Everything Everything – Arc

everythinh eveything arcOkładka okropna, ale każdy zna przysłowie: „Nie oceniaj książki po..”.

Everything Everything powraca po 3 latach przerwy z nowym longplayem. Oczywista oczywistość. Naturalna kolej rzeczy, czas najwyższy – powie słuchacz. Obecnie w branży muzycznej przerwa między kolejnymi płytami to góra magiczne 3 lata. Inaczej grozi zapomnienie. Oczywiście są wyjątki, dobrym przykładem jest My Bloody Valentine, które zrobiło sobie ponad 20-letnią przerwę. Im jednak wszystko się przebaczy. A co słychać u naszych Brytyjskich kolegów?

„Man Alive” z 2010 roku to była oryginalna i odkrywcza płyta. Wszyscy byliśmy zdumieni nowym podejściem do indie-popu. Album zebrał pochlebne recenzje. Troszkę inaczej jest z „Arc”. Jak tak sobie czytam opinie o tym krążku to widzę dwa podejścia do tematu. Z jednej strony zespół jest zachwalany przez recenzentów za utrzymanie poziomu i większą przebojowość utworów. Z drugiej natomiast oskarża się chłopaków o „sprzedanie się” i nagranie nudnych, przewidywalnych utworów. Prawda jak zwykle jest po środku.

Owszem „Arc” to płyta bardziej przebojowa. Dla mnie to oczywiście jest plus. Cenie sobie energie zgromadzoną w „Cough Cough” czy też chwytliwość gitary w „Radiant”. Jednocześnie jednak zespół stracił na swojej oryginalności i to słychać. Unikatowość „Man Alive” została w pewnym stopniu utracona, w dodatku „Arc” wydaje się być płytą nierówną. Mimo to trudno oprzeć się urokowi ich grania. Falsetowy głos Jonathana Higgsa plus melodyjne gitary wciąż na mnie działają. Poza tym piosenki z tego krążka mile mi się kojarzą z ich koncertu z Łodzi, kiedy grali jako support dla Muse. „Arc” to płyta solidna, miła i uprzejma aż do bólu, warto poświęcić jej chociaż jedno popołudnie. Ocena: 6/10.

Reklamy

Muse – Łódź, 23.11.2012

23 listopada 2012 roku na długo zapiszę się w pamięci tych, którzy widzieli koncert Muse w łódzkiej Atlas Arenie.

To był trzeci koncert brytyjskiej formacji w Polsce. Po raz pierwszy wystąpili podczas Heineken Open’er Festiwal w 2007 roku (miałem okazję tam być). Druga wizyta w naszym kraju miała miejsce w 2010 roku podczas Coke Live Festiwal. Jak łatwo zauważyć łódzki koncert był tym pierwszym niefestiwalowym dlatego wywoływał sporo emocji. Ze względu na to, że nie byli już ograniczeni przez prawa, którymi rządzi się festiwal to spodziewałem się jeszcze większego i dłuższego show. Nie przeliczyłem się, ale zacznijmy od samego początku.

Zacznę od kilku słów na temat miejsca koncertu. Atlas Arena w Łodzi to bardzo dobra lokalizacja dla tego typu imprezy. Na plus Łódzkiego spodka można zaliczyć łatwość dojazdu oraz konstrukcję tej budowli, która pozwala na szybkie wejście i wyjście. Minusem na pewno jest notoryczne zaniedbywanie kwestii parkingowych, ale to polski standard. Ogólnie pod względem organizacyjnym koncert był bez jakichkolwiek zarzutów.

Przed Muse swoje 45 minut do wykorzystania miała grupa Everything Everything. Na europejską trasę Muse wytypowane były aż cztery zespoły grające supporty. Niezmiernie się ucieszyłem, gdy dowiedziałem się, że to ta brytyjska formacja zaprezentuje się przed Bellamym i spółką 23 listopada. To był dobry występ, aczkolwiek zadanie mieli trudne. Zespół support-ujący ma dość niewdzięczną rolę. Nie ważne jak dobrze by nie zagrał to i tak większość publiki wyczekuje wyłącznie końca. W Atlas Arenie także można było wyczuć to zniecierpliwienie. Mi osobiście ten występ zleciał bardzo szybko i w przyjemny sposób. Grupa zaprezentowała swoje najlepsze kawałki z „Man Alive” grając w sposób energetyczny i lekki.

Muse swój występ rozpoczęło z lekkim poślizgiem. Koncert rozpoczął się tak samo jak każdy inny z obecnej trasy od „The 2nd Law: Unsustainable”. Mimo, że ta kolaboracja rocka z dubstepem nie zachwycała mnie na płycie to jako opener do show utwór ten sprawdza się w stu procentach! Następnie zaprezentowali kolejny utwór z nowej płyty „Supremacy”, który w wykonaniu na żywo również lepiej się prezentuje niż na płycie. Nie jestem fanem nowych piosenek Muse, jednak słuchając ich na żywo ma się zupełnie lepsze wrażenia. „The 2nd Law” co zrozumiałe miała największą liczbę reprezentantów (naliczyłem 10 piosenek) a najlepiej zaprezentowały się utwory: „Animals”, który był wzbogacony o ciekawą wizualizację przedstawiającą kursy giełdowe a także „Liquid State” – śpiewany w całości przez basistę Chrisa Wolstenholme. Najmniej udany był dla mnie utwór „Explorers”, który mógłby zostać zastąpiony jakimś klasykiem Muse.

Drugą połowę setlisty stanowił starsze utwory Muse. Oryginalnym zastosowaniem była „ruletka”, która losowała jaki utwór Muse zagra na koniec występu (przed bisami). Padło na „Stockholme Syndrome”, co niezmiernie mnie ucieszyło. Najwięcej hitów usłyszeliśmy z płyty „Black Holes and Revelations”. Dyskotekowe „Supermassive Black Hole” porywało do tańca, „Map of The Problematique” wraz ze swoim gitarowym outro zachwycało brzmieniem natomiast „Knights of Cydonia” wzbogacone o intro „Man With Harmonica” prawdopodobnie było najlepszym momentem koncertu.

Na szczęście brytyjskie trio układając setlistę nie zapomniało o żądnej ze swoich płyt. Honoru debiutanckiej płyty bronił utwór „Sunburn”, natomiast „Plug in Baby” był jedynym reprezentantem „Orgin of Symmetry”. Ogólnie rzecz biorąc dobór piosenek nie był żadną niespodzianką dla kogoś kto przeglądał wcześniejsze setlisty z koncertów Muse. Ten mało mobilny schemat koncertu można łatwo wytłumaczyć. Muse nie gra zwykłych koncertów. Muse robi show. Setlista to scenariusz, Bellamy jest reżyserem, Scena jest miejscem akcji a muzyka gra tutaj główną rolę.

Każdy ich występ to ogromne wydarzenie i przeżycie, tak samo było tym razem. Poza muzyką na widownie w mocny sposób oddziaływały kwestie wizualne. Ogromna scena, składająca się z samych ekranów. U góry zawieszona ekranowa piramida, która zmieniała pozycje i kształty! Piękne lasery, które szczególnie epatowały swoimi kolorami podczas „Madness”. Świetny i różnorodny dobór wizualizacji do utworów. Podczas „Panic Stations” obserwowaliśmy tańczącego ogra natomiast w trakcie „Uprising” na ekranie pojawił się perkusista Dom Howard stosują chwyty karate. Na koniec podczas odgrywania ostatniej piosenki „Surival” na scenie pojawiały się kłęby dymu.

To był magiczny występ. Bardziej gitarowy aniżeli fortepianowy, bardziej precyzyjny niż inne pozostałe do tej pory. Można się przyczepić do początkowej predyspozycji muzyków, na szczęście jednak szybko się rozkręcili. Do historii może nie przejdzie, ale dla tych 10 tysięcy ludzi i dla mnie będzie niezapomnianym przeżyciem. Było idealnie.