10 Najlepszych piosenek Radiohead

Beatlesi, Rolling Stonesi czy też Bob Dylan mieli takie top listy na blogu. Nawet Muse, Muchy, Myslovitz czy też Black Sabbath załapały się na taką listę. Pora na kolejny, już legendarny band. O kim mowa? Oczywiście o samym Radiohead. Ich ostatni koncert w Polsce to idealna okazja by stworzyć takie zastawienie. Wybranie 10 najlepszych utworów tego zespołu to nie lada wyzwanie. Starałem się wyselekcjonować po jedynm z prawie każdego albumu. Kolejność alfabetyczna, aczkolwiek i tak czuje pewnego rodzaju uczucie, że pominąłem tyle świetnych piosenek…

2 + 2 = 5 (2003, Hail To the Thief). Swego czasu dysponowałem obliczeniami i notatkami mówiącymi, że faktycznie dwa plus dwa to pięć. Jednak nie chcę was zadręczać matematyką, zwłaszcza, że są wakacje. Poza tym matematyka nie jest moim konikiem, Radiohead i ich muzyka za to tak. Opener albumu „Hail To The Thief” to jeden z najlepszych jakie udało się nagrać Yorke’owi i ekipie. Jest wprowadzenie, suspens no i co najważniejsze pierdolnięcie. To lubię. Dobra zapowiedź, dobrej płyty.

Posłuchaj

Burn The Witch (2016, A Moon Shaped Pool). Radiohead wciąż potrafi zadziwić i zaciekawić. Pomimo tego, że ich ostatni album to zlepek odkurzonych starych utworów to i tak przewyższa to poziom nie jednej produkcji z mianem Best New Music na Pitchforku. „Burn The Witch” świetnie to pokazuje. Poziom jaki tutaj osiągnągneli chłopaki z Oxfordu jest poza zasięgiegiem dla wielu muzyków. Swoje też robi teledysk, który przypomina klasyczny thiller z 1973 roku „Kult„.

Posłuchaj, a raczej zobacz.

Creep (1993, Pablo Honey). „Creep” przez wielu uznawany jest za najlepszy utwor Radiohead. Czy słusznie? Można się spierać, gdyż dyskografia Radiohead jest bardzo bogata. Na pewno jest to najpopularniejszy track Thom’a Yorke’a i spółki. Dla mnie ten utwór ma szczególne znaczenie, zwłaszcza, że przy nim miałem swój „pierwszy taniec”, więc jak mógł się nie znaleźć na mojej liście?

Posłuchaj, ale na pewno już to słyszałeś/aś. Zwłaszcza jak byłeś/aś na moim weselu.

High And Dry (1995, The Bends).High And Dry” jak i cały album „The Bends” to jeden wielki klasyk tak zwanego Britpopu. Lata 90 to szczególny okres dla Muzyki, a Britpop to nie jedynie Oasis i Blur. Radiohead także dołożył swoją cegiełkę, i to całkiem przyzwoitą.

Posłuchaj

How To Disappear Completely (2000, Kid A). Z „Kid A” miałem ogromny problem. Jak wybrać jeden najlepszy utwór z płyty, która jest cała najlepsza? Mój wybór ostatecznie padł na „How To Disappear Completely”. Przyczyna? To chyba najbardziej dołujący utwór Radiohead. Dołujący i zarazem piękny. Pięknie zbudowany, zagrany. Trochę gorzej może zaśpiewany, ale głos Yorke’a wielbię i tak. Przez te prawie sześć minut utworu człowiek odczuwac wszystkie możliwe odczucia. Ból, Miłość, Uwolnienie, Smutek, Radość, Oczyszczenie. Co tylko chcecie. Tylko Radiohead tak potrafi, serio.

Posłuchaj i poczuj.

I Might Be Wrong (2001, Amensiac). Nigdy nie byłem szczególnym fanem elektroniki i zwolennikiem zabawy z nią. Radiohead jednak udało się bardzo fajnie wplątać syntezatory w swoje gitary. „I Might Be Wrong” to dobitnie ukazuje i może stanowić przewodnik dla pozostałych próbujących mieszać te dwa światy. Okazuje się, że może jednak nie miałem racji co do elektroniki?

Posłuchaj

Jigsaw Falling Into Place (2007, In Rainbows).In Rainbows” to moim zdaniem jeden z najbardziej niedocenionych krążków grupy. Co prawda po czasie widzę jego niedoskonałości, jednak dalej uważam, że do dobry longplay. Stąd też wyróżnienie dla „Jigsaw Falling Into Place„, utworu przy którym wyłem do księżyca w czasach licealnych. Radiohead nie nagrywa rzeczy słabych, tak też jest i w tym przypadku.

Posłuchaj

Just (1995, The Bends). Tym motywem gitarowym Johnny Greenwood kupił mnie totalnie. „Just” to świetny, brit rockowy kawałek w którym aż nosi Yorke’a. Mnie swoją drogą też nosi. A teledysk? Prawdopodobnie najlepszy w dorobku radiogłowych.

Posłuchaj

Karma Police (1997, OK Computer). „To ten kawałek w którym koleś ucieka przed autem?”. Tak, dokładnie ten. Ciężko by na liście TOP10 zabrakło kultowego „Karma Police„, który śmiało można określić jednym z najlepszych w dorobku. To jak Yorke robi przerwy na „This Is What You Get” i sama końcówka utworu to normalne CIARY. A najlepsze jest to, że to wciąż tak samo działa od 20 lat!

Posłuchaj

Paranoid Android (1997, OK Computer). Czasami miałem dni, że słuchałem tylko tej piosenki. No bo po co słuchać innej, skoro ta jest tak doskonała? To co tutaj zrobił Yorke to jakiś kosmos. Cała linia melodyjna, tekst pełen gorzkich uwag, klimat, teledysk, „Kicking, squealing Gucci little piggy”. Nie ogarniam tej doskonałości. To nie piosenka, to dzieło.

Doznaj

 

 

 

Dlaczego Park Jurajski jest cool?

Byłem ostatnio w kinie na wyczekiwanym przeze mnie filmie „Jurassic World„. I było super! Jednakże zanim opiszę Wam mój powrót do dzieciństwa przy okazji filmu Colina Trevorrowa, chciałbym przez moment skupić się na wcześniejszych częściach „dinozaurowej sagi”.

jurassicpark4148Jurassic Park / Park Jurajski (1993). Do dziś pamiętam moment, kiedy ojciec przyniósł ten film na kasecie VHS i wspólnie go oglądaliśmy. Dla mnie, fana dinozaurów ten seans był spełnieniem marzeń równie wielkim jak wizyta w kanionie dinozaurów w chorzowskim ZOO. Wypożyczałem ten film średnio raz w miesiącu i do tej pory mi się nie znudził. Zacznijmy od tego, że obraz Steven Spielberga był pionierski. Nigdy wcześniej w światowej kinematografii nie mieliśmy do czynienia z filmem, który w taki sposób pokazał dinozaury. Spielberg skusił się na skorzystanie z innowacyjnych technik grafiki komputerowej, która do tej pory wygląda okazale. Ponadto nie pożałowano pieniążków na wspaniałe makiety dinozaurów. Przykładowo scena z chorym Triceratopsem robi spore wrażenie.

Sama historia też jest ciekawa. Milioner John Hammond buduje na jednej z tropikalnych wysp nieopodal Kostaryki park w którym znajdują się sklonowane dinozaury. By móc go jednak otworzyć potrzebuje pozytywnej opinii ludzi z branży. Do Parku przybywają trzej badacze: Dr Alan Gran (Sam Neill), Dr Ellie Sattler (Laura Dern) oraz Dr Ian Malcolm (Jeff Goldblum). Jak się okazuje z czasem, nie wszystko idzie po myśli Hammonda. Z powodu awarii, dinozaury uciekają ze swoich wybiegów a główni bohaterowi staną twarzą w twarz z prehistorycznymi maszynami do zabijania. Fabuła trzyma w napięciu do samego końca i pomimo tego, że w scenariuszu pojawiają się mniejsze lub większe głupoty to oglądamy ten film z wielką ciekawością. Jest to kino nastawione na typową rozrywkę, jednakże ma w sobie ważne przesłanie, które brzmi: „natura zawsze wygra z człowiekiem”.

JurassicOgromną zaletą filmu Spielberga poza efektami specjalnymi i wartką akcją jest klimatyczna ścieżka dźwiękowa stworzona przez Johna Williamsa. Muzyka oraz jej montaż została doceniona przez Akademię Filmową dwoma Oscarami. Jest to całkowicie słusznie przyznana nagroda przez Akademię, której często zdarza się nagradzać filmy, które nie zasługują na jakąkolwiek nagrodę. Gra aktorska, poza ironicznym Goldblumem nie powala na kolana, ale kto by się tym przejmował, kiedy to głównie skupiamy się na dinozaurach?

Podsumowując, „Park Jurajski” Spielberga to film fajny, innowacyjny i ciekawy. Dzięki niemu ruszyła cała moda na obrazy z dinozaurami. Wystarczy tylko wspomnieć takie tytuły jak: „Carnosaur„, „Prehysteria”, „Dinozaur„, „Pterodaktyl” itd. Ponadto film ten był kamieniem milowym w dziedzinie komputerowych efektów specjalnych. Ocena: 8/10.

jurassicsecondpicThe Lost World: Jurassic Park / Zaginiony Świat: Jurassic Park (1997). „Zaginiony Świat” to typowy filmowy sequel rządzący się prawem „wszystkiego więcej”. Mamy więcej dinozaurów, więcej akcji, więcej krwi oraz więcej bohaterów. Pozostaje jednak wciąż to samo ekologiczne przesłanie filmu. Stojący nad swoim grobem John Hammond po niewypale jakim był Park Jurajski przechodzi metamorfozę. Z biznesmena dużej rangi zamienia się w obrońcę natury. Firma InGen planuje otwarcie nowego parku z dinozaurami, tym razem na lądzie w Stanach. W tym celu wysyła ekipę by schwytała wszystkie dinozaury żyjące na Isla Nublar. Hammond by zapobiec temu scenariuszowi wysyła na wyspę małą grupkę osób, która ma im to uniemożliwić.

Osobiście uważam „Zaginiony Świat: Jurassic Park” za udany sequel. Efekty specjalne wciąż robią wrażenie, akcja nie zwalnia tempa a dinozaury są jeszcze bardziej drapieżne! Muzyka ponownie stoi na wysokim poziomie a gra aktorska, dzięki Jeffowi Goldblumowi i Julianne Moore cieszy oko. Druga część jest znacznie mroczniejsza i brutalniejsza. Akcja toczy się głównie w nocy, w strugach deszczu. Liczba bohaterów także się zwiększa, przez co będziemy świadkami znacznie większej ilości zgonów spowodowanych przez dinozaury. Nowinką jest także fakt, że pod koniec filmu zmienia się miejsce akcji z dżungli liściastej na dżungle betonową. Jeżeli chcecie zobaczyć Tyranozaura chodzącego po miejskich ulicach to musicie koniecznie zobaczyć „Zaginiony Świat„. Ocena: 7/10.

JP3Paras11Jurassic Park III / Park Jurajski III (2001). Trzecią część „Parku Jurajskiego” wyreżyserował Joe Johnston, który wcześniej m.in. odpowiadał za takie filmy jak: „Jumanji” oraz „Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki„. Niestety nie można tego filmu nazwać w pełni udanym. Czuć w nim brak pomysłu na serię. O ile „Zaginiony Świat” jest logiczną kontynuacją pierwowzoru z 1993 roku, to trzecia część pasuje tutaj jak pięść do nosa. Dr Grant (Sam Neill) ponownie wraca na wyspę dinozaurów. Tym razem jako przewodnik dla bogatego małżeństwa. Na miejscu okazuje się jednak, że nie jest to wyprawa turystyczna a ratunkowa. Małżeństwo poszukuje swojego syna, który zaginął w pobliżu wyspy. Bohaterowie ponownie staną twarzą w twarz z krwiożerczymi bestiami.

Nowością jest wybór dinozaurów. Oczywiście ponownie pojawią się welociraptory, jednakże tytuł króla dżungli przejmie Spinozaur. Fajnie też, że pojawiły się latające gady. Jednakże brakuje w tym wszystkim emocji i elementu zaskoczenia. Film od początku jest mocno przewidywalny i przerabia po raz setny te same schematy. Już na starcie wiemy kto zginie, kto przeżyje i jak to wszystko się skończy. Efekty specjalne wciąż robią wrażenie, jednak to za mało by nazwać ten obraz udanym. Poza tym wcześniejsze części miały w sobie elementy thrillera i horroru, „Park Jurajski 3” natomiast jest typowym filmem przygodowym nastawionym na zysk. Ocena: 5/10.

JURASSIC-WORLD-15-1940x1042Jurassic World (2015). Gdy ponad rok temu dowiedziałem się, że powstanie nowa część „Parku Jurajskiego” to ucieszyłem się niezmiernie. Czy warto było czekać? Zdecydowanie tak! Zacznijmy od tego, że „Jurassic World” w pewien sposób odcina się od poprzednich części „dinozaurwej sagi”. Istnieje już park z dinozaurami, który przyciąga tysiące turystów. Ci jednak wymagają coraz więcej. By wyjść na przeciwko oczekiwaniom gawiedzi, powstaje nowy gatunek dinozaura – Indominus Rex. Jak trudno się nie domyślić, I-Rex nie będzie grzecznie siedział w klatce…

Świat przedstawiony w tym filmie jest wspaniały. Marzenie Hammonda zostaje spełnione. Dinozaury żyją na wyspie, a tysiące turystów przyjeżdża specjalnie by je zobaczyć. Ludzie poruszają się w specjalnych szklanych kulach pomiędzy dinozaurami (Jimmy Fallon objaśnia ich funkcjonowanie), obserwują wodne wyczyny Mozazaura, przemieszają się po wyspie linią kolejową a dzieci dosiadają małych Triceratopsów. Nad wszystkim sprawuje pieczę sztywna Claire Dearing (Bryce Dallas-Howard). Ponadto Park spełnia funkcje naukowe. Ekipa badaczy klonuje coraz to nowsze gatunki dinozaurów a Owen Grady (Chris Pratt) tresuje welociraptory. Wynikami tych badań mocno interesuje się Vic Hoskins, reprezentant pamiętnej, „złej firmy” InGen.

JWSB2Na początku wspomniałem, że film Trevorrowa jest zupełnie oddzielnym obrazem od pozostałych część. Jednakże pojawia się w nim wiele nawiązań do pierwszej części, co jest bardzo fajne. Pomimo tego, że jest to typowy blockbuster w którym znajdziemy wiele fatalnych rozwiązań (Claire uciekająca przed Tyranozaurem w szpilkach) to czas spędzony przy tym filmie mija nam szybko i przyjemnie. Kuleje trochę fabuła, gdyż wątki rodzinne w filmie nie są jego najciekawszym aspektem. Jednak otrzymujemy superbohatera w postaci Pana Grady’ego oraz jego bandę dinozaurów. Efekty specjalne wyznaczają nową jakość no i jest wiele, wiele, wiele dinozaurów. W tym po raz pierwszy wodny gad – Mozazaur. Film ten trzeba traktować stricte rozrywkowo jako wspaniały wehikuł czasu do lat 90. Ocena: 7/10.

10 najlepszych seriali

Serial to forma przed którą raczej się bronię. Bronię się przed wciągnięciem w wir maniakalnego oglądania kolejnych odcinków. Poniżej lista seriali, którym uległem.

american-dad-50a7a9e432004

American Dad / Amerykański Tata (2005-obecnie)

Dlaczego warto?: To jeden z tych seriali, które potrafią rozśmieszyć do bólu (autentycznie!). Tytułowy Amerykański Tata to typowy amerykański twardziel pracujący w CIA, głosujący na republikan, jeżdżący wielkim SUVem i chodzący w każdą niedziele do kościoła. Poza tym bohaterami są: nie grzesząca rozumem żona Francine  , ciotowaty syn Steve, córka hipiska, kosmita Roger oraz Niemiec Klaus zamieniony w rybę. Twórcy serialu jadą po bandzie naśmiewając się dosłownie z wszystkiego i to jest zdecydowanie największy plus tego serialu.

Minusy?: Sporo czerstwych żartów, zwłaszcza w wykonaniu łysego szefa CIA i ryby Klausa. Poza tym nie wiele ciekawego do całości wnosi Hayley.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Zdecydowanie kosmita Roger! Głównie przez tą postać umieściłem Amerykańskiego Tatę w moim zestawieniu. W każdym odcinku ma inne wcielenie, różnej płci. I za każdym razem jest wybitnie komiczny. Między innymi wciela się w grubą sekretarkę, której zadaniem jest być molestowaną seksualnie przez szefa, homoseksualnego partnera Ricky’ego Martina czy też producenta muzyki Disco.

fargoFargo (2014-obecnie)

Dlaczego warto?: Tegoroczna produkcja FX to wciągająca historia, która stanowi kontynuacje wydarzeń z filmu braci Coen z 1996 roku o tym samym tytule. „Fargo” to obraz przemiany Lester Nyygarda, który z frajerowatego sprzedawcy polis ubezpieczeniowych zamienia się w zimnego, bezdusznego, cwanego człowieka sukcesu. Serial ma klimat, idealnie obrazuje zimową scenerie małej amerykańskiej miejscowości. Postacie są świetnie napisane. W żadnym serialu nie widziałem tylu ludzko, głupich postaci.

Minusy?: Wątek Stavrosa Milosa, właściciela lokalnej sieci sklepów był nieco naciągany.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Lorne Malvo, czyli zabójca idealny. Mocno charyzmatyczna postać. Malvo to przebiegły drań, jednak ma w sobie to coś co sprawia, że mu kibicujemy.

married-with-childrenMarried with Children / Świat Według Bundych (1987-1997)

Dlaczego warto? Bo to najlepszy sitcom jaki powstał kiedykolwiek. Historia Bundych w pewnym sensie jest ikoną gatunku seriali komediowych. Główną postacią serialu jest sprzedawca butów Al Bundy, który nienawidzi swojego życia. Męczy go żona zakupoholiczka Peggy, syn Bad (kujon prawiczek), córka Kelly (blondynka idiotka) oraz sąsiedzi Marcy i Steve. Z biegiem odcinków Steve’a zastępuje Jefferson, który będzie stanowił pewnego rodzaju sojusznika Ala. W każdym odcinku głowa rodziny Bundych przeżywa wzloty i upadki z naciskiem na to drugie. A jakieś 70% odcinków śmiało można nazwać legendarnymi. W pamięci szczególnie zapadł mi epizod w którym Al z uporem maniaka próbował znaleźć tytuł starej piosenki, którą usłyszał w radiu.

Minusy?: Pierwszy sezon jest kinem familijnym, ostatni sezon to brak pomysłów i autoparodia.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Al Bundy oczywiście. To wokół niego kręci się cały serial. Bundy to nieudacznik życiowy. Żyje czasami liceum, kiedy to jako zawodnik lokalnej drużyny zdobył 3 przyłożenia w jednym meczu. Pracuje w sklepie obuwniczym, nienawidzi grubych kobiet, śmierdzą mu stopy i jeździ starym Dodgem. Najlepszy w nim jest jednak ten jego wymowny wyraz twarzy.

bundy

simpsons_961x421The Simpsons / Simpsonowie (1989-obecnie)

Dlaczego warto? Matt Groening stworzył najzabawniejszy serial animowany w dziejach. Simpsonowie są nadawani w stacji FOX od 1989 roku! Wiem, że są seriale dłużej emitowane jednak Simpsonowie trzymają poziom od pierwszej emisji. Co więcej odcinki zaczynają się za każdym razem różniącym się od siebie intro. Ponadto w każdym sezonie wyświetlane są specjalne wydania na halloween. Na plus należy także odznaczyć bogatą ilość znanych gości (David Duchovny, Metallica, wszyscy Beatlesi, Ronaldo itd.) Największą zaletą serialu jest jednak mnogość postaci, które tworzą szerokie spectrum osobowości.

Minusy? Ciężko czegokolwiek się doczepić. Może jedynie tego, że to bardzo dużo materiału do obejrzenia dla kogoś chcącego zobaczyć ten serial.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Poza Homerem oczywiście to będzie to zdecydowanie Barney Gumble. Kolega Homera, który wiecznie przesiaduje w barze u Moe i wiecznie ma w ręku kufel piwa. Ciągle beka, ciągle zalany, ciągle śmieszny!

sopranosThe Sopranos / Rodzina Soprano (1999-2007)

Dlaczego warto? Wyobraźcie sobie, że wszystkie najlepsze filmy gangsterskie takie jak „Ojciec Chrzestny„, „Chłopaki z Ferajny” czy „Gotti” zostały rozciągnięte do formatu serialu. Tym właśnie jest Rodzina Soprano. Brzmi to banalnie, ale uwierzcie, że takie nie jest. Przygody mafii Tony’ego Soprano to jak przystało na produkcję HBO rozciągnięta, wielowątkowa historia. Obok typowych gangsterskich elementów, pojawiają się problemy natury rodzinnej. Do historii przeszły tajemnicze sny Tony’ego, które zostały zainspirowane serialem „Twin Peaks„. Jeżeli nie macie czasu na cały serial, to polecam zobaczyć odcinki w których pokazane są sceny z sennych marzeń Pana Soprano w którego wcielił się fenomenalny, nieżyjący już James Gandolfini.

Minusy? kilka nieciekawych wątków, mało interesujących postaci i tocząca się w tempie ślimaka akcja z pierwszego sezonu.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=f7vBbEG0zH0

Ulubiona postać: Tony Soprano. Jest to najbardziej rozbudowana postać całego serialu, wokół, którego kręci się cały ciąg wydarzeń. Tony to fan drogich cygar, kolorowych koszul, alkoholu, hazardu i pięknych kobiet. Jest człowiekiem, który bierze wszystko to co chce. Jednak pod maską twardego gangstera, kryje się człowiek, który ma problemy. Dużą rolę w serialu pełnią jego rozmowy z psychologiem dr Melfi.

true detectiveTrue Detective / Detektyw (2014-obecnie)

Dlaczego warto?Detektyw” obok „Fargo” to najlepsza serialowa produkcja zeszłego roku, jak nie kilku ostatnich lat. Co w nim jest wyjątkowego? Przede wszystkim znakomita kreacja Matthew McConaughey’a, który wcielił się w postać detektywa-filozofa. Oczywiście na nie mniejsze brawa zasługuje Woody Harrelson za rolę partnera Harta. W „Detektywie” poczujemy kapitalny klimat Luizjany lat 90 oraz doświadczymy wciągającej, mrocznej historii. Akcja toczy się szybko, dzięki czemu serial sam się ogląda. Co więcej? Sporo tu symboliki, która pozytywnie wpływa na odbiór całości.

Minusy? No trochę zakończenie rozczarowuje, poza tym serial jest bezbłędny. Zresztą zobaczcie poniższą scenę nakręconą JEDNYM ujęciem. Majstersztyk.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=s_HuFuKiq8U

Ulubiona postać: No oczywiście, że Rust Cohle. Postać ta ukazana jest dwutorowo. Jako inteligenty, dociekliwy detektyw rozpracowujący sprawę morderstwa oraz jako zapuszczony barman zeznający w sprawie powiązanej z tą, nad którą miał przyjemność pracować. Cohle miał dość ciekawe spostrzeżenia filozoficzne, które nie podobały się jego partnerowi. Jest to postać dość skomplikowana, o ciekawej historii, która w gruncie rzeczy chce dobrze. Grający go Matthew McConaughey wzniósł się tutaj na wyżyny aktorskiego rzemiosła.

twin-peaks-e1391374613948Twin Peaks / Miasteczko Twin Peaks (1990-1991)

Dlaczego wato? Twin Peaks to idealne połączenie mainstreamu z kulturą alternatywną. Pokręcone pomysły Davida Lyncha łączą się tutaj z serialową formą. W serialu tym znajdziemy specyficzny, mroczny klimat, ciekawa zagadkę morderstwa Laury Palmer, którą swego czasu żyła Ameryka, świetną muzykę Badalamentiego oraz szeroki zakres dobrze napisanych postaci. Wielu ludzi nie zrozumiało geniuszu tego serialu, jednak do tej pory Twin Peaks uznawany jest za klasyk. Dlatego też wiele emocji wywołała wiadomość o powstaniu nowego sezonu Miasteczka Twin Peaks.

Minusy? Drugi sezon momentami nie wiedział w którą stronę ma podążać. Chwilami miałem wrażenie, że starano się już go dokręcić do końca i zakończyć.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=ww-88rwt4ms

Ulubiona postać: Agent FBI Albert Rosenfield. Jego złośliwe, aczkolwiek celne uwagi rozbrajały na łopatki. Każde jego pojawienie się na ekranie wzbudzało u mnie uśmiech od ucha do ucha. Ogólnie cały zestaw agentów Federalnego Biura Śledczego to niezła ekipa. Specyficzny agent Cooper, niedosłyszący Gordon Cole (w tej roli David Lynch!) oraz Denise Bryson (David Duchnovny grający kobietę!) to mocna strona serialu.

the-walking-dead-sezon-5-the-walking-deadThe Walking Dead / Żywe Trupy (2010-obecnie)

Dlaczego warto? Bo The Walking Dead to kapitalna pozycja dla wszystkich fanów horrorów oraz filmów post apokaliptycznych. Jest sporo emocji, napięcia, krwi oraz efektów gore. Jednak to nie wszystko, twórcy serialu starają się pokazać wydarzenia przez pewien pryzmat filozoficzno-psychologiczny. Dlatego napotkamy tutaj sporo dylematów natury moralnej oraz rozmów typu „jak żyć?”. Największym jednak plusem serialu jest wiarygodne przedstawienie świata opanowanego przez plagę zombie. Nie ma tutaj superbohaterów, Rick oraz jego wierna kompania zmaga się z podstawowym problemem poszukiwania pożywienia, wody oraz schronienia. The Walking Dead jest obrazem poszukiwania swojego miejsca a zarazem dostarczycielem wielu emocji. To serial drogi w którym znajdziemy zarówno wartką akcję (bohaterowie walczą nie tylko z „walkersami”) jak i czas na pewne przemyślenia.

Minusy? Niestety nie da się ukryć, że każdy kolejny sezon staje się coraz bardziej nudniejszy. Odcinki nie są sobie równie, a akcja toczy się przemiennym tempem. Dla kogoś, kto lubi jazdę bez trzymanki nie jest to dobra opcja.

Najlepsza scena: W sumie to nie ma takiej jednej sceny. Było sporo mocnych obrazków i ciekawych przemówień, jednak bez faworyta.

Ulubiona postać: Daryl Dixon jest typem kolesia przy którym chciałbym być w przypadku końca świata. Koleś jest ogarnięty, zapewnia pożywienie polując, strzela z kuszy (niewyczerpalna broń), mistrz survivalu a w dodatku poczciwy z niego przyjaciel. Podejrzewam, że serial zakończy się wraz z jego śmiercią.

the wireThe Wire / Prawo Ulicy (2002-2008).

Dlaczego warto? Prawo Ulicy to trudny serial. Unika mainstremowych chwytów, przerysowanych bohaterów i ciągłej, wartkiej akcji. Ten serial to obraz życia miasta Baltimore, prawdziwego życia. W każdym z 5 sezonów pokazany z nieco odmiennej perspektywy. Ukazując prawdziwe problemy, historie, które się zdarzyły. Postacie są ciekawe, dobrze napisane. Ponadto całość została okraszona dobrą muzyką. To chyba jedyny serial, który został porównany do dokonań Dostojewskiego i Dickensa, i nie jest to porównanie na wyrost.

Minusy? No cóż, akcja czasami ciągnie się bardzo pooooowoli. Poza tym, serial momentami wydawał się przegadany. No i szczerze powiedziawszy w pierwszych sezonach mocno mnie irytowała główna postać grana przez Dominica Westa.

Najlepsza scena:

Ulubiona postać: Mam dwa typy reprezentujące dwa przeciwległe światy. Wśród reprezentantów policji będzie to Bunky Bunk. Detektyw William Moreland to postać komiczna, nie stroniąca od żartów i alkoholu. Jednak często pokazywał swój profesjonalizm do pracy oraz ludzkie podejście do problemów. Trudno go nie lubić. Jeżeli chodzi o gangsterów to Omar, czyli człowiek legenda. Boją się go inni dilerzy, uchodzi za niezniszczalnego i ma dość ciekawą filozofię. Do tej pory mam przed oczami scenę podczas, której zeznawał w kapitalny sposób w sądzie.

mulder-scullyThe X Files / Z Archwium X (1993-2002)

Dlaczego warto? Z dzieciństwa pamiętam, że serial ten budził poczucie lęku głównie z powodu mrocznego motywu muzycznego Marka Snowa. Jednak nie chodzi o sentyment. Przygody Muldera i Scully to fenomenalny serial, który do około siódmego sezon trzymał mocno poziom. Co więcej, do pewnego momentu z sezonu na sezon był coraz lepszy. Część odcinków to oddzielne historie w których pojawiały się zagadki nawiązujące do klasyki kina grozy. Spoglądając na serial znajdziemy tutaj odniesienia do takich tytułów jak „Frankenstein„, „Coś„, „Ludzie-koty„, „Golem„, „Dziwolągi” oraz wielu, wielu innych klasyków. Pozostałe epizody poruszają główny wątek serialu dotyczący teorii spiskowych. Odcinki mają świetny klimat, przez co nie raz można poczuć gęsią skórkę oraz nie jednokrotnie potrafią rozbawić hasłami agenta Foxa Muldera.

Minusy? Ostatni sezon bez Muldera i Scully to jednak, nie to. Ogólnie, gdy zabrakło Davida Duchovnego serial stracił sens.

Najlepsza scena: https://www.youtube.com/watch?v=s0jHlOQVP8Q&feature=player_detailpage#t=101

Ulubiona postać: Oczywista, oczywistość. Agent Fox Mulder. Już wtedy pewne elementy znane z „Californication” David Duchovny przekradał do postaci Muldera. Z jednej strony fanatyk teorii spiskowych, pracoholik i rozżalony stratą siostry człowiek. Z drugiej natomiast wyluzowany gość, fan sportu, entuzjasta dobrej muzyki, kobiecy amant (nie pokazał tego w pełni), który obejrzał 42 razy najgorszy film w dziejach „Plan 9 z kosmosu”.

50 Najlepszych utworów hip-hopowych lat 90. Część II (26-1)

90 la26. Wu-Tang Clan – Protect Ya Neck (1993, Enter The Wu-Tang (36 Chambers). Do tej pory sprawą nie wyjaśnioną jest czyja nawijka w tym utworze najbardziej rządzi. Nie mniej jednak jest to dla mnie najbardziej esencjonalny kawałek Wu-Tang Clan. Inspectah Deck na początku zrobił więcej hałasu niż heavy metal, Szef nazywa się rapowym assassinatorem, Method Man stwierdza, że jego styl będzie trwał wiecznie, U-God wprowadza styl shaolin, Ol Dirty Bastard ucieka z Brooklyn’skiego Zoo, Ghostface Killah przyznaje się do zamiłowania do broni, RZA wrzuca zgrabne nawiązania a GZA na koniec dissuje swoją wcześniejszą wytwórnie Cold Killin’. To tak w telegraficznym skrócie. Chroń swoją szyję!

Posłuchaj

25. MC Hammer – U Can’t Touch This (1990, Please Hammer, Don’t Hurt ‚Em).

Posłuchaj

24. GZA – Liquid Swords (1995, „Liquid Swords„). GZA na swoim debiutanckim solowym albumie w pewien sposób kontynuował to co zaczął wraz z Wu-Tang Clanem na „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)”. Mamy tutaj przecież nawiązania do kung-fu oraz ciemny, mroczny klimat. Opener płyty to wynik świetnej współpracy dwóch braci. RZA stworzył świetny podkład, natomiast GZA wzniósł się tutaj na swoje wyżyny.

Posłuchaj

23. House of Pain – Jump Around (1992, House of Pain). To był pierwszy, największy przebój amerykańsko-irlandzkiej grupy House of Pain. To był również jedyny ich przebój. Całość zaczyna się od dźwięku trąbki, którą później za sampel użył The Streets. W 8 sekundzie jednak wskakuje charakterystyczny, skoczny beat produkcji Muggsa. W nawijce Everlasta przede wszystkim podoba mi się szeroki zasięg porównań. Pojawia się tutaj Arnold Schwarzenegger, Świt Żywych Trupów, Biblijne psalmy czy też John McEnroe.

Posłuchaj

22. Warren G – Regulate (ft. Nate Dogg) (1994, Regulate… G Funk Era). Po sukcesie „The Chronic” Dr. Dre i „Doggystyle” Snoopa tak zwany G Funk cieszył się sporym zainteresowaniem. Świetnie w tym miejscu odnalazł się Warren G, który zadebiutował w 1994 roku albumem „Regulate… G Funk Era„. „Regulate” jest zbudowane na zamiennej nawijce Warrena G i funkowym śpiewie Nate Dogga. Układ ten jest w prost rewelacyjny i sprawia, że słucha się tego z czystą przyjemnością. Pan G w utworze tym obwieszczał nastanie nowej G Funkowej ery, Nate natomiast śpiewa o urokach nocnego życia. Jeżeli chodzi o G Funk to jest to absolutna czołówka.

Posłuchaj

21. Missy Elliott – The Rain (Supa Dupa Fly) (1997, Supa Dupa Fly).The Rain” swoją pozycję zawdzięcza w głównej mierze producentowi Timbalandowi. Pan Mosley po sukcesie wypromowania Aaliyah wziął na warsztat inną początkującą artystkę – Missy Elliott. Na całym debiutanckim krążku raperki jak i w tym utworze znajdziemy sporo elektroniki z którą eksperymentował popularny Timba. Sama Elliott na tym etapie jeszcze nie wymiatała flow, ale miała już to coś, że chciało się jej słuchać. Efekt tej współpracy wyszedł zdecydowanie na duży plus.

Posłuchaj

20. Eazy-E – Real Muthaphukkin G’s. (1993, It’s On (Dr. Dre) 187um Killa). Eks-członek N.W.A podobnie jak Ice Cube i Dr. Dre poszedł drogą solową. Niestety ze względu na przedwczesną śmierć ojciec chrzestny gangsta rapu zdążył nagrać tylko cztery solowe longplaye. „Real Muthaphukkin G’s” to diss na Dr. Dre. Jednak nie jest to zwykły diss, jakich było wiele. Utwór ten uważa się za jeden z najważniejszych dissów w historii rapu. Eazy-E wypomina Dre dziecięce zachwyty nad Snoop Doggiem, któremu też się oberwało, gdyż został określony jako „anorexic rapper”.

Posłuchaj

19. 2Pac -Ambitionz as a Ridah (1996, All Eyez On Me). Gdy słyszę ten prosty podkład przypomina mi się pijacka posiadówa  u znajomego, który odpalił podobny beat. Pół wieczora nawijaliśmy do niego o ciężkim życiu na osiedlu dissując m.in kościelnego. I być może nie była w tym moc, ale u Shakura już jest. 2Pac w „Ambitionz as a Ridah” daje wykład na temat dążenia do celu. Powątpiewa w pokojowe dochodzenie należności i wskazuje na drogę walki. Mając tak zagmatwane CV wcale nie dziwią mnie te spostrzeżenia. 2Pac jest mocno szczery w tym co mówi, no i mówi (a w zasadzie rapuje) to świetnym flow.

Posłuchaj

18. Jay-Z – Can I Get A… (1998, vol. 2 Hard Knock Life). Shawn Corey Carter ma łeb nie tylko do rapowania, ale i robienia interesów. Dla złota zrobiłby wszystko, w końcu w wieku 12 lat postrzelił swojego starszego brata gdy ten podwędził mu złoty łańcuch. Ogarniacie tą sytuacje? Od momentu debiutu do zdobycia pierwszego miliona nie wiele upłynęło wody w Wiśle. No i te wszystkie wyliczanki nagród Grammy, listy Billboard, żonka brylująca w prezydenckiej świcie. Możliwe, że stąd moja mała niechęć do biznesmena Jazzy’ego, którego opowieści o sprzedawaniu narkotyków brzmią lekko niewiarygodnie. Mimo to Nowojorczyk ma a raczej miał technikę, której można by pozazdrościć. Na pierwszych płytach Jay-Z na prawdę był niesamowity, potem bywało różnie.

Posłuchaj

17. OutKast – Funky Ride (1994, Southernplayalisticadillacmuzik). Tytułowe funky ride to nic innego jak uczucie odjazdu po zapaleniu skręta. Szczerze powiedziawszy do takiego odjazdu nie są potrzebne używki, wystarczy ten świetny track. Aha, piękna solówka gitarowa. Idealny utwór do spędzania czasu sam na sam ze swoją lubą.

Posłuchaj

16. Ice Cube – It Was A Good Day (1992, The Predator). Po rozpadzie N.W.A. każdy z członków tego świetnego kolektywu poszedł w swoją stronę. „Crazy Motherfucker name Ice Cube” początkowo nieźle sobie radził solowo zanim rozpoczął niezbyt udaną karierę aktorską. „It Was A Good Day” oparte na leniwym podkładzie to opis dnia idealnego składającego się z pożywnego śniadania, programu Yo MTV Raps! (Jeszcze wtedy stacja ta miała coś do czynienia z muzyką) oraz rozrywki w postaci hazardu i seks randki.

Posłuchaj

15. Molesta – Się Żyje (1998, Skandal). Ogólnie cały „Skandal” jest klasykiem rapu. Potwierdził to zarówno Porcys, jak i zeszłoroczny OFF Festiwal. Wracając jednak do tego kawałka. Świetnie wykorzystany sampel z String Connection łączy się legendarnymi wersami o codzienności z życia podwórka. To jeden z tych wałków, który w mniejszym lub większym stopniu potrafi zacytować każdy mieszkaniec większych osiedli.

Posłuchaj

14. Public Enemy – 911 Is A Joke (1990, Fear Of A Black Planet). Public Enemy w zasadzie skończyli się w latach 80. Jednak jeszcze na początku następnej dekady byli całkiem spoko. „911 Is A Joke” to kolejny w ich zestawie utwór na temat problemów czarnego bractwa i dyskryminacji. Muzycznie kawałek jest jeszcze mocno osadzony w latach 80, jednak są tu srogie hooki, którymi można się zachwycać do tej pory.

Posłuchaj

13. Wu-Tang Clan – Wu Tang Clan Ain’t Nuthing Ta Fuck Wit (1993, Enter The Wu-Tang (36 Chambers).

Posłuchaj

12. The Notorious B.I.G. – Hypnotize (1997, Life After Death). W sumie to nie wiem co jest bardziej hipnotyzujące w tym utworze. Flow Notoriousa czy też podkład P.Diddy’egp (wtedy znanego jako Puff Daddy). Biggy opowiada nam o swoich kobiecych podbojach i bezwstydnie wyznaje, że i tak każda laska po akcie wraca do domu z buta. Całość została okraszona bardzo złym teledyskiem.

Posłuchaj

11. Nas – Life’s a Bitch (1994, Illmatic). Jeden z najbardziej życiowych utworów. Nas wraz z AZ opowiadają o trudach życia, które okazuje się wredną zdzirą i kończy się śmiercią. Smutne, aczkolwiek prawdziwe. W tle natomiast pogrywa fajnie jazz’ujący beat wyprodukowany przez L.E.S.’a oraz Nasa. Utwór dość mi bliski, gdyż mam podobne spostrzeżenia w drodze do pracy. Zwłaszcza w deszczową pogodę.

Posłuchaj

10. MF DOOM – Doomsday (1999, Operation: Doomsday). Doom to typ kolesia, który działa poza falą głównego nurtu. W chwili kiedy inni raperzy rapowali o basenach, drogich brykach i wypalonych jointach on przypominał stare zasady. Nie szukał poklasku, chodził w masce. Techniką rapowania przypomina mi trochę Raekwona z Wu-Tang Clan. Jego „Operation: Doomsday” to klasyk rapu, a opener płyty to świetny utwór, gdzie za sampel posłużyły utwory „Kiss Of Life” Sade oraz „Poetry” Boogie Down Productions.

Posłuchaj

9. Jay – Z – Hard Knock Life (Ghetto Anthem) (1998, vol. 2 Hard Knock Life). Tym utworem Jay-Z wybił się do samego nieba show-biznesu. Recepta na sukces była dość prosta. Sampel „It’s Hard Knock Life” z Filmu „Annie” oraz opowieść jak Jazzy się wzbogacił. Brzmi to trochę banalnie, ale udało się. Bo w sumie ten utwór, ma to coś. Jay-Z okazał się zdolnym uczniem Notoriousa Biga.

Posłuchaj

8. Kaliber 44 – + i – (1996, Księga Tajemnicza. Prolog). Klasyk polskiego rapu to historia testu na wirus HIV, stąd tytułowe plus i minus. K44 jeszcze z Magikiem w składzie grał tak zwany psycho rap. O postaci Magika powiedziano bardzo wiele w ostatnim czasie, nie będę nic dodawać w tej materii. Nie zamierzam oceniać jego jako człowieka, ale jako raper był świetny i na tym tracku to w pełni pokazał. Aha nie słuchajcie tej piosenki od tyłu bo nawiedzi was Candyman o 3 nad ranem i włoży wam zęby pod poduszkę.

Posłuchaj

7. Ol’ Dirty Bastard – Got Your Money (feat. Kelis) (1999, Nigga Please). Ktoś kiedyś stwierdził, że do końca nie wiadomo czy OLD był najlepszym, czy najgorszym raperem z grona Wu-Tang Clan. Podpisuje się pod tym wszystkimi kończynami. „Got Your Money” to ckliwa opowieść alfonsa domagającego się od swojej „pracownicy” pieniędzy. Kelis,  w refrenie zapewnia swojego podwładnego, żeby się nie martwił, że pieniądze będą. A wszystko to na podkładzie z fajnym basem i jękami Dirty’ego.

Posłuchaj

6. Snoop Dogg – Who Am I (What’s My Name?) (1993, Doggystyle). I to jest dla mnie esencja rapu lat 90. Świetny, baunsującu, wibrujący podkład Doktorka Dre oraz charyzmatyczna nawijka Snoopa hedonisty. G-Funk pełną gębą. Debiutancki singiel Snoopa, którym się przywitał ze słuchaczami stwierdzeniem: „Nine-trizzay’s the yizzear for me to fuck up shit / So I ain’t holdin nuttin back” ludzie kupili. Aczkolwiek nie obyło się bez kontrowersji ze względu na mocne teksty oraz fakt oskarżenia o morderstwo. „Doggystyle” to zdecydowanie klasyka rapu, a utwór „Who AM I (What’s My Name)” jest tego potwierdzeniem.

Posłuchaj

5. Beastie Boys – Sabotage (1994, Ill Communication). Beastie Boys często zdarzało się na swoich albumach nagrywać nic nie wnoszące dłużyzny i zapychacze. Jednak do kapitalnych singli mieli nosa. Takim singlem było „Sabotage„, które mocno wyróżniało się na dość przeciętnym „Ill Communication„. Nowojorskie trio od początku w swojej twórczości łączyli rap z rockiem (podobnie jak w latach 80 RUN-DMC). Nie inaczej jest w tym tracku, świetne gitarowe riffy łączą się tutaj z typowym, „wykrzykiwanym” stylem rapowania. Poza tym klip do tego utworu to mój top wszech czasów.

Posłuchaj

4. 2PAC – California  Love (1996, All Eyez On Me). Kilka miesięcy przed śmiercią, tuż po opuszczeniu więzienia legendarny Tupac Shakur zdążył wydać pierwszy dwu płytowy album hip-hopowy „All Eyez On Me”. Na płycie znalazł się utwór „California„, który w mojej ocenie jest jego najlepszym. Świetną robotę odwalił tutaj Dr. Dre, który stworzył jeden z najbardziej zapadających w pamięć beatów. Natomiast sam Shakur wzniósł się tutaj na wyżyny rapowego rzemiosła. Utwór faktycznie był jego powitaniem świata po wyjściu z więzienia, gdyż brzmi on niczym pies spuszczony z łańcucha. Klimatu dodaje teledysk nagrany w stylu filmu „Mad Max„.

Posłuchaj

3. Nas – The World Is Yours (1994, Illmatic).The World Is Yours” to mój ulubiony utwór z klasycznego „Illmatic„. Między innymi dzięki temu utworowi Nas na nowo zdefiniował hip hop. Wystarczy wsłuchać się w sposób jaki rapuje z świetnym wejściem w beat. Poza tym mamy tutaj kapitalny refren w wykonaniu Pete’a Rocka oraz klimatyczny, lekko jazzowy podkład.

Posłuchaj

2. The Notorious B.I.G. – Juicy (1994, Ready To Die). Największy przebój Christophera George’a Latore’a Wallace’a to jeden  tych utworów podsumowujących dorobek. Zmianę jaką przeszedł raper najlepiej obrazuje fragment: „Girls used to diss me / Now they write letters ’cause they miss me„. Jest to mocno sentymentalny utwór, sporo tu wspomnień i nowojorskich historii. Podkład nie wnosił świeżości, gdyż czuć na nim lata 80. Nie mniej podobają mi się wstawki gitarowe i śliczny refren.

Posłuchaj

1. Wu-Tan Clan – C.R.E.A.M. (1993, Enter The Wu-Tang (36 Chambers). W zasadzie nie mogło być innego numeru jeden. „C.R.E.A.M” być może nie jest esencją tego co działo się w hip-hopie lat 90, ale jest zdecydowanie najlepszym utworem gatunku tego okresu. Epickie linijki Szefa i Inscpectora Decka łączą się z prostym beatem opartym na powtarzającym się motywie klawiszowym. Natomiast samo określenie Cash Rules Everything Around Me na trwałe zapisało się w popkulturze.

Posłuchaj

50 Najlepszych utworów hip-hopowych lat 90. Część I (50-26)

9050. DMX – Ruff Ryders Anthem (1998, It’s Dark and Hell Is Hot). DMX, czyli Earl Simmons znany jest z tego, że podczas rapowania wypruwa z siebie żyły. Słuchając tego utworu dowiemy się kim jest DMX, co to jest Ruff Riders, gdzie i kiedy DMX nas zabije i (najważniejsze) dlaczego znowu?

Posłuchaj

49. Lauryn Hill – Doo Wop (That Thing) (1998, The Miseducation of Lauryn Hill). L-Boogie tworząc ten kawałek wykorzystała sampel z  utworu Fifth Dimension „Together Let’s Find Love„. Powtarzane w refrenie „That Thing” oznacza seks z kobietami lecącymi na kasę. Natomiast cały kawałek „Doo Wop” to świetne połączenie r’n’b z hip-hopem. Bogata aranżacja wchłania totalnie. Aha, nie zapomnijcie zobaczyć teledysku!

Posłuchaj

48. Raekwon – Carcerated Scarfaces (1995, Only Built For Cuban Linx). Album „Only Built For Cuban Linx” uważa się za najdoskonalszy w szerokiej, solowej dyskografii szefa. Beat stworzony przez RZA początkowo był przeznaczony do płyty GZA „Liquid Swords„. Jednak gdy The Chef go usłyszał, szybko go zabukował. Idealny wybór. Poza tym mamy tutaj popisową nawijkę i grę słów Raekwona.

Posłuchaj

47. Digital Underground – The Humpty Dance (1990, Sex Packets). Tytułowy Humpty to dość żartobliwy gość. Lubi dziewczyny z Burger Kinga, śmiesznie tańczy i nosi dziwne okulary z doczepionym nosem. Produkcja Digital Underground wskazywałaby na coś nowoczesnego, nic bardziej mylnego. Beat mocno siedzi w latach 80 i w zasadzie nie wprowadza nas w następną dekadę. Jednak propsuje ten kawałek ze względu na nietypową nawijkę Umpty’ego i ironiczny tekst.

Posłuchaj

46. Mase – Feel So Good (1997, Harlem World). Mason Durell Betha pochodzący z Harlemu to zarazem raper i pastor, którego wykreował Diddy (w latach 90 znany jako Puff Daddy). Debiutancki album Mase’go „Harlem World” to przyjemny i melodyjny materiał, który dość łatwo „wchodzi” . Na tym longplayu znalazł się świetny „Feel So Good” na którym lekki, funkowy podkład łączy się z rozważaniami na temat luksusowego życia. Generalnie propsy za świetną produkcję od Puffa.

Posłuchaj

45. WYP3 & Trzycha/Warszafski Deszcz – Mam Tak Samo Jak Ty (1998, Trzy). Połączone siły Wzgórza Ya-Pa 3 i Warszafskiego Deszczu nagrały jeden z najbardziej klasycznych, rodzimych hip-hopowych tracków. Siła tej produkcji tkwi w samplu Czesława Niemena oraz nawijce chłopaków. Do tej pory mam banana gdy widzę młodego TEDEgo oraz Borixona. Nie wiesz o co chodzi? To weź się k… dowiedz.

Posłuchaj

44. Positive K – I Got A Man (1992, The Skills Dat Pay Da Bills). Ok, sprawa wygląda tak. Darryl Gibson znany jako Positive K podbija do lasencji na podryw. Jednak nie potrafi zrozumieć, że dziewczyna posiada już faceta. Dochodzi do przepychanek słownych. Fatalną sytuację kończy smutny finał. A wszystko to na kapitalnym podkładzie z trąbkami.

Posłuchaj

43. Afro Kolektyw – Mów Do Mnie Negro (1999, Negatywne Wibracje). Zanim formacja Afrojaxa przeszła przemianę i zaczęła grać muzykę z pogranicza indie i popu to nieźle sobie radziła w hip-hopie. W czasach młodości zasłuchiwałem się w „Czytaj z Ruchu Ust Moich„, jednak wszystko zaczęło się w 1999 roku kiedy grupa wydała „Negatywne Wibracje„. „Mów Do Mnie Negro” to świetny kawałek z wpływami tak zwanego „acid jazzu” oraz zaczątkami storytellingu, z którego słynną teksty Afro Kolektywu.

Posłuchaj

42. Ice T – O.G. Orginal Gangster (1991, O.G. Orginal Gangster). Czwarty w dorobku album Ice T uważa się za najlepszy. Wcale mnie to nie dziwi, gdy słucham tytułowej piosenki. Mimo, że album powstał w 91 to słychać już tu zaczątki tak zwanego G Funku. Ice-T wraz z Dj Aladdinem i SLJ użyli sampli z legend funku: Jamesa Browna oraz Melvina Blissa. Efekt był zdumiewający. Sam Ice T natomiast nawija tak zwaną historię o tym jak zaczął tworzyć i określa się mianem oryginalnego gangstera. Tak poza konkursem, z perspektywy czasu ta cała gadanina o oryginalności, normalności i poruszaniu ważnych tematów wydaje się być śmieszna gdy popatrzymy na „naturalną” żonę Ice’a

Posłuchaj

41. P.M. Dawn – A Watcher’s Point of View (Don’t ‚Cha Think) (1991, Of the Heart, of the Soul and of the Cross: The Utopian Experience). Gdy pierwszy raz zobaczyłem klip do tego utworu na twarzy pojawiło mi się wielkie WTF?!? Pomijając jednak tą całą otoczkę to rapowy budda stworzył fajny, przyjemny track z pogranicza hip-hopu i popu. Lata 90 były urocze z takimi hymnami w tle.

Posłuchaj

40. Gang Starr – Mass Appeal (1994, Hard To Earn). Oj ten utwór w dużej mierze kojarzy mi się z grą Tony Hawk Pro Skater 4. Aż łezka się w oku kręci. A tak na serio to kapitalny kawałek z czasów kiedy Dj Premier nagrywał razem z MC Guru. Beat Premiera do tej pory to dla mnie mistrzostwo, a nawijający Guru porusza problem pozerstwa i nagrywania wyłącznie dla kasy. To są zaczątki hasła „Keep It Real”.

Posłuchaj

39. De La Soul – Millie Pulled a Pistol on Santa (1991, De La Soul Is Dead). W zasadzie De La Soul w 1991 nie był taki martwy, jak to obwieścił w nazwie płyty. Utwór opowiada historię Millie, która jest wykorzystywana seksualnie przez swojego ojca. Nikt jednak nie wierzy w jej wersje wydarze, gdyż jej rodziciel jest pracownikiem socjalnym. Niby historia jakich wiele o których możemy usłyszeć w TV. Jednak jak ona jest opowiedziana! Posłuchajcie jeżeli chcecie wiedzieć jak to się skończy. Aha, zapomniałem wspomnieć o podkładzie. Palce lizać, podoba mi się linia basu i hi-hat.

Posłuchaj

38. The Notorious B.I.G. – Mo Money, Mo Problems (1997, Life After Dead).Life After Dead” wydane po śmierci B.I.G.a sprzedało się jako ciepłe bułeczki. Być może to efekt tragicznej śmierci rapera, jednak sam materiał broni się świetnie. Tak sobie słucham „Mo Money, Mo Problems” i słyszę kapitalną produkcję Puff Daddy’ego, który w track wciągnął swojego zdolnego wychowana Mase. Sam B.I.G. pojawia się na końcu i jest to wejście smoka. Za sprawą takich utworów chce się cofnąć w czasie.

Posłuchaj

37. Naughty By Nature – Hip Hop Hooray (1993, 19 Naughty III). Nie słychać tego od razu, ale do produkcji tego utworu użyto sporo sampli. Usłyszymy tu między innymi fragmenty Jamesa Browna, Five Stairsteps, Isley Brothers czy też Petera Gabriela. Nawijka jest dość grzeczna, jednak pojawiają się doczepki jak choćby ta do raperów o zagranicznym akcencie. Niech nie zmyli was tytuł, to nie muzyka spod znaku Pana Yapy.

Posłuchaj

36. Eminem – My Name Is (1999, The Slim Shady LP). Slim gdy był młody i jeszcze mu się chciało tworzył świetne kawałki. „My Name Is” ma to wszystko czym Eminem uwiódł słuchaczy, czyli świetny tekst wypełniony sarkazmem a także charakterystyczną dla blondaska produkcję. Dobry utwór, aczkolwiek zawsze wolałem Shady’ego z okresu 2000-2002.

Posłuchaj

35. Grammatik – Płaczę Rymami (1999, EP+). Do tej pory mam wątpliwości co jest lepsze? Czy świetny, minimalistyczny, mroczny, klimatyczny beat od Noona czy może pełna refleksji i ciekawych metafor nawijka duetu Eldo i Jotuze? Nie potrafię wybrać. Jeżeli chodzi o polski hip-hop to ten kawałek to TOTALNA ESENCJA. I nie chodzi mi teraz o sam rap i epokę, ale o esencję dobrej muzy w ogóle. „EP+” był jednak tylko zapowiedzią opus magnum jakim było „Światła Miasta”.

Posłuchaj

34. Beastie Boys – Pass The Mic (1992, Check Your Head).If you can feel what I’m feeling then it’s a musical masterpiece” – Już pierwsza linijka mówi wszystko o tym tracku. „Pass The Mic” to zdecydowanie jeden z najlepszych utworów w dorobku Beastie Boys za sprawą świetnego, mglistego podkładu i rymów nowojorczyków.

Posłuchaj

33. Mos Def – Ms. Fat Booty (1999, Black On Both Sides). Pierwszą rzeczą jaką należy pogratulować Mos Defowi i Ayatollah’owi, który wyprodukował ten kawałek to dobór sampla. Aretha Franklin i jej „One Step Ahead” z 1965 roku to strzał w dziesiątkę! Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną to świetny, bujające kawałek. Sam Def również dał nietuzinkowy popis zabawą słowem i w świetny sposób przedstawił 3 sceny ze spotkania z dziewoją o grubszym tyłku.

Posłuchaj

32. Outkast – Synthesizer (1998, „Aquemini„). Ten kawałek to totalny kosmiczny odjazd. Psychodeliczny beat łączy się tutaj z rozważaniami OutKast (które wspomaga George Clinton) na temat społeczeństwa, postępu, komputerów i naukowców. Minęło 16 lat, tematyka wciąż pozostaje aktualna a beat dalej działa.

Posłuchaj

31. Nas – N.Y. State of Mind (1994, Illmatic). No cóż, zacznę od tego, że cały album „Illmatic” to dla mnie wielkie dzieło. O tej płycie już wspominałem przy okazji opisywania swoich 10 ulubionych rap albumów. „N.Y. State of Minde” przykuł moją szczególną uwagę za sprawą piekielnie sprawnego podkładu od DJ Premiera. Mocne uderzenia perkusyjne łączą się tutaj ze psychodelicznymi klawiszami. Sam Nas natomiast niepokojąco rzuca linijki typ: „Give me a Smith & Wesson, I have niggas undressin’„.

Posłuchaj

30. Ol Dirty Bastard – Shimmy, Shimmy Ya. (1995, „Return to the 36 Chambers: The Dirty Version”). Debiut Mario Balotelliego hip-hopu jak wskazywała na to nazwa był powrotem do kapitalnego „Enter the Wu-Tang (36 Chambers)” Wu-Tang Clanu. „Shimmy, Shimmy Ya” oparte na mrocznym beatcie z charakterystycznym klawiszem to przykład typowego dla Big Baby Jesusa odjazdu. Jego flow to wielkie BAM a pierwszy singiel z powrotu do 36 komnat to środkowy palec dla wszystkich tych, którzy mówili mu jaki ma być.

Posłuchaj

29. 2Pac – I Wonder If Heaven Got A Ghetto (1997, R U Still Down? (Remember Me)). Jeżeli chodzi o albumy wydawane pośmiertnie to mam wiele wątpliwości natury moralnej. Zawsze zadaje sobie pytanie na ile jest to inspirowane chęcią ukazywania światu niewykorzystanego materiału a ile zwykłą chęcią zarobienia. Nie wiemy też, czy uśmierceni artyści chcieli by odkopywać coś co sami schowali. Dlatego też na kolejną nową płytę 2Paca, Michaela Jacksona czy też innego zmarłego artysty patrzę z przymrużeniem oka. Z drugiej jednak strony nie poznalibyśmy tak świetnego utworu jakim jest „I Wonder If Heaven Got A Ghetto„…

Posłuchaj

28. Snoop Dogg – Gin And Juice (1993, Doggystyle). Hit z debiutu Snoopa Dogga można by skwitować zwrotką: „Everything is fine when you listening to the D-O-G„. „Gin and Juice” to klasyczny, rapowy letni szlagier w którym czuć sporo luzu. Natomiast produkcja Daz Dillingera i Dr. Dre to bujająca perełka lat 90.

Posłuchaj

27. Pete Rock & C.L. Smooth – They Reminisce Over You (1992, Mecca And The Soul Brother). Powstanie singla „T.R.O.Y” zostało zainspirowane śmiercią najlepszego kumpla Troya Dixona. Chłopaki w tym utworze zawarli wiele wspomnień z dzieciństwa a także odniesień do swojej rodziny. Beat wyprodukowany przez Rocka to kawał dobrej muzy pełen fajnych sampli, przewodzącego saksofonu i przyjemnie plumkającej linii basu. Znalazłem podsumowania, gdzie kawałek ten był najlepszym trackiem lat 90. W moim rankingu jest dalej, co nie zmienia faktu, że to muzyka godna uwagi.

Posłuchaj

26. The Roots – The Next Movement (1999, Things Fall Apart). Nie wyobrażam sobie jakiegokolwiek rankingu lat 90 bez The Roots. Co prawda dopiero się rozkręcali w tym czasie, ale mieli już na koncie kilka płyt. „The Next Movement” nagrany w końcowej fazie dekady to kawał dobrej muzy, gdzie usłyszymy skratche DJ Jazzy’ego Jeffa oraz wokale Jazzyfatnastees. Co do tekstu to podobno ważny jest kontekst historyczny a tytułowy Movement jest odbierany w dwojaki sposób. Jako ruch muzyczny oraz jako odniesienie do ruchu społecznego. Trochę to przekombinowane, gdyż nie widzę w tekście haseł o wolności dla czarnych braci a raczej teksty typu: „skończ przewijać kasety, kup CD”.

Posłuchaj

10 nietuzinkowych płyt hip-hopowych

Ostatnio zasłuchiwałem różnorakich rymów rapowanych i tak wpadłem na pomysł stworzenia listy 10 płyt bez, których hip-hop byłby uboższy. Płyty znane, klasyczne, wpływowe, dodające wiele do czarnego nurtu. Oto najważniejsze płyty z czarną muzą, które przesłuchać warto a nawet trzeba:

Beastie Boys – Paul’s Boutique (1989). Trzech byłych punkowców przechodzi na czarną stronę muzy i idąc w ślad Run/DMC dodają od siebie wiele nowego i dobrego do muzyki hip-hopowej. Choć nie pozostawiają ukochanego rocka gdyż wciąż można u nich usłyszeć gitarowe riffy i moc uderzenia w bębny. Stara szkoła hip-hopu w najlepszym wykonaniu. Chłopaki swobodnie wymieniają się poszczególnymi zwrotkami i czuć dobrą zabawę jaką mieli przy nagrywaniu tej płyty. Taki 5-Piece Chicken Dinner to 21 sekundowa esencja wyśmienitego dzwonka w telefonie. Poza tym nie jest jakoś poważnie, chłopaki rymują nawet o kolesiu jajku w Egg Man, który kończy się horror-ową nutą. A Hey Ladies idealnie ukazuje luzackość na tej krążku. Car Thief to przykład świetności podkładów na albumie z 1989 roku. Kolesie mają na prawdę talent i dobrze im to wychodzi. Może czasem przynudzają grając swoje improwizacje, jednak to co zrobili pod koniec lat 80 i początek 90 zasługuje na medal. I nie jest to zasługą ich żydowskiego pochodzenia. yo

Eminem – The Marshall Mathers LP (2000). Moja przygoda z Eminemem zaczęła się w podstawówce kiedy to pierwszy raz ujrzałem tego śmiesznie rapującego blondasa na niemieckiej vivie u babci podczas wakacji. Spodobał mi się od razu i zapamiętałem sobie to słowo na odwrócone E. Później kuzyn pożyczył mi oryginalną płytę gdzie na czarno-białej okładce słynny Shady siedzi przed domkiem. Dostałem wtedy od kuzyna tylko jedną wskazówkę. Nie słuchaj przy mamie piosenki numer 12. Początkowo nie ogarniałem tego o czym Em rapuje, ale wiedziałem, że jest mocno wulgarnie i kontrowersyjnie. W mediach było o nim głośno. Moim zdaniem płyta z 2000 roku jest jego najlepszą płytą w całej dyskografii. Na żadnej już następnej płycie nie był tak szokujący, tak wiarygodny i tak po prostu znakomity. Mamy tutaj takie kawałki jak Cryminal, I’m Back czy też The Way I Am. Jest druzgocący Kim, który przedstawia niezwykle prawdziwą kłótnię z Kim, którą na późniejszych albumach przepraszał i prosił o wybaczenie. Poza tym nasz biały raper nie pozostawia na nikim suchej nitki, wtedy obiektami drwin byli Fred Durst czy też Britney Spears. Poza tym na  płycie pojawiali się kolesie z D12 oraz między innymi X-Zibit, Snoop Dogg a w utworze Stan Dido, która później dzięki tej kolaboracji wypromowała się. Nad produkcja czuwał sam Dr. Dre. Teraz trochę Eminem jedzie już na sprawdzonych patentach, wtedy jednak było to coś nowego, co intrygowało a przy tym posiadało ogromny potencjał. Polecam.

Grammatik – Światła Miasta (2000). Swego czasu dużo słuchało się hip-hopu. Mieszkanie na osiedlu ma swoje uroki i wpływa na kształtowanie młodego umysłu. Jednak nigdy nie mogłem się przekonać do warszawskich grup a Grammatik mimo, że znałem od dawna to doceniłem stosunkowo nie dawno. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to jedna z najmądrzejszych płyt (nie tylko hh) jaka powstała w tym kraju. I mimo, że mija już dekada odkąd wyszła na świat to jej teksty  i tematy w nich obrane są wciąż aktualne. Światła miasta charakteryzuje nie zwykła dojrzałość. Eldo w wieku 21 lat śmiało wyznaje „Nie mam już sił by przez dziurkę od klucza świat podglądać”, „A ja tylko chcę sam kierować swoim życiem” czy „Gdy jest się młodszym, chce się bawić, szaleć / Ja już dojrzałem i chyba za wcześnie zezgredziałem chyba”. Biciki i podkłady idealnie komponują się w przemyślenia młodych Warszawiaków. Nie ma tu plastiku, sama poezja nowoczesna podana w luźny, niezobowiązujący i niewymagający rapowy sposób. Posłuchajcie kiedyś późną nocą, gdy będziecie sami.

NAS – Illmatic (1994). Debiut nowojorczyka, który również udzielał się w The Firm (nie kojarzcie z naszą firmą) okazał się objawieniem hip-hopowym swego czasu. Płyta raczej nie jest nasiąknięta singlami podbijającymi serca słuchaczy radia, ale tworzy jednolity, ciekawy i na wysokim poziomie kawał dobrego hip-hopowego gówna. Po przeciwnej, cieplejszej stronie nagrywał wtedy Snoop Doggy „You don’t love my, You love my doggystyle” Dogg, ale to Nas w moim guście więcej dał tej muzie. Czuć na niej klimat zimnego, brudnego Nowego Jorku. I raczej nie opisuje radośnie swojego otoczenia. „Dear Born, you’ll be out soon, stay strong / Out in New York the same shit is going on” ,”You see the streets have me stressed somethin terrible” . Te fragmenty dobrze obrazują tę płytę. Warto zauważyć, że raczej nie ma mowy tutaj o jakimś gangsta rapie a hip-hop lat 90 idzie już w inną stronę. Dzisiaj do inspiracji tą płytą przyznają się obecnie najpopularniejsi raperzy z Eminemem i The Game na czele a sam Nas nagrywa „Hip Hop is Dead”

Notorious BIG – Ready To Die (1994). Christopher Wallace czyli po prostu Notorious BIG. Faktycznie tak wielki jak się określa. I nie chodzi tu już nawet o wielkość i masę jaką posiadał, ale to ile zrobił dla hip-hopu w swoim krótkim życiu. I Tu kolejny paradoks. W nazwie debiutanckiego albumu zawarł gotowość na śmierć. Za pewne nie wiedział, że trzy lata później dojadą go na zachodnim wybrzeżu tuż po wydaniu drugiego albumu. Sprawa z nim jest dość mało jasna. Początki miał jak każdy murzyn z dzielnicy. Schemat: rzucenie szkoły, bujanie się po krawężnikach, sprzedaż narkotyków, paka, rapowanie, wydanie płyty. Nie będę wnikał w to czy był zamieszany w śmierć Tupaca i czy jego morderstwo to była po prostu zemsta. Obaj nie żyją i trzeba im oddać, że robili porządny kawał czarnej muzy. Sam Notorious BIG słynną nie tylko z fałdowanej budowy ciała ale z świetnych freestyle’ów. Wróćmy jeszcze do albumu. Pełno tutaj dziarskiego flow, dobrego brzmienia oraz fajnych skitów z narodzinami w intro i smarkaniem w Gimme the Loot na czele i wiele, wiele rożnych, różniastych, serio różniastych he he. Tematy tekstów natomiast dotyczące murzyńskich spraw ulicy „Your face, my feet, they meet, with stompin”. Koleś zna się na rzeczy, sprawdź to gówno yo yo.

N.W.A. – Straight Outta Compton (1988). To najniebezpieczniejsza Grupa Świata właśnie stworzyła podwaliny haseł, dziś wszech obecnych w hip-hopie, zwłaszcza tym blokerskim typ chwdp (hwdp), jp100%, slu itd itp. Określając to jasno w tytule piosenki Fuck The Police. Zresztą zerknijcie sobie też na tytułowy opener Straight Outta Compton. Grupa nie istniała za długo, jednak wpisała się do rapowanej księgi. Szybko zrozumieli, że ten interes bardziej opłaca się solo. I tak do dziś Ice Cube nagrywa płyty, które mają swoich odbiorców a Dr-Dre zajmuje się produkcją i często widzimy jego mordkę czy to obok Snoop Dogga czy Eminema. Podobnie jak Public Enemy chłopcy opowiadają jak to ciężko jest się bujać po dzielni, gdyż miejscowi szeryfowie zatruwają im skutecznie życie. Jednak swoją frustrację wyładowują w sposób dość agresywny jak i na swój sposób sugestywny i jasny na swoim drugim albumie. Widać, że West Coast też nie miał lekko. Czuć, że jest gorąco i nie tylko z powodu typowo kalifornijskiej pogody. Poza tym byciem murzynem w drugim na liście najbiedniejszych przedmieść Stanów Zjednoczonych musiało zaowocować taką płytą. Warto jednak tego posłuchać bo płyta jest oparta na fajnych podkładach a kolesie z Ice Cubem i Eazy-E na czele wyróżnili się spoko nawijką. Weź to poczuj.

Paktofonika – Kinematografia (2000). Zanim jeszcze nastały czasy tak zwanego hip-hopolo to warto zauważyć, że początki polskiego rapu są płodne w dobre płyty. Nie było chyba owocniejszego w tym czasie miasta niż Katowice. Kaliber 44 doceniam, ale nigdy nie byłem fanem psycho rapu. Przejście Magika do PFK było najlepszym transferem w dziejach polskiej muzy. A owocem tego jest album Kinematografia. Tego wcześniej nie było. W dodatku po śmierci Magika grupa został legendarna a ostatni pożegnalny koncert odbył się w 2003 roku. Każdy z nich prezentował swój, rozpoznawalny styl. Magik tego nie wytrzymał, ale Rahim i Fokus dalej nagrywają. Pierwszy z nich jest dla każdego ziomka z ławki po blokiem takim Kurtem Cobainem, jego wrażliwość pozwoliła nam słuchać wyjątkowych tekstów ale także przyniosła przedwczesną śmierć. Rahima spotykam na zakupach w Auchan, ale trzeba mu przyznać, że jest bardzo kreatywny i pomysły ma bardzo dobre. Co do Fokusa to wzbudzał zawsze najwięcej mojej sympatii. Jego barwa głosu wyróżnia go spośród innych polskich raperów. Niezniszczalność Fokusmoka jest również wynikiem ogromnej charyzmy. A płyta? Trzeba znać. Takie klasyki jak Jestem Bogiem czy Chwile Ulotne potrafi zanucić każde dziecko w piaskownicy. „Kawłek jest stary, ale nie o to chodzi” „a o co?” „posłuchaj tego”

Public Enemy – It Takes A Nation Of Millions To Hold Us Back (1988). Lata 80 to nie tylko pudel rock, Franek Kimono, Disco Polo i kostka rubika. To także rozkwit muzyki ulicy, czyli hip-hopu, który miał charakterystyczne brzmienie i bazował często na rockowych podkładach. Public Enemy to idealny przykład jak głos czarnych mniejszości wołał głośno „fuck off”. Pełno tutaj krytyki polityki rządu Stanów Zjednoczonych i ogólnie jazda i dissy na wszystko co odgórne i medialne zakłamanie „Some media is the whack / You believe it’s true, it blows me through the roof / Suckers, liars get me a shovel”. Warto wspomnieć, że to już kolejna grupa z Nowego Jorku, która pojawia się w zestawieniu. East Coast Rulez jednak. Przyznam się, że przed odsłuchem pierwszy raz ich nie wiedziałem czego się spodziewać. Nazwa brzmi dość groźnie. Wróg publiczny. Wyobrażałem już sobie nie wiadomo co, brzmienie jednak mają całkiem przyjemne i old schoolowe. Wsłuchując się w teksty wychwytuje się te nie zadowolenie, bo teksty są mocno upolitycznione. Od tego momentu wielu raperów jechało po władzy a obecnie jest to już niemal powszechne. Bo hip-hop najczęściej opowiada albo o tym jak się jest zajebistym czarnuchem i ile to lasek zaliczyło na imprezie albo o tym jak ch**** jest w naszym mieście.

Run-D.M.C. – Run-D.M.C. (1984). O pierwszych krokach hip-hopu i Run-D.M.C. już pisałem w recenzji Raising Hell. Przyjrzyjmy się jednak z bliska debiutanckiej płycie, która pokazała, że muzyka rapowana może być nie tylko fajna dla czarnej młodzieży bo przy rytmach Run-D.M.C. bawił się również świetnie biały „rockowy” narybek. Głównie dzięki łączeni rockowych podkładów pod rapowanie Run’a i DMC. Kolesie o świetnym wizerunku czarnych skór, białych butów adidasa, łańcuchów i kapeluszy na stałe wpisali się w kanony muzyki rozrywkowej. Trzy pierwsze płyty nadały ton późniejszego rapu i przetarły drogę dla takich zespołów jak Beastie Boys czy też późniejszych gangsta bandów Public Enemy czy N.W.A. Można w sumie powiedzieć, że to od nich się zaczęło. Debiutancka płyta była innowacyjna, może bez wielkich hitów, które pojawiły się później (Walk This Way, It’s Tricky), ale miała to coś co podbiło w latach 80 serca amerykańskiej młodzieży i nie tylko. Do tej pory grupa mimo, że się rozpadła i pozostało żywych już tylko dwóch członków to traktowana jest z szacunkiem i jest rozpoznawana. Myślę, że warto sprawdzić dlaczego teraz w towarzystwie wyuzdanych lalek 50 cent liczy dolary w swoim hammerze.

Wu-Tang Clan – Enter The Wu-Tang (36 Chambers)(1993). Legendarna grupa ze Staten Island w Nowym Jorku i ich arcydzieło z 1993 roku to pozycja obowiązkowa dla każdego fana czarnych rytmów. Nie tylko dla dresików z bloku ale i każdego entuzjasty muzyki grupa Wu-Tang Clan powinna stanowić ogniwo porządnego hip-hopu. W składzie Ghostface Killah, GZA, Inspectah Deck, Masta Killa, Method Man, Raekwon The Chief, RZA, U-God i nie żyjący już Ol’Dirty Bastard. Każdy z nich w późniejszym czasie nagrywał świetne płyty solowe i robią to do dziś i są w dobrej formie. Początek lat 90 to okres pojawienia się gangsta rapu a Wu-Tang Clan to przedstawiciele mafioso rapu. Poza tym nastąpił powolny kres łączenia rapu z rockiem a czarna muza obrała własny kierunek. Debiut nowojorskiej grupy jest przepełniony świetnymi bitami (Shame on A Nigga, Tearz), kolesie nawijają o ciemnych stronach życia w Nowym Jorku „Who don’t pay they bills on time and fuck wit digital /Never seen, smoke a bag of evergreen” a cała płyta trzyma wysoki poziom i jest pełna wstawek z filmów kung-fu. Mamy tu też tak kultowe kawałki jak Protect Ya Neck, C.R.E.A.M. czy też Wu Tang Clan Ain’t Nuthing Ta Fuck Wit. Pojawiają się także różniaste skity z typową szybką murzyńską gadaniną, niektóre całkiem zabawne. Tą płytę trzeba po prostu znać.