Niechęć.

Bilety.

Czterodniowych karnetów już nie ma, dwu dniowe są w cenie 250 zł a bilety na jeden dzień są w cenie 150 zł.

Przydatne linki.

Oficjalna strona festiwalu

Facebook

Twitter

Instagram

YouTube

Reklamy

Patronat: Festiwal Colours of Ostrava

avatar2Z wielką przyjemnością informuję, iż dołączyłem do do grona oficjalnych partnerów  Colours of Ostrava. XV edycja festiwalu odbędzie się w dniach 14-17 lipiec 2016 roku w postindustrialnym kompleksie dawnej huty Dolní Vítkovice w Ostrawie.

Dlaczego warto tam być?

Tegoroczny line-up wygląda całkiem ciekawie. Wystąpią m.in. będący w formie Australijczycy z Tame Impala. Ogromną gratką będzie usłyszenie ich ostatnich psychodelicznych, indie rockowych płyt „Lonerism” oraz „Currents„. Na festiwalu pojawi się również legendarny Slowdive. To dobra wiadomość dla każdego fana muzyki shoegaze, który nie miał okazji zobaczyć Brytyjczyków na OFF Festiwalu 2014. Ponadto zagra również kultowy elektroniczny duet Underwold, będący zawsze na propsie M83, Antony and the Johnsons pod nową nazwą ANOHNI a także liczna gromada indie rockowych bandów takich jak: Kodaline, Of Monsters And Men czy też The Vaccines. Polskę na festiwalu reprezentują m.in. Artur Rojek, Brodka oraz Maria Peszek.

Colours of  OstravaPrzydatne linki:

Polska przedsprzedaż biletów: www.joystore.pl/colours

Więcej informacji: www.colours.cz/pl/

Facebook: www.facebook.com/ColoursPL/

Twitter: www.twitter.com/colours_pl

Instragram: www.instagram.com/colours_pl/

Polish Power – rok 2012 w polskiej muzyce

polish powerJak wyglądał rok 2012 nad Wisłą pod względem muzycznym? Odpowiedź znajdziecie poniżej, gdzie przypomnę wszystkie najważniejsze albumy w muzyce mainstreamowej i alternatywnej.

Rok temu zaczynałem od muzyki gitarowej. W tym nie będzie inaczej. Jeżeli chodzi o płyty ocierające się o muzykę rockową, indie rockową itd. to należy w tym miejscu wspomnieć o kilku ważnych albumach. Po pierwsze o płycie „Emergence”  poznańskiego zespołu Plum. Poznaniacy solidnie odrobili lekcje i nagrali materiał składając hołd gitarom z przełomu lat 80. i 90. Podobnie ma się sprawa z krążkiem grupy Turnip Farm „The Great Division”, gdzie również słyszymy wszelakie wpływy najważniejszych kapel indie rockowych. Indie rocka zaczął również grać Afro Kolektyw. Mimo, że nie każdemu nowa płyta przypadła do gustu to na łamach bloga pisałem, że ta metamorfoza okazała się całkiem udana. „Piosenki po polsku” to przyjemna płyta z fajnymi singlami. Nie należy również zapominać o płycie „White Tones” grupy Minerals, której największą zaleta jest rewelacyjne, zachodnie brzmienie. Poza tym o swoim istnieniu przypomniały Muchy, które wypuściły album „Chcecicospowiedziec”. Nowa płyta nie przebija debiutu, ale zdecydowanie jest lepsza od „Notorycznych Debiutantów”. Nie próżnował w tym roku również Hey i grupa Kim Nowak.

A co się działo w alternatywie? Tutaj działo się sporo, było kilka ciekawych, oryginalnych debiutów. Za największe objawienie należy uznać projekt Błażeja Króla UL/KR, który nagrał album o tej samej nazwie. „UL/KR” to podróż w najbardziej schizofreniczne i psychodeliczne miejsca przy jednoczesnym zachowaniu melodyjności. Drugi album na który należy zwrócić uwagę do „Persentyna” zespołu Drekoty, który brak przebojowości nadrabia oryginalnością i polotem. Sporo zamieszania zrobiła wokół siebie grupa Niechęć za sprawą albumu „Śmierć w miękkim futerku”, który dla fanów jazzu jest pozycją obowiązkową. Jeżeli chodzi o ostrzejsze klimaty związane z alternatywą to bezkonkurencyjnie okazali się kolesie ze zespołu Gówno. Ich „Czarne Rodeo” było jedną z najlepszych płyt wydanych w poprzednim roku na ziemi polskiej. Punkowa forma jeszcze się nie wypaliła, poza tym płyta ta ma interesujące drugie dno (zabarwione politycznie). Bezkonkurencyjne jednak okazało się łódzkie trio Kamp!. Ich rewelacyjny, taneczny album „Kamp!” przypomniał mi lata świetności Cut Copy.

Z popu przesłuchałem nie wiele albumów. Zdecydowanie królowały single i pojedyncze piosenki takich artystek jak Kari Amirian, Meli Koteluk czy też Karolina Kozak. Jeżeli chodzi o całe albumy to po raz kolejny królowała Iza Lach, która nagrała typowo wakacyjny krążek „OFF THE WIRE” z udziałem samego Snoop Dogga! Mimo, że płyta jest troszkę nierówna to i tak zasługuję na wysoką ocenę za kapitalność niektórych kompozycji. Poza tym powrót zaliczyła kontrowersyjna Maria Peszek wydając „Jezus Maria Peszek”. Swój drugi album w tym roku wydał projekt Natalii Fiedorczuk, czyli Nathalie and The Loners. Płyta ciekawa, mało przebojowa, ale chwytliwa. Natomiast płyta „Away” Klary jest przyzwoita,  z tymi wszystkimi zachwytami bym tak nie przesadzał. Takich albumów w indie-popie jest wiele. Dobre oceny zebrała również Brodka, która zdecydowała się wydać swoje EP również w formie pudełka z płytą w środku. „Lax” to spora świeżość w polskim popie i świetna zapowiedź przyszłego albumu artystki, zdecydowanie czekam.

Jeżeli chodzi o inne ważne gatunki jak hip-hop czy też metal to niestety muszę zakomunikować, że nie starczyło czasu, chęci i odpowiedniego materiału. Ale to nie koniec! Oto lista 10 najlepszych polskich płyt A.D. 2012:

10. Drekoty – „Persentyna” / Nathalie and The Loners – „On Being Sane (In Insane Places)”

9. Plum – „Emergence”

8. Afro Kolektyw – „Piosenki po polsku”

7. Turnip Farm – „The Great Division”

6. Muchy – „Chcecicospowiedziec”

5. Iza Lach – „OFF THE WIRE”

4. Niechęć – „Śmierć w Miękkim Futerku”

3. UL/KR – „UL/KR”

2. Gówno – „Czarne Rodeo”

1. Kamp! – „Kamp!”

Heineken Open’er Festival ‘09

Przed paroma dniami zakończyła się ósma edycja Heineken Open’er Festival. Dzieci, które zostały spłodzone podczas pierwszych edycji kończą przedszkola, wybierają się do szkół, a za parę lat same wybiorą się na openera.Tymczasem tegoroczna edycja, obfitująca w gwiazdy nie zawiodła. Zacznijmy zatem od początku.

The Car is On Fire

The Car is On Fire

Festiwal rozpocząłem, podobnie jak w 2007 od koncertu The Cars is on Fire. Podobnie jak przed dwoma laty punktualnie o 19 dało się usłyszeć pierwsze dźwięki w wykonaniu TCIOF. Z tymże w tym roku na pierwszy ogień poszła tytułowa piosenka z nowej płyty zespołu i od razu porwała tłum do pląsów pod sceną. A propos, w odróżnieniu od ostatniego występu TCIOF na Openerze muzycy zagrali na scenie namiotowej i to im wyszło na dobre, bo jak niedawno wspomniał Paweuu TCIOF jest zespołem klubowym. Tent Stage dała namiastkę nieco kameralnej atmosfery co odbiło się bardzo dobrym wrażeniem jakie wywarł zespół

Renton

Renton

Nieco później Festiwal miał ruszyć ze sceną główną, zatem po zakończeniu koncertu w namiocie przeniosłem się pod Main Stage, gdzie spotkało mnie największa porażka imprezy. Zespół Renton. Chłopaki grali, skakali, starli się, ale do dupy to było podobne. Może na jakieś mniejszej scenie tak, ale niestety na głównej im nie poszło. Nie był to jednak koniec rozczarowań tego dnia. Chwilę później na festiwalu miał się zaprezentować jeden z najbardziej oczekiwanych zespołów. Można to było poczuć stojąc w niewyobrażalnym ścisku pod sceną (chcących poczuć namiastkę atmosfery panującej w tym czasie zapraszam do czterypjony o siódmej rano). Chwilę przed dwudziestą drugą, kiedy w namiocie wspaniały koncert dawali Szwedzi z tercetu Peter Bjorn and John, emocje na Main Stage sięgały Zenitu, bo oto za moment na scenie miała pojawić się jedna z największych gwiazd Openera09 – Arctic Monkeys.

Late of The Pier

Late of The Pier

Kiedy wyszli na scenę nikt nie spodziewał się, że będzie to jeden z gorszych festivalowych występów. Alex Turner z fryzurą na Maryjusza z chłopakami grali bez polotu i finezji, a do tego dwukrotnie mieli awarię sprzętu. In plus zagrali kilka premierowych utworów, które ukażą się wkrótce na ich nowej płycie. Polska publiczność była pierwszą, która mogła to usłyszeć-fajnie mieć tego świadomość. Niestety z tego powodu zabrakło czasu (a może chęci) na sztandarowe wydaje się Dancing Shoes czy Fake Tales in San Francisco. Osobiście cierpiałem z powodu braku Certain Romance. Ogólnie zabawa pod sceną była, ale po koncercie pozostał spory niedosyt. Tego dnia odbyły się jeszcze koncerty m.in. Basement Jaxx, Late of the Pier, ale byłem zbyt spocony, żeby na nich zostać,a po za tym była szansa na ciepłą wodę pod prysznicem i szkoda  było tej szansy nie wykorzystać.

The Gossip

The Gossip

Drugiego dnia koncertowanie zacząłem od występu Marii Peszek na scenie głównej, który był dla mnie sporym zaskoczeniem. Zdziwiłem się jak sprawną wokalnie artystką jest pani Maria. Do tej pory myślałem, że lansuje się ona tylko skandalizującymi tekstami swych utworów. Jeżeli chodzi o show muzyków i zabawę publiczności można było odnieść wrażenie, że właśnie występuję gwiazda wieczoru. No i tekst Marii ‚Szkoda, kurwa, że jest tak jasno, ale was przynajmniej widzę’. Nieźle. Ale lepsze było to co nastąpiło później. Mianowicie Gossip. 45minut zrytej imprezy. Beth szalała i ludzie szaleli. Ale i to nie był najlepszy występ drugiego dnia festiwalu. W tej materii pałeczkę przejęli kolesie z The Kooks.

Duffy

Duffy

W oczekiwaniu na ich koncert powtarzałem sobie w myślach, że może i są idolami, piszczących w tej chwili, nastolatek, ale w końcu są też rockandrollowcami, którzy nie stronią do używek, rozpierdzielają pokoje hotelowe i jeżdżą wesołym autobusem w trasy. Przekonała mnie też wypowiedź Luke’a, który stwierdził, ze nikt nie chciałby grać muzyki dla starych facetów, za to dla młodych dziewczyn owszem. Atmosfera, która panowała podczas koncertu gorąca była jak barszcz w miarce. Luke spokojnie mógł się ograniczyć tylko do wiosłowania, bo śpiewaniem zajęła się publiczność i to nie tylko ta nastoletnia i piszcząca. Kontakt Kooksów z tłumem nie ograniczał się tylko do wspólnego śpiewania, Luke dużą część występu spędził pod sceną, na barierkach. Zmacany, ale szczęśliwy. Chyba wiedział co mówił odpierając zarzuty o granie dla nastolatek;) Po Kooksach poszedłem sobie do namiotu zobaczyć Duffy. Zobaczyłem. Fajnie. Po Duffy wystąpił duet Crystal Castles i rozpierdolił namiot, ale tego już nie widziałem bo było zbyt duszno od zielonego dymu.

O północy grał sprzedawca herbaty Moby i myślę, że jest to najlepszy muzyk wśród sprzedawców herbaty. Półmetek festiwalu. Należą się pozdrowienia panom od ToiToi’i, bo gdyby nie oni na terenie campingu istniałoby ryzyko epidemiologiczne, a tak ryzyko było tylko w kabinach prysznicowych.

Faith No More

Faith No More

Sobotnie koncerty w przeciwieństwie do piątkowych skierowane były do starszej publiczności. Wszak zarówno Madness jak i Faith no More debiutowali dwadzieścia parę lat temu. Pierwsi mieli zagrać o 20 na Main Stage’u, ale nie zagrali bo mieli opóźnienie na lotnisku i zostali przeniesieni na World Stage. Na koncercie nie byłem, ale podobno było fucking lovely. Faith No More grali ładnie, zajebiście natomiast śpiewał Mike Patton. To co robił z krtanią mogłoby posłużyć laryngologom jako temat pracy doktoranckiej. Ciekawym urozmaiceniem było posłuchanie panów Waglewskich, którzy zagrali nieco wcześniej w namiocie. Pan Fisz ekwilibrysta języka oraz pan Emade ze swoim palcem skutecznie porwali publiczność. ‚Hej ludzie jesteście gotowi?’ ‚Tak, tak, jesteśmy gotowi!’ Gorączki sobotniej nocy nie było, za to nadeszła w niedzielę.

Moim zdaniem najciekawszym dniem festiwalu była właśnie niedziela. Zaczęta dość wcześnie, o siedemnastej na tent Stage zagrał polski zespół The Black Tapes. Wg opisów mieli grać swedish rock’a no i grali, a wokalista ruchem scenicznym przypominał pana z The Who. Mieli trochę problemów ze sprzętem, ale cały koncert sprawił, że nastrojony byłem pozytywnie do dalszej części wieczoru. Rozstroił trochę OSTR, ale ten czas można było poświęcić na prysznic. W końcu nadszedł czas na Lilly Allen. Nie pokazała sutków, za to miała fioletowe włosy, które okazały się peruką. Resztę można poczytać na Pudelku.

Kings of Leon

Kings of Leon

Do następnego koncertu na Main Stage było jeszcze trochę czasu, więc poświęciłem go na przechadzkę po miasteczku festiwalowym aż dotarłem do namiotu, w którym grał indie zespół z polski. Chłopcy dawali radę. ‚Kto to kurwa?’-pomyślałem. Okazało się na bisie. ‚Zaspane poniedziałki’. I wszystko jasne. Jeżeli będziecie mieli okazję zobaczyć zespół Kumka Olik na żywo to nie wahajcie się. Warto. Po kumkach i olikach nadszedł czas na najbardziej wyczekiwaną gwiazdę, gwóźdź tegorocznego openera, the best of the best of the best. W końcu o 22:30 na scenie głównej pojawiłą się trójka braci i ich kuzyn. Panowie Followil. Kings of Leon. Normalnie ciary po plecach. Vocal Caleba. Knock Out, Sex on Fire, Charmer, Use Somebody. Warto było dać 3 stówy chociaż za ten jeden koncert. Najlepsze jest to, że obiecali, że zagrają znów. Trzymam ich za słowo. Tak kończy się dla mnie Opener 09, nie chciałem sobie psuć przyjemności, jaką odczuwałem po koncercie KOL, koncertami Placebo i The Prodigy.

Autor: Boo

Słowo od Paweuu’a: Jest wiele powodów dla których nie pojechałem na ten festiwal. Pomijając brak czasu oraz sesję w tym czasie należy przede wszystkim wspomnieć o koszcie wyprawy. Żyjemy w na prawdę biednym kraju. Jednak gdyby się już tam znalazł to z pewnością wybrałbym trochę inny zestaw koncertów niż Boo. Nie wiem jak wygląda rozpiska i czy coś na coś by się nakładało, ale napiszę o zespołach, których występów nie chciałbym pominąć. Myślę, że Basement Jaxx sprawiłby mi frajdę niczym LCD Soundsystem. Chętnie sprawdziłbym live M83, Late of The Pier oraz Ting Tings. Sprawdziłbym czy nastąpił jakiś progres jeżeli chodzi o The October Leaves, który niegdyś hajpowałem. Mimo wszystko poszedłbym na nudne Placebo by odchaczyć, że byłem. Na Prodigy chętnie bym się pogibał. Są to już dziadki, ale podobno wracają do formy.To tylko część koncerów, które pominął Boo. Przygotowania na Offa trwają!

Myslovitz – Happiness is Easy

mysloPrzed chwilą miałem niezłą jazdę. Nie wiem czy to przez ten alkohol, który nie chce zejść od wczoraj (a w zasadzie dzisiaj) czy jest to inny wymiar świadomości. Przeżywam delikatne momenty tak jak mawia ostatnio Ancelotti o formie swoich prawie, że rówieśników z boiska. Nieważne. Chodzi o to, że wspomniało mi się to cholerne liceum.

Czemu teraz? Rok myślenia o wszystkim i o niczym, ale nie o przeszłości. Aż tu nagle… Zacznijmy od początku. Chciałem urozmaicić sobie grę w najnowszego fm-a (mam już 2014 rok) muzyczką. Dźwiękami z płyty by było bardziej klimatycznie. I tak się akurat złożyło, że zapodałem HiE bo Pablo Honey mi ścinało (przypadek?). Na stole Żubr – przysmak mojej młodości. I stało się. Przypomniałem sobie te smutne lata liceum o których tak bardzo chciałoby się zapomnieć. Głównie przez płytę Rojka.

W ogóle Myslovitz to muza mojej młodości. W podstawówce nuciłem sobie Długość Dźwięku Samotności, w gimnazjum dojrzewałem przy Zamianie a w liceum doznawałem podczas odpalania Korovy. Podczas trzyletniego oczekiwania na państwowy egzamin dojrzałości skumałem się z Rojkiem i ekipą. Ich muzyka łączyła się z moim dość zagmatwanym stanem równowagi psychicznej. HiE wyszła w momencie kulminacyjnym mojej miłości do Myslovitz. Tuż przed zauroczeniem zagranicznymi indie gwiazdami.

Słuchając tej płyty wspominały mi się fragmenty z przeszłości. Generalnie smutno się zrobiło. Smutna płyta. Nie przepadam za nią. Nie chodzi głównie o to, że przypomina mi tą nudę związaną z lekcjami fizyki czy chemii. Razem z Sun Machine to najsłabsza płyta rockowej dumy Śląska. Jeżeli chodzi o poziom produkcji to jest to wysoki level. Wiadomo Cieślak i te sprawy. Jednak płyta nierówna. Są dobre momenty, są też mniej dobre momenty (tu akurat przewaga). Powiem wprost, wieje z lekksza nudą na tej płycie. Brakiem pomysłu co dalej? Można było sądzić, że po wydaniu eksperymentalnych Skalarów zespół obierze jeszcze inną, ciekawszą drogę. A tak powstał co najwyżej przeciętny album. I jeszcze ta trasa koncertowa. Oni chyba przez rok byli na każdym zadupiu, na każdym festiwalu piwnym i na każdym dniu emeryta w miejscowościach uzdrowiskowych.

Reasumując Myslovitz zbrzydł mi totalnie. Chętnie posłuchałbym Rojka solo bądź zobaczył Les Savy Fav na Offie. Nowa płyta Myslovitz nie byłaby wielkim, oczekiwanym wydarzeniem dla mnie. Ocena: 5/10

P.S. Kilka ciekawych odnośników:

skumajcie jeden z lepszych utworów z płyty. Teledysk daje rade

Istny wehikuł czasu. Moja pierwsza muzyczna recenzja, jeżeli można tak określić notkę składającą się z listy utworów i fragmentu wklejonego z jakiegoś onetu.

Na płyciej pojawia się też Maria Peszek. Głos ma spoko, ale dla mnie to gwiazda ala Czesław Śpiewa itd

Okładka zaprojektowana przez Krzyśka Ostrowkiego