Jestem retardem, czyli muzyczne zaległości z 2015

giphyOk, nie będę nawet udawał, że jestem na bieżąco. Od ponad roku blog i sprawy około blogowe są na dalszych miejscach na mojej liście rzeczy do zrobienia. Tendencja ta pewnie się nie poprawi a będzie coraz gorzej, bo uwaga…. PAWEUU SIĘ ŻENI. Tak, zgadza się Paweuu w końcu znalazł żonę. Jest to decyzja nieodwracalna i niepodważalna. Bloga póki co nie usuwam i zamierzam dalej odświętnie dzielić się na nim moimi spostrzeżeniami na temat muzyki, filmów i kultury ogólnie. Dlatego też ostatkiem sił chcę zamknąć rok 2015 jak największą liczbą ocenionych przeze mnie wydawnictw. Nie wiem czemu, ale nie opisane płyty pewnych zespołów nie dają mi spokoju. Dlatego też krótko i na temat przechodzą do pominiętych przeze mnie wydawnictw z ostatnich 12 miesięcy. Później wypatrujcie jakiejś listy podsumowującej. Pozdro!

-images-uploads-gallery-algiers-hires-3225Algiers – Algiers. Do Algiersów przekonałem się dopiero po ich fenomenalnym występie na tegorocznym OFF Festiwalu. Świetne, melodyjne kompozycje łączą się tutaj z ogromną dawką energii, której nie sposób nie docenić. Wystarczy wsłuchać się w „Old Girl” czy też w radioheadowy „Black Eunuch” by przekonać się, że to prawda.  Momentami jest mrocznie, momentami tanecznie, ale cały czas z świetnym klimatem. Jedna z lepszych płyt zeszłego roku. Ocena: 8/10.

Beach-HouseBeach House – Depression Cherry. Chyba nie do końca rozumiem fenomenu duetu z Baltimore. Owszem dwie poprzednie płyty oceniłem pozytywnie. Jednak „Depression Cherry” totalnie mnie nie wciągnął w kolejną dawkę dream-popowych smętów. Nie wiem, gdzie w tych melodiach jest coś świeżego… Ocena: 3/10.

blurBlur – The Magic Whip. Na tę płytę fani czekali 12 lat. Czy warto było? W jakimś stopniu tak. Damon Albarn i spółka wciąż trzymają poziom i z całą pewnością „The Magic Whip” to potwierdza. Jednak ja osobiście odczuwam pewien niedosyt. Chyba nie tego się spodziewałem. Materiał ten jest przyjemny i miły w odbiorze, jednak czy będę wracał do tegorocznej płyty jak chociażby do „Parklife„? Śmiem wątpić. Dobre granie, ale bez fajerwerków. Ocena: 6/10.

Deafheaven-2014Deafheaven – New Bermuda. Tak powinien wyglądać dobry seaquel. Deafheaven już dwa lata temu na krążku „Sunbather” udowodnili, że mają jaja. Na tegorocznym longplayu, tylko to potwierdzają. Chyba nikt tak świetnie nie łączy hard rockowych brzmień z melodyjną, indie rockową linią gitary. Jest z kopnięciem i momentami słodko. Ta płyta jest jak moje ulubione słodkie ciasto z kwaśnymi malinami. Wszelkie skojarzenia z Baroness czy …Trail of Dead zdecydowanie na miejscu. Ocena: 8/10.

death-cab-for-cutie-5077e098d4e85Death Cab For Cutie – Kintsugi. Zespół Bena Gibbarda to jeden z tych bandów, który zawsze dobrze się słucha. I nawet jeśli wiem, że w ich muzyce nie pojawia się nic nowego i świeżego to ten status quo całkowicie mi odpowiada. Tak jest i w tym przypadku. „Kintsufi” to przyzwoity, indie rockowy album z przyjemnymi gitarkami w tle. Nic dodać, nic ująć. Miły w odbiorze wypełniacz dnia, o którym za parę lat nikt nie będzie pamiętać. Ocena: 5/10.

498_destroyer_news_itemDestroyer – Poison Season. Słyszałem wiele pochlebnych opinii na temat najnowszej propozycji od Daniela Bejara. Po przesłuchaniu tego materiały okazało się, że pozytywne recenzje są słuszne. Destroyer po raz kolejny uwodzi nasze uszy oraz duszę. Piękne, senne i nieco melancholijne melodie sprawiają, że przenosimy się do samego muzycznego centrum Nowego Jorku. Oczywiście Poison Season jest odpowiednio wyważone i znajdziemy na nim żywsze utwory jak chociażby „Dream Lover„. Fajna płyta, ma tylko jedno ALE. „Kaputt” było jednak lepsze. Ocena: 7/10.

eagles of death metalEagles of Death Metal – Zipper Down. Wow, Josh Homme wciąż w formie. Chociaż projekt Eagles of Death Metal traktowałem jak zwykłą pierdółkę, która zawsze będzie w cieniu QOTSA to „Zipper Down” za sprawą swojej energii robi wrażenie. Jeżeli lubicie czysty rock ‚n roll o spoko kolesiach i ładnych dziewczynach to trafiliście idealnie. Ocena: 6/10

1401x788-IMG_1896The Libertines – Anthems For Doomed Youth. Czasami lubię sobie nostalgicznie powrócić w beztroskie czasy licealne i odpalić te wszystkie indie bandy zaczynające się na The coś tam, coś tam. Kooksi, Killersi, Kaiser Chiefsy, Fratellisy itd. itp. I niby tym samym powinna dla mnie być najnowsza płyta The Libertines. A niestety nie jest. Klimat i duch kompozycji jest podobny,  z tym, że ja jestem już inny. Znudziły mnie już te wszystkie hymny… Doceniam jednak chęci, chociaż wiem, że to zwykły skok na kasę. Ocena: 5/10.

macdemarco7_Danny-Cohen_1440x690Mac DeMarco – Another One. No i jak tu nie uwielbiać „Pepperoni Playboya”, kiedy on tak pięknie gra? Mac DeMarco znowu to zrobił. Po rewelacyjnym „Salad Days” z 2014 roku zaserwował swoim fanom nie mniej genialną propozycję w postaci „Another One„. Nazwa całkowicie pasuje do zawartości. Jest to kolejna porcja wyśmienitej muzyki. Jest lekko, melodyjnie i pomysłowo. Taką muzykę po prostu chce się słuchać. Gdy odpalam „Another One” wyobrażam sobie autora siedzącego w batkach, palącego tanie papierosy w swoim małym mieszkanku, który tworzy te utwory w 5minut zaraz po tym jak głowa mniej boli od kaca. To się nazywa geniusz. Ocena: 9/10.

open-mike-eagle-interviewOpen Mike Eagle – A Special Episode Of EP. Niby tylko EP-ka, ale jaka świetna. Dobre beaty łączą się tutaj z dobrą nawijką Michaela Eagle’a drugiego. Na początku wydawało mi się, że Amerykanin to dojrzały debiutant. Jednak po podpowiedzi wujka Google okazało się, że Mike rapuje już od co najmniej 8 lat i jest już grubo po trzydziestce. Na tym krótkim materiale kreuje dość wiarygodne historie, których chce się słuchać. Ocena: 7/10.

panda-bear-10.30.2013-635x365Panda Bear – Panda Bear Meets The Grim Reaper. Oczywistą, oczywistością jest fakt, że najlepszym członkiem Animal Collective jest Panda. I jak na najlepszego zwierzaka przystało, jego solowe albumy stoją na wysokim poziomie. Tak samo jest na „Panda Bear Meets The Grim Reaper”. Odjechana, wciągająca, psychodeliczna. Tak w skrócie można określić ten album. Dla mnie rewelacja, aczkolwiek „Merriweather Post Pavilion” to nie jest. Zresztą sprawdźcie sami, bo pisanie o tak specyficznej muzyce to nie lada wyzwanie. Ocena: 7/10.

07-rae-sremmurd.w1200.h630Rae Sremmurd – SremmLife. Muzyka spoko, tylko fani chu****. Ocena 6/10.

RYSY-CMYK-poziom-zmniejszone1-1000x600Rysy – Traveler. Ok, będę szczery. Jak zobaczyłem, że w większości utworów występuje Justyna Święs z The Dumplings to zniechęciłem się do Rysów. Na szczęście „Traveler” baaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo daleko do „No Bad Days” – jednej z najnudniejszych i najbardziej hajpowanych płyt zeszłego roku. Ba, „Traveler” to wiele świeżości na polskiej scenie elektronicznej. Jest klimat i dobre melodie. Kawał dobrej muzyki, którą koniecznie musicie sprawdzić. A Pani Święs? Kłaniam się, dobra robota. Ocena: 7/10.

 

Muzyczne podsumowanie roku 2011: Płyty

Pora na listę 10 albumów, które moim zdaniem najwięcej wniosły do muzyki i dały najwięcej radości moim uszom. Płyt takich oczywiście było więcej, ale nie chce mi się robić tak rozbudowanych list jak na  Rolling  Stone. Interesują mnie tylko konkrety.

10. The Antlers – Burst Apart. Ranking płyt zacznę od najbardziej klimatycznego i magicznego indie poprzedniego roku. Nowojorski zespół The Antlers postarał się i zaprezentował materiał, który najlepiej jest określić słowami „mistyczny” i „tajemniczy”. Nastrojowe brzmienie gitar dopełnione jest dobrze brzmiącym wokalem. Rozbudowane aranżacje wciągają i co najważniejsze nie nudzą. Dobra pozycja dla fanów Jeffa Buckleya i nie tylko. Jeżeli nie zapoznałeś się z „Burst Apart” to jeszcze nic straconego. Jeżeli chodzi o mnie to takie płyty działają na moją osobę jak lep na muchy. Ciężko przestać mi słuchać The Antlers.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

9. The Weeknd – Echoes Of Silence. Kanadyjski autor zeszłorocznej trylogii ambitnego hip-hopu najbardziej wyróżnił się swoim trzecim albumem wypuszczonym pod koniec roku. „Echoes Of Silence” to powinna być lektura obowiązkowa dla każdego muzyka zabierającego się za r’n’b i hip-hop. W końcu Abel Tesfaye jest uczniem samego Drake’a i wydaje się być kwestią czasu kiedy uczeń pokona mistrza i The Weeknd będzie wyżej notowany w rankingach podsumowujących. Póki co jest dobrze, jak na debiut i ilość wypuszczonego materiału to młody Kanadyjczyk dał radę. Trzy dobre płyty w jednym roku to coś zdumiewającego.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

8. Cold War Kids – Mine is Yours. Do twórczości Nathana Willetta zawsze miałem słabość. Przede wszystkim za rewelacyjny debiut z 2006 roku „Robbers & Cowards”. Na drugim longplayu trochę spuścili z tonu, jednak zeszłoroczny krążek udowadnia, że dalej są w grze. „Mine is Yours” to fajna, piosenkowa płyta z duża porcją smakowitych gitar. Momentami jest patetycznie, ale nie aż za nad to. Dodatkowo po raz kolejny Pan Willett wyróżnił się umiejętnościami tworzenia życiowych tekstów. Trudno było mi odmówić umieszczenia ich na tej liście.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

7. Atlas Sound – Parallax. Ten album jest tak różnorodny, że każdy powinien coś dla siebie znaleźć. Bradford Cox zaserwował nam rożne aspekty swojej twórczości na jednej płycie. No bo jak porównywać do siebie słodko brzmiący „Lightworks” do sennego „Terra Incognita” czy też narkotycznego „Modern Aquatic Nightsongs”? Można sobie tylko zadawać pytanie, czy gdyby album był bardziej wyrównany byłby wyżej w rankingu? Czy byłby po prostu nudny? Nie można jednak odmówić Bradfordowi Coxowi, że posiada unikatowy talent tworzenia dobrych piosenek.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

6. The Diogenes Club – The Diogenes Club. Z Georgiem Michaelem ostatnio krucho, ale mamy przecież The Diogenes Club. Świetne, świeże i pełne życia połączenie popu z muzyką gitarową. Słuchając tej płyty całkowicie się odprężam, a myśli są gdzieś daleko. Bez żadnej napinki, zwykła prostota i chwytliwość tych melodii wystarczają by mnie zrelaksować. Czy też widzicie te różowe chmurki? P.S. Nic nie brałem, wystarczy posłuchać. I want to believe.

przeczytaj recenzję / posłuchaj

5. Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki i Gruz. Marcin Zagański i reszta wydali w zeszłym roku album wyśmienity. Długo wyczekiwany krążek zaspokoił wszystkie moje potrzeby. Każda minuta na tej płycie ma znaczenie, ma jakiś cel. Styl zespołu nie odbiegł daleko od tego co już było, jest jesienie i depresyjnie z domieszka słodkości. Stąd nazwa „Karmelki i Gruz”. Jest to najczęściej przeze mnie słuchany polski, gitarowy album minionych 12 miesięcy. Teraz już tylko czekamy na jakąś trasę koncertową.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

4. WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain. Chyba najoryginalniejszy wokal roku 2011 i jeden z ciekawszych indie rockowych debiutów ostatnich paru lat. Czemu? Brakowało mi takiego zespołu, który zgromadziłby w sobie wszystko co najlepsze z takich kapel jak Wolf Parade, Arcade Fire itd. I jednocześnie bardzo dużo czerpie z dokonań Modest Mouse. Świetne, energiczne, gitarowe nagrania z sensem. Chłopaki udowadniają, że indie się nie skończyło i jeszcze można coś wartościowego z tego gatunku wyciągnąć. Mi się to podoba a wam?

przeczytaj recenzje / posłuchaj

3. Iza Lach – Krzyk. Płyta o której nie wspominałem wcześniej. Teraz nadaje się do tego idealna okazja. Przyznam szczerze, że początkowo zignorowałem fakt, że Iza Lach wydaje nowy album. Dopiero na początku tego roku przesłuchałem „Krzyk” i cóż to byłby za błąd, gdybym to podsumowanie opublikował w grudniu! Drugi krążek Izy to pop spod znaku tego rewelacyjnego. Jest tutaj multum fajnych popowych melodii przyprawionych elektroniką. Charakterystyczny wokal Izy Lach dodaje tej płycie uroku. Te kompozycje są ujmujące nie tylko ze strony muzycznej, ale i także lirycznej. No bo przecież „Najtrudniej jest zobaczyć siebie z drugiej strony”. Jest to z całą pewnością najlepsza polska popowa płyta z zeszłego roku. Niektórzy porównują ją do „Grandy” Moniki Brodki. Jak dla mnie „Krzyk” > „Granda”. To co tu usłyszałem jest po prostu piękne. Brązowy medal dla Izy Lach zasłużony.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

2. Drake – Take Care. Najlepszy album hip-hopowy poprzedniego roku. Drake wydaje się być idealną opozycją do duetu Jay-Z i Kanye West. „Take Care” zachwyciło mnie w 2011 roku świetnymi podkładami, nawijakami prosto z serca, dobrym wyczuciem r’n’b, fajnym klimatem i momentami romantycznym nastrojem. Wczytując się w teksty można dostrzec w nich wiele smutku jak i miłości. Złamane serce nie po raz pierwszy jest tematem płyty genialnej. Bo Drake to artysta genialny co udowadnia w każdym utworze na tym krążku. To jedna z tych płyt, która sprawia nam jednocześnie niezmierną przyjemność w odsłuchu i zarazem wbija nam gwoździe w serce. Wydawać by się mogło, że to sytuacja bez wygranej. Jednak nie. Muzyka tryumfuje.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

1. Destroyer – Kaputt. Daniel Bejar za tą płytę powinien stać się człowiekiem roku według Magazynu People, Newsweek, Piłka Nożna Plus itd. Kaputt jest płytą rewelacyjną. Każda minuta wprowadza nas w błogi stan zadumy i latania w chmurach z wielorybami. Świetny nastrój sielanki wytworzony na tych 9 utworach wspomagany przez miłe dźwięki saksofonu i tego wibrującego basu zasługują na duże uznanie. W moim przypadku na najwyższe. Niektórzy narzekają na nudę i nijakość, ja jej nie zauważam. Dla mnie każda minuta spędzona z ta płytą to był czas z przyjemnością spożytkowany. Poza tym gdy myślę o tej płycie i jej słucham to przed oczami mam czarno-biały obraz Jacka Nicholsona, który kręci się po okolicach miasta aniołów (w tym czasie poznawałem legendarny film Romana Polańskiego „Chinatown”). Generalnie senny klimat na płycie idealnie się sprawdza jako valium dla każdego posiadacza kredytu w frankach szwajcarskich.

przeczytaj recenzje / posłuchaj


Muzyczne podsumowanie roku 2011: Single

Muszę przyznać, że w poprzednim roku usłyszałem wiele fajnych piosenek. Zrobienie tego podsumowania nie było łatwe. Oto próba odwzorowania roku 2011 w singlach:

20. Adele – Rolling In The Deep. Mocny, fajny głos Adele, energiczna piosenka i kolejne bite rekordy popularności. Idealna opozycja dla Lady Gagi, która zjada już swój ogon. Mimo, że ma za dużo tych wszystkich speców od marketingu, którzy zupełnie do niej nie pasują to lubię ją a „Rolling In The Deep” to jedna z tych piosenek, która mi się wciąż podoba mimo, że radio wałkuje ją na okrągło.

Posłuchaj

19. Cool Kids of Death – Plan Ewakuacji. Podoba mi się ta nowa odsłona „Kulek”. Bardziej melodyjna i popowa strona im pasuje a „Plan Ewakuacji” udowadnia tę tezę w zupełności. Fajny tekst, dobrze zaśpiewany przez Krzyśka Ostrowskiego plus muzyka a la różowo-gorzkie The Rapture. Brawo.

posłuchaj

18. Uffie – Wordy Rapinghood. Cover piosenki Tom Tom Club w wykonaniu Anna-Catherine Hartley to jeden z fajniejszych cover’ów poprzedniego roku. Odświeżony, energiczny z fajnym „ramciamtamtam” i quasi rapem Uffie. Na zupełnym luzie. Fajne, fajne, czekamy na drugi album.

posłuchaj

17. WU LYF – Cave Song. Wu Lyf to moje ubiegłoroczne odkrycie w rytmach indie rocka spod znaku takich typów jak Wolf Parade. Fajna, gitarowa, momentami patetyczna piosenka z kopem. Rojas wiesz co masz robić.

posłuchaj

16. Iceage – White Rune. Młodziki z Danii ożywiły zeszłoroczną scenkę ambitnego punka. White Rune to esencja żywiołowego, dwu minutowego grania ze świetnym refrenem, ostrym gitarowym riffem i rewelacyjną perkusją. Dobra robota.

posłuchaj

15. Destroyer – Kaputt. Świetny teledysk, ale sama piosenka również dodała wiele miłych wrażeń. W sumie to wszystkie piosenki z najnowszej płyty Destroyer’a zasługują na wyróżnienie, jednak trzeba było wybrać tę jedna „reprezentatywną”. Poczujcie ten smooth klimat i zagłosujcie na tak przy nazwie Destroyer.

posłuchaj

14. Katy B – Broken Records. Pomysłowe połączenie popu z dubstepem, które idealnie odnajduje się na parkiecie. Fajny głos Katy B plus dyskotekowy klimat transu dało nadspodziewany dobry efekt. Mimo, że listy przebojów nie dały jej zbyt dużo czasu na otwarcie oczu ludziom to ja to kupuje.

posłuchaj

13. Neon Indian – Polish Girl. Ciężko by zabrakło w tym zestawieniu Alana Palomo, który tworzy utwory ambitne a zarazem taneczne. ‚Polish Girl” to takie chillwave’owe „Kokomo„. Dodatkowo należy wspomnieć, że to polskie dziewczyny najładniejsze i najfajniejsze są! Neon Indian też docenił.

posłuchaj / wersja z offa

12. Beyonce – Countdown. Beyonce jest chyba jak wino, tendencja zwyżkowa jest u niej widoczna już od paru lat. Tym singlem udowadnia, że piosenkarka z niej nietuzinkowa. Świetny podkład muzyczny plus ta zabawa głosem. Łączy w sobie kontrasty, szkoda tylko, że taki pop nie ma sił przebicia w radiu.

posłuchaj

11. Drake – Shot For Me. Zachwycałem się samym Drake’em całkiem niedawno. „Shot for Me” to dla mnie genialny kawałek o tęsknocie. Dużo uczucia, świetny tekst z frazami typu: „The way you’ve got your hair up: did you forget that’s me?” i generalnie wow, wow. Poza tym ten anielski głos Grahama.

posłuchaj

10. Cold War Kids – Skip The Charades. Z krótkim opisem tej piosenki miałem najwięcej problemów. Wiem, że podobnych utworów jest wiele, jednak dla mnie ten kawałek ma wymiar sentymentalny. Dodatkowo jest fajną piosenką, która dobrze się słucha. Całość oparta jest na cukierkowym, gitarowym motywie i mocnym głosie Nathan’a Willett’a. Wokalista Cold War Kids ma unikatową zdolność do pisania dobrych i życiowych tekstów.

posłuchaj

9. Iza Lach – Nic Więcej. Słodki, charakterystyczny głos Izy + fajny popowy podkład nawiązujący do tej najlepszej strony Cut Copy + świetny klawisz + „Nigdy nie powiesz nic więcej, choćbyś chciał i choć mnie trzymasz na rękę, puścisz i tak.” = rewelacyjna, popowa piosenka ze złamanym serduszkiem w tle. Może „Nic Więcej” nie jest jakieś skomplikowane, ale w prostocie siła. Wiedział to nawet Grzegorz Piechna potocznie nazywany kiełbasą. Trudno nie zauroczyć się w kompozycji młodej mieszkanki Łodzi.

posłuchaj

8. Florrie – Begging Me. Fajny, gitarowy pop z uroczą blondynką na wokalu. Życzyłbym sobie więcej takich piosenek, które zdobywają listy przebojów. Ta piosenka ma wszystko by się podobać: fajny, troszkę naiwny tekst, miły w odbiorze głos Florrie plus tło muzyczne jakby stworzone z połączenia The Strokes z Tears for Fears. <Tupię nóżką>.

posłuchaj

7. Washed Out – Far Away. Najlepszy chyba kawałek spod gatunku chillwave’u, który wypłynął w 2011. Genialny klimat, wokal Ernest Greene’a wydobywający się gdzieś z piwnicy, patetyczne skrzypce i cymbałki. „Far Away” naprawdę sprawia, że odlatujemy gdzieś daleko, daleko. Mój rok 2011 można podzielić na trzy etapy: przed Far Away, Far Away i post-Far Away.

posłuchaj / wersja ze saksofonikiem

6. Jay-Z & Kanye West – Niggas in Paris. Kanye West solo jest rewelacyjny, Jay-Z solo jest rewelacyjny. Więc jaki jest efekt ich współpracy? Jeszcze lepszy. Ci kolesie się dopełniają niczym RUN-DMC, Mulder i Scully czy też Tom i Jerry jednocześnie. Fajny, prosty podkład plus nawijka tych dwóch geniuszy składania trafiających w sedno zwrotek dało ciekawy efekt w postaci „Watch The Throne„. A o tym, że czarnuchy w Paryżu bujają się pokazali ostatnio na jakimś wybiegu mody. Yo.

posłuchaj

5. Juvelen – Make U Move. Ah Jonas Pettersson. Cała Ep-ka Make U Move była bardzo dobra, jednak to „Make u Move” przypadło wyróżnienie ze względu na bogatą warstwę muzyczną, taneczność, dynamikę, miażdżący bas oraz ogólną zajebistość tych 4 minut istnego szaleństwa. No i oczywiście te szepty na początku. Dobry electro-pop jest w cenie, a Szwed robi to doskonale.

posłuchaj

4. Wugazi – Sleep Rules Everything Around Me. Chyba najlepszy mash-up wszech czasów. Pomysł połączenia mojego ukochanego Wu-Tang Clan z moim ukochanym Fugazi był rewelacyjny. Operacja połączenia dała nadzwyczajne efekty a „Sleep Rules Everything About Me” jest wisienką na torcie. Nawijka wyrwana z „C.R.E.A.M.” (hip-hopowy hymn lat 90) z balladą Fugazi (Oni nie grywają ballad) ukazała nową świeżość.

posłuchaj

3. Atlas Sound – Lightworks. Piosenka stworzona jakby od niechcenia. Bradford Cox znany jest z tego, że piosenki pisać umie dobre. „Lightworks” było w poprzednim roku takim puszczeniem oczka. Jest słodko, jest miło i przytulnie. I to wszystko nagrane jakby gdzieś w jakimś garażu. Lightworks wydaje się być raczej utworem o śmierci, aniżeli miłości. „Everywhere I look / There is a light and There’s no pain”, ciekawy kontrast, ciekawe opisanie tego co nieuniknione.

posłuchaj

2. The Rapture – How Deep Is Your Love? W ubiegłe lato przypomnieli o sobie w wielkim stylu wydając, świetny, oparty na prostym klawiszu kawałek w ich stylu. Wszystko co najlepsze z dance-punku zgromadzone w jednym utworze: energiczna perkusja, błyskotliwy basik, banalny klawisz i jak zwykle bezkompromisowy głos Luke’a Jennera wyrzucający z siebie najważniejsze w tym momencie pytanie: How Deep Is Your Love? To była miłość od pierwszego usłyszenia.

posłuchaj

1. Junior Boys – Banana Ripple. Kanadyjski duet przy okazji wydania nowego albumu zapodał miażdżącym system 9-minutowym electro-pop’owym killerem. Junior Boys bardziej popowe ma rację bytu. „Banana Ripple” to dla mnie esencja poprzedniego lata – czyli najbardziej deszczowego i pochmurnego lata ostatnich 20 lat. Smutne disco w ich wykonaniu świetnie sprawdza się w każdej sytuacji a ciągłe powtarzanie „no You never” przyprawia o tak zwane ciary na plecach.  A wszystko oparte na prostych, lecz jak wciągających hookach. I najważniejsze spostrzeżenie, ten kawałek im dłużej trwa to tym większej nabiera mocy, rozkręca się ze sekundy na sekundę. Owacje na stojąco.

posłuchaj

Muzyczne podsumowanie roku 2011: Teledyski

Tradycyjnie już pora na podsumowanie minionego roku. Przed nami Euro, Olimpiada i koniec świata. Obejrzyjmy się zatem jeszcze wstecz i popatrzmy na najfajniejsze i najciekawsze teledyski z 2011 roku.

Arcade Fire – Sprawl II (Mountains Beyond Mountains)

Beastie Boys – Don’t Play No Game That I Can’t Win (featuring Santigold)

Beastie Boys – Make Some Noise

Bon Iver – Holocene

Destroyer – Kaputt

Justice – Civilization

Myslovitz – Ukryte

Rammstein – Mein Land

St. Vincent – Cruel

Ten Typ Mes – Otwarcie

Off Festival 2011

Szósta edycja Off Festivalu już przeszła do historii, w tym roku nie zabrakło również dobrej muzyki, świetnych występów, multum wrażeń, lanego grolsha i… deszczu.

Warpaint

Tak samo jak w poprzednich latach katowicki festiwal trwał 4 dni, z których trzy ostatnie uświetniła moja osoba. Zatem wszystkich szukających relacji z Current 93 odsyłam do googla by szukali dalej, ja zajmę się pozostałymi koncertami z Doliny Trzech Stawów. Pierwszy dzień według moich wcześniejszych planów miał być dniem najmniej obfitym w koncerty, w praktyce okazało się inaczej. W tym roku zacząłem od występu grupy L.Stadt, która grała na scenie leśnej. Szczerze powiedziawszy nie znałem tej grupy zbytnio wcześniej poza dwoma oczywistymi kawałkami (Londyn i Death of a Surfer Girl – z tego zagrali tylko ten drugi). Jednak podczas 30-minutowego występu nie nudzili i wypadli całkiem w porządku. Następnie powędrowałem pod scenę główną gdzie po raz czwarty chciałem zobaczyć „my favourtie polish band”, czyli The Car is On Fire. Wymagań nie miałem dużych, gdyż wiedziałem na co ich stać i czego mogę się spodziewać. Jednak w porównaniu do występu z 2009 roku wypadli raczej słabiutko, scena mBanku okazała się dla nich za duża tak samo jak podczas Open’era w 2007 roku, gdzie również grali na największej scenie. Następnie powróciłem na scenę Leśną gdzie grać miał Lech Janerka, i jedyne co mogę powiedzieć o tym występie to tylko tyle, że Lech Janerka jest w dobrej formie i już zapowiedział następne występy. Poza tym dodam, że ten występ absolutnie nic nie zmienił w moim życiu i z pewnością raczej nie będę po nim fanem Janerki. Fani rewolucji i awanturnicy mogli dalej się bawić podczas koncertu Dezertera, ja natomiast wstąpiłem do Namiotu prezydencji (ah te polityczne zaangażowanie, widział ktoś w tym roku Buzka?) by zobaczyć występ grupy Glasser, jednak potworny zaduch i raczej nie przekonujący początek wypędził mnie stamtąd.

Junior Boys

Skuszony dobrymi opiniami udałem się na koncert Warpaint. Przed samym wyjazdem słuchałem ich płyty z poprzedniego roku „The Fool”, jednak do samego końca nie byłem pewien czy warto poświęcić na ten występ 50 minut. Poświeciłem i nie był to czas zmarnowany, bo na żywo materiał z płyty brzmiał jeszcze lepiej. Widać było, że czwórka dziewoj ze Stanów Zjednoczonych również dobrze się bawiła. Zachęcały do tańca i ogólnie sprawiły na mnie dobre wrażenie, jednak czas się zmywać. Już za moment mój headliner dnia, czyli Junior Boys. Ustawiłem się w miarę blisko by nie przegapić niczego z tego koncertu, znałem ich materiał i oczekiwałem świetnej, tanecznej zabawy. Zaczęli nie najlepiej bo od 10- minutowego spóźnienia, jednak później z minuty na minutę było coraz lepiej by zakończyć fenomenalnym Banana Ripple, który samy z siebie porywa do szalonego tańca. Nie zabrakło ich najlepszych kawałków jak i materiału z nowej płyty All It’s True. Brakowało mi tylko Second Chance, liczyłem, że odegrają właśnie ten kawałek podczas bisu, jednak o bisie nie było mowy. Kanadyjski duet wspomagany na żywo przez perkusistę dał jeden z lepszych koncertów tegorocznego festiwalu, do tej pory mam w głowie falsetowe okrzyki „No You never, No You never…”.

Omar Souleyman

Chęć zobaczenia czegoś „innego” pokierowała mnie by przez chwilę zobaczyć prawdziwy, progresywny, techniczny metal w wykonaniu Meshuggah, jednak na dłuższą metę nie zniósłbym tego natężenia agresji i hałasu w moich uszach. O 23:00 byłem już pod sceną eksperymentalną, gdzie miała wystąpić ciekawostka dnia czyli Omar Souleyman. Namiot napełnił się po brzegi (standardowo), wszyscy byli ciekawi co zaprezentuje Syryjczyk. Nawet kolesie z Junior Boys, którzy występ kręcili obok mnie. Koleś miał własnego konferansjera!!!, który w języku angielskim zapowiedział występ gwiazdy prosto z Bliskiego Wschodu. Wspomagany przez jednego muzyka od „czarnej roboty” Omar kręcił się po scenie i po prostu dawał „czadu”. Ludzie świetnie zareagowali. Hity z Jazeraa Nights brzmiały świetnie, że trudno było być obojętnym na to co się dzieje. Zwłaszcza, że parkietowa podłoga falowała i uginała się pod napływem tańczącej i skaczącej publiki. Ufff, to był kolejny świetny i niezapomniany występ. Tuż po północy byłem już na świeżym powietrzu, gdzie przez najbliższą godzinę chłonąłem dźwięki grane przez Mogwai. To był ich drugi występ na Offie i wydaje mi się, że lepiej się zaprezentowali niż w 2008 roku, jednak może to dlatego, że „Hardcore Will Never Die, But You Will” jest lepszą płytą niż „Hawk is Howling”? Jak zwykle ludzie narzekali, jednak należy pamiętać, że to zespół specyficzny i to nie tylko dlatego, że nie mają wokalu. Setlista była idealna, nie zabrakło Mogwai Fear Satan czy też Haunted by Freak jak i najfajniejszych piosenek z nowej płyty (Rano Pano chociażby). Na koniec wpadłem na początek Low, który grał koncert dedykowany Andy’emu Kotowiczowi z Sub Popu, mimo, że grali fajnie to jednak zmęczenie wygrało i tym samym pierwszy dzień festiwalu dla mnie się skończył.

Drugi dzień festiwalu rozpocząłem od koncertu D4D, czyli Dick4Dick. Miałem okazję już tyle razy ich zobaczyć i ani razu tego nie zrobiłem, dlatego zmobilizowałem się tym razem i zobaczyłem jak to wygląda tym razem. Nie było źle, jednak również bez porywów. Materiał z nowej płyty brzmiał raczej średnio poza wyróżniającym się Love is Dangerous. Czas na piwo. O 17:50 grał Blonde Redhead, bardzo wcześnie, jak na nich za wcześnie. Pomimo problemów technicznych zagrali fajną setlistę obfitą w hity z „23”. Jednak nie było tej magii, nie było tego klimatu na który wszyscy czekali. Kolejne rozczarowanie padło godzinę później, gdy się okazało, że koncert Polvo został przesunięty na godzinę 2:15. O tej porze koncert ten był tylko dla największych hardkorów.

Neon Indian

Jednak przed klęską sobotę uratowały wieczorne koncerty. Pierwszy na scenie leśnej Neon Indian dał świetny, pełen energii występ. Nie zabrakło największych hitów takich jak: Deadbeat Summer, 6669 (I Don’t Know If You Know) oraz Psychic Chasms. Było kolorowo, tanecznie i niemal szalenie. W mojej ocenie jeden z lepszych występów tegorocznej edycji, aczkolwiek przyznam się, że miałem obawy jak zabrzmi na żywo mój ulubiony album z 2009 roku. Obawy były całkowicie nie uzasadnione, Alan Palomo wykonał świetną robotę, chodź momentami stosował różnorakie zagrywki pod publikę. O 22:00 zjawiłem się pod sceną główna by zobaczyć legendę gitarowego grania, czyli Gang of Four. Nie zawiedli, pomimo tatusiowego wieku Brytyjczycy pokazali, że wciąż wymiatają i są niczym dynamit na scenie. Był to żywiołowy występ, podczas, którego przypomnieli takie klasyki jak: Damaged Goods, Ether czy Natural’s Not in It z debiutanckiego albumu Entertainment! Była to niezapomniana podróż w przeszłość. Zdecydowanie na plus.

Primal Scream

Jednak to nie koniec sobotnich wrażeń. O 23:05 miał zaczynać na Scenie Leśnej Destroyer, czyli Daniel Bejar i spółka. Dlaczego warto było być na tym gigu? Każdy kto słyszał najnowszą płytę Kaputt wie, że ta płyta jest świetna. Destroyer zachwycił nas grając właśnie w większości numery z tego krążka. I jak to brzmiało! To odpowiedź na wcześniej zadane pytanie, ten brodaty kudłacz, który wygląda dość niepozornie potrafi chwycić za serca. Wytworzyła się właśnie ta magia, na która wszyscy czekali podczas występu Blonde Redhead. Gdy tak słuchałem Bejara i jego nutek wspomniał mi się występ Menomeny sprzed trzech lat, utrwaliło to mnie tylko w przekonaniu, że warto było tutaj się zjawić. Choć co do tego nie miałem żadnych wątpliwości, bo w ten występ celowałem od samego początku. Tak samo jak celowałem w występ dnia, czyli Primal Scream, który miał odegrać swój legendarny album Screamedalica. To był zdecydowanie najżywszy, najenergiczniejszy, najbardziej taneczny występ tegorocznej edycji Off Festiwalu. Album ten w wykonaniu live brzmi jeszcze lepiej niż na płycie, zwłaszcza opener Movin’ On Up i te okrzyki „My light shines on”. Zespół grał jakby bez opamiętania, nie zważał na to, że już są 20 minut po czasie. Publice też się podobało, żywym tego dowodem było wspólne odśpiewanie Come Together. I mimo, że mogły pojawiać się problemy z prądem to zespół grał swoje i czarował publikę. Brawa dla pani robiącej chórki, to kobieta to prawdziwy wulkan.

Deerhoof

Trzeci dzień i ostatni zarazem zacząłem dość wcześnie przy żarzącym słońcu. Pierwszy zaplanowany koncert Ringo Deathstarr obejrzałem już o 15:35 na Scenie Leśnej. podczas 30 minutowego koncertu pokazali się z bardzo dobrej strony, grając energiczny, żywiołowy koncert. Były w tym jaja i sam zespół z pewnością lepiej się zaprezentował niż The Pains of Being Pure At Heart dwa lata temu. Kto nie było na Ringo, niech żałuje. Przez te półgodziny poczuliśmy prawdziwy teksas. Z resztą sami członkowie grupy czuli się jak w swoim domu. Następnie zespół Biff grał soundtrack do obserwacji akrobacji w powietrzu wykonywanych przez samoloty oraz zmagań na boisku, gdzie szpile rozgrywały drużyny offowiczów. Jednak tą sielankę przerwała gwałtowna burza, przez co występ Abradaba grający set K44 został przełożony na godzinę 2:15, to był cios. Gdy przestało padać (nie na długo jak się okazało później) zawędrowałem pod scenę główną mBanku. Zespół Liars wystąpił z 20 minutowym opóźnieniem, jednak nie przeszkadzało to im zagrania dobrego koncertu. Wokalista Angus Andrew był swego rodzaju Zlatanem Ibrahimoviciem tego zespołu, gwiazdą w pełnym tego słowa znaczenia.

Public Image Ltd

Następny przystanek to koncert grupy Deerhoof. I główne w tym momencie moje zachwyty kieruje perkusiście grupy, który na obkrojonym sprzęcie bębnił jak oszalały. Natomiast Satomi Matsuzaki została określona Hendrixem tego zespołu. Mimo, że nie słucham ich na co dzień to wiedziałem, że mogę liczyć na energiczny koncert i taki też zastałem. Brawo. O 22 byłem już ponownie pod sceną główną, gdzie miał zagrać dEUS, moje tegoroczne odkrycie (mocno eleganckie spóźnienie). Nawet padający deszcz nie mógł mnie wygonić spod sceny. Zespół z pewnością pokazał, że myślenie o Belgu jako o nudziarzu jest mocno naciągane. Tom Barman okazał się prawdziwym liderem z krwi i kości, starał się odciągnąć uwagę widzów od coraz mocniej padającego deszczu. I udało mu się to! Skakał, biegał, zachęcał do tańca podczas Favourite Game, co chwile zmieniał gitarę, żartował sobie (Barbara Streisand). Ludzie z zaplecza mieli pełne ręce roboty prazy tym kolesiu. Poza tym przedstawił nam swojego gitarzystę Mauro Pawlowskiego, który ma polskie korzenie. Ostatnim koncertem tego dnia dla mnie (głównie z powodu deszczu) był Ariel Pink Haunted Graffiti. Gdy zobaczyłem tego rozczochrańca w czerwonym sweterku wiedziałem, że będzie koncert „w jego stylu”. Mimo uporczywego deszczu, ludzie świetnie się bawili. Bo jak się okazało, jego muzyka jest w pewnym sensie muzyką deszczową. Idealnie się wkomponowała w warunki atmosferyczne, a sam nieobliczalny Ariel Pink ogrywał po kolei hiciory z Before Today i udowodnił po raz kolejny, że jest totalnym świrem. Na Public Image Ltd. deszcz odebrał całkowicie chęci.

Podsumowując. Z pewnością na plus po raz kolejny urok miejsca Doliny Trzech Stawów, powiększona oferta gastronomiczna, żywiołowe, taneczne i rozróżnicowane koncerty. Jednak pojawia się także sporo minusów. Off słynną zawsze z punktualności, w tym roku zdecydowanie za dużo było opóźnień. In minus również przesunięcia tak ważnych koncertów jak Polvo i Abradaba, pogoda w 70 % dopisała. Gdzie hip-hop? Too much metal, It’s too much for me (wiadomo kawaleria szatana wraca do łask). No i na deser problemy z parkingiem. Oj, oj mimo to Off Festiwal uważam za udany i nie czuje się rozczarowany, zwłaszcza, że zobaczyłem kilka na prawdę wybitnych koncertów.

Destroyer – Kaputt

Destroyer czyli Daniel Bejar wydaje swój dziewiąty studyjny album, na którym po raz kolejny udowadnia, że muzyka to jest właśnie to co powinien w życiu robić.

Płyta Kaputt rozpoczyna utwór Chinatown. I jeżeli ktoś oglądał o tym samym tytule film Romana Polańskiego to już wie, że „Chinatown to nie miejsce, a stan umysłu”. Mówię o tym dlatego, że to samo można powiedzieć o nowym albumie Kanadyjczyka nagrywającego pod określeniem niszczyciela. Niszczyciela schematów, który na swój sposób definiuje muzykę, jego wnętrze, piękno. Mimo, że to już dziewiąty studyjny album to nie czuć tu starych śmierdzących kapci. Jest świeżo, miło.

Kaputt można określić mianem spokojnego. Wydaje się, że nic się nie dzieje jednak tak na prawdę dzieje się wiele. Brzmienie jest bogate w różnorakie melodie, ciekawym dodatkiem jest pojawiający się gdzieniegdzie saksofon. Czuć wtedy Billa Clintona. Poza tym nieźle funkcjonuje w tym wszystkim bass, szczególnie warty zwrócenia pod tym względem Song for America. Teksty także stanowią dodatkowy plus: „You were born okay. Rich in name alone. Your Jesuit profile will suit The coming apocalypse!”. Sięgając po Kaputt sięgacie po chwilę wytchnienia, odpoczynku od hałasu i przemyśleń, niekoniecznie na temat jutrzejszego obiadu. Słuchać koniecznie tylko przy rozpalonych gwiazdach na niebie, lub bardzo, bardzo wczesnym rankiem. Ocena: 8/10

posłuchaj