10 najgorzej przetłumaczonych tytułów filmowych

wtf-faceOglądałem sobie ostatnio komedie romantyczną z młodym Heathem Ledgerem zatytułowaną „10 Things I Hate About You„. Fajny, lekki, przyjemny seans. Polecam. Jednak jedna rzecz mi nie dawała spokoju. Dlaczego polski tytuł tego filmu to „Zakochana złośnica„?!? Co ma piernik do wiatraka? Na podstawie tego kreatywnego tytułu postanowiłem zrobić listę 10 najgorzej przetłumaczonych tytułów filmowych. Zapraszam do lektury.

10 Things I Hate About You / Zakochana Złośnica (1999). Na początek tytuł o którym wspomniałem kilka linijek wyżej. Zupełnie nie rozumiem dlaczego polski tytuł tego filmu nie mógł brzmieć dosłownie „10 rzeczy, których w Tobie nienawidzę”. Czy polscy dystrybutorzy mają polskiego widza za idiotę, że trzeba mu w tytule wyjaśniać o czym będzie film? Pozostawiam to bez komentarza.

Cloverfield / Projekt: Monster (2008). Jak można przetłumaczyć angielską nazwę na inną angielską nazwę? To jedna z zagadek ludzkości, która za pewne nigdy nie zostanie wyjaśniona.

urlHangover part II / Kac Vegas w Bangkoku (2011). W tym miejscu mamy do czynienia z kontynuacją tłumaczenia pierwszej części. „Hangover” tłumaczone jako „Kac Vegas” można uznać za fajną grę słowami, bo w końcu łączy tytułowy kac z miejscem akcji, czyli miastem Las Vegas. Problem pojawia się w sequelu obrazu, gdyż „Kac Vegas w Bangkoku” brzmi mocno niedorzecznie.

Die Hard II / Szklana Pułapka 2 (1990). Klasyka źle przetłumaczonego tytułu, która ciągnie się od pierwszej części. O ile wtedy można było tytuł tłumaczyć nawiązaniem do miejsca akcji, to następne część serii z Johnem McClanem stanowią niewytłumaczalne kuriozum.

12 Years A Slave / Zniewolony. 12 Years A Slave (2013). Mamy tutaj do czynienia z ciekawą kombinacją. W tytule pojawia się słowo Zniewolony, co jest zrozumiałe bo film opowiada o zniewolonym, czarnoskórym mężczyźnie. Jednak po kropce pojawia się oryginalny tytuł – i tego już nie ogarniam.

Dallas Buyers Club / Witaj w Klubie (2013). Przyznam szczerze, że tytuł filmu Jeana-Marca Vallée nie jest łatwą kwestią do przetłumaczenia. Bo Klub kupców/nabywców z Dallas nie brzmi za ciekawie. Jednak wybranie „Witaj w Klubie” to jak mówienie, że parówka to mięso.

Chris-Rock-HUH-WTFInterstate 60: Episodes of the Road / Ale jazda! (2002). Film podobno dobry, nie widziałem. Jednak ten polski tytuł totalnie zniechęca by zobaczyć obraz Boba Gale’a.

Eternal Sunshine of the Spotless Mind / Zakochany bez pamięci (2004). No cóż, totalnie nie wiem dlaczego ten film tak przetłumaczyli. Swoją drogą też nie rozumiem, dlaczego ten kapitalny dramat psychologiczny ukazujący skomplikowane tajniki ludzkiej psychologii i uczuć do drugiej osoby był reklamowany jako kolejna słodka komedia romantyczna…

Prisoners / Labirynt (2013). Sprawdzałem wszystkie internetowe translatory oraz słowniki. W żadnym słowo Prisoners nie oznacza po polsku Labirynt.

Reality Bites / Orbitowanie Bez Cukru (1994). Tutaj również mamy do czynienia z dziwną kreatywnością polskich dystrybutorów…

To moje propozycje, a źle przetłumaczonych tytułów filmowych jest cała masa. Wpisujcie swoje propozycje w komentarzach. Jestem ciekaw co pominąłem przy tworzeniu tej listy. Oczywiście, oprócz „Dirty Dancing” i polskiego „Wirującego Seksu” – bo to klasyk.

10 najlepszych seriali

Serial to forma przed którą raczej się bronię. Bronię się przed wciągnięciem w wir maniakalnego oglądania kolejnych odcinków. Poniżej lista seriali, którym uległem.

american-dad-50a7a9e432004

American Dad / Amerykański Tata (2005-obecnie)

Dlaczego warto?: To jeden z tych seriali, które potrafią rozśmieszyć do bólu (autentycznie!). Tytułowy Amerykański Tata to typowy amerykański twardziel pracujący w CIA, głosujący na republikan, jeżdżący wielkim SUVem i chodzący w każdą niedziele do kościoła. Poza tym bohaterami są: nie grzesząca rozumem żona Francine  , ciotowaty syn Steve, córka hipiska, kosmita Roger oraz Niemiec Klaus zamieniony w rybę. Twórcy serialu jadą po bandzie naśmiewając się dosłownie z wszystkiego i to jest zdecydowanie największy plus tego serialu.

Minusy?: Sporo czerstwych żartów, zwłaszcza w wykonaniu łysego szefa CIA i ryby Klausa. Poza tym nie wiele ciekawego do całości wnosi Hayley.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Zdecydowanie kosmita Roger! Głównie przez tą postać umieściłem Amerykańskiego Tatę w moim zestawieniu. W każdym odcinku ma inne wcielenie, różnej płci. I za każdym razem jest wybitnie komiczny. Między innymi wciela się w grubą sekretarkę, której zadaniem jest być molestowaną seksualnie przez szefa, homoseksualnego partnera Ricky’ego Martina czy też producenta muzyki Disco.

fargoFargo (2014-obecnie)

Dlaczego warto?: Tegoroczna produkcja FX to wciągająca historia, która stanowi kontynuacje wydarzeń z filmu braci Coen z 1996 roku o tym samym tytule. „Fargo” to obraz przemiany Lester Nyygarda, który z frajerowatego sprzedawcy polis ubezpieczeniowych zamienia się w zimnego, bezdusznego, cwanego człowieka sukcesu. Serial ma klimat, idealnie obrazuje zimową scenerie małej amerykańskiej miejscowości. Postacie są świetnie napisane. W żadnym serialu nie widziałem tylu ludzko, głupich postaci.

Minusy?: Wątek Stavrosa Milosa, właściciela lokalnej sieci sklepów był nieco naciągany.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Lorne Malvo, czyli zabójca idealny. Mocno charyzmatyczna postać. Malvo to przebiegły drań, jednak ma w sobie to coś co sprawia, że mu kibicujemy.

married-with-childrenMarried with Children / Świat Według Bundych (1987-1997)

Dlaczego warto? Bo to najlepszy sitcom jaki powstał kiedykolwiek. Historia Bundych w pewnym sensie jest ikoną gatunku seriali komediowych. Główną postacią serialu jest sprzedawca butów Al Bundy, który nienawidzi swojego życia. Męczy go żona zakupoholiczka Peggy, syn Bad (kujon prawiczek), córka Kelly (blondynka idiotka) oraz sąsiedzi Marcy i Steve. Z biegiem odcinków Steve’a zastępuje Jefferson, który będzie stanowił pewnego rodzaju sojusznika Ala. W każdym odcinku głowa rodziny Bundych przeżywa wzloty i upadki z naciskiem na to drugie. A jakieś 70% odcinków śmiało można nazwać legendarnymi. W pamięci szczególnie zapadł mi epizod w którym Al z uporem maniaka próbował znaleźć tytuł starej piosenki, którą usłyszał w radiu.

Minusy?: Pierwszy sezon jest kinem familijnym, ostatni sezon to brak pomysłów i autoparodia.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Al Bundy oczywiście. To wokół niego kręci się cały serial. Bundy to nieudacznik życiowy. Żyje czasami liceum, kiedy to jako zawodnik lokalnej drużyny zdobył 3 przyłożenia w jednym meczu. Pracuje w sklepie obuwniczym, nienawidzi grubych kobiet, śmierdzą mu stopy i jeździ starym Dodgem. Najlepszy w nim jest jednak ten jego wymowny wyraz twarzy.

bundy

simpsons_961x421The Simpsons / Simpsonowie (1989-obecnie)

Dlaczego warto? Matt Groening stworzył najzabawniejszy serial animowany w dziejach. Simpsonowie są nadawani w stacji FOX od 1989 roku! Wiem, że są seriale dłużej emitowane jednak Simpsonowie trzymają poziom od pierwszej emisji. Co więcej odcinki zaczynają się za każdym razem różniącym się od siebie intro. Ponadto w każdym sezonie wyświetlane są specjalne wydania na halloween. Na plus należy także odznaczyć bogatą ilość znanych gości (David Duchovny, Metallica, wszyscy Beatlesi, Ronaldo itd.) Największą zaletą serialu jest jednak mnogość postaci, które tworzą szerokie spectrum osobowości.

Minusy? Ciężko czegokolwiek się doczepić. Może jedynie tego, że to bardzo dużo materiału do obejrzenia dla kogoś chcącego zobaczyć ten serial.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Poza Homerem oczywiście to będzie to zdecydowanie Barney Gumble. Kolega Homera, który wiecznie przesiaduje w barze u Moe i wiecznie ma w ręku kufel piwa. Ciągle beka, ciągle zalany, ciągle śmieszny!

sopranosThe Sopranos / Rodzina Soprano (1999-2007)

Dlaczego warto? Wyobraźcie sobie, że wszystkie najlepsze filmy gangsterskie takie jak „Ojciec Chrzestny„, „Chłopaki z Ferajny” czy „Gotti” zostały rozciągnięte do formatu serialu. Tym właśnie jest Rodzina Soprano. Brzmi to banalnie, ale uwierzcie, że takie nie jest. Przygody mafii Tony’ego Soprano to jak przystało na produkcję HBO rozciągnięta, wielowątkowa historia. Obok typowych gangsterskich elementów, pojawiają się problemy natury rodzinnej. Do historii przeszły tajemnicze sny Tony’ego, które zostały zainspirowane serialem „Twin Peaks„. Jeżeli nie macie czasu na cały serial, to polecam zobaczyć odcinki w których pokazane są sceny z sennych marzeń Pana Soprano w którego wcielił się fenomenalny, nieżyjący już James Gandolfini.

Minusy? kilka nieciekawych wątków, mało interesujących postaci i tocząca się w tempie ślimaka akcja z pierwszego sezonu.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=f7vBbEG0zH0

Ulubiona postać: Tony Soprano. Jest to najbardziej rozbudowana postać całego serialu, wokół, którego kręci się cały ciąg wydarzeń. Tony to fan drogich cygar, kolorowych koszul, alkoholu, hazardu i pięknych kobiet. Jest człowiekiem, który bierze wszystko to co chce. Jednak pod maską twardego gangstera, kryje się człowiek, który ma problemy. Dużą rolę w serialu pełnią jego rozmowy z psychologiem dr Melfi.

true detectiveTrue Detective / Detektyw (2014-obecnie)

Dlaczego warto?Detektyw” obok „Fargo” to najlepsza serialowa produkcja zeszłego roku, jak nie kilku ostatnich lat. Co w nim jest wyjątkowego? Przede wszystkim znakomita kreacja Matthew McConaughey’a, który wcielił się w postać detektywa-filozofa. Oczywiście na nie mniejsze brawa zasługuje Woody Harrelson za rolę partnera Harta. W „Detektywie” poczujemy kapitalny klimat Luizjany lat 90 oraz doświadczymy wciągającej, mrocznej historii. Akcja toczy się szybko, dzięki czemu serial sam się ogląda. Co więcej? Sporo tu symboliki, która pozytywnie wpływa na odbiór całości.

Minusy? No trochę zakończenie rozczarowuje, poza tym serial jest bezbłędny. Zresztą zobaczcie poniższą scenę nakręconą JEDNYM ujęciem. Majstersztyk.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=s_HuFuKiq8U

Ulubiona postać: No oczywiście, że Rust Cohle. Postać ta ukazana jest dwutorowo. Jako inteligenty, dociekliwy detektyw rozpracowujący sprawę morderstwa oraz jako zapuszczony barman zeznający w sprawie powiązanej z tą, nad którą miał przyjemność pracować. Cohle miał dość ciekawe spostrzeżenia filozoficzne, które nie podobały się jego partnerowi. Jest to postać dość skomplikowana, o ciekawej historii, która w gruncie rzeczy chce dobrze. Grający go Matthew McConaughey wzniósł się tutaj na wyżyny aktorskiego rzemiosła.

twin-peaks-e1391374613948Twin Peaks / Miasteczko Twin Peaks (1990-1991)

Dlaczego wato? Twin Peaks to idealne połączenie mainstreamu z kulturą alternatywną. Pokręcone pomysły Davida Lyncha łączą się tutaj z serialową formą. W serialu tym znajdziemy specyficzny, mroczny klimat, ciekawa zagadkę morderstwa Laury Palmer, którą swego czasu żyła Ameryka, świetną muzykę Badalamentiego oraz szeroki zakres dobrze napisanych postaci. Wielu ludzi nie zrozumiało geniuszu tego serialu, jednak do tej pory Twin Peaks uznawany jest za klasyk. Dlatego też wiele emocji wywołała wiadomość o powstaniu nowego sezonu Miasteczka Twin Peaks.

Minusy? Drugi sezon momentami nie wiedział w którą stronę ma podążać. Chwilami miałem wrażenie, że starano się już go dokręcić do końca i zakończyć.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=ww-88rwt4ms

Ulubiona postać: Agent FBI Albert Rosenfield. Jego złośliwe, aczkolwiek celne uwagi rozbrajały na łopatki. Każde jego pojawienie się na ekranie wzbudzało u mnie uśmiech od ucha do ucha. Ogólnie cały zestaw agentów Federalnego Biura Śledczego to niezła ekipa. Specyficzny agent Cooper, niedosłyszący Gordon Cole (w tej roli David Lynch!) oraz Denise Bryson (David Duchnovny grający kobietę!) to mocna strona serialu.

the-walking-dead-sezon-5-the-walking-deadThe Walking Dead / Żywe Trupy (2010-obecnie)

Dlaczego warto? Bo The Walking Dead to kapitalna pozycja dla wszystkich fanów horrorów oraz filmów post apokaliptycznych. Jest sporo emocji, napięcia, krwi oraz efektów gore. Jednak to nie wszystko, twórcy serialu starają się pokazać wydarzenia przez pewien pryzmat filozoficzno-psychologiczny. Dlatego napotkamy tutaj sporo dylematów natury moralnej oraz rozmów typu „jak żyć?”. Największym jednak plusem serialu jest wiarygodne przedstawienie świata opanowanego przez plagę zombie. Nie ma tutaj superbohaterów, Rick oraz jego wierna kompania zmaga się z podstawowym problemem poszukiwania pożywienia, wody oraz schronienia. The Walking Dead jest obrazem poszukiwania swojego miejsca a zarazem dostarczycielem wielu emocji. To serial drogi w którym znajdziemy zarówno wartką akcję (bohaterowie walczą nie tylko z „walkersami”) jak i czas na pewne przemyślenia.

Minusy? Niestety nie da się ukryć, że każdy kolejny sezon staje się coraz bardziej nudniejszy. Odcinki nie są sobie równie, a akcja toczy się przemiennym tempem. Dla kogoś, kto lubi jazdę bez trzymanki nie jest to dobra opcja.

Najlepsza scena: W sumie to nie ma takiej jednej sceny. Było sporo mocnych obrazków i ciekawych przemówień, jednak bez faworyta.

Ulubiona postać: Daryl Dixon jest typem kolesia przy którym chciałbym być w przypadku końca świata. Koleś jest ogarnięty, zapewnia pożywienie polując, strzela z kuszy (niewyczerpalna broń), mistrz survivalu a w dodatku poczciwy z niego przyjaciel. Podejrzewam, że serial zakończy się wraz z jego śmiercią.

the wireThe Wire / Prawo Ulicy (2002-2008).

Dlaczego warto? Prawo Ulicy to trudny serial. Unika mainstremowych chwytów, przerysowanych bohaterów i ciągłej, wartkiej akcji. Ten serial to obraz życia miasta Baltimore, prawdziwego życia. W każdym z 5 sezonów pokazany z nieco odmiennej perspektywy. Ukazując prawdziwe problemy, historie, które się zdarzyły. Postacie są ciekawe, dobrze napisane. Ponadto całość została okraszona dobrą muzyką. To chyba jedyny serial, który został porównany do dokonań Dostojewskiego i Dickensa, i nie jest to porównanie na wyrost.

Minusy? No cóż, akcja czasami ciągnie się bardzo pooooowoli. Poza tym, serial momentami wydawał się przegadany. No i szczerze powiedziawszy w pierwszych sezonach mocno mnie irytowała główna postać grana przez Dominica Westa.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Mam dwa typy reprezentujące dwa przeciwległe światy. Wśród reprezentantów policji będzie to Bunky Bunk. Detektyw William Moreland to postać komiczna, nie stroniąca od żartów i alkoholu. Jednak często pokazywał swój profesjonalizm do pracy oraz ludzkie podejście do problemów. Trudno go nie lubić. Jeżeli chodzi o gangsterów to Omar, czyli człowiek legenda. Boją się go inni dilerzy, uchodzi za niezniszczalnego i ma dość ciekawą filozofię. Do tej pory mam przed oczami scenę podczas, której zeznawał w kapitalny sposób w sądzie.

mulder-scullyThe X Files / Z Archwium X (1993-2002)

Dlaczego warto? Z dzieciństwa pamiętam, że serial ten budził poczucie lęku głównie z powodu mrocznego motywu muzycznego Marka Snowa. Jednak nie chodzi o sentyment. Przygody Muldera i Scully to fenomenalny serial, który do około siódmego sezon trzymał mocno poziom. Co więcej, do pewnego momentu z sezonu na sezon był coraz lepszy. Część odcinków to oddzielne historie w których pojawiały się zagadki nawiązujące do klasyki kina grozy. Spoglądając na serial znajdziemy tutaj odniesienia do takich tytułów jak „Frankenstein„, „Coś„, „Ludzie-koty„, „Golem„, „Dziwolągi” oraz wielu, wielu innych klasyków. Pozostałe epizody poruszają główny wątek serialu dotyczący teorii spiskowych. Odcinki mają świetny klimat, przez co nie raz można poczuć gęsią skórkę oraz nie jednokrotnie potrafią rozbawić hasłami agenta Foxa Muldera.

Minusy? Ostatni sezon bez Muldera i Scully to jednak, nie to. Ogólnie, gdy zabrakło Davida Duchovnego serial stracił sens.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=s0jHlOQVP8Q&feature=player_detailpage#t=101

Ulubiona postać: Oczywista, oczywistość. Agent Fox Mulder. Już wtedy pewne elementy znane z „Californication” David Duchovny przekradał do postaci Muldera. Z jednej strony fanatyk teorii spiskowych, pracoholik i rozżalony stratą siostry człowiek. Z drugiej natomiast wyluzowany gość, fan sportu, entuzjasta dobrej muzyki, kobiecy amant (nie pokazał tego w pełni), który obejrzał 42 razy najgorszy film w dziejach „Plan 9 z kosmosu”.

50 Najlepszych utworów hip-hopowych lat 90. Część II (26-1)

90 la26. Wu-Tang Clan – Protect Ya Neck (1993, Enter The Wu-Tang (36 Chambers). Do tej pory sprawą nie wyjaśnioną jest czyja nawijka w tym utworze najbardziej rządzi. Nie mniej jednak jest to dla mnie najbardziej esencjonalny kawałek Wu-Tang Clan. Inspectah Deck na początku zrobił więcej hałasu niż heavy metal, Szef nazywa się rapowym assassinatorem, Method Man stwierdza, że jego styl będzie trwał wiecznie, U-God wprowadza styl shaolin, Ol Dirty Bastard ucieka z Brooklyn’skiego Zoo, Ghostface Killah przyznaje się do zamiłowania do broni, RZA wrzuca zgrabne nawiązania a GZA na koniec dissuje swoją wcześniejszą wytwórnie Cold Killin’. To tak w telegraficznym skrócie. Chroń swoją szyję!

Posłuchaj

25. MC Hammer – U Can’t Touch This (1990, Please Hammer, Don’t Hurt ‚Em).

Posłuchaj

24. GZA – Liquid Swords (1995, „Liquid Swords„). GZA na swoim debiutanckim solowym albumie w pewien sposób kontynuował to co zaczął wraz z Wu-Tang Clanem na „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)”. Mamy tutaj przecież nawiązania do kung-fu oraz ciemny, mroczny klimat. Opener płyty to wynik świetnej współpracy dwóch braci. RZA stworzył świetny podkład, natomiast GZA wzniósł się tutaj na swoje wyżyny.

Posłuchaj

23. House of Pain – Jump Around (1992, House of Pain). To był pierwszy, największy przebój amerykańsko-irlandzkiej grupy House of Pain. To był również jedyny ich przebój. Całość zaczyna się od dźwięku trąbki, którą później za sampel użył The Streets. W 8 sekundzie jednak wskakuje charakterystyczny, skoczny beat produkcji Muggsa. W nawijce Everlasta przede wszystkim podoba mi się szeroki zasięg porównań. Pojawia się tutaj Arnold Schwarzenegger, Świt Żywych Trupów, Biblijne psalmy czy też John McEnroe.

Posłuchaj

22. Warren G – Regulate (ft. Nate Dogg) (1994, Regulate… G Funk Era). Po sukcesie „The Chronic” Dr. Dre i „Doggystyle” Snoopa tak zwany G Funk cieszył się sporym zainteresowaniem. Świetnie w tym miejscu odnalazł się Warren G, który zadebiutował w 1994 roku albumem „Regulate… G Funk Era„. „Regulate” jest zbudowane na zamiennej nawijce Warrena G i funkowym śpiewie Nate Dogga. Układ ten jest w prost rewelacyjny i sprawia, że słucha się tego z czystą przyjemnością. Pan G w utworze tym obwieszczał nastanie nowej G Funkowej ery, Nate natomiast śpiewa o urokach nocnego życia. Jeżeli chodzi o G Funk to jest to absolutna czołówka.

Posłuchaj

21. Missy Elliott – The Rain (Supa Dupa Fly) (1997, Supa Dupa Fly).The Rain” swoją pozycję zawdzięcza w głównej mierze producentowi Timbalandowi. Pan Mosley po sukcesie wypromowania Aaliyah wziął na warsztat inną początkującą artystkę – Missy Elliott. Na całym debiutanckim krążku raperki jak i w tym utworze znajdziemy sporo elektroniki z którą eksperymentował popularny Timba. Sama Elliott na tym etapie jeszcze nie wymiatała flow, ale miała już to coś, że chciało się jej słuchać. Efekt tej współpracy wyszedł zdecydowanie na duży plus.

Posłuchaj

20. Eazy-E – Real Muthaphukkin G’s. (1993, It’s On (Dr. Dre) 187um Killa). Eks-członek N.W.A podobnie jak Ice Cube i Dr. Dre poszedł drogą solową. Niestety ze względu na przedwczesną śmierć ojciec chrzestny gangsta rapu zdążył nagrać tylko cztery solowe longplaye. „Real Muthaphukkin G’s” to diss na Dr. Dre. Jednak nie jest to zwykły diss, jakich było wiele. Utwór ten uważa się za jeden z najważniejszych dissów w historii rapu. Eazy-E wypomina Dre dziecięce zachwyty nad Snoop Doggiem, któremu też się oberwało, gdyż został określony jako „anorexic rapper”.

Posłuchaj

19. 2Pac -Ambitionz as a Ridah (1996, All Eyez On Me). Gdy słyszę ten prosty podkład przypomina mi się pijacka posiadówa  u znajomego, który odpalił podobny beat. Pół wieczora nawijaliśmy do niego o ciężkim życiu na osiedlu dissując m.in kościelnego. I być może nie była w tym moc, ale u Shakura już jest. 2Pac w „Ambitionz as a Ridah” daje wykład na temat dążenia do celu. Powątpiewa w pokojowe dochodzenie należności i wskazuje na drogę walki. Mając tak zagmatwane CV wcale nie dziwią mnie te spostrzeżenia. 2Pac jest mocno szczery w tym co mówi, no i mówi (a w zasadzie rapuje) to świetnym flow.

Posłuchaj

18. Jay-Z – Can I Get A… (1998, vol. 2 Hard Knock Life). Shawn Corey Carter ma łeb nie tylko do rapowania, ale i robienia interesów. Dla złota zrobiłby wszystko, w końcu w wieku 12 lat postrzelił swojego starszego brata gdy ten podwędził mu złoty łańcuch. Ogarniacie tą sytuacje? Od momentu debiutu do zdobycia pierwszego miliona nie wiele upłynęło wody w Wiśle. No i te wszystkie wyliczanki nagród Grammy, listy Billboard, żonka brylująca w prezydenckiej świcie. Możliwe, że stąd moja mała niechęć do biznesmena Jazzy’ego, którego opowieści o sprzedawaniu narkotyków brzmią lekko niewiarygodnie. Mimo to Nowojorczyk ma a raczej miał technikę, której można by pozazdrościć. Na pierwszych płytach Jay-Z na prawdę był niesamowity, potem bywało różnie.

Posłuchaj

17. OutKast – Funky Ride (1994, Southernplayalisticadillacmuzik). Tytułowe funky ride to nic innego jak uczucie odjazdu po zapaleniu skręta. Szczerze powiedziawszy do takiego odjazdu nie są potrzebne używki, wystarczy ten świetny track. Aha, piękna solówka gitarowa. Idealny utwór do spędzania czasu sam na sam ze swoją lubą.

Posłuchaj

16. Ice Cube – It Was A Good Day (1992, The Predator). Po rozpadzie N.W.A. każdy z członków tego świetnego kolektywu poszedł w swoją stronę. „Crazy Motherfucker name Ice Cube” początkowo nieźle sobie radził solowo zanim rozpoczął niezbyt udaną karierę aktorską. „It Was A Good Day” oparte na leniwym podkładzie to opis dnia idealnego składającego się z pożywnego śniadania, programu Yo MTV Raps! (Jeszcze wtedy stacja ta miała coś do czynienia z muzyką) oraz rozrywki w postaci hazardu i seks randki.

Posłuchaj

15. Molesta – Się Żyje (1998, Skandal). Ogólnie cały „Skandal” jest klasykiem rapu. Potwierdził to zarówno Porcys, jak i zeszłoroczny OFF Festiwal. Wracając jednak do tego kawałka. Świetnie wykorzystany sampel z String Connection łączy się legendarnymi wersami o codzienności z życia podwórka. To jeden z tych wałków, który w mniejszym lub większym stopniu potrafi zacytować każdy mieszkaniec większych osiedli.

Posłuchaj

14. Public Enemy – 911 Is A Joke (1990, Fear Of A Black Planet). Public Enemy w zasadzie skończyli się w latach 80. Jednak jeszcze na początku następnej dekady byli całkiem spoko. „911 Is A Joke” to kolejny w ich zestawie utwór na temat problemów czarnego bractwa i dyskryminacji. Muzycznie kawałek jest jeszcze mocno osadzony w latach 80, jednak są tu srogie hooki, którymi można się zachwycać do tej pory.

Posłuchaj

13. Wu-Tang Clan – Wu Tang Clan Ain’t Nuthing Ta Fuck Wit (1993, Enter The Wu-Tang (36 Chambers).

Posłuchaj

12. The Notorious B.I.G. – Hypnotize (1997, Life After Death). W sumie to nie wiem co jest bardziej hipnotyzujące w tym utworze. Flow Notoriousa czy też podkład P.Diddy’egp (wtedy znanego jako Puff Daddy). Biggy opowiada nam o swoich kobiecych podbojach i bezwstydnie wyznaje, że i tak każda laska po akcie wraca do domu z buta. Całość została okraszona bardzo złym teledyskiem.

Posłuchaj

11. Nas – Life’s a Bitch (1994, Illmatic). Jeden z najbardziej życiowych utworów. Nas wraz z AZ opowiadają o trudach życia, które okazuje się wredną zdzirą i kończy się śmiercią. Smutne, aczkolwiek prawdziwe. W tle natomiast pogrywa fajnie jazz’ujący beat wyprodukowany przez L.E.S.’a oraz Nasa. Utwór dość mi bliski, gdyż mam podobne spostrzeżenia w drodze do pracy. Zwłaszcza w deszczową pogodę.

Posłuchaj

10. MF DOOM – Doomsday (1999, Operation: Doomsday). Doom to typ kolesia, który działa poza falą głównego nurtu. W chwili kiedy inni raperzy rapowali o basenach, drogich brykach i wypalonych jointach on przypominał stare zasady. Nie szukał poklasku, chodził w masce. Techniką rapowania przypomina mi trochę Raekwona z Wu-Tang Clan. Jego „Operation: Doomsday” to klasyk rapu, a opener płyty to świetny utwór, gdzie za sampel posłużyły utwory „Kiss Of Life” Sade oraz „Poetry” Boogie Down Productions.

Posłuchaj

9. Jay – Z – Hard Knock Life (Ghetto Anthem) (1998, vol. 2 Hard Knock Life). Tym utworem Jay-Z wybił się do samego nieba show-biznesu. Recepta na sukces była dość prosta. Sampel „It’s Hard Knock Life” z Filmu „Annie” oraz opowieść jak Jazzy się wzbogacił. Brzmi to trochę banalnie, ale udało się. Bo w sumie ten utwór, ma to coś. Jay-Z okazał się zdolnym uczniem Notoriousa Biga.

Posłuchaj

8. Kaliber 44 – + i – (1996, Księga Tajemnicza. Prolog). Klasyk polskiego rapu to historia testu na wirus HIV, stąd tytułowe plus i minus. K44 jeszcze z Magikiem w składzie grał tak zwany psycho rap. O postaci Magika powiedziano bardzo wiele w ostatnim czasie, nie będę nic dodawać w tej materii. Nie zamierzam oceniać jego jako człowieka, ale jako raper był świetny i na tym tracku to w pełni pokazał. Aha nie słuchajcie tej piosenki od tyłu bo nawiedzi was Candyman o 3 nad ranem i włoży wam zęby pod poduszkę.

Posłuchaj

7. Ol’ Dirty Bastard – Got Your Money (feat. Kelis) (1999, Nigga Please). Ktoś kiedyś stwierdził, że do końca nie wiadomo czy OLD był najlepszym, czy najgorszym raperem z grona Wu-Tang Clan. Podpisuje się pod tym wszystkimi kończynami. „Got Your Money” to ckliwa opowieść alfonsa domagającego się od swojej „pracownicy” pieniędzy. Kelis,  w refrenie zapewnia swojego podwładnego, żeby się nie martwił, że pieniądze będą. A wszystko to na podkładzie z fajnym basem i jękami Dirty’ego.

Posłuchaj

6. Snoop Dogg – Who Am I (What’s My Name?) (1993, Doggystyle). I to jest dla mnie esencja rapu lat 90. Świetny, baunsującu, wibrujący podkład Doktorka Dre oraz charyzmatyczna nawijka Snoopa hedonisty. G-Funk pełną gębą. Debiutancki singiel Snoopa, którym się przywitał ze słuchaczami stwierdzeniem: „Nine-trizzay’s the yizzear for me to fuck up shit / So I ain’t holdin nuttin back” ludzie kupili. Aczkolwiek nie obyło się bez kontrowersji ze względu na mocne teksty oraz fakt oskarżenia o morderstwo. „Doggystyle” to zdecydowanie klasyka rapu, a utwór „Who AM I (What’s My Name)” jest tego potwierdzeniem.

Posłuchaj

5. Beastie Boys – Sabotage (1994, Ill Communication). Beastie Boys często zdarzało się na swoich albumach nagrywać nic nie wnoszące dłużyzny i zapychacze. Jednak do kapitalnych singli mieli nosa. Takim singlem było „Sabotage„, które mocno wyróżniało się na dość przeciętnym „Ill Communication„. Nowojorskie trio od początku w swojej twórczości łączyli rap z rockiem (podobnie jak w latach 80 RUN-DMC). Nie inaczej jest w tym tracku, świetne gitarowe riffy łączą się tutaj z typowym, „wykrzykiwanym” stylem rapowania. Poza tym klip do tego utworu to mój top wszech czasów.

Posłuchaj

4. 2PAC – California  Love (1996, All Eyez On Me). Kilka miesięcy przed śmiercią, tuż po opuszczeniu więzienia legendarny Tupac Shakur zdążył wydać pierwszy dwu płytowy album hip-hopowy „All Eyez On Me”. Na płycie znalazł się utwór „California„, który w mojej ocenie jest jego najlepszym. Świetną robotę odwalił tutaj Dr. Dre, który stworzył jeden z najbardziej zapadających w pamięć beatów. Natomiast sam Shakur wzniósł się tutaj na wyżyny rapowego rzemiosła. Utwór faktycznie był jego powitaniem świata po wyjściu z więzienia, gdyż brzmi on niczym pies spuszczony z łańcucha. Klimatu dodaje teledysk nagrany w stylu filmu „Mad Max„.

Posłuchaj

3. Nas – The World Is Yours (1994, Illmatic).The World Is Yours” to mój ulubiony utwór z klasycznego „Illmatic„. Między innymi dzięki temu utworowi Nas na nowo zdefiniował hip hop. Wystarczy wsłuchać się w sposób jaki rapuje z świetnym wejściem w beat. Poza tym mamy tutaj kapitalny refren w wykonaniu Pete’a Rocka oraz klimatyczny, lekko jazzowy podkład.

Posłuchaj

2. The Notorious B.I.G. – Juicy (1994, Ready To Die). Największy przebój Christophera George’a Latore’a Wallace’a to jeden  tych utworów podsumowujących dorobek. Zmianę jaką przeszedł raper najlepiej obrazuje fragment: „Girls used to diss me / Now they write letters ’cause they miss me„. Jest to mocno sentymentalny utwór, sporo tu wspomnień i nowojorskich historii. Podkład nie wnosił świeżości, gdyż czuć na nim lata 80. Nie mniej podobają mi się wstawki gitarowe i śliczny refren.

Posłuchaj

1. Wu-Tan Clan – C.R.E.A.M. (1993, Enter The Wu-Tang (36 Chambers). W zasadzie nie mogło być innego numeru jeden. „C.R.E.A.M” być może nie jest esencją tego co działo się w hip-hopie lat 90, ale jest zdecydowanie najlepszym utworem gatunku tego okresu. Epickie linijki Szefa i Inscpectora Decka łączą się z prostym beatem opartym na powtarzającym się motywie klawiszowym. Natomiast samo określenie Cash Rules Everything Around Me na trwałe zapisało się w popkulturze.

Posłuchaj

50 Najlepszych utworów hip-hopowych lat 90. Część I (50-26)

9050. DMX – Ruff Ryders Anthem (1998, It’s Dark and Hell Is Hot). DMX, czyli Earl Simmons znany jest z tego, że podczas rapowania wypruwa z siebie żyły. Słuchając tego utworu dowiemy się kim jest DMX, co to jest Ruff Riders, gdzie i kiedy DMX nas zabije i (najważniejsze) dlaczego znowu?

Posłuchaj

49. Lauryn Hill – Doo Wop (That Thing) (1998, The Miseducation of Lauryn Hill). L-Boogie tworząc ten kawałek wykorzystała sampel z  utworu Fifth Dimension „Together Let’s Find Love„. Powtarzane w refrenie „That Thing” oznacza seks z kobietami lecącymi na kasę. Natomiast cały kawałek „Doo Wop” to świetne połączenie r’n’b z hip-hopem. Bogata aranżacja wchłania totalnie. Aha, nie zapomnijcie zobaczyć teledysku!

Posłuchaj

48. Raekwon – Carcerated Scarfaces (1995, Only Built For Cuban Linx). Album „Only Built For Cuban Linx” uważa się za najdoskonalszy w szerokiej, solowej dyskografii szefa. Beat stworzony przez RZA początkowo był przeznaczony do płyty GZA „Liquid Swords„. Jednak gdy The Chef go usłyszał, szybko go zabukował. Idealny wybór. Poza tym mamy tutaj popisową nawijkę i grę słów Raekwona.

Posłuchaj

47. Digital Underground – The Humpty Dance (1990, Sex Packets). Tytułowy Humpty to dość żartobliwy gość. Lubi dziewczyny z Burger Kinga, śmiesznie tańczy i nosi dziwne okulary z doczepionym nosem. Produkcja Digital Underground wskazywałaby na coś nowoczesnego, nic bardziej mylnego. Beat mocno siedzi w latach 80 i w zasadzie nie wprowadza nas w następną dekadę. Jednak propsuje ten kawałek ze względu na nietypową nawijkę Umpty’ego i ironiczny tekst.

Posłuchaj

46. Mase – Feel So Good (1997, Harlem World). Mason Durell Betha pochodzący z Harlemu to zarazem raper i pastor, którego wykreował Diddy (w latach 90 znany jako Puff Daddy). Debiutancki album Mase’go „Harlem World” to przyjemny i melodyjny materiał, który dość łatwo „wchodzi” . Na tym longplayu znalazł się świetny „Feel So Good” na którym lekki, funkowy podkład łączy się z rozważaniami na temat luksusowego życia. Generalnie propsy za świetną produkcję od Puffa.

Posłuchaj

45. WYP3 & Trzycha/Warszafski Deszcz – Mam Tak Samo Jak Ty (1998, Trzy). Połączone siły Wzgórza Ya-Pa 3 i Warszafskiego Deszczu nagrały jeden z najbardziej klasycznych, rodzimych hip-hopowych tracków. Siła tej produkcji tkwi w samplu Czesława Niemena oraz nawijce chłopaków. Do tej pory mam banana gdy widzę młodego TEDEgo oraz Borixona. Nie wiesz o co chodzi? To weź się k… dowiedz.

Posłuchaj

44. Positive K – I Got A Man (1992, The Skills Dat Pay Da Bills). Ok, sprawa wygląda tak. Darryl Gibson znany jako Positive K podbija do lasencji na podryw. Jednak nie potrafi zrozumieć, że dziewczyna posiada już faceta. Dochodzi do przepychanek słownych. Fatalną sytuację kończy smutny finał. A wszystko to na kapitalnym podkładzie z trąbkami.

Posłuchaj

43. Afro Kolektyw – Mów Do Mnie Negro (1999, Negatywne Wibracje). Zanim formacja Afrojaxa przeszła przemianę i zaczęła grać muzykę z pogranicza indie i popu to nieźle sobie radziła w hip-hopie. W czasach młodości zasłuchiwałem się w „Czytaj z Ruchu Ust Moich„, jednak wszystko zaczęło się w 1999 roku kiedy grupa wydała „Negatywne Wibracje„. „Mów Do Mnie Negro” to świetny kawałek z wpływami tak zwanego „acid jazzu” oraz zaczątkami storytellingu, z którego słynną teksty Afro Kolektywu.

Posłuchaj

42. Ice T – O.G. Orginal Gangster (1991, O.G. Orginal Gangster). Czwarty w dorobku album Ice T uważa się za najlepszy. Wcale mnie to nie dziwi, gdy słucham tytułowej piosenki. Mimo, że album powstał w 91 to słychać już tu zaczątki tak zwanego G Funku. Ice-T wraz z Dj Aladdinem i SLJ użyli sampli z legend funku: Jamesa Browna oraz Melvina Blissa. Efekt był zdumiewający. Sam Ice T natomiast nawija tak zwaną historię o tym jak zaczął tworzyć i określa się mianem oryginalnego gangstera. Tak poza konkursem, z perspektywy czasu ta cała gadanina o oryginalności, normalności i poruszaniu ważnych tematów wydaje się być śmieszna gdy popatrzymy na „naturalną” żonę Ice’a

Posłuchaj

41. P.M. Dawn – A Watcher’s Point of View (Don’t ‚Cha Think) (1991, Of the Heart, of the Soul and of the Cross: The Utopian Experience). Gdy pierwszy raz zobaczyłem klip do tego utworu na twarzy pojawiło mi się wielkie WTF?!? Pomijając jednak tą całą otoczkę to rapowy budda stworzył fajny, przyjemny track z pogranicza hip-hopu i popu. Lata 90 były urocze z takimi hymnami w tle.

Posłuchaj

40. Gang Starr – Mass Appeal (1994, Hard To Earn). Oj ten utwór w dużej mierze kojarzy mi się z grą Tony Hawk Pro Skater 4. Aż łezka się w oku kręci. A tak na serio to kapitalny kawałek z czasów kiedy Dj Premier nagrywał razem z MC Guru. Beat Premiera do tej pory to dla mnie mistrzostwo, a nawijający Guru porusza problem pozerstwa i nagrywania wyłącznie dla kasy. To są zaczątki hasła „Keep It Real”.

Posłuchaj

39. De La Soul – Millie Pulled a Pistol on Santa (1991, De La Soul Is Dead). W zasadzie De La Soul w 1991 nie był taki martwy, jak to obwieścił w nazwie płyty. Utwór opowiada historię Millie, która jest wykorzystywana seksualnie przez swojego ojca. Nikt jednak nie wierzy w jej wersje wydarze, gdyż jej rodziciel jest pracownikiem socjalnym. Niby historia jakich wiele o których możemy usłyszeć w TV. Jednak jak ona jest opowiedziana! Posłuchajcie jeżeli chcecie wiedzieć jak to się skończy. Aha, zapomniałem wspomnieć o podkładzie. Palce lizać, podoba mi się linia basu i hi-hat.

Posłuchaj

38. The Notorious B.I.G. – Mo Money, Mo Problems (1997, Life After Dead).Life After Dead” wydane po śmierci B.I.G.a sprzedało się jako ciepłe bułeczki. Być może to efekt tragicznej śmierci rapera, jednak sam materiał broni się świetnie. Tak sobie słucham „Mo Money, Mo Problems” i słyszę kapitalną produkcję Puff Daddy’ego, który w track wciągnął swojego zdolnego wychowana Mase. Sam B.I.G. pojawia się na końcu i jest to wejście smoka. Za sprawą takich utworów chce się cofnąć w czasie.

Posłuchaj

37. Naughty By Nature – Hip Hop Hooray (1993, 19 Naughty III). Nie słychać tego od razu, ale do produkcji tego utworu użyto sporo sampli. Usłyszymy tu między innymi fragmenty Jamesa Browna, Five Stairsteps, Isley Brothers czy też Petera Gabriela. Nawijka jest dość grzeczna, jednak pojawiają się doczepki jak choćby ta do raperów o zagranicznym akcencie. Niech nie zmyli was tytuł, to nie muzyka spod znaku Pana Yapy.

Posłuchaj

36. Eminem – My Name Is (1999, The Slim Shady LP). Slim gdy był młody i jeszcze mu się chciało tworzył świetne kawałki. „My Name Is” ma to wszystko czym Eminem uwiódł słuchaczy, czyli świetny tekst wypełniony sarkazmem a także charakterystyczną dla blondaska produkcję. Dobry utwór, aczkolwiek zawsze wolałem Shady’ego z okresu 2000-2002.

Posłuchaj

35. Grammatik – Płaczę Rymami (1999, EP+). Do tej pory mam wątpliwości co jest lepsze? Czy świetny, minimalistyczny, mroczny, klimatyczny beat od Noona czy może pełna refleksji i ciekawych metafor nawijka duetu Eldo i Jotuze? Nie potrafię wybrać. Jeżeli chodzi o polski hip-hop to ten kawałek to TOTALNA ESENCJA. I nie chodzi mi teraz o sam rap i epokę, ale o esencję dobrej muzy w ogóle. „EP+” był jednak tylko zapowiedzią opus magnum jakim było „Światła Miasta”.

Posłuchaj

34. Beastie Boys – Pass The Mic (1992, Check Your Head).If you can feel what I’m feeling then it’s a musical masterpiece” – Już pierwsza linijka mówi wszystko o tym tracku. „Pass The Mic” to zdecydowanie jeden z najlepszych utworów w dorobku Beastie Boys za sprawą świetnego, mglistego podkładu i rymów nowojorczyków.

Posłuchaj

33. Mos Def – Ms. Fat Booty (1999, Black On Both Sides). Pierwszą rzeczą jaką należy pogratulować Mos Defowi i Ayatollah’owi, który wyprodukował ten kawałek to dobór sampla. Aretha Franklin i jej „One Step Ahead” z 1965 roku to strzał w dziesiątkę! Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną to świetny, bujające kawałek. Sam Def również dał nietuzinkowy popis zabawą słowem i w świetny sposób przedstawił 3 sceny ze spotkania z dziewoją o grubszym tyłku.

Posłuchaj

32. Outkast – Synthesizer (1998, „Aquemini„). Ten kawałek to totalny kosmiczny odjazd. Psychodeliczny beat łączy się tutaj z rozważaniami OutKast (które wspomaga George Clinton) na temat społeczeństwa, postępu, komputerów i naukowców. Minęło 16 lat, tematyka wciąż pozostaje aktualna a beat dalej działa.

Posłuchaj

31. Nas – N.Y. State of Mind (1994, Illmatic). No cóż, zacznę od tego, że cały album „Illmatic” to dla mnie wielkie dzieło. O tej płycie już wspominałem przy okazji opisywania swoich 10 ulubionych rap albumów. „N.Y. State of Minde” przykuł moją szczególną uwagę za sprawą piekielnie sprawnego podkładu od DJ Premiera. Mocne uderzenia perkusyjne łączą się tutaj ze psychodelicznymi klawiszami. Sam Nas natomiast niepokojąco rzuca linijki typ: „Give me a Smith & Wesson, I have niggas undressin’„.

Posłuchaj

30. Ol Dirty Bastard – Shimmy, Shimmy Ya. (1995, „Return to the 36 Chambers: The Dirty Version”). Debiut Mario Balotelliego hip-hopu jak wskazywała na to nazwa był powrotem do kapitalnego „Enter the Wu-Tang (36 Chambers)” Wu-Tang Clanu. „Shimmy, Shimmy Ya” oparte na mrocznym beatcie z charakterystycznym klawiszem to przykład typowego dla Big Baby Jesusa odjazdu. Jego flow to wielkie BAM a pierwszy singiel z powrotu do 36 komnat to środkowy palec dla wszystkich tych, którzy mówili mu jaki ma być.

Posłuchaj

29. 2Pac – I Wonder If Heaven Got A Ghetto (1997, R U Still Down? (Remember Me)). Jeżeli chodzi o albumy wydawane pośmiertnie to mam wiele wątpliwości natury moralnej. Zawsze zadaje sobie pytanie na ile jest to inspirowane chęcią ukazywania światu niewykorzystanego materiału a ile zwykłą chęcią zarobienia. Nie wiemy też, czy uśmierceni artyści chcieli by odkopywać coś co sami schowali. Dlatego też na kolejną nową płytę 2Paca, Michaela Jacksona czy też innego zmarłego artysty patrzę z przymrużeniem oka. Z drugiej jednak strony nie poznalibyśmy tak świetnego utworu jakim jest „I Wonder If Heaven Got A Ghetto„…

Posłuchaj

28. Snoop Dogg – Gin And Juice (1993, Doggystyle). Hit z debiutu Snoopa Dogga można by skwitować zwrotką: „Everything is fine when you listening to the D-O-G„. „Gin and Juice” to klasyczny, rapowy letni szlagier w którym czuć sporo luzu. Natomiast produkcja Daz Dillingera i Dr. Dre to bujająca perełka lat 90.

Posłuchaj

27. Pete Rock & C.L. Smooth – They Reminisce Over You (1992, Mecca And The Soul Brother). Powstanie singla „T.R.O.Y” zostało zainspirowane śmiercią najlepszego kumpla Troya Dixona. Chłopaki w tym utworze zawarli wiele wspomnień z dzieciństwa a także odniesień do swojej rodziny. Beat wyprodukowany przez Rocka to kawał dobrej muzy pełen fajnych sampli, przewodzącego saksofonu i przyjemnie plumkającej linii basu. Znalazłem podsumowania, gdzie kawałek ten był najlepszym trackiem lat 90. W moim rankingu jest dalej, co nie zmienia faktu, że to muzyka godna uwagi.

Posłuchaj

26. The Roots – The Next Movement (1999, Things Fall Apart). Nie wyobrażam sobie jakiegokolwiek rankingu lat 90 bez The Roots. Co prawda dopiero się rozkręcali w tym czasie, ale mieli już na koncie kilka płyt. „The Next Movement” nagrany w końcowej fazie dekady to kawał dobrej muzy, gdzie usłyszymy skratche DJ Jazzy’ego Jeffa oraz wokale Jazzyfatnastees. Co do tekstu to podobno ważny jest kontekst historyczny a tytułowy Movement jest odbierany w dwojaki sposób. Jako ruch muzyczny oraz jako odniesienie do ruchu społecznego. Trochę to przekombinowane, gdyż nie widzę w tekście haseł o wolności dla czarnych braci a raczej teksty typu: „skończ przewijać kasety, kup CD”.

Posłuchaj

20 najlepszych okładek płyt

Background_PurpleCzym byłaby muzyka bez tej fizycznej części? Jestem staroświecki, lubię mieć płytę na półce. Lubię podczas słuchania oglądać okładkę, czytać zawartość książeczki, śledzić teksty. To jest pewnego rodzaju rytuał słuchania płyty. Dlatego nie jarają mnie w ogóle wersje elektroniczne. Dzień w którym nie będzie można kupić płyty, filmu, książki i gazety w formie fizycznej będzie najsmutniejszym dniem w dziejach świata. Dzisiejszą notkę chcę poświęcić okładkom, które nie ukrywajmy są równie ważne co zawartość płyty. W historii muzyki było wiele kapitalnych płyt z słabymi okładkami i na odwrót. Dzisiaj chcę zaprezentować 20 moich ulubionych okładek.

arctic-monkeys-whatever-people-say-i-am-thats-what-i-am-notArctic Monkeys – Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not (2005). Z powodu fajki było sporo kontrowersji, jednak trzeba przyznać, że zdjęcie Chrisa McClure’a jest na swój sposób urzekające. Zawiera ono pewnego rodzaju prostotę. Nie jest może jakieś wybitne, ale idealnie pasuje do zwartości płyty.

Animal-Collective-Strawberry-JamAnimal Collective – Strawberry Jam (2007). Tak jak w przypadku wcześniejszej okładki to zdjęcie również pasuje do albumu. Płyta się nazywa truskawkowy dżem to i na zdjęciu mamy rozkwaszone truskawki. So ironic.

The Beatles - Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club BandThe Beatles – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (1967). Legendarna okładka kultowego zespołu. Znaleźli się na niej oprócz muzyków zespołu z Liverpoolu  i ich woskowych figur kartonowe wizerunki wielu znanych osób sztuki, muzyki, filmu, polityki, sportu, nauki i innych dziedzin. Współczesnemu, nieobeznanemu w historii człowiekowi wiele tych nazwisk nic nie mów. Te najbardziej znane to: Marlon Brandon, Edgar Allan Poe, Bob Dylan, Flip i Flap, Marylin Monroe, Karol Marks, Oscar Wilde i Albert Einstein. Monumentalne dzieło.

Blondie PLBlondie – Plastic Letters (1978). Sam zamysł robienia zdjęcia przy radiowozie brzmi infantylnie. Jednak to zdjęcie ma to „coś”, taki luz, który powoduje, że to moja ulubiona okładka Blondie. I pomimo tego, że zawartość płyty dupy nie urywa to kupiłem tą płytę ze względu właśnie na okładkę.

bob-dylan-freewheelinBob Dylan – The Freewheelin’ (1963). Mimo, że to zimowy Nowy Jork to ta okładka promienieje i wzbudza we mnie pozytywne odczucia. Nie wiem czy to sprawka Suze Rotolo, która wróciła z słonecznej Italii czy też tego hipisowskiego Volkswagena z tyłu?

born in the usaBruce Springsteen – Born In The U.S.A. (1984). Chyba najbardziej amerykańska okładka wszech czasów. Przetarte jeansy, kowbojski pasek, czapka z daszkiem i tyłek Springsteena. A to wszystko na tle flagi Stanów Zjednoczonych.

london-callingThe Clash – London Calling (1979). Źródeł  popularności okładki punkowej płyty należy upatrywać w nawiązaniu do grafiki ozdabiającej debiut Elvisa Presleya oraz fenomenalnym zdjęciu przedstawiającym Paula Simonona rozwalającego swoją gitarę podczas koncertu w Nowym Jorku. Połączenie ironii (muzycy zawsze podkreślali, że teksty takich muzyków jak Presley czy Rolling Stones są do dupy) i anarchii, którą symbolizuje roztrzaskana gitara.

clinic 1999 epClinic – Clinic EP (1999). Ta okładka przez długi okres czasu ozdabiała mój folder z muzyką na kompie. W jakiś sposób to samo się ustawiło. Jednak nie zamierzałem tego zmieniać, bo genialnie pasowała. Nie jest ona jakaś wybitna, jednakże przedstawia mój ulubiony instrument muzyczny – perkusję. A jeżeli ktoś jeszcze nie wie to bębny od zawsze był moją niespełnioną do końca pasją.

kanyewestlateregistration2005Kanye West – Late Registration (2005). Dropout Bear w szkolnym uniformie był chwytem marketingowym Kanye Westa w czasach zanim okładką jego płyty był brak okładki. A tak serio, gdy patrze na ten obrazek to mam mieszane uczucia. Sam West także budzi mieszane uczucia. Z jednej strony chętnie nakopał bym mu do tyłka, z drugiej cenię jego za kapitalną muzykę. Stąd wyróżnienie.

good-kid-maad-cityKendrick Lamar – Good Kid, M.A.D. City (2012). To zdjęcie wygląda trochę jak ten mem z tymi czterema śmiesznymi typkami przy jednym stole. Z drugiej strony, gdyby przejrzeć rodzinne albumy to możemy znaleźć dziesiątki podobnych fotek u siebie. Siła tkwi w prostocie i słoiku z żółtym „czymś”. Klimatu z pewnością dodają też cenzurki na twarzach. Świetna płyta, z świetną okładką.

108315_kombajn-do-zbierania-kur-po-wioskach_osme_pietroKombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – 8 Piętro (2005). Mechaniczny kurczak na fajnym odcieniu zieleni przez długi czas stanowił moją tapetę na telefonie. Moja słabość do tej płyty tkwi nie tylko w muzyce, ale i w tej grafice.

Fucked Up - The Chemistry of Common LifeFucked Up – The Chemistry of Common Life (2008). Kolejna okładka prezentująca uroki Nowego Jorku. Tyle, że tym razem w cieplejszy dzień przy zachodzie słońca. Metafora życiowego pośpiechu i cywilizacyjnego postępu. Być może zdjęcie jakich wiele, ale na swój sposób ujmujące i wciągające.

Menomena - Friend And FoeMenomena – Friend And Foe (2007). Zdecydowanie jedna z moich ulubionych okładek. Na te drobne elemenciki tworzące w kunsztowny sposób grafikę płyty Menomeny mogę patrzeć godzinami. Czuć duch Radiohead i ich stworka z „Amnesiac„.

N.W.A. - Straight Outta ComptonN.W.A. – Straight Outta Compton (1988). Te zdjęcie pokazuje tylko jedno. Trzymajcie się z dala od Compton, najniebezpieczniejszego miejsca na planecie. W naszym wydaniu brzmiałoby to tak „miasto jest nasze”. Gangsterska płyta z mocnymi tekstami wymaga równie mocnego artworku.

Nirvana - NevermindNirvana – Nevermind (1991). O tej okładce pisano już książki, dlatego też nie dodam nic oryginalnego. Musiała się znaleźć na liście.

of Montreal – The Sunlandic Twinsof Montreal – The Sunlandic Twins (2005). Zespół Kevina Barnesa przyzwyczaił nas, że muzykę of Montreal można interpretować na wieloraki sposób. Jednakże okładka albumu z 2005 roku symbolizować może tylko – Małżeństwo Kevina z Niną. Muzyka of Montreal zawsze szła w parze z uczuciami sercowymi wokalisty. Na tym etapie Kevin czuł się bliźniakiem Niny. Stąd taka a nie inna nazwa płyty i okładka. Co było dalej, poszukajcie sami.

Rage Against The Machine - Rage Against The MachineRage Against The Machine – Rage Against The Machine (1992). Chyba pierwsze zdjęcie na liście o zabarwieniu politycznym. Rage Against The Machine często poruszali kwestie polityczne dlatego nie dziwi fakt,że użyli legendarnego zdjęcia z okresu wojny w Wietnamie przedstawiającego wietnamskiego mnicha dokonującego aktu samospalenia.

The Rolling Stones - Beggars BanquetThe Rolling Stones – Beggars Banquet (1968). Nie ma nic bardziej rockowego niż obleśny kibel z zamazaną ścianą. Wczytajcie się w te napisy i te obrazki.

the_velvet_underground-the_velvet_underground_y_nico-frontalThe Velvet Underground and Nico – The Velvet Underground and Nico (1967). W tym przypadku recepta na sukces była prosta – użycie grafiki Andy’ego Warhola.

Ścianka - Pan Planeta (2006)Ścianka – Pan Planeta (2006). Ta okładka jest jak cała zawartość tej płyty. Nie tylko ze względu na tytułowego Pana Planetę. Ale formę jaką on przyjął i jego minę. Uwielbiam takie ironiczne żarciki i heheszki.

Przegląd filmowy #3

Poniższy przegląd filmowy postanowiłem poświęcić całkowicie azjatyckim filmom grozy. Ostrzegam jednak, że poniższe obrazy jak sami Azjaci są nieco nietypowe. Do tej pory nie potrafię ogarnąć dlaczego Japończycy, czyli naród ludzi bystrych i długowiecznych ogląda takie COŚ w telewizji. Między innymi dlatego długo omijałem szerokim łukiem filmy o azjatyckim pochodzeniu. Jednak w ostatnim czasie skusiłem się na obejrzenie kilku i nie żałuje. Poniżej trzy perełki azjatyckiego horroru.

auditionAudition / Ôdishon / Gra Wstępna (1999). Shigeharu Aoyama (w tej roli Ryo Ishibashi) to całkiem w porządku gość. Ma ładny dom, psa, własną firmę, dobry kontakt z synem. Jednak brak mu żony, gdyż od 7 lat pozostaje wdowcem. Postanawia ponownie się ożenić w czym pomaga mu jego dobry znajomy pracujący w branży firmowej. Organizuje on casting do filmu w którym bierze udział 40 młodych kobiet. Spośród aspirantek do roli filmowej Aoyama ma wybraż tą jedną. Zwraca szczególną uwagę na tajemniczą Asami Yamazaki (Eihi Shiina). Nie przypada ona jednak do gustu  jego przyjacielowi, który nie potrafi znaleźć żadnych informacji o młodej dziewczynie. Aoyama nie wie jak fatalny był to wybór. Myślę, że tym opisem fabuły odpowiednio was zachęciłem. Jednak dla pewności dodam jeszcze kilka uwag. Po pierwsze trzeba zaznaczyć, że trudno nazwać ten film horrorem. Pierwsza część filmu to typowy dramat. Pokazana jest śmierć żony Shigeharu a następnie poszukiwanie nowej wybranki 7 lat później. Pierwsze spotkania z Asami nie wskazują nic niepokojącego. Oczywiście dziewczyna jest zagadkowa, jednak na pierwszy rzut oka wygląda całkiem normalnie. W momencie gdy Asami w zagadkowy sposób znika następuje zwrot akcji, który zmienia obraz w psychologiczny thriller. Dopiero ostatnie minuty filmu to typowy horror pełen krwi i drutów potrafiących ścinać mięśnie i kości. Główną zaletą filmu Takashi Miike jest to, że mamy do czynienia z ogromnie ciekawą historią, która nas wciąga. Postać Aoyamy i jego syna wzbudza w nas pozytywne reakcje, dlatego też wyjątkowo boli nas gdy patrzymy na to co mu się przytrafiło. Oczywiście długo musimy czekać na przyśpieszenie akcji, niektóre sceny (Casting) są niepotrzebnie przedłużane. Jednak gdy reżyser podkręca tempo zapominamy o wcześniejszych dłużyznach. Ocena: 9/10.

strange circusKimyô na sâkasu / Strange Circus (2005). Taeko (Masumi Miyazaki) to autorka poczytnych powieści erotycznych. Właśnie pisze kolejną powieść w której opisuje chorą sytuację w jakiej znalazła się dziewczynka o imieniu Mitsuko. Jest ona gwałcona przez ojca na co musi patrzyć jej matka Sayuri i zmuszana do oglądania stosunków swoich rodziców. Co gorsza sytuacja ta powoduje zazdrość w matce, która pod nieobecność męża znęca się nad Mitsuko. Pewnego dnia podczas szarpaniny z córką, Sayuri spada ze schodów i ginie. Dziewczynka próbuje popełnić samobójstwo w efekcie czego skazana zostaje na kalectwo i oglądanie dalszych „dziwnych” zachowań ojca. Oglądając film Shion Sono nasuwa nam się wiele pytań. Najważniejszym jest jednak czy autorka powieści to tak naprawdę skrzywdzona przez życie Mitsuko z powieści? Mamy tutaj do czynienia z surrealizmem w stylu Davida Lyncha. Oglądając pewne sceny nie wiemy czy są one tylko fantazją senną czy prawdziwym wydarzeniem? Rzuca się w oczy również kontrast kolorystyczny pomieszczeń z domu Mitsuko. Piękne, eleganckie, bogato zdobione, białe pokoje kontra obleśne, czerwone z krwi ściany. Intrygująca jest także muzyka, zwłaszcza motyw grany na pianinie oraz sceny z cyrku, które obrazują stan psychiczny głównej bohaterki filmu. Nie zdradzę wam szczegółów, ale pod koniec wszystko okaże się nie takie jak myśleliście na początku. Ocena: 8/10.

Kairo PulseKairo / Puls (2001). Taguchi od kliku dni nie zjawił się w pracy i nie daje jakiekolwiek znaku życia. Koleżanka z pracy Michi postanawia to sprawdzić i udaje się do jego domu. Taguchi jest w domu i na pierwszy rzut oka jest wszystko ok. Jednak kiedy
Michi przeszukuje jego biurko w poszukiwaniu ważnej płyty popełnia on w pokoju obok samobójstwo. Od tej chwili jesteśmy świadkami fali samobójstw, którego źródłem jest internet. A konkretnie duchy zmarłych, które pojawiają się na monitorach komputerów. Zdecydowanie trzeba pochwalić za pomysł na film. Japoński horror naszpikowany jest historiami o duchach. Przeważnie były to nawiedzone domy, klątwy itd. Duchy w internecie? To coś nowego. Po drugie klimat filmu. Jest mrocznie, pomieszczenia są ciemne a niebo zachmurzone. Atmosfera pokazana w „Kairo” jest przytłaczająca, zwłaszcza sceny ulic, które są puste. To także nie jest typowy horror, gdyż mało tutaj strasznych momentów – co jest największym zarzutem wobec obrazu
Kiyoshi Kurosawy. Film ten ma raczej szerszy, psychologiczny zarys i jest po prostu ilustracja upadku cywilizacji. Dla kogoś kto szuka horroru w stylu „Krąg” cz „Klątwa” będzie to nudnie spędzony czas. Jednak jeżeli szukamy czegoś więcej na pewno docenimy ten obraz. Ocena: 7/10.

Off’owe propozycje część piąta

Wszystkie karty rozdane, znamy cały zestaw artystów tegorocznego Off Festiwalu. W piątym już odcinku off’owych propozycji pragnę przedstawić dwóch szczególnych wykonawców.

MF DOOM – Operation Doomsday. Pisałem wcześniej, że mocno liczę na scenę hip-hopową tegorocznego Offa? Tak, tak pisałem przy okazji drugiego odcinka. Niestety odwołany został występ Das Rascist (zasmuciłem się), ale na szczęście będziemy mieli okazję zobaczyć legendę undergroundowego rapu – MF DOOM. Ten czarnoskóry i zamaskowany raper jest ulubieńcem każdego fana porządnego hip-hopu (i nie tylko!). Zasłyną głównie z błyskotliwych nawijek, dobrego flow oraz wielu, wielu, wielu nawiązań w swoich nieprzeciętnych utworach. Z tym wszystkim możemy się zetknąć na albumie „Operation Doomsday” z 1999 roku. To pierwszy album DOOM’a. Obecnie uznawany jest za klasyk gatunku i mimo, że za opus magnum tego artysty uznaje się inną płytę („Madvillainy”) to dla mnie osobiście fajnie byłoby usłyszeć parę kapitalnych utworów z tej płyty na offowym koncercie. No bo jak nie docenić genialnego „The Finest”, „Doomsday” czy też „Dead Bent”? Nie da się. A teraz apel do wszystkich hip-hopowców. W tym roku zapomnijcie o złotych łańcuchach, przyszykujcie oryginalne maski!

Chromatics – Night Drive. Parę tygodni temu zachwycałem się nad nową płytą Chromatics „Kill For Love”, jednak tak na prawdę „Night Drive” z 2007 roku jest o wiele, wiele lepszym i ciekawszym albumem. Po pierwsze nie jest tak nie równy, po drugie nie ma tutaj dłużyzn, wszystko jest dopracowane no i po trzecie znajdziemy tutaj „Running Up To The Hill”, czyli chyba najlepszy ich utwór EVER. Oczywiście „Night Drive” nie nazwiemy płytą jednej piosenki, gdyż opcja zagrania na koncercie TYLKO piosenek z tego albumu byłaby nawet całkiem niezłym pomysłem. Pomijając kwestie koncertowe, wrócę jeszcze do samego albumu. Ta płyta idealnie odnajduje się jako soundtrack do nocnej jazdy samochodem. Nie nakierowała mnie na to nazwa (która jest tak oczywista, że aż tajemnicza) a sama muzyka. Troszkę transu, troszkę klimatycznego basu no i ten wokal (podobno live nie brzmi za dobrze, ale co tam) to podstawowe elementy składowe tej płyty. Czekamy na koncert!