Vehicle Playlist – idealne piosenki do podróży samochodem

car-travel-paweuuCo prawda sezon urlopowy już za nami, a podobną listę już kiedyś stworzyłem. Jednak nie mogłem sobie odmówić odświeżenia tematu, dlatego dzisiaj na blogu znajdziecie listę 11 piosenek, które idealnie nadają się jako tło muzyczne do podróży samochodem.

Wavves – My Head Hurts (V, 2015). Na pierwszy ogień polecam utwór z ostatniej płyty Wavves. Ten kto zagląda na bloga w miarę regularnie, to wie, że twórczość Nathana Williamsa wielbię. Dlatego też, nie powinien dziwić fakt, że w moim aucie często można usłyszeć Kalifornijską kapelę. Żwawy, mocno gitarowy i melodyjny utwór sprawia, że podróż mija nam znacznie szybciej.

Posłuchaj

Kurt Vile – Pretty Pimpin (b’lieve i’m goin down…, 2015). Spokojne dźwięki gitary amerykańskiego muzyka umilą nam każdą drogę, nawet tą zakorkowaną. W jakiś dziwny sposób Kurt Vile potrafi za pomocą swojej muzyki mnie uspokoić. Masz zły dzień posłuchaj? Zdecydowanie sięgnij po zeszłoroczny album „b’lieve i’m goin down… bądź „Wakin on a Pretty Daze„.

Posłuchaj

Duke Dumont – Ocean Drive (Blasé Boys Club Pt. 1, 2015). Zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy na swoich listach zamieszczam BARDZO znane piosenki, które lecą w radiu co 10 minut. Jednak Nie mogłem odpuścić tego kawałka. Zwłaszcza, że w tytule ma słowo RIDE a  w teledysku grupka młodych kobietek jeździ po mieście autem. DJ puszczał ją na moim weselu, puszczam i ja w samochodzie. Wy też pewnie jej słuchacie. I dobrze!

Posłuchaj

The Beatles – Drive My Car (Rubber Soul, 1966). Jak można robić playlistę do samochodu i zapomnieć o tym nieśmiertelnym kawałku? Co prawda w 1966 roku większość z Was nie było na świecie (Luzik, mnie też) a po polskich drogach jeździła garstka aut, ale to nie o to chodzi. Rock’nRoll w wykonaniu Liverpoolczyków to świetna muzyka do wszystkiego, zwłaszcza do samochodu.

Posłuchaj

Moderat – Bad Kingdom (Moderat II, 2013). Kiedyś niemiecki band kojarzył mi się z ucieleśnieniem nudy i braku pomysłu. Na szczęście w pewnym momencie postanowili swoje Kraftwerkowe zapędy połączyć z czystym popem. Wyszło to im na dobre, a w samochodzie aż chce się tego słuchać.

Posłuchaj

car-travel-2SOHN – Artifice (Tremors, 2014). Najbardziej energiczny i taneczny utwór z „Tremors” to idealny podkład do kręcenia kółkiem. Sprawdzone osobiście. Z czystym sercem możecie wrzucić ten utwór na swoją playlistę, trust me.

Posłuchaj

Son Lux – Lost It To Trying (Lanterns, 2013). Piosenka ta została użyta niedawno w reklamie pewnego koreańskiego samochodu. Jednak nie ze względu na ten komercyjny klip postanowiłem umieścić na swojej liście ten kawałek. Jest to po prostu bardzo przyjemna piosenka z mocno wpadającym w ucho motywem przewodnim, która przypomina mi twórczość Menomeny. A takie inspiracje lubię najbardziej.

Posłuchaj

The Chromatics – Lady (Kill For Love, 2012). Większość z Was pewnie po obejrzeniu filmu „Drive” wolałaby jeździć przy dźwiękach użytego w filmie „Tick of the Clock„. Ja bardziej polecam utwór „Lady„. Skojarzenia te same, doznania znacznie większe!

Posłuchaj

Queens of The Stone Age – Go With The Flow (Song For The Deaf, 2002). Ten utwór QOTSA zamieszczam z specjalną dedykacją dla ludzi, którzy lubią zapier….

Posłuchaj

The Vines – Ride (Winning Days, 2004). Szukałem do mojej listy jakiegoś chropowatego, indie rockowego kawałka robiącego rozpierduche. Chyba dobrze trafiłem?

Posłuchaj

Schoolboy Q – John Muir (Blank Face, 2016). Nie byłbym sobą gdybym nie dorzucił rapsów. Tegoroczny Schoolboy Q ze swoim gangsta kawałkiem wpisuje się w moją wizję jazdy samochodem perfekcyjnie. Zimny łokieć i te sprawy. Poza tym ten samochody klip dopełnia całej roboty. Nic dodać, nic ująć.

Posłuchaj

Reklamy

10 najgorzej przetłumaczonych tytułów filmowych

wtf-faceOglądałem sobie ostatnio komedie romantyczną z młodym Heathem Ledgerem zatytułowaną „10 Things I Hate About You„. Fajny, lekki, przyjemny seans. Polecam. Jednak jedna rzecz mi nie dawała spokoju. Dlaczego polski tytuł tego filmu to „Zakochana złośnica„?!? Co ma piernik do wiatraka? Na podstawie tego kreatywnego tytułu postanowiłem zrobić listę 10 najgorzej przetłumaczonych tytułów filmowych. Zapraszam do lektury.

10 Things I Hate About You / Zakochana Złośnica (1999). Na początek tytuł o którym wspomniałem kilka linijek wyżej. Zupełnie nie rozumiem dlaczego polski tytuł tego filmu nie mógł brzmieć dosłownie „10 rzeczy, których w Tobie nienawidzę”. Czy polscy dystrybutorzy mają polskiego widza za idiotę, że trzeba mu w tytule wyjaśniać o czym będzie film? Pozostawiam to bez komentarza.

Cloverfield / Projekt: Monster (2008). Jak można przetłumaczyć angielską nazwę na inną angielską nazwę? To jedna z zagadek ludzkości, która za pewne nigdy nie zostanie wyjaśniona.

urlHangover part II / Kac Vegas w Bangkoku (2011). W tym miejscu mamy do czynienia z kontynuacją tłumaczenia pierwszej części. „Hangover” tłumaczone jako „Kac Vegas” można uznać za fajną grę słowami, bo w końcu łączy tytułowy kac z miejscem akcji, czyli miastem Las Vegas. Problem pojawia się w sequelu obrazu, gdyż „Kac Vegas w Bangkoku” brzmi mocno niedorzecznie.

Die Hard II / Szklana Pułapka 2 (1990). Klasyka źle przetłumaczonego tytułu, która ciągnie się od pierwszej części. O ile wtedy można było tytuł tłumaczyć nawiązaniem do miejsca akcji, to następne część serii z Johnem McClanem stanowią niewytłumaczalne kuriozum.

12 Years A Slave / Zniewolony. 12 Years A Slave (2013). Mamy tutaj do czynienia z ciekawą kombinacją. W tytule pojawia się słowo Zniewolony, co jest zrozumiałe bo film opowiada o zniewolonym, czarnoskórym mężczyźnie. Jednak po kropce pojawia się oryginalny tytuł – i tego już nie ogarniam.

Dallas Buyers Club / Witaj w Klubie (2013). Przyznam szczerze, że tytuł filmu Jeana-Marca Vallée nie jest łatwą kwestią do przetłumaczenia. Bo Klub kupców/nabywców z Dallas nie brzmi za ciekawie. Jednak wybranie „Witaj w Klubie” to jak mówienie, że parówka to mięso.

Chris-Rock-HUH-WTFInterstate 60: Episodes of the Road / Ale jazda! (2002). Film podobno dobry, nie widziałem. Jednak ten polski tytuł totalnie zniechęca by zobaczyć obraz Boba Gale’a.

Eternal Sunshine of the Spotless Mind / Zakochany bez pamięci (2004). No cóż, totalnie nie wiem dlaczego ten film tak przetłumaczyli. Swoją drogą też nie rozumiem, dlaczego ten kapitalny dramat psychologiczny ukazujący skomplikowane tajniki ludzkiej psychologii i uczuć do drugiej osoby był reklamowany jako kolejna słodka komedia romantyczna…

Prisoners / Labirynt (2013). Sprawdzałem wszystkie internetowe translatory oraz słowniki. W żadnym słowo Prisoners nie oznacza po polsku Labirynt.

Reality Bites / Orbitowanie Bez Cukru (1994). Tutaj również mamy do czynienia z dziwną kreatywnością polskich dystrybutorów…

To moje propozycje, a źle przetłumaczonych tytułów filmowych jest cała masa. Wpisujcie swoje propozycje w komentarzach. Jestem ciekaw co pominąłem przy tworzeniu tej listy. Oczywiście, oprócz „Dirty Dancing” i polskiego „Wirującego Seksu” – bo to klasyk.

10 najlepszych seriali

Serial to forma przed którą raczej się bronię. Bronię się przed wciągnięciem w wir maniakalnego oglądania kolejnych odcinków. Poniżej lista seriali, którym uległem.

american-dad-50a7a9e432004

American Dad / Amerykański Tata (2005-obecnie)

Dlaczego warto?: To jeden z tych seriali, które potrafią rozśmieszyć do bólu (autentycznie!). Tytułowy Amerykański Tata to typowy amerykański twardziel pracujący w CIA, głosujący na republikan, jeżdżący wielkim SUVem i chodzący w każdą niedziele do kościoła. Poza tym bohaterami są: nie grzesząca rozumem żona Francine  , ciotowaty syn Steve, córka hipiska, kosmita Roger oraz Niemiec Klaus zamieniony w rybę. Twórcy serialu jadą po bandzie naśmiewając się dosłownie z wszystkiego i to jest zdecydowanie największy plus tego serialu.

Minusy?: Sporo czerstwych żartów, zwłaszcza w wykonaniu łysego szefa CIA i ryby Klausa. Poza tym nie wiele ciekawego do całości wnosi Hayley.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Zdecydowanie kosmita Roger! Głównie przez tą postać umieściłem Amerykańskiego Tatę w moim zestawieniu. W każdym odcinku ma inne wcielenie, różnej płci. I za każdym razem jest wybitnie komiczny. Między innymi wciela się w grubą sekretarkę, której zadaniem jest być molestowaną seksualnie przez szefa, homoseksualnego partnera Ricky’ego Martina czy też producenta muzyki Disco.

fargoFargo (2014-obecnie)

Dlaczego warto?: Tegoroczna produkcja FX to wciągająca historia, która stanowi kontynuacje wydarzeń z filmu braci Coen z 1996 roku o tym samym tytule. „Fargo” to obraz przemiany Lester Nyygarda, który z frajerowatego sprzedawcy polis ubezpieczeniowych zamienia się w zimnego, bezdusznego, cwanego człowieka sukcesu. Serial ma klimat, idealnie obrazuje zimową scenerie małej amerykańskiej miejscowości. Postacie są świetnie napisane. W żadnym serialu nie widziałem tylu ludzko, głupich postaci.

Minusy?: Wątek Stavrosa Milosa, właściciela lokalnej sieci sklepów był nieco naciągany.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Lorne Malvo, czyli zabójca idealny. Mocno charyzmatyczna postać. Malvo to przebiegły drań, jednak ma w sobie to coś co sprawia, że mu kibicujemy.

married-with-childrenMarried with Children / Świat Według Bundych (1987-1997)

Dlaczego warto? Bo to najlepszy sitcom jaki powstał kiedykolwiek. Historia Bundych w pewnym sensie jest ikoną gatunku seriali komediowych. Główną postacią serialu jest sprzedawca butów Al Bundy, który nienawidzi swojego życia. Męczy go żona zakupoholiczka Peggy, syn Bad (kujon prawiczek), córka Kelly (blondynka idiotka) oraz sąsiedzi Marcy i Steve. Z biegiem odcinków Steve’a zastępuje Jefferson, który będzie stanowił pewnego rodzaju sojusznika Ala. W każdym odcinku głowa rodziny Bundych przeżywa wzloty i upadki z naciskiem na to drugie. A jakieś 70% odcinków śmiało można nazwać legendarnymi. W pamięci szczególnie zapadł mi epizod w którym Al z uporem maniaka próbował znaleźć tytuł starej piosenki, którą usłyszał w radiu.

Minusy?: Pierwszy sezon jest kinem familijnym, ostatni sezon to brak pomysłów i autoparodia.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Al Bundy oczywiście. To wokół niego kręci się cały serial. Bundy to nieudacznik życiowy. Żyje czasami liceum, kiedy to jako zawodnik lokalnej drużyny zdobył 3 przyłożenia w jednym meczu. Pracuje w sklepie obuwniczym, nienawidzi grubych kobiet, śmierdzą mu stopy i jeździ starym Dodgem. Najlepszy w nim jest jednak ten jego wymowny wyraz twarzy.

bundy

simpsons_961x421The Simpsons / Simpsonowie (1989-obecnie)

Dlaczego warto? Matt Groening stworzył najzabawniejszy serial animowany w dziejach. Simpsonowie są nadawani w stacji FOX od 1989 roku! Wiem, że są seriale dłużej emitowane jednak Simpsonowie trzymają poziom od pierwszej emisji. Co więcej odcinki zaczynają się za każdym razem różniącym się od siebie intro. Ponadto w każdym sezonie wyświetlane są specjalne wydania na halloween. Na plus należy także odznaczyć bogatą ilość znanych gości (David Duchovny, Metallica, wszyscy Beatlesi, Ronaldo itd.) Największą zaletą serialu jest jednak mnogość postaci, które tworzą szerokie spectrum osobowości.

Minusy? Ciężko czegokolwiek się doczepić. Może jedynie tego, że to bardzo dużo materiału do obejrzenia dla kogoś chcącego zobaczyć ten serial.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Poza Homerem oczywiście to będzie to zdecydowanie Barney Gumble. Kolega Homera, który wiecznie przesiaduje w barze u Moe i wiecznie ma w ręku kufel piwa. Ciągle beka, ciągle zalany, ciągle śmieszny!

sopranosThe Sopranos / Rodzina Soprano (1999-2007)

Dlaczego warto? Wyobraźcie sobie, że wszystkie najlepsze filmy gangsterskie takie jak „Ojciec Chrzestny„, „Chłopaki z Ferajny” czy „Gotti” zostały rozciągnięte do formatu serialu. Tym właśnie jest Rodzina Soprano. Brzmi to banalnie, ale uwierzcie, że takie nie jest. Przygody mafii Tony’ego Soprano to jak przystało na produkcję HBO rozciągnięta, wielowątkowa historia. Obok typowych gangsterskich elementów, pojawiają się problemy natury rodzinnej. Do historii przeszły tajemnicze sny Tony’ego, które zostały zainspirowane serialem „Twin Peaks„. Jeżeli nie macie czasu na cały serial, to polecam zobaczyć odcinki w których pokazane są sceny z sennych marzeń Pana Soprano w którego wcielił się fenomenalny, nieżyjący już James Gandolfini.

Minusy? kilka nieciekawych wątków, mało interesujących postaci i tocząca się w tempie ślimaka akcja z pierwszego sezonu.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=f7vBbEG0zH0

Ulubiona postać: Tony Soprano. Jest to najbardziej rozbudowana postać całego serialu, wokół, którego kręci się cały ciąg wydarzeń. Tony to fan drogich cygar, kolorowych koszul, alkoholu, hazardu i pięknych kobiet. Jest człowiekiem, który bierze wszystko to co chce. Jednak pod maską twardego gangstera, kryje się człowiek, który ma problemy. Dużą rolę w serialu pełnią jego rozmowy z psychologiem dr Melfi.

true detectiveTrue Detective / Detektyw (2014-obecnie)

Dlaczego warto?Detektyw” obok „Fargo” to najlepsza serialowa produkcja zeszłego roku, jak nie kilku ostatnich lat. Co w nim jest wyjątkowego? Przede wszystkim znakomita kreacja Matthew McConaughey’a, który wcielił się w postać detektywa-filozofa. Oczywiście na nie mniejsze brawa zasługuje Woody Harrelson za rolę partnera Harta. W „Detektywie” poczujemy kapitalny klimat Luizjany lat 90 oraz doświadczymy wciągającej, mrocznej historii. Akcja toczy się szybko, dzięki czemu serial sam się ogląda. Co więcej? Sporo tu symboliki, która pozytywnie wpływa na odbiór całości.

Minusy? No trochę zakończenie rozczarowuje, poza tym serial jest bezbłędny. Zresztą zobaczcie poniższą scenę nakręconą JEDNYM ujęciem. Majstersztyk.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=s_HuFuKiq8U

Ulubiona postać: No oczywiście, że Rust Cohle. Postać ta ukazana jest dwutorowo. Jako inteligenty, dociekliwy detektyw rozpracowujący sprawę morderstwa oraz jako zapuszczony barman zeznający w sprawie powiązanej z tą, nad którą miał przyjemność pracować. Cohle miał dość ciekawe spostrzeżenia filozoficzne, które nie podobały się jego partnerowi. Jest to postać dość skomplikowana, o ciekawej historii, która w gruncie rzeczy chce dobrze. Grający go Matthew McConaughey wzniósł się tutaj na wyżyny aktorskiego rzemiosła.

twin-peaks-e1391374613948Twin Peaks / Miasteczko Twin Peaks (1990-1991)

Dlaczego wato? Twin Peaks to idealne połączenie mainstreamu z kulturą alternatywną. Pokręcone pomysły Davida Lyncha łączą się tutaj z serialową formą. W serialu tym znajdziemy specyficzny, mroczny klimat, ciekawa zagadkę morderstwa Laury Palmer, którą swego czasu żyła Ameryka, świetną muzykę Badalamentiego oraz szeroki zakres dobrze napisanych postaci. Wielu ludzi nie zrozumiało geniuszu tego serialu, jednak do tej pory Twin Peaks uznawany jest za klasyk. Dlatego też wiele emocji wywołała wiadomość o powstaniu nowego sezonu Miasteczka Twin Peaks.

Minusy? Drugi sezon momentami nie wiedział w którą stronę ma podążać. Chwilami miałem wrażenie, że starano się już go dokręcić do końca i zakończyć.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=ww-88rwt4ms

Ulubiona postać: Agent FBI Albert Rosenfield. Jego złośliwe, aczkolwiek celne uwagi rozbrajały na łopatki. Każde jego pojawienie się na ekranie wzbudzało u mnie uśmiech od ucha do ucha. Ogólnie cały zestaw agentów Federalnego Biura Śledczego to niezła ekipa. Specyficzny agent Cooper, niedosłyszący Gordon Cole (w tej roli David Lynch!) oraz Denise Bryson (David Duchnovny grający kobietę!) to mocna strona serialu.

the-walking-dead-sezon-5-the-walking-deadThe Walking Dead / Żywe Trupy (2010-obecnie)

Dlaczego warto? Bo The Walking Dead to kapitalna pozycja dla wszystkich fanów horrorów oraz filmów post apokaliptycznych. Jest sporo emocji, napięcia, krwi oraz efektów gore. Jednak to nie wszystko, twórcy serialu starają się pokazać wydarzenia przez pewien pryzmat filozoficzno-psychologiczny. Dlatego napotkamy tutaj sporo dylematów natury moralnej oraz rozmów typu „jak żyć?”. Największym jednak plusem serialu jest wiarygodne przedstawienie świata opanowanego przez plagę zombie. Nie ma tutaj superbohaterów, Rick oraz jego wierna kompania zmaga się z podstawowym problemem poszukiwania pożywienia, wody oraz schronienia. The Walking Dead jest obrazem poszukiwania swojego miejsca a zarazem dostarczycielem wielu emocji. To serial drogi w którym znajdziemy zarówno wartką akcję (bohaterowie walczą nie tylko z „walkersami”) jak i czas na pewne przemyślenia.

Minusy? Niestety nie da się ukryć, że każdy kolejny sezon staje się coraz bardziej nudniejszy. Odcinki nie są sobie równie, a akcja toczy się przemiennym tempem. Dla kogoś, kto lubi jazdę bez trzymanki nie jest to dobra opcja.

Najlepsza scena: W sumie to nie ma takiej jednej sceny. Było sporo mocnych obrazków i ciekawych przemówień, jednak bez faworyta.

Ulubiona postać: Daryl Dixon jest typem kolesia przy którym chciałbym być w przypadku końca świata. Koleś jest ogarnięty, zapewnia pożywienie polując, strzela z kuszy (niewyczerpalna broń), mistrz survivalu a w dodatku poczciwy z niego przyjaciel. Podejrzewam, że serial zakończy się wraz z jego śmiercią.

the wireThe Wire / Prawo Ulicy (2002-2008).

Dlaczego warto? Prawo Ulicy to trudny serial. Unika mainstremowych chwytów, przerysowanych bohaterów i ciągłej, wartkiej akcji. Ten serial to obraz życia miasta Baltimore, prawdziwego życia. W każdym z 5 sezonów pokazany z nieco odmiennej perspektywy. Ukazując prawdziwe problemy, historie, które się zdarzyły. Postacie są ciekawe, dobrze napisane. Ponadto całość została okraszona dobrą muzyką. To chyba jedyny serial, który został porównany do dokonań Dostojewskiego i Dickensa, i nie jest to porównanie na wyrost.

Minusy? No cóż, akcja czasami ciągnie się bardzo pooooowoli. Poza tym, serial momentami wydawał się przegadany. No i szczerze powiedziawszy w pierwszych sezonach mocno mnie irytowała główna postać grana przez Dominica Westa.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Mam dwa typy reprezentujące dwa przeciwległe światy. Wśród reprezentantów policji będzie to Bunky Bunk. Detektyw William Moreland to postać komiczna, nie stroniąca od żartów i alkoholu. Jednak często pokazywał swój profesjonalizm do pracy oraz ludzkie podejście do problemów. Trudno go nie lubić. Jeżeli chodzi o gangsterów to Omar, czyli człowiek legenda. Boją się go inni dilerzy, uchodzi za niezniszczalnego i ma dość ciekawą filozofię. Do tej pory mam przed oczami scenę podczas, której zeznawał w kapitalny sposób w sądzie.

mulder-scullyThe X Files / Z Archwium X (1993-2002)

Dlaczego warto? Z dzieciństwa pamiętam, że serial ten budził poczucie lęku głównie z powodu mrocznego motywu muzycznego Marka Snowa. Jednak nie chodzi o sentyment. Przygody Muldera i Scully to fenomenalny serial, który do około siódmego sezon trzymał mocno poziom. Co więcej, do pewnego momentu z sezonu na sezon był coraz lepszy. Część odcinków to oddzielne historie w których pojawiały się zagadki nawiązujące do klasyki kina grozy. Spoglądając na serial znajdziemy tutaj odniesienia do takich tytułów jak „Frankenstein„, „Coś„, „Ludzie-koty„, „Golem„, „Dziwolągi” oraz wielu, wielu innych klasyków. Pozostałe epizody poruszają główny wątek serialu dotyczący teorii spiskowych. Odcinki mają świetny klimat, przez co nie raz można poczuć gęsią skórkę oraz nie jednokrotnie potrafią rozbawić hasłami agenta Foxa Muldera.

Minusy? Ostatni sezon bez Muldera i Scully to jednak, nie to. Ogólnie, gdy zabrakło Davida Duchovnego serial stracił sens.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=s0jHlOQVP8Q&feature=player_detailpage#t=101

Ulubiona postać: Oczywista, oczywistość. Agent Fox Mulder. Już wtedy pewne elementy znane z „Californication” David Duchovny przekradał do postaci Muldera. Z jednej strony fanatyk teorii spiskowych, pracoholik i rozżalony stratą siostry człowiek. Z drugiej natomiast wyluzowany gość, fan sportu, entuzjasta dobrej muzyki, kobiecy amant (nie pokazał tego w pełni), który obejrzał 42 razy najgorszy film w dziejach „Plan 9 z kosmosu”.

Roman Polański – 6 filmów, które trzeba zobaczyć.

Roman-PolanskiRoman Polański to reżyser wybitny. Na planie filmowym to istny człowiek orkiestra. Reżyserował każdy możliwy gatunek filmowy i w każdym spisał się rewelacyjnie. Często również grał główne role w swoich filmach. Mimo skandali związanych z jego osobą trzeba go podziwiać za jego bogatą twórczość. Postanowiłem przedstawić obowiązkową listę filmów tego artysty, które trzeba po prostu zobaczyć.

nóż w wodzieNóż w wodzie (1961). „Nóż w wodzie” to film wyjątkowy z kilku powodów. Po pierwsze to debiut Polańskiego (Nie licząc wcześniejszych krótkometrażowych dzieł reżysera), który pokazał już na starcie, że reżyser z niego nietuzinkowy. Po drugie to jedyny film Polańskiego nakręcony w peerelowskiej Polsce. Fabuła może nie jest zbyt rozbudowana, opowiada historię wyjazdu pary małżonków nad jezioro. Po drodze podwożą młodego chłopaka, który będzie im również towarzyszył podczas rejsu łodzią. Mimo, że wyprawa ma charakter wypoczynkowy to nie jest to obraz stricte sielankowy.Dwójka głównych bohaterów: Andrzej i młody chłopak będą prowadzić przez cały film słowną wojnę pełną zażartych dyskusji. Polański w ciekawy sposób przedstawił tutaj dwie różne, zwalczające się osobowości młodego, głodnego wrażeń i świata chłopaka oraz Andrzeja – osobę starszą, pragmatyczną i mocno stąpająca po ziemi. Film ukazuje piękne mazurskie plenery, natomiast jazzowa muzyka w tle dodaje całości klimatu. Po tym filmie kariera w Polsce Polańskiego była skończona, władzy niestety nie spodobał się apolityczny obraz odwołujący się do innych wartości, niż te uznawane przez PZPR.

repulsionReplusion / Wstręt (1965). „Wstręt” to film zdecydowanie nie dla każdego. Opowiada on historię Carol Ledoux (W tej roli piękna Catherine Deneuve), która mieszka w jednym z londyńskich mieszkań wraz z swoją siostrą. Siostra jednak wyjeżdża na kilka dni wraz ze swoim chłopakiem co skończy się fatalnie w skutkach dla Carol, która odczuwa ogromny wstręt do mężczyzn. Polański w tym filmie w kapitalny sposób przedstawił stan psychiczny głównej bohaterki granej przez wspaniałą Catherine Deneuve. Carol odgradza się niewidzialną ścianą od otaczającej rzeczywistości. Jednak, gdy pozostaje sama w mieszkaniu jej stan znacznie się pogarsza. Miewa liczne halucynacje, stany lękowe oraz poczucie zagrożenia ze strony mężczyzn. Polański w świetny sposób nam to ukazał poprzez takie sceny jak wychodzące ręce mężczyzn ze ścian, które chcą złapać Carol a także sceny ataku w łóżku. Surrealizm tych wizji mocno mnie zachwycił i jednocześnie zszokował. Natomiast gnijące królicze mięso na talerzu jest fajną metaforą tego co się dzieje w głowie Carol. W fatalny sposób odczuje to dozorca kamienicy oraz sympatyczny mężczyzna ubiegający się o względy Carol. Pomimo, że to obraz trudny to naprawdę warto zobaczyć ten film.

the-fearless-vampire-killersThe Fearless Vampire Killers / Nieustraszeni pogromcy wampirów (1967). Roman Polański i komedia? Owszem! „Nieustraszeni pogromcy wampirów” to idealny przykład tego, że Polański poczucie humoru ma, i to dobre. A połączenie komedii z elementami horroru dodaje tylko smaczku. Fabuła wygląda tak samo jak większość historii o wampirach z tamtego okresu. Miejsce akcji to Transylwania, tamtejsze mroczne i zaśnieżone lasy, stary zamek Draculi i wioska zamieszkiwana przez ludzkie „pożywienie” wampirów. W miejscu tym pojawia się Profesor Abronsius wraz ze swoim asystentem Alfredem (w tej roli Roman Polański), którzy są badaczami i pogromcami wampirów. Połączenie horroru o wampirach (wiele scen ma wywoływać ciarki na plecach) z komedią to zabieg, który lubię. Przerysowane postacie (wampir homoseksualista, Profesor Abronsius) a także gagi i sceny parodiujące ówczesne horrory z lat 60 (bal wampirów, pościg na sankach) potrafią rozśmieszyć. Poza tym po raz kolejny mamy do czynienia z świetnie wytworzonym klimatem w filmie Polańskiego. Na duże brawa zasługuje scenografia filmu. Mroczny zamek, zaśnieżone lasy pełne wilków, stara, drewniana gospoda obwieszona czosnkiem stwarzają nastrój grozy. Również na plus jest muzyka w filmie. Dobra pozycja dla każdego znudzonego kolejną komedią Woody’ego Allena.

chinatownChinatown (1974). W czym tkwi sekret wspaniałości tego filmu? Po pierwsze to kapitalny kryminał zawierający ciekawą i intrygująca zagadkę. Prywatny Detektyw Gittes (w tej roli Jack Nicholson) podczas swojej rutynowej pracy udowadniania zdrad małżeńskich natrafia na „wielką sprawę” trapiącą Los Angeles. Będzie musiał zmierzyć się z chciwością i pożądaniem władzy przez brutalne elity regionu. Więcej nie powiem, by nie psuć zabawy tym, którzy filmu jeszcze nie widzieli. Po drugie „Chinatown” to film zapadający w pamięć. Wiele scen jest w taki sposób skonstruowanych, że pozostają w naszej głowie na bardzo długo. Czarno-biały obraz również robi swoje. Ten film to kolejna jedna wielka metafora życia. Chińska dzielnica, która rządzi się swoimi własnymi prawami w idealny sposób pokazuje jak wygląda cała reszta społeczeństwa. Pomimo, że żyjemy w demokratycznym państwie prawa to i tak nie wielu decyduje o losach tak wielu. W „Chinatown” Polański wskazuje nam tylko drogę, resztę dopowiadamy sobie sami. Poza tym genialna kreacja Jacka Nicholsona, który jak nikt inny świetnie wkomponował się w podstarzałego prywatnego detektywa opowiadającego w przerwie na lunch suchary swoim współpracownikom. Na zachętę dodam, że wstyd nie znać tego filmu Polańskiego.

TenantThe Tenant / Lokator (1976). Lokator na pierwszy rzut oka to film bardzo podobny do „Wstrętu” z 1965 roku. Również mamy ukazaną historię postaci niepotrafiącej się odnaleźć w nowej sytuacji, która dramatycznie kończy. Z kilkoma jednak ważnymi różnicami. Po pierwsze w roli głównej mamy Romana Polańskiego, który gra Trelkowskiego. Po drugie film kręcony był w Paryżu. Jednak po raz kolejny Polański stosuje schematy wykorzystane we wspomnianym wcześniej „Wstręcie” i „Dziecku Rosemary”. Mianowicie duszne, mieszkaniowe miejsca akcji, narastające uczucie przytłoczenia przez otoczenie, schizofreniczne postawy głównych bohaterów. Trzeba przyznać, że w te klocki Roman Polański jest dobry. Sprawdza się jako reżyser horrorów i thrillerów psychologicznych. Umiejętnie kreuje postacie, które mają problemy z przystosowaniem się a także świetnie sobie radzi z wytworzeniem klaustrofobicznej atmosfery. Poza tym w Lokatorze mamy do czynienia z tzw „pętlą czasową” w której funkcjonuje cały świat przedstawiony. Film ten mocno mnie wciągnął i zaskoczył końcówką. Roman Polański wykazał się talentem aktorskim grając główną role polskiego imigranta szukającego mieszkania w Paryżu. Natomiast scena w której podwójnie próbuje popełnić samobójstwo skacząc przez okno mocno zapada w pamięci.

the pianistaThe Pianist / Pianista (2002). Wielu mówi, że Pianista to najlepszy film Polańskiego. Dla mnie osobiście lepsze są filmy Polańskiego z lat ’60 i ’70 (jego kulminacyjny okres twórczości) natomiast Pianista to powrót do formy po latach ’80 i ’90, które były zdecydowanie słabsze. Sam reżyser mówi, że do tego filmu przygotowywał się od dawna. „Pianista” to z pewnością film ważny, opowiadający historię Władysława Szpilmana nękanego przez hitlerowskich zbrodniarzy.Miejsce i czas akcji to Warszawa w okresie II Wojny Światowej. Z pewnością film świetnie zrealizowany, dobrze opowiedziany i poruszający. Polański w młodości był świadkiem wielu scen znęcania się nad żydami co pomogło nabrać autentyczności „Pianiście”. Poza tym możemy zobaczyć zdumiewające obraz zniszczonej Warszawy a także obraz warszawskiego getta. Oscary jakie film ten zdobył z całkowitą pewnością są zasłużone, zwłaszcza dla Adriena Brody’ego za rolę Szpilmana. Jednak nie chcę pisać samych banałów na temat tego filmu. Zrobienie naprawdę dobrego filmu o wojnie to nie jest łatwa sprawa. By był to obraz przedstawiający dramat wojny, jego totalną surrealistyczną postać i prawdziwe przeżycia jej uczestników trzeba włożyć w to wiele serca. Łatwo popaść w banał pokazując samą, nieprzemyślaną przemoc lub nadmiernie epatować patosem. Polańskiemu ta sztuka się udała.

4 stycznia będziecie mieli okazję obejrzeć na antenie Canal Plus dokument: „Roman Polański: Moje Życie”. Myślę, że warto zapoznać się bliżej z tym nieszablonowym artystą.

Kylie Minogue

Po Sufjanie Stevensie pora na przegląd dorobku innego artysty. Tym razem padło na moją ulubioną artystkę pop Kylie Minogue, której fanem jest od czasów kiedy to jeszcze całe dnie biegałem w dresiku. Artystka trafiała do mnie swoimi przebojowymi singlami oraz (a może głównie?) urodą. W tamtym czasie na pytanie Britney Spears czy Christina Aguliera? odpowiadałem Kylie Minogue!

Kylie (1988). Oglądając zdjęcia Kylie z tego okresu przeciera się oczy ze zdumienia. Australijka jest jak wino, im starsza tym lepsza. Jednak nie zapominajmy, że ta płyta jest konsekwencją sławy jaką zdobyła grą w serialu „Sąsiedzi”. Słuchając debiutu „Kylie” ma się wrażenie jakby był to album bez historii. Typowa produkcja dla wczesnych lat 80 nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym poza dwoma pierwszymi piosenkami. „I Shoudl By So Lucky” i „The Loco-Motion” to fajne single z dość naiwnym tekstem. Jednak dalsze pozycje nie wyróżniają się niczym poza słodkim brzmieniem. Mimo to warto zapoznać się z debiutem Australijki, gdyż był to początek dla jej dalszej i bogatej kariery muzycznej. Ocena: 5/10.

Enjoy Yourself (1989). Nie minął rok a Kylie ponownie wkroczyła do akcji. „Enjoy Yourself” jednak nie był krokiem do przodu a jedynie utrzymaniem obecnej pozycji. Album ten jest mocno podobny do debiutu. Święta trójca: Atiken, Stock i Waterman, która była odpowiedzialna z poprzedni krążek wiedziała, że ta muzyka się sprzeda dlatego nie wprowadziła większych zmian na „Enjoy Your Self”. Z pewnością plusem tego albumu jest fakt, że kompozycje na nim zawarte są taneczne, energiczne i rewelacyjnie sprawdzają się jako żywa definicja muzyki pop z tego okresu. Jednak dla kogoś kto czekał na coś nowego „Enjoy Yourself” będzie rozczarowaniem, a szkoda bo sam tytuł płyt nakazuje się cieszyć. Mimo wszystko piąteczka się należy bo to całkiem przyjemny teen pop. Ocena: 5/10.

Rhythm of Love (1990). Zdecydowane najlepsza płyta, która wyszła spod rąk wcześniej wspomnianej trójki Atikena, Stocka i Watermana. Produkcja jest bardziej żywiołowa, głos Kylie jakby pewniejszy. To z pewnością był krok do przodu, jednak w tym momencie nie mogliśmy jeszcze wiedzieć, że Kylie stanie się jedną z legend muzyki pop. Najlepsze utwory na płycie? Z pewnością „Things Can Only Get Better” wyróżnia się ponad resztę (ta gitara!), jednak jest to album bardziej kompletny i równy w porównaniu do „Kylie” i „Enjoy Yourself”. Jeżeli chodzi o początek kariery Kylie (kiedy jeszcze miała te swoje niesforne kędziory na głowie a uśmieszek nie znikał z jej buźki) to jest to mój ulubiony jej album z tego okresu. Ocena: 6/10.

Let’s Go to It (1991). Rok 1991 przyniósł parę zmian. Przede wszystkim zmienił się wygląd Kylie, która wraz z wejściem w lata 90 stała się bardziej „sexy”. Kylie dojrzewa nie tylko wizualnie porzucając image słodkiej, fajnej dziewczyny ze sąsiedztwa, ale także muzycznie. Na „Let’s Go to It” bierze niektóre sprawy w swoje ręce i w ten sposób staje się współtwórcą niektórych utworów. Obok nazwisk Atikena, Stocka i Watermana pojawia się w końcu podpis Minogue. W tym momencie pokazuje swój potencjał, czego efektem będzie późniejszy sukces Australijki. Póki co „Let’s Go to It” był płytą średnią, nie wiele wnoszącą do muzyki pop. Jednak dla fanów jej wcześniejszej twórczości jest to nie lada kąsek. Mi osobiście do gustu przypadł utwór „Give Me Just a Little More Time” oraz „I Guess I Like It Like That”. Ocena: 5/10.

Kylie Minogue (1994). Gdy słyszymy jak brzmi opener tej płyty, czyli „Confide In Me”, jak brzmi sam głos Kylie to wiemy, że ten album jest definitywnie kolejnym etapem w karierze piosenkarki. To już nie Kylie tylko Pani Minogue. Inną zmianą jest brak Atikena, Stocka i Watermana. Produkcją zajęli się zupełnie inni ludzie tacy jak Dave Seaman czy Brett Anderson. Natomiast Kylie Minogue dalej próbuje sama tworzyć piosenki. Czwarta płyta wydaje się być bardziej stonowana, nie tak energiczna, ale wciąż popowa. W zasadzie melodie i brzmienie zawarte na „Kylie Minogue” nie odbiegają od tego co się dzieje w tym czasie w muzyce pop, ale warto posłuchać tej płyty dla tych paru fajnych, popowych ballad takich jak „Put Yourself In My Place” czy też „Dangerous Game”. Ocena: 6/10

Impossible Princess (1997). „Impossible Princess” (tytuł płyty nawiązują do śmierci księżny Diany) to pierwszy konkretny i na prawdę dobry album w dorobku Kylie, który świadomie mogę polecić każdemu entuzjaście muzyki elektronicznej. W tym czasie muzyka pop brzmiała inaczej, do mainstreamu przebiło się wiele motywów wyjętych z techno. Była to pewnego rodzaju rewolucja muzyki elektronicznej, której dostrzeżono zalety i zaczęto kombinować jak to połączyć ze współczesnym popem. Na albumie po raz pierwszy pojawiają się piosenki, które Minogue sama stworzyła od początku do końca. „Too Far” pokazuje dojrzałość jaką osiągnęła Australijka w tworzeniu piosenek, natomiast „Say Hey” zaskakuje nas swoim minimalizmem. Nad produkcją czuwali muzycy zespołu Manic Street Preachers, co słuchać wyraźnie w gitarowym „Some Kind of Bliss” czy też „I Don’t Need Anyone”.„Impossbile Princess” to dobra płyta. Ocena: 8/10.

Light Years (2000). Wejście w nowe milenium Kylie miała mocne. Chodzi mianowicie o singiel „Spinning Around”, który wepchnął Kylie Minogue do czołówki światowego mainstreamowego popu. Ten pierwszy, wielki przebój rozpoczął złotą erę w dorobku Kylie. Jednak „Light Years” to nie płyta jednego utworu. Jest to dobry, taneczny album na którym znajdziemy disco w najlepszym jego wymiarze. Takie „Your Disco Needs You” to świetny kawałek określany „najlepszym utworem disco od lat 70”. I trudno mi z tą tezą się nie zgodzić bo mamy tutaj do czynienia z naprawdę kapitalnym kawałkiem. Wystarczy wsłuchać się w ten patetyczny refren albo ten świetny mostek z okolic 1:51. Przy tworzeniu tej płyty pomagał Robbie Williams, który nawet zaśpiewał jeden gitarowy kawałek z Kylie „Kids”. Na co jeszcze warto zwrócić uwagę? „Loveboat” oraz „Under the Influence of Love” to fajne piosenki, zresztą jak cała płyta. Ocena: 8/10.

Fever (2002). To na prawdę gorący album, wypełniony po brzegi pierwszorzędnymi hiciorami. Któż z nas nie zna „Can’t Get You Out of My Head”? Największego przeboju Kylie. Poza tym rewelacyjne „Come Into My World” (chyba mój ulubiony utwór na płycie), taneczne „Love At First Sight”, pełne fajnych hooków „In Your Eyes” i na koniec mieszające gatunki „Burning Up”. „Fever” to zdecydowanie najlepszy, najbardziej przebojowy album w dorobku Australijskiej wokalistki. Pójdę nawet dalej i powiem, że jest to jeden z najlepszych albumów popowych mijającej dekady. Łączy on w sobie dojrzałość z nastoletnim szaleństwem. Świetne, taneczne podkłady idealnie się komponują z głosem wokalistki. Poza parkietowymi killerami można tutaj usłyszeć kilka innych dobrych utworów. Takie „Your Love” to fajna gitarowa piosenka, której nie powstydzili by się specjaliści od tego typu grania. Jeżeli miałbym wskazać jakiś jeden album nasiąknięty seksem to wskazałbym „Fever” Kylie Minogue. Kylie, która zaczynała od teen-popu dzięki temu wydawnictwu stała się światową divą popu i symbolem seksu nowego milenium. Ocena: 9/10

Body Language (2004). Po tak świetnie przyjętym albumie jak „Fever” oczekiwania były ogromne. Kylie troszkę rozczarowała recenzentów mimo, że „Body Language” to  na prawdę dobry i równy album. Single na nim zgromadzone nie są tak rażące taneczna radością jak na poprzednim krążku. Ciężko porównywać „Slow” na którym nie wiele się dzieje do takiego „Love At First Sight”, ale jest parę piosenek, które sobie całkiem nieźle radzą. Chociażby „Choclate” jest równie „sexy” jak kompozycje z „Fever” i spokojnie mógłby znaleźć się na tej płycie. Innym dużym plusem jest „Red Blooded Woman” z rewelacyjnym refrenem. Z pewnością te synth-popowe kawałki są na dobry poziomie a Kylie mimo wszystko pokazała klasę podczas gdy reszta czołówki mainstreamowej muzyki opierała się głównie na mniej lub większych skandalach. Chyba za to głównie kochamy Panią Minogue. Ocena: 8/10.

X (2007). Po genialnym „Fever” i jeszcze w miarę fajnym „Body Language” w dorobku Kylie przytrafiła się słabsza płyta, która okazała się strzałem kulą w płot. Osobiście bardzo lubię single zgromadzone na tej płycie. „2 Hearts” to fajna, rozkręcająca się piosenka, gdzie Kylie lansuje się na Marlin Monroe (odsyłam do teledysku), „In My Arms” to jeden z tych utworów, który utrzymywał mnie przy życiu kiedy musiałem słuchać rano w pracy RMF FM, natomiast „Wow” możliwe, że jest najlepszą piosenką w całym dorobku Kylie. Jednak poza tymi trzema utworami nie znalazłem niczego szczególnego na „X”. Niby jest fajnie, melodyjnie, ale jakoś mnie to nie przekonuje. Brakuje mi tutaj tego czegoś co wcześniej tak bardzo ceniłem u Kylie. Ocena: 5/10.

Aphrodite (2010). Po mało udanym „X” Kylie wzięła się w garść. Zostawiła w spokoju te zabawy w Marlyn Monroe, zacisnęła pośladki i wzięła się ostro do roboty. Efekt? Całkiem przyjemna, fajna popowa płyta „Aphrodite”. Opener i zarazem pierwszy singiel promujący „All The Lovers” oparty na zwykłym pitu pitu działa. Reszta jest kompatybilna. Prostymi środkami do celu. Z pewnością jest lepiej niż na poprzednim albumie. Gdy oglądam współczesne gwiazdy pop ciesze się, że jest jeszcze Kylie Minogue, która wciąż zachowuje klasę i nagrywa fajne piosenki, które ucieszą każdego. Mocne punkty na płycie? „Everything Is Beautiful” – tekst może naiwny i prosty, ale jak ten kawałek brzmi. „Too Much” – czy nie brzmi to jak ten ostatni utwór od Rihanny i Calvina Harrisa? (Kylie była pierwsza). Poza tym na plus… w sumie każda piosenka na tej płycie jest plusem. Każda coś ciekawego wnosi. Brawo, Australijka nie schodzi od ponad 10 lat poniżej dobrego poziomu. Ocena: 7/10.

The Raveonettes – Whip It On

Mam dobrą wiadomość dla fanów The Raveonettes. Na Offie będą mieli wystarczająco dużo czasu by zagrać tę płytę 3 razy.

hehe jak to śmieje się Jacek Gmoch. Taki żarcik na start. Debiutancka płyta duńskiego duetu zawiera 8 kompozycji i żadna nie trwa dłużej niż 196 sekund. Płytę słucha się bardzo szybko nie tylko ze względu na krótkie utwory, których też nie ma za wiele. Kompozycje toczą się w szybkim tempie. Jest głośno, momentami jazgotliwie. Krążek trzeba przyznać jest dobry. Utwory brzmią jakby były wyrwane z jakiegoś klasycznego amerykańskiego filmu. Koleś w przetartych jeansach podjeżdża swoim starym Dodge’m pod typową hamburgerową restauracje. Tam czeka na niego już jego dziewczyna kelnerka, która dopala papierosa i przelicza dzisiejszy napiwek. Po czym szybko odjeżdżają szosą gdzieś na zachód. Różne tego typu skojarzenia mi towarzyszą przy odsłuchaniach Whip It On. A Oni też chyba starają się kreować na takich żywcem wyrwanych z filmów Quentina Tarantino.

Debiutancka płyta uchodzi za najlepszą w ich dyskografii. Można powiedzieć, że łato jest wytworzyć specyficzny, fajny, coolerski klimat przez 20 minut bo dalsze ich płyty już nie osiągnęły tego poziomu. Mimo to, nie ma biedy i przez godzinny koncert powinni wytworzyć przyzwoitą atmosferę i dać frajdę ludziom, którzy za to zapłacili. Nie ma co pisać więcej. Płyta trwa tyle co przyrządzenie hamburgera z podwójnym serem dla kilku osobowej rodziny. Warto jednak znać, bo to już niemal klasyk z 2002 roku. A też dzieło męsko-damskiego duetu jest godne przesłuchania.  Ocena: 8/10

posłuchajcie Beat City

The Flaming Lips – Yoshimi Battles the Pink Robots

THE FLAMIG LIPS to jeden z najbardziej nietuzinkowych zespołów rockowych, które pojawiły się na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Dwunasty album studyjny „Embryonic” (Warner, 2009) z gościnnym udziałem Karen O (Yeah Yeah Yeahs), MGMT i Thorstena Wörmanna to prawdziwy majstersztyk notowany na szczytach zestawień najznakomitszych płyt ubiegłego roku bądź dziesięciolecia.

Tak wygląda opis zespołu na oficjalnej stronie festiwalu OFF Festival. Krótko, ale po co więcej się rozpisywać? Wiadomo, że są wielcy i głównie to oni uświetniają tegoroczną imprezę Artura Rojka. Tym razem nie Mysłowice a Katowice. Polityka samorządowa… Cóż, dla wielu to nawet lepiej. W obecnym roku Artur zrozumiał, że jeżeli chce zarobić to są dwie opcje: podwyżka cen biletów albo więcej znany zespołów. Wybrał to drugie. Zeszłoroczny OFF wyglądał raczej jak kameralny piknik w porównaniu z masami ludzi w 2008. Dwa lata temu był Mogwai, British Sea Power, Clinic, of Montreal, Meonomea. Jednym słowem miazga. Rok temu Artur postawił na debiutantów i nie jest to głupie, ale trzeba do tego worka jeszcze rzucić coś co ludzie kupią. W tym roku rzucił, ale wymieszał to tradycyjnie z juwenaliowymi pierdółkami.

A Flaming Lips? Mocny punkt. Przybijam piątkę. Dla mnie Flaming Lips to muzyka marzycieli. Marzycie czasami? Ja dość często sobie coś wyobrażam. Słuchając klasyków które nagrał Wayne Coyne oraz reszta chłopaków wydaje mi się jakbym leciał na jakiejś chmurce jak muminki w jednym ze swoich odcinków. Z resztą w teledysku do Do You Realize Wayne sam odlatuje. Apropos tego kawałka, chyba największy hit grupy. Przy odpalaniu płyt tej zacnej ekipy wytwarza się pewnego rodzaju magia. Słyszałem głosy, że na koncertach również się pojawia. Zwłaszcza, że Amerykanie słynną z efektownych widowisk i dobrego brzmienia na żywo. Pod tym względem nie powinni zawieźć.

Z pewnością większość piosenek pojawi się z płyty Embryonic, która wywołuje skrajne emocje. Jest ona dobra, ale większość na pewno liczy na jakieś starsze szlagiery. Miejmy nadzieje, że nie zostaną pominięte. Bo taki Yoshimi Battles The Pink Robots p.1 czy też wspominany Do You Realize? to esencja ich muzyki. A muzykę mają kurcze dobrą. Jest w tym coś takiego popowego, melodyjnego jak i nietuzinkowego.

Najwięcej uwagi należy jednak skupić osobie Wayne’a Coyne. Koleś jest liderem, mózgiem i wszystkim dla tego zespołu. On jest pewnego rodzaju słońcem w układzie Flaming Lips. Nieokrzesane kędziory, precyzyjnie wygolony zarost, jasne garnitury na miarę. Koleś się kreuję na swój sposób dość konkretnie. Jednak w tym przypadku najważniejszy nie jest wygląd tylko jego charyzma, pomysły i przede wszystkim głos. Idealnie się komponuje z tłem muzycznym. Uspokaja mnie niczym ciepła herbatka. Ocena: 9/10.

Do You Realize??