Przegląd filmowy: Obcy

W sumie, to aż dziwne, że wcześniej nie zrobiłem takiego przeglądu na blogu. Zwłaszcza, że jestem MEGA HIPER ARCY OGROMNYM FANEM serii o Obcym. Podobny przegląd zaserwowałem filmom o Batmanie oraz Jurrasic Park, temat Obcego natomiast pojawił się w mojej liście 15 najlepszych horrorów, no i recenzji filmów „Obcy vs Predator II” oraz „Prometeusz„. Okazja by taki przegląd sporządzić jest doskonała, gdyż do kin wszedł właśnie najnowszym film z serii „Obcy: Przymierze„. Do dzieła!

Obcy – 8 Pasażer Nostromo / Alien (1979, reż. Ridley Scott). Wciąż uważam, że to najlepszy horror jaki kiedykolwiek powstał. Film opowiada historię członków załogi Nostromo, która podczas powrotu na Ziemię, zostaje nagle przebudzona. Okazało się, że statek odebrał dziwny sygnał z pobliskiej planety. Załoga zobowiązana umową z firmą, jest zmuszona by to sprawdzić. Od tej pory wszystko idzie nie tak. Jeden z członków załogi – Kane (W tej roli ś.p. John Hurt) wraca na statek z przeczepioną do twarzy dziwną, obcą formą życia. Co gorsza, nie można jej zdjąć ze względu na obecny w krwiobiegu kwas. Gdy dziwny pajęczak obumiera a Kane się budzi, wszyscy oddychają z ulgą. Nie na długo. Z klatki Kane’a wydobywa się mały obcy, z którym przyjdzie załodze stoczyć bój o przetrwanie.

Za co kocham film Ridleya Scotta? Przede wszystkim z wspaniały, mroczny, tajemniczy i gotycki klimat. Do końca seansu, nie wiemy z czym załoga Nostromo ma do czynienia. Obcy nie ukazuje się nigdy w pewnej krasie. Statek jest pełen mrocznych zakamarków. Czuć wszędobylskie zagrożenie i osamotnienie. Obcy wydaje się być niezniszczalny, a załoga jest zdana tylko na siebie. Co gorsza film powoli odkrywa tajemnicze zamiary firmy, dla której pracują. Sprawa z góry jest przegrana. Swoją cegiełkę do klimatu filmu dołożył ś.p. Hans Rudolph Giger. To on stworzył wygląd obcego, który stał się kultowy.

Fakt, że film jest oszczędny w pokazywaniu Obcego i pomieszczeń w pełnej krasie sprawia, że obraz Scott’a wcale się nie zestarzał, pomimo upływu już ponad 38 lat od Premiery! Warto także zwrócić uwagę na dobrze napisane postacie, które nie są nam obojętne. Sigourney Weaver dzięki roli w „Obcym” wybiła się na szerokie wody Hollywood. Dla mnie film Ridleya Scotta to przykład idealny jak nakręcić horror sci-fi. Mamy tutaj tajemnicze zagrożenie, wiarygodnych bohaterów oraz kapitalny klimat osaczenia. Arcydzieło kina. Ocena: 10/10.

Obcy – Decydujące starcie / Aliens (1986, reż. James Cameron). Druga część serii o Obcym nakręcona przez Jamesa Camerona to zupełnie inny film. Inny, nie oznacza gorszy. Śmiało można określić obraz ten jednym z najlepszych sequeli w historii kina, zaraz obok „Ojca Chrzestnego II„, „Mrocznego Rycerza” czy też „Terminatora II„. Fabuła wygląda następująco. Jedyni ocalali z załogi Nostromo: Ellen Ripley (Sigourney Weaver) oraz jej kot Jonesy po wieloletnim dryfowaniu po kosmosie, w końcu lądują na Ziemi. Firma zatrudniająca Ripley nie wierzy w historię o Obcym, który zabija całą załogę. W między czasie okazuje się, że planeta na której członkowie Nostromo znaleźli obce formy życia, ma zostać zasiedlona przez ludzi. Jak się okaże, była to błędna decyzja, gdyż kontakt z ludźmi na LV-426 urywa się. Na miejsce zostaje wysłana misja ratunkowa, do której w charakterze doradczy dołącza Ellen Ripley.

James Cameron w przeciwieństwie do Scotta serwuje nam sprawnie nakręcone kino akcji. Obcy pojawiają się w dużych ilościach. Okazuje się, że można go zabić – wystarczy duża spluwa i nieskończony zapas amunicji. Tak więc w „Aliens” krew i kwas obcych leje się strumieniami. Co więc jest tak świetnego w tym filmie? Przede wszystkim został utrzymany klimat zagrożenia. Wciąż czujemy się osaczeni przez ksenomorfy, pomimo, że posiadamy cały asortyment wojskowy. Obcy zostali ukazani w filmie jak sprawnie pracujące mrowisko ze swoją królową. W filmie jest wiele trzymających w napięciu scen, a czujnik ruchu potęguje w nich tylko poziom adrenaliny.

Po raz kolejny dostajemy wiarygodne, dobrze napisane i przejmujące postacie. Ellen Ripley w tej części serii ukazuje się jako damski terminator z miotaczem ognia, w której budzi się matczyny instynkt gdy poznaje jedyną ocalałą z kolonii dziewczynkę Newt. Poza tym pojawia się ponownie android – Bishop, który tym razem jest przyjacielski oraz cały zastęp kosmicznych marines. Cameronowi udało się w tym filmie zachować prawdziwość Obcego i jednocześnie dodać coś od siebie. Tak powinno kręcić się sequele. Ocena: 9/10.

Obcy 3 / Alien 3 (1992, reż. David Fincher). Trzecia część sagi o Obcym, wyreżyserowana przez Davida Finchera jest lekkim powrotem do pierwowzoru stworzonego przez Ridleya Scotta. Do Statku Sulaco, w którym znajdują się ocalali z księżyca LV-426 dostaje się facehugger. Dochodzi do pożaru, a kapsuła ratunkowa rozbija się na pobliskiej Planecie Furia 161. Katastrofę przeżywa jedynie Ripley. Ocalałą odnajdują jedyni mieszkańcy planety – więźniowie z koloni karnej. Okazuje się, że Ripley to nie jedyna ocalała. Wspomniany facehugger również uchodzi z życiem i ponownie daje życie Obcemu.

David Fincher ponownie postawił na mroczny, tajemniczy klimat oraz nierówną walkę ludzi bez broni z Obcym. Ksenomorf tym razem jest trochę inny, gdyż wychodzi z ciała psa – dlatego porusza się na czterech łapach. Po raz pierwszy także zostały użyte efekty specjalne do pokazania Obcego. I w zasadzie to jedyna nowość jaką nam serwuje Fincher. Poza tym, to już wszystko mieliśmy w pierwszej części. Ripley oprócz walki z Obcym, będzie się musiała zmierzyć ze zgrają najgorszych kryminalistów. Ludzie będą biegać po ciemnych, mrocznych zaułkach kolonii karnej. Obcy natomiast będzie się wydawać wszędobylską bestią, która jest w stanie porwać każdego. Co gorsza na planetę Furia 161 zmierzają ludzie z firmy Wyland-Yutani, i nie mają dobrych intencji. Sprawa ponownie jest z góry przegrana.

Można mieć pretensje do Davida Finchera, że nie dodał nic nowego do tej opowieści a powielił to co zaserwował wcześniej Ridley Scott w „Ósmym Pasażerze Nostromo„, jednak jego „Obcy 3” to dobry film. Ma mroczny klimat, trzyma w napięciu i jest w nim sporo odwołań religijnych. Poza tym to mocno pesymistyczny film, mówiącu wprost „Nie ma nadziei”. Obcy będzie zabijał, a ludzie za wszelką cenę będą chcieli go użyć jako broni. Jednak temat ten rozwinie dopiero czwarta część. Ocena: 7/10.

Obcy: Przebudzenie / Alien: Resurrection (1997, reż. Jean-Pierre Jeunet). Czwarta część Obcego została wyreżyserowana przez kolejnego, wspaniałego reżysera. Francuski filmowiec Jean-Pierre Jeunet, twórca takich klasyków jak: „Amelia„, „Miasto Zaginionych Dzieci” czy też „Delicatessen” dorzucił swoje trzy grosze do historii o Obcym. 200 lat po wydarzeniach z Obcego 3 na statku USM AURIGA naukowcom udaje się sklonować Ripley oraz Obcego. Tworzą oni hodowlę Ksenomorfów i starają się je wytresować, by służyły ludziom. Na statku cumuje załoga przemytników, dostarczających naukowcom ludzkich ciał potrzebnych do hodowania nowych Obcych. Jak można przewidzieć, ponownie wszystko idzie nie pomyśli ludzi. Obcy wydostają się z klatek i zaczynają wybijać załogę. Co gorsza USM AURIGA obiera awaryjny kurs na Ziemię. Jednak bez obaw. Ripley wraz z androidką CALL (W tej roli Winona Ryder) postarają się zapobiec katastrofie.

Jaunet tworząc film „Obcy: Przebudzenie” udanie połączył klimat mroku znanego z pierwszej części z ostrą jatką, którą otrzymaliśmy w obrazie Camerona. Otrzymujemy wspaniałe lokacje oraz obraz eksperymentów na ksenomorfach. Akcja trzyma w napięciu, a momentami jest na prawdę groźnie. Oczywiście, nie obyło się bez wpadek. Postać mutanta powstałego wskutek połączenia obcego z człowiekiem była dość mało atrakcyjna, natomiast ginące po kolei postaci nie wzbudziły w nas takich samych emocji jak załoga Nostromo. Jednak uważam, że film Alien: Resurrection jest mocno niedocenioną częścią sagi. Zupełnie niezasłużenie, bo to całkiem doby film, który wieńczy serię z Ellen Ripley. Ocena: 6/10.

Obcy vs. Predator / Alien vs. Predator (2004, reż. Paul W.S. Anderson). Miałem wątpliwości czy filmy z serii AvP powinny być w tym zestawieniu. Fabularnie nie nawiązują one do serii o Obcym zapoczątkowanej przez Ridleya Scotta. Poziomem również te filmy nie dorównują. Jedyne co je łączy to postać samego Ksenomorfa. Film w zasadzie bardziej starał się nawiązać do gier komputerowych oraz komiksów z tej serii. Czy był potrzebny? Nie wiem. Sam, jako fan chciałem by powstały te obrazy. Jednak można było je zrobić lepiej.

W „Alien vs. Predator” akcja toczy się gdzieś na Antarktydzie. Ludzie z firmy Weyland odkrywają pod warstwą śniegu Piramidę. Okazuje się, że rasa Predatorów stworzyła to miejsce do walki z rasą ksenomorfów. Dochodzi do walki, gdzie po środku znajdują się ludzie. Zacznijmy, że AvP to bardzo mierny, przewidywalny film. Czuć w nim na kilometr chęć wyszarpania pieniędzy od fanów serii o Obcym. Oczywiście wizualnie wszystko gra, a sceny walk Obcego z Predatorem robią wrażenie. Jednak słaby scenariusz i błędy w logice robią swoje. Zagorzali fani słusznie byli zawiedzeni. Szkoda, bo potencjał był duży. Zarówno uniwersum Obcego jak i filmy o Predatorze to całkiem sporo dobrego materiału, na świetny film. Szkoda tylko, że twórcy postawili na łatwy szmal. Ocena: 4/10.

Obcy vs. Predator 2 / Aliens vs. Predator Requiem (2007, reż. Colin i Greg Strause). Film ten jest kontynuacją wydarzeń z „Obcy vs. Predator”. Statek Predatorów rozbija się gdzieś w Stanach Zjednoczonych. W tym momencie rozpoczyna się plaga Obcych a na miejsce zostaje wysłany inny Predator, który ma posprzątać bajzel po swoich nieudolnych kolegach.

O tym obrazie będzie krótko bo szkoda czasu na to gówno. Nic tu nie gra. Scenariusz leży. Motywacje postaci są nie zrozumiałe, zachowanie Predatora idiotyczne. Nie ma w tej historii zupełnie nic ciekawego. Ot, Obcy naparzają się z Predatorem w jakiejś amerykańskiej mieścinie. Jedyne plusy to pokazanie Obcego na Ziemi, tu i teraz oraz walki z Predatorem. Wisienką na tym zgniłym torcie jest Predalien, czyli Obcy z dredami. Totalnie nie warto. Ocena: 3/10.

Prometeusz / Prometheus (2012, reż. Ridley Scott). O tym filmie w zasadzie już pisałem na blogu stosunkowo nie dawno TUTAJ (Nie wstydzę się dziś tej recenzji). Jednak warto dodać parę uwag po 5 latach od premiery. Przypomniałem sobie ten film ostatnio. I wiecie co? Nie jest taki zły, jak próbują nam wmówić recenzenci. A już prawie uwierzyłem, że Ridleyowi Scottowi się nie udało. GÓWNO. Może nie jest to wybitny obraz, ale jest to całkiem sprawnie przedstawiona historia.

Prometeusz” jako prequel „Obcego” to ciekawy obraz pełen filozoficznych pytań. Podoba mi się to, że postacie inżynierów wciąż pozostały tajemnicze, pomimo tego, że sporo się o nich dowiedzieliśmy. Film porusza wiele ciekawych wątków, które powinny być rozwinięte. Większość recenzentów doczepiła się tego, że w filmie nie ma Obcego i paru błędów logicznych (legendarna już scena operacji). To, że akurat nie ma w filmie ksenomorfów (Przynajmniej do ostatniej sceny) wychodzi mu tylko na plus. Pamiętajmy, że to prequel „Obcego„, który miał pokazać od czego zaczął się przypał na Nostromo. Co do błędów logicznych, to nie byłbym aż tak uszczypliwy. W wielu klasykach kina jest więcej głupot, na które przymyka się oko. Reasumując „Prometeusz” to dobry film i niezasłużenie zjechany za przerost formy nad treścią. Ocena: 7/10.

Obcy: Przymierze / Alien: Covenant (2017, reż. Ridley Scott). Najnowszy film Ridleya Scotta jest jednocześnie sequelem „Prometeusza” oraz prequelem „Obcego„. Fabuła opowiada historię załogi statku „Przymierze”, który napakowany kolonistami, zarodkami, załogą i androidem Walterem (W tej roli Fassbender) podąża na nową planetę by ją zasiedlić. Po drodze dochodzi do awarii oraz zmiany planów, okazuje się, że znacznie bliżej znajduje się inna planeta, która wydaje się być bardziej atrakcyjnym miejscem do zasiedlenia. Załoga jeszcze nie wiem, że to będzie fatalna w skutkach decyzja. Okazuje się, że na nowej planecie rozgościł się dobrze nam znany inny android David (W tej roli również Fassbender) – jedyny ocalały z statku „Prometeusz”.

Zacznijmy od tego, że tuż po seansie miałem mieszane uczucia. Nie chodzi oczywiście o różnorodne błędy logiczne, do których przyczepili się recenzenci. Bardziej chodzi mi o sposób przedstawienia postaci obcego. Wcześniejsze filmy z serii, przyzwyczaiły nas do pewnych stałych zasad, które ten film łamie. O ile pokazane w filmie neomorfy są nowymi stworzeniami i możemy zaakceptować to jak się zachowują, powstają itd. to wizerunek ksenomorfa mocno odbiega od tego, który znamy chociażby z „Ósmego Pasażera Nostromo„. Proces infekcji trwa błyskawicznie, sam ksenomorf w ciągu kilku sekund przyjmuje dojrzałą formę, no i atakuje wyjątkowo agresywnie. Trochę to zaburzyło mój obraz przerażającej, tajemniczej bestii. Poza tym miałem wrażenie, że sam Obcy to postać drugoplanowa, dolepiona do tego filmu na siłę. Rozumiem negatywne opinie recenzentów, gdyż mieli prawo ponownie poczuć się wyrolowani przez Ridleya Scotta, który bawi się ksenomorfem i nie pozwala nikomu go używać.

Przejdźmy jednak do plusów. O ile „Obcy: Przymierze” słabo sprawdza się jako film o obcym, to jako sequel „Prometeusza” jest kapitalny. Ta filozoficzno-egzystencjonala historia została wzbogacona o kolejny ciekawy wątek. Na pierwszy plan wysuwa się duet Fassbender-Fassbender, czyli rozmowy dwóch androidów. Z jednej strony mamy Davida, który pragnie tak jak człowiek tworzyć. Gra na flecie, słucha muzyki poważnej, zacytuje się w trudnej literaturze, mówi wierszem i bawi się w tworzenie obcych. Z drugiej strony pojawia się Walter, oddany ludziom pomocnik. Scott idzie o krok dalej, w „Prometeuszu” wyjaśnił skąd wzięła się ludzkość, „Obcy: Przymierze” wyjaśnia natomiast skąd wzięła się rasa aliena. Pytanie, czy te odpowiedzi były potrzebne? Czy nie lepiej było jak ksenomorf był tajemniczym organizmem doskonałym?

Warto także zwrócić uwagę na aspekty techniczne. Po raz kolejny zdjęcia Dariusza Wolskiego zasługują na pochwałę. Sama scenografia również robiła wrażenia. Opustoszałe lasy, ślady poprzedniej cywilizacji, ślady walk ładnie wpisały się w mroczną estetykę Obcego. David Fassbender sprawdził się w podwójnej roli Davida i Waltera. Pozostali bohaterowie raczej nie zrobili furory. Z Daniels (W tej roli Katherina Waterson) próbowano wykreować nową Ellen Ripley, natomiast reszta załogi nie wzbudziła w nas większych emocji.

Czy polecam ten film? Generalnie tak. Fabuła jest ciekawa i zawiera zapadający w pamięć wątek egzystencjalny androida Davida. Trochę rozczarował mnie sposób przedstawienia Obcego, który nie spełnił moich oczekiwań. Jednak zdecydowanie ten film nie można określić przerostem formy nad treścią. Co więcej, jestem ciekaw czy Scott zdecyduje się na przedstawienie obcego w Łowcy Androidów? To mogłoby być ciekawe, a pamiętajmy, że sam reżyser przyznał, że oba filmy należą do jednego uniwersum. Czekam na dalszy rozwój wypadków. Ocena 7/10.

50 Najlepszych utworów hip-hopowych lat 90. Część II (26-1)

90 la26. Wu-Tang Clan – Protect Ya Neck (1993, Enter The Wu-Tang (36 Chambers). Do tej pory sprawą nie wyjaśnioną jest czyja nawijka w tym utworze najbardziej rządzi. Nie mniej jednak jest to dla mnie najbardziej esencjonalny kawałek Wu-Tang Clan. Inspectah Deck na początku zrobił więcej hałasu niż heavy metal, Szef nazywa się rapowym assassinatorem, Method Man stwierdza, że jego styl będzie trwał wiecznie, U-God wprowadza styl shaolin, Ol Dirty Bastard ucieka z Brooklyn’skiego Zoo, Ghostface Killah przyznaje się do zamiłowania do broni, RZA wrzuca zgrabne nawiązania a GZA na koniec dissuje swoją wcześniejszą wytwórnie Cold Killin’. To tak w telegraficznym skrócie. Chroń swoją szyję!

Posłuchaj

25. MC Hammer – U Can’t Touch This (1990, Please Hammer, Don’t Hurt ‚Em).

Posłuchaj

24. GZA – Liquid Swords (1995, „Liquid Swords„). GZA na swoim debiutanckim solowym albumie w pewien sposób kontynuował to co zaczął wraz z Wu-Tang Clanem na „Enter The Wu-Tang (36 Chambers)”. Mamy tutaj przecież nawiązania do kung-fu oraz ciemny, mroczny klimat. Opener płyty to wynik świetnej współpracy dwóch braci. RZA stworzył świetny podkład, natomiast GZA wzniósł się tutaj na swoje wyżyny.

Posłuchaj

23. House of Pain – Jump Around (1992, House of Pain). To był pierwszy, największy przebój amerykańsko-irlandzkiej grupy House of Pain. To był również jedyny ich przebój. Całość zaczyna się od dźwięku trąbki, którą później za sampel użył The Streets. W 8 sekundzie jednak wskakuje charakterystyczny, skoczny beat produkcji Muggsa. W nawijce Everlasta przede wszystkim podoba mi się szeroki zasięg porównań. Pojawia się tutaj Arnold Schwarzenegger, Świt Żywych Trupów, Biblijne psalmy czy też John McEnroe.

Posłuchaj

22. Warren G – Regulate (ft. Nate Dogg) (1994, Regulate… G Funk Era). Po sukcesie „The Chronic” Dr. Dre i „Doggystyle” Snoopa tak zwany G Funk cieszył się sporym zainteresowaniem. Świetnie w tym miejscu odnalazł się Warren G, który zadebiutował w 1994 roku albumem „Regulate… G Funk Era„. „Regulate” jest zbudowane na zamiennej nawijce Warrena G i funkowym śpiewie Nate Dogga. Układ ten jest w prost rewelacyjny i sprawia, że słucha się tego z czystą przyjemnością. Pan G w utworze tym obwieszczał nastanie nowej G Funkowej ery, Nate natomiast śpiewa o urokach nocnego życia. Jeżeli chodzi o G Funk to jest to absolutna czołówka.

Posłuchaj

21. Missy Elliott – The Rain (Supa Dupa Fly) (1997, Supa Dupa Fly).The Rain” swoją pozycję zawdzięcza w głównej mierze producentowi Timbalandowi. Pan Mosley po sukcesie wypromowania Aaliyah wziął na warsztat inną początkującą artystkę – Missy Elliott. Na całym debiutanckim krążku raperki jak i w tym utworze znajdziemy sporo elektroniki z którą eksperymentował popularny Timba. Sama Elliott na tym etapie jeszcze nie wymiatała flow, ale miała już to coś, że chciało się jej słuchać. Efekt tej współpracy wyszedł zdecydowanie na duży plus.

Posłuchaj

20. Eazy-E – Real Muthaphukkin G’s. (1993, It’s On (Dr. Dre) 187um Killa). Eks-członek N.W.A podobnie jak Ice Cube i Dr. Dre poszedł drogą solową. Niestety ze względu na przedwczesną śmierć ojciec chrzestny gangsta rapu zdążył nagrać tylko cztery solowe longplaye. „Real Muthaphukkin G’s” to diss na Dr. Dre. Jednak nie jest to zwykły diss, jakich było wiele. Utwór ten uważa się za jeden z najważniejszych dissów w historii rapu. Eazy-E wypomina Dre dziecięce zachwyty nad Snoop Doggiem, któremu też się oberwało, gdyż został określony jako „anorexic rapper”.

Posłuchaj

19. 2Pac -Ambitionz as a Ridah (1996, All Eyez On Me). Gdy słyszę ten prosty podkład przypomina mi się pijacka posiadówa  u znajomego, który odpalił podobny beat. Pół wieczora nawijaliśmy do niego o ciężkim życiu na osiedlu dissując m.in kościelnego. I być może nie była w tym moc, ale u Shakura już jest. 2Pac w „Ambitionz as a Ridah” daje wykład na temat dążenia do celu. Powątpiewa w pokojowe dochodzenie należności i wskazuje na drogę walki. Mając tak zagmatwane CV wcale nie dziwią mnie te spostrzeżenia. 2Pac jest mocno szczery w tym co mówi, no i mówi (a w zasadzie rapuje) to świetnym flow.

Posłuchaj

18. Jay-Z – Can I Get A… (1998, vol. 2 Hard Knock Life). Shawn Corey Carter ma łeb nie tylko do rapowania, ale i robienia interesów. Dla złota zrobiłby wszystko, w końcu w wieku 12 lat postrzelił swojego starszego brata gdy ten podwędził mu złoty łańcuch. Ogarniacie tą sytuacje? Od momentu debiutu do zdobycia pierwszego miliona nie wiele upłynęło wody w Wiśle. No i te wszystkie wyliczanki nagród Grammy, listy Billboard, żonka brylująca w prezydenckiej świcie. Możliwe, że stąd moja mała niechęć do biznesmena Jazzy’ego, którego opowieści o sprzedawaniu narkotyków brzmią lekko niewiarygodnie. Mimo to Nowojorczyk ma a raczej miał technikę, której można by pozazdrościć. Na pierwszych płytach Jay-Z na prawdę był niesamowity, potem bywało różnie.

Posłuchaj

17. OutKast – Funky Ride (1994, Southernplayalisticadillacmuzik). Tytułowe funky ride to nic innego jak uczucie odjazdu po zapaleniu skręta. Szczerze powiedziawszy do takiego odjazdu nie są potrzebne używki, wystarczy ten świetny track. Aha, piękna solówka gitarowa. Idealny utwór do spędzania czasu sam na sam ze swoją lubą.

Posłuchaj

16. Ice Cube – It Was A Good Day (1992, The Predator). Po rozpadzie N.W.A. każdy z członków tego świetnego kolektywu poszedł w swoją stronę. „Crazy Motherfucker name Ice Cube” początkowo nieźle sobie radził solowo zanim rozpoczął niezbyt udaną karierę aktorską. „It Was A Good Day” oparte na leniwym podkładzie to opis dnia idealnego składającego się z pożywnego śniadania, programu Yo MTV Raps! (Jeszcze wtedy stacja ta miała coś do czynienia z muzyką) oraz rozrywki w postaci hazardu i seks randki.

Posłuchaj

15. Molesta – Się Żyje (1998, Skandal). Ogólnie cały „Skandal” jest klasykiem rapu. Potwierdził to zarówno Porcys, jak i zeszłoroczny OFF Festiwal. Wracając jednak do tego kawałka. Świetnie wykorzystany sampel z String Connection łączy się legendarnymi wersami o codzienności z życia podwórka. To jeden z tych wałków, który w mniejszym lub większym stopniu potrafi zacytować każdy mieszkaniec większych osiedli.

Posłuchaj

14. Public Enemy – 911 Is A Joke (1990, Fear Of A Black Planet). Public Enemy w zasadzie skończyli się w latach 80. Jednak jeszcze na początku następnej dekady byli całkiem spoko. „911 Is A Joke” to kolejny w ich zestawie utwór na temat problemów czarnego bractwa i dyskryminacji. Muzycznie kawałek jest jeszcze mocno osadzony w latach 80, jednak są tu srogie hooki, którymi można się zachwycać do tej pory.

Posłuchaj

13. Wu-Tang Clan – Wu Tang Clan Ain’t Nuthing Ta Fuck Wit (1993, Enter The Wu-Tang (36 Chambers).

Posłuchaj

12. The Notorious B.I.G. – Hypnotize (1997, Life After Death). W sumie to nie wiem co jest bardziej hipnotyzujące w tym utworze. Flow Notoriousa czy też podkład P.Diddy’egp (wtedy znanego jako Puff Daddy). Biggy opowiada nam o swoich kobiecych podbojach i bezwstydnie wyznaje, że i tak każda laska po akcie wraca do domu z buta. Całość została okraszona bardzo złym teledyskiem.

Posłuchaj

11. Nas – Life’s a Bitch (1994, Illmatic). Jeden z najbardziej życiowych utworów. Nas wraz z AZ opowiadają o trudach życia, które okazuje się wredną zdzirą i kończy się śmiercią. Smutne, aczkolwiek prawdziwe. W tle natomiast pogrywa fajnie jazz’ujący beat wyprodukowany przez L.E.S.’a oraz Nasa. Utwór dość mi bliski, gdyż mam podobne spostrzeżenia w drodze do pracy. Zwłaszcza w deszczową pogodę.

Posłuchaj

10. MF DOOM – Doomsday (1999, Operation: Doomsday). Doom to typ kolesia, który działa poza falą głównego nurtu. W chwili kiedy inni raperzy rapowali o basenach, drogich brykach i wypalonych jointach on przypominał stare zasady. Nie szukał poklasku, chodził w masce. Techniką rapowania przypomina mi trochę Raekwona z Wu-Tang Clan. Jego „Operation: Doomsday” to klasyk rapu, a opener płyty to świetny utwór, gdzie za sampel posłużyły utwory „Kiss Of Life” Sade oraz „Poetry” Boogie Down Productions.

Posłuchaj

9. Jay – Z – Hard Knock Life (Ghetto Anthem) (1998, vol. 2 Hard Knock Life). Tym utworem Jay-Z wybił się do samego nieba show-biznesu. Recepta na sukces była dość prosta. Sampel „It’s Hard Knock Life” z Filmu „Annie” oraz opowieść jak Jazzy się wzbogacił. Brzmi to trochę banalnie, ale udało się. Bo w sumie ten utwór, ma to coś. Jay-Z okazał się zdolnym uczniem Notoriousa Biga.

Posłuchaj

8. Kaliber 44 – + i – (1996, Księga Tajemnicza. Prolog). Klasyk polskiego rapu to historia testu na wirus HIV, stąd tytułowe plus i minus. K44 jeszcze z Magikiem w składzie grał tak zwany psycho rap. O postaci Magika powiedziano bardzo wiele w ostatnim czasie, nie będę nic dodawać w tej materii. Nie zamierzam oceniać jego jako człowieka, ale jako raper był świetny i na tym tracku to w pełni pokazał. Aha nie słuchajcie tej piosenki od tyłu bo nawiedzi was Candyman o 3 nad ranem i włoży wam zęby pod poduszkę.

Posłuchaj

7. Ol’ Dirty Bastard – Got Your Money (feat. Kelis) (1999, Nigga Please). Ktoś kiedyś stwierdził, że do końca nie wiadomo czy OLD był najlepszym, czy najgorszym raperem z grona Wu-Tang Clan. Podpisuje się pod tym wszystkimi kończynami. „Got Your Money” to ckliwa opowieść alfonsa domagającego się od swojej „pracownicy” pieniędzy. Kelis,  w refrenie zapewnia swojego podwładnego, żeby się nie martwił, że pieniądze będą. A wszystko to na podkładzie z fajnym basem i jękami Dirty’ego.

Posłuchaj

6. Snoop Dogg – Who Am I (What’s My Name?) (1993, Doggystyle). I to jest dla mnie esencja rapu lat 90. Świetny, baunsującu, wibrujący podkład Doktorka Dre oraz charyzmatyczna nawijka Snoopa hedonisty. G-Funk pełną gębą. Debiutancki singiel Snoopa, którym się przywitał ze słuchaczami stwierdzeniem: „Nine-trizzay’s the yizzear for me to fuck up shit / So I ain’t holdin nuttin back” ludzie kupili. Aczkolwiek nie obyło się bez kontrowersji ze względu na mocne teksty oraz fakt oskarżenia o morderstwo. „Doggystyle” to zdecydowanie klasyka rapu, a utwór „Who AM I (What’s My Name)” jest tego potwierdzeniem.

Posłuchaj

5. Beastie Boys – Sabotage (1994, Ill Communication). Beastie Boys często zdarzało się na swoich albumach nagrywać nic nie wnoszące dłużyzny i zapychacze. Jednak do kapitalnych singli mieli nosa. Takim singlem było „Sabotage„, które mocno wyróżniało się na dość przeciętnym „Ill Communication„. Nowojorskie trio od początku w swojej twórczości łączyli rap z rockiem (podobnie jak w latach 80 RUN-DMC). Nie inaczej jest w tym tracku, świetne gitarowe riffy łączą się tutaj z typowym, „wykrzykiwanym” stylem rapowania. Poza tym klip do tego utworu to mój top wszech czasów.

Posłuchaj

4. 2PAC – California  Love (1996, All Eyez On Me). Kilka miesięcy przed śmiercią, tuż po opuszczeniu więzienia legendarny Tupac Shakur zdążył wydać pierwszy dwu płytowy album hip-hopowy „All Eyez On Me”. Na płycie znalazł się utwór „California„, który w mojej ocenie jest jego najlepszym. Świetną robotę odwalił tutaj Dr. Dre, który stworzył jeden z najbardziej zapadających w pamięć beatów. Natomiast sam Shakur wzniósł się tutaj na wyżyny rapowego rzemiosła. Utwór faktycznie był jego powitaniem świata po wyjściu z więzienia, gdyż brzmi on niczym pies spuszczony z łańcucha. Klimatu dodaje teledysk nagrany w stylu filmu „Mad Max„.

Posłuchaj

3. Nas – The World Is Yours (1994, Illmatic).The World Is Yours” to mój ulubiony utwór z klasycznego „Illmatic„. Między innymi dzięki temu utworowi Nas na nowo zdefiniował hip hop. Wystarczy wsłuchać się w sposób jaki rapuje z świetnym wejściem w beat. Poza tym mamy tutaj kapitalny refren w wykonaniu Pete’a Rocka oraz klimatyczny, lekko jazzowy podkład.

Posłuchaj

2. The Notorious B.I.G. – Juicy (1994, Ready To Die). Największy przebój Christophera George’a Latore’a Wallace’a to jeden  tych utworów podsumowujących dorobek. Zmianę jaką przeszedł raper najlepiej obrazuje fragment: „Girls used to diss me / Now they write letters ’cause they miss me„. Jest to mocno sentymentalny utwór, sporo tu wspomnień i nowojorskich historii. Podkład nie wnosił świeżości, gdyż czuć na nim lata 80. Nie mniej podobają mi się wstawki gitarowe i śliczny refren.

Posłuchaj

1. Wu-Tan Clan – C.R.E.A.M. (1993, Enter The Wu-Tang (36 Chambers). W zasadzie nie mogło być innego numeru jeden. „C.R.E.A.M” być może nie jest esencją tego co działo się w hip-hopie lat 90, ale jest zdecydowanie najlepszym utworem gatunku tego okresu. Epickie linijki Szefa i Inscpectora Decka łączą się z prostym beatem opartym na powtarzającym się motywie klawiszowym. Natomiast samo określenie Cash Rules Everything Around Me na trwałe zapisało się w popkulturze.

Posłuchaj

50 Najlepszych utworów hip-hopowych lat 90. Część I (50-26)

9050. DMX – Ruff Ryders Anthem (1998, It’s Dark and Hell Is Hot). DMX, czyli Earl Simmons znany jest z tego, że podczas rapowania wypruwa z siebie żyły. Słuchając tego utworu dowiemy się kim jest DMX, co to jest Ruff Riders, gdzie i kiedy DMX nas zabije i (najważniejsze) dlaczego znowu?

Posłuchaj

49. Lauryn Hill – Doo Wop (That Thing) (1998, The Miseducation of Lauryn Hill). L-Boogie tworząc ten kawałek wykorzystała sampel z  utworu Fifth Dimension „Together Let’s Find Love„. Powtarzane w refrenie „That Thing” oznacza seks z kobietami lecącymi na kasę. Natomiast cały kawałek „Doo Wop” to świetne połączenie r’n’b z hip-hopem. Bogata aranżacja wchłania totalnie. Aha, nie zapomnijcie zobaczyć teledysku!

Posłuchaj

48. Raekwon – Carcerated Scarfaces (1995, Only Built For Cuban Linx). Album „Only Built For Cuban Linx” uważa się za najdoskonalszy w szerokiej, solowej dyskografii szefa. Beat stworzony przez RZA początkowo był przeznaczony do płyty GZA „Liquid Swords„. Jednak gdy The Chef go usłyszał, szybko go zabukował. Idealny wybór. Poza tym mamy tutaj popisową nawijkę i grę słów Raekwona.

Posłuchaj

47. Digital Underground – The Humpty Dance (1990, Sex Packets). Tytułowy Humpty to dość żartobliwy gość. Lubi dziewczyny z Burger Kinga, śmiesznie tańczy i nosi dziwne okulary z doczepionym nosem. Produkcja Digital Underground wskazywałaby na coś nowoczesnego, nic bardziej mylnego. Beat mocno siedzi w latach 80 i w zasadzie nie wprowadza nas w następną dekadę. Jednak propsuje ten kawałek ze względu na nietypową nawijkę Umpty’ego i ironiczny tekst.

Posłuchaj

46. Mase – Feel So Good (1997, Harlem World). Mason Durell Betha pochodzący z Harlemu to zarazem raper i pastor, którego wykreował Diddy (w latach 90 znany jako Puff Daddy). Debiutancki album Mase’go „Harlem World” to przyjemny i melodyjny materiał, który dość łatwo „wchodzi” . Na tym longplayu znalazł się świetny „Feel So Good” na którym lekki, funkowy podkład łączy się z rozważaniami na temat luksusowego życia. Generalnie propsy za świetną produkcję od Puffa.

Posłuchaj

45. WYP3 & Trzycha/Warszafski Deszcz – Mam Tak Samo Jak Ty (1998, Trzy). Połączone siły Wzgórza Ya-Pa 3 i Warszafskiego Deszczu nagrały jeden z najbardziej klasycznych, rodzimych hip-hopowych tracków. Siła tej produkcji tkwi w samplu Czesława Niemena oraz nawijce chłopaków. Do tej pory mam banana gdy widzę młodego TEDEgo oraz Borixona. Nie wiesz o co chodzi? To weź się k… dowiedz.

Posłuchaj

44. Positive K – I Got A Man (1992, The Skills Dat Pay Da Bills). Ok, sprawa wygląda tak. Darryl Gibson znany jako Positive K podbija do lasencji na podryw. Jednak nie potrafi zrozumieć, że dziewczyna posiada już faceta. Dochodzi do przepychanek słownych. Fatalną sytuację kończy smutny finał. A wszystko to na kapitalnym podkładzie z trąbkami.

Posłuchaj

43. Afro Kolektyw – Mów Do Mnie Negro (1999, Negatywne Wibracje). Zanim formacja Afrojaxa przeszła przemianę i zaczęła grać muzykę z pogranicza indie i popu to nieźle sobie radziła w hip-hopie. W czasach młodości zasłuchiwałem się w „Czytaj z Ruchu Ust Moich„, jednak wszystko zaczęło się w 1999 roku kiedy grupa wydała „Negatywne Wibracje„. „Mów Do Mnie Negro” to świetny kawałek z wpływami tak zwanego „acid jazzu” oraz zaczątkami storytellingu, z którego słynną teksty Afro Kolektywu.

Posłuchaj

42. Ice T – O.G. Orginal Gangster (1991, O.G. Orginal Gangster). Czwarty w dorobku album Ice T uważa się za najlepszy. Wcale mnie to nie dziwi, gdy słucham tytułowej piosenki. Mimo, że album powstał w 91 to słychać już tu zaczątki tak zwanego G Funku. Ice-T wraz z Dj Aladdinem i SLJ użyli sampli z legend funku: Jamesa Browna oraz Melvina Blissa. Efekt był zdumiewający. Sam Ice T natomiast nawija tak zwaną historię o tym jak zaczął tworzyć i określa się mianem oryginalnego gangstera. Tak poza konkursem, z perspektywy czasu ta cała gadanina o oryginalności, normalności i poruszaniu ważnych tematów wydaje się być śmieszna gdy popatrzymy na „naturalną” żonę Ice’a

Posłuchaj

41. P.M. Dawn – A Watcher’s Point of View (Don’t ‚Cha Think) (1991, Of the Heart, of the Soul and of the Cross: The Utopian Experience). Gdy pierwszy raz zobaczyłem klip do tego utworu na twarzy pojawiło mi się wielkie WTF?!? Pomijając jednak tą całą otoczkę to rapowy budda stworzył fajny, przyjemny track z pogranicza hip-hopu i popu. Lata 90 były urocze z takimi hymnami w tle.

Posłuchaj

40. Gang Starr – Mass Appeal (1994, Hard To Earn). Oj ten utwór w dużej mierze kojarzy mi się z grą Tony Hawk Pro Skater 4. Aż łezka się w oku kręci. A tak na serio to kapitalny kawałek z czasów kiedy Dj Premier nagrywał razem z MC Guru. Beat Premiera do tej pory to dla mnie mistrzostwo, a nawijający Guru porusza problem pozerstwa i nagrywania wyłącznie dla kasy. To są zaczątki hasła „Keep It Real”.

Posłuchaj

39. De La Soul – Millie Pulled a Pistol on Santa (1991, De La Soul Is Dead). W zasadzie De La Soul w 1991 nie był taki martwy, jak to obwieścił w nazwie płyty. Utwór opowiada historię Millie, która jest wykorzystywana seksualnie przez swojego ojca. Nikt jednak nie wierzy w jej wersje wydarze, gdyż jej rodziciel jest pracownikiem socjalnym. Niby historia jakich wiele o których możemy usłyszeć w TV. Jednak jak ona jest opowiedziana! Posłuchajcie jeżeli chcecie wiedzieć jak to się skończy. Aha, zapomniałem wspomnieć o podkładzie. Palce lizać, podoba mi się linia basu i hi-hat.

Posłuchaj

38. The Notorious B.I.G. – Mo Money, Mo Problems (1997, Life After Dead).Life After Dead” wydane po śmierci B.I.G.a sprzedało się jako ciepłe bułeczki. Być może to efekt tragicznej śmierci rapera, jednak sam materiał broni się świetnie. Tak sobie słucham „Mo Money, Mo Problems” i słyszę kapitalną produkcję Puff Daddy’ego, który w track wciągnął swojego zdolnego wychowana Mase. Sam B.I.G. pojawia się na końcu i jest to wejście smoka. Za sprawą takich utworów chce się cofnąć w czasie.

Posłuchaj

37. Naughty By Nature – Hip Hop Hooray (1993, 19 Naughty III). Nie słychać tego od razu, ale do produkcji tego utworu użyto sporo sampli. Usłyszymy tu między innymi fragmenty Jamesa Browna, Five Stairsteps, Isley Brothers czy też Petera Gabriela. Nawijka jest dość grzeczna, jednak pojawiają się doczepki jak choćby ta do raperów o zagranicznym akcencie. Niech nie zmyli was tytuł, to nie muzyka spod znaku Pana Yapy.

Posłuchaj

36. Eminem – My Name Is (1999, The Slim Shady LP). Slim gdy był młody i jeszcze mu się chciało tworzył świetne kawałki. „My Name Is” ma to wszystko czym Eminem uwiódł słuchaczy, czyli świetny tekst wypełniony sarkazmem a także charakterystyczną dla blondaska produkcję. Dobry utwór, aczkolwiek zawsze wolałem Shady’ego z okresu 2000-2002.

Posłuchaj

35. Grammatik – Płaczę Rymami (1999, EP+). Do tej pory mam wątpliwości co jest lepsze? Czy świetny, minimalistyczny, mroczny, klimatyczny beat od Noona czy może pełna refleksji i ciekawych metafor nawijka duetu Eldo i Jotuze? Nie potrafię wybrać. Jeżeli chodzi o polski hip-hop to ten kawałek to TOTALNA ESENCJA. I nie chodzi mi teraz o sam rap i epokę, ale o esencję dobrej muzy w ogóle. „EP+” był jednak tylko zapowiedzią opus magnum jakim było „Światła Miasta”.

Posłuchaj

34. Beastie Boys – Pass The Mic (1992, Check Your Head).If you can feel what I’m feeling then it’s a musical masterpiece” – Już pierwsza linijka mówi wszystko o tym tracku. „Pass The Mic” to zdecydowanie jeden z najlepszych utworów w dorobku Beastie Boys za sprawą świetnego, mglistego podkładu i rymów nowojorczyków.

Posłuchaj

33. Mos Def – Ms. Fat Booty (1999, Black On Both Sides). Pierwszą rzeczą jaką należy pogratulować Mos Defowi i Ayatollah’owi, który wyprodukował ten kawałek to dobór sampla. Aretha Franklin i jej „One Step Ahead” z 1965 roku to strzał w dziesiątkę! Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną to świetny, bujające kawałek. Sam Def również dał nietuzinkowy popis zabawą słowem i w świetny sposób przedstawił 3 sceny ze spotkania z dziewoją o grubszym tyłku.

Posłuchaj

32. Outkast – Synthesizer (1998, „Aquemini„). Ten kawałek to totalny kosmiczny odjazd. Psychodeliczny beat łączy się tutaj z rozważaniami OutKast (które wspomaga George Clinton) na temat społeczeństwa, postępu, komputerów i naukowców. Minęło 16 lat, tematyka wciąż pozostaje aktualna a beat dalej działa.

Posłuchaj

31. Nas – N.Y. State of Mind (1994, Illmatic). No cóż, zacznę od tego, że cały album „Illmatic” to dla mnie wielkie dzieło. O tej płycie już wspominałem przy okazji opisywania swoich 10 ulubionych rap albumów. „N.Y. State of Minde” przykuł moją szczególną uwagę za sprawą piekielnie sprawnego podkładu od DJ Premiera. Mocne uderzenia perkusyjne łączą się tutaj ze psychodelicznymi klawiszami. Sam Nas natomiast niepokojąco rzuca linijki typ: „Give me a Smith & Wesson, I have niggas undressin’„.

Posłuchaj

30. Ol Dirty Bastard – Shimmy, Shimmy Ya. (1995, „Return to the 36 Chambers: The Dirty Version”). Debiut Mario Balotelliego hip-hopu jak wskazywała na to nazwa był powrotem do kapitalnego „Enter the Wu-Tang (36 Chambers)” Wu-Tang Clanu. „Shimmy, Shimmy Ya” oparte na mrocznym beatcie z charakterystycznym klawiszem to przykład typowego dla Big Baby Jesusa odjazdu. Jego flow to wielkie BAM a pierwszy singiel z powrotu do 36 komnat to środkowy palec dla wszystkich tych, którzy mówili mu jaki ma być.

Posłuchaj

29. 2Pac – I Wonder If Heaven Got A Ghetto (1997, R U Still Down? (Remember Me)). Jeżeli chodzi o albumy wydawane pośmiertnie to mam wiele wątpliwości natury moralnej. Zawsze zadaje sobie pytanie na ile jest to inspirowane chęcią ukazywania światu niewykorzystanego materiału a ile zwykłą chęcią zarobienia. Nie wiemy też, czy uśmierceni artyści chcieli by odkopywać coś co sami schowali. Dlatego też na kolejną nową płytę 2Paca, Michaela Jacksona czy też innego zmarłego artysty patrzę z przymrużeniem oka. Z drugiej jednak strony nie poznalibyśmy tak świetnego utworu jakim jest „I Wonder If Heaven Got A Ghetto„…

Posłuchaj

28. Snoop Dogg – Gin And Juice (1993, Doggystyle). Hit z debiutu Snoopa Dogga można by skwitować zwrotką: „Everything is fine when you listening to the D-O-G„. „Gin and Juice” to klasyczny, rapowy letni szlagier w którym czuć sporo luzu. Natomiast produkcja Daz Dillingera i Dr. Dre to bujająca perełka lat 90.

Posłuchaj

27. Pete Rock & C.L. Smooth – They Reminisce Over You (1992, Mecca And The Soul Brother). Powstanie singla „T.R.O.Y” zostało zainspirowane śmiercią najlepszego kumpla Troya Dixona. Chłopaki w tym utworze zawarli wiele wspomnień z dzieciństwa a także odniesień do swojej rodziny. Beat wyprodukowany przez Rocka to kawał dobrej muzy pełen fajnych sampli, przewodzącego saksofonu i przyjemnie plumkającej linii basu. Znalazłem podsumowania, gdzie kawałek ten był najlepszym trackiem lat 90. W moim rankingu jest dalej, co nie zmienia faktu, że to muzyka godna uwagi.

Posłuchaj

26. The Roots – The Next Movement (1999, Things Fall Apart). Nie wyobrażam sobie jakiegokolwiek rankingu lat 90 bez The Roots. Co prawda dopiero się rozkręcali w tym czasie, ale mieli już na koncie kilka płyt. „The Next Movement” nagrany w końcowej fazie dekady to kawał dobrej muzy, gdzie usłyszymy skratche DJ Jazzy’ego Jeffa oraz wokale Jazzyfatnastees. Co do tekstu to podobno ważny jest kontekst historyczny a tytułowy Movement jest odbierany w dwojaki sposób. Jako ruch muzyczny oraz jako odniesienie do ruchu społecznego. Trochę to przekombinowane, gdyż nie widzę w tekście haseł o wolności dla czarnych braci a raczej teksty typu: „skończ przewijać kasety, kup CD”.

Posłuchaj

Kwietniowe propozycje filmowe

Odkurzam zapomniany ostatnio dział filmowy. Na początek ukłon Briana De Palmy dla Alfreda Hitchcocka oraz jedna z najlepszych ekranizacji Kinga.

raising cainRaising Cain / Mój Brat Cain (1992). Film Braina De Palmy opowiada historię doktora Cartera Nixa, który zajmuje się dziecięcą psychologią. W otwierającej film scenie próbuje on nakłonić swoją znajomą by ta powierzyła swojego synka do ośrodka w Oslo, gdzie grupa badaczy prowadzi badania nad dziecięca psychiką. Matka dziecka nie jest tym zachwycona, nie podejrzewa jednak, że Carter za wszelką cenę będzie próbował porwać dziecko. Usypia matkę i przy pomocy swojego brata bliźniaka Caina porywa dziecko i pozbywa się matki topiąc ją w rzece. Wkrótce jednak poznajemy kolejnych bohaterów historii – żonę Cartera – Jenny, Jacka – dawną miłość Jenny oraz ojca Cartera, który uznawany jest za martwego jednakże żyje i kieruje całą nikczemną akcją porywania dzieci. Tyle tytułem wstępu. Dlaczego film ten jest wart zachodu? Po pierwsze jest to popis reżyserski Briana De Palmy – jednego z moich ulubionych reżyserów, twórcę takich filmów jak „Carrie” czy też „Carlito Way’s”. Po drugie „Mój Brat Cain” w piękny sposób nawiązuje do klasycznego thillera „Psychoza” Alfreda Hitchcocka. Oczywiście wiele osób krytykuje ten film z tego powodu, gdyż momentami podobieństwa są zbyt widoczne. Dla mnie jednak te nawiązania są ciekawym smaczkiem. W filmie również mamy do czynienia z mordercą z rozdwojoną jaźnią, w tym przypadku w jednym umyśle znajduje się kilka osób. Ponadto słynna scena zatopienia samochodu na bagnach oraz kilka zwrotów oraz miejsc akcji (motel!). Warto również zwrócić uwagę na efektowną pracę kamer, która z ogromną ciekawością pokazuje nam różne szczegóły. Poza tym sama akcja toczy się w wyjątkowo szybkim i zgrabnym tempie. Natomiast zacieranie się granic poza snem a jawą przypomina mi najlepsze filmy Davida Lyncha. Momentami nie wiemy czy to co się dzieje jest prawdziwe czy nie. Dobre, psychologiczne kino, które ze stricte horrorem ma mało wspólnego.

salem's lotSalem’s Lot / Miasteczko Salem (1979). Do Miasteczka Salem po latach wraca Ben Mears – znany i sławny pisarz. Planuje on napisać książkę na temat domu Masternów – który związany jest z wieloma miejscowymi historiami. Będzie to dla Bena wyjątkowe wyzwanie, gdyż ów dom wywołuje w nim ogromny strach z powodu doświadczeń z młodości. Okazuje się jednak, że w tym czasie do domu sprowadza się tajemniczy Pan Kurt Barlow wraz z swoim współpracownikiem Strakerem. Wkrótce zaczynają ginąć ludzie, okazuje się, że tajemniczy Barlow jest starym wampirem, który przemierza miasteczka i spija krew z ich mieszkańców zamieniając ich jednocześnie w wampiry. Ben Mears wraz z pomocą małej grupki postanawia zabić wampira. „Miasteczko Salem” z 1979 roku jest jedną z najlepszych  filmowych adaptacji Stephena Kinga – mojego ulubionego autora horrorów, twórcę takich klasyków jak „Lśnienie” czy też „Zielona Mila”. Tobe Hooper – który jest dla mnie strasznie nie równym reżyserem wykrzesał w tym 3 godzinnym obrazie esencję grozy Kinga. Mamy tutaj do czynienia z wieloma nawiązaniami do klasycznego horroru z okresu lat 30.  Tajemnicze miejsca akcji – Stary zrujnowany dom, zamglone cmentarzysko dodają klimatu. Postać wampira Barlowa to klasyczny i chyba najbardziej przerażający obraz krwiopijcy. Poza tym postać młodego Lance Kerwina – fanatyka kina grozy to puszczenie oczka do wszystkich fanów gatunku. Na początku akcja toczy się powolnym i nużącym tempem – jednak końcówka jest mistrzostwem.

David Lynch – esencja twórczości, czyli 5 filmów, które trzeba zobaczyć.

David Lynch – amerykański reżyser, producent, aktor, scenarzysta, twórca muzyki. Istny człowiek orkiestra, geniusz obrazów z pogranicza snu i jawy. Jedna z ciekawszych postaci kina i telewizji, którą warto przedstawić. Poniżej znajdziecie pięć recenzji, które przybliżą wam piątkę jego obrazów, które wypadałoby zobaczyć.

The Elephant Man / Człowiek Słoń (1980). Zachowując chronologię powstawania, należałoby zobaczyć pierwszy film Lyncha, który zyskał ogromne uznanie oraz został uhonorowany Cezarem za najlepszy film zagraniczny. Oczywiście swoją wielkość Lynch zaprezentował już 3 lata wcześniej reżyserując Eraserhead / Głowa do Wycierania, jednak moja lista rozpocznie się od mocno wzruszającego Człowieka Słonia. Film ten oparty jest na prawdziwej historii Johna Merricka. Merrick, który cierpi na nietypową chorobę (jego ciało jest w dużym stopniu zdeformowane) jest atrakcją w cyrku jako „człowiek słoń”. Doktor Frederick Treves (Anthony Hoopkins) postanawia pomóc Merrick’owi. Akcja rozgrywa się końcówce XIX wieku i tu już pojawia się pierwszy duży plus za zobrazowanie tła wiktoriańskiej Anglii oraz rewolucji przemysłowej, która nabierała tempa. Dodatkowego klimatu dodaje fakt, że film jest od początku do końca czarno-biały. Charakteryzacja Johna Hurta, który wcieli się w rolę człowieka słonia również robi wrażenie. Dlaczego ten film warto zobaczyć? Jest to bardzo smutny a zarazem ciekawy obraz ukazujący problem inności, zrozumienia, akceptacji. Film świetnie ukazuje jak John Merrick pragnie żyć szczęśliwie i „normalnie”. Sceny z jego udziałem to istne wyciskacze łez. David Lynch przez pierwsze półgodziny świetnie tworzy napięcie i nastrój  oczekiwania na „człowieka słonia”, dalsza część jest już ukazaniem Johna Merricka w pełnym jego wymiarze. Poza scenami snów i pierwszą sceną filmu ukazująca kobietę przewróconą przez słonia brakuje tu typowego surrealizmu a la David Lynch, co sprawia, że film ten jest przyjazny każdemu widzowi i idealnie nada się na seans dla całej rodziny.

Blue Velvet (1986). Na początek troszkę o fabule. Jeffrey Beaumont (Kyle MacLachlan) znajduję kawałek odciętego ucha. Po zaniesieniu znaleziska na miejscowy komisariat postanawia wraz z nową poznaną koleżanką Sandy Williams (Laura Dern) rozwiązać tajemniczą zagadkę, która kryje się za odciętym uchem. Doprowadza go to do poznania Dorothy Vallens (Isabella Rossellini) i szalonego zwyrodnialca Franka i jego kumpli. Film klasyczny, świetnie pokazujący pewne relacje międzyludzkie oraz cielesność a jednocześnie opowiadający ciekawą historię pełną intryg i tajemnic. Tajemnica to słowo klucz w działalności Davida Lyncha. Bez pewnej dozy niewiedzy na pewne tematy filmy tego reżysera mogłyby stracić na wartości. Po drugie symbolika. Jej też nie zabraknie w Blue Velvet, nie jest może tak wyeksponowana w tym filmie jak w jego późniejszych dziełach, ale pojawia się. Na pochwałę zasługuje świetna kreacja Kyle’a MacLAchalana, który świetnie pokazał fascynację śpiewaczką Dorothy Vallens a także muzyka Angelo Badalamentiego, którego współpraca z Panem Lynchem była mocno owocna także w późniejszych dziełach reżysera. Z całą pewnością film z 1986 roku jest pozycją obowiązkową.

Twin Peaks: Fire Walk With Me (1992). Serial Miasteczko Twin Peaks, którego twórcami byli David Lynch i Mark Frost był kamieniem milowym w dziedzinie serialu. Jego charakterystyczna budowa, sposób toczenia się akcji, trudność w odbiorze spowodował, że nie był to serial masowy a wręcz elitarny. Z każdym następnym odcinkiem wyodrębniała się grupa społeczna, dla której ten serial był arcydziełem. Poza tym Lynch był jednym z pierwszych reżyserów kina, który swoją twórczość przeniósł na odbiorniki telewizyjne. Jego śladami poszli między innymi Martin Scorsese, Ridley Scott czy też Steven Spielberg. Przejdźmy jednak do samego filmu. David Lynch po zakończeniu dwu-sezonowego serialu Twin Pekas postanowił dać widzom „coś jeszcze”. Dlatego powstał Twin Peaks: Fire Walk With Me, który jest prequelem serialu. Pokazuje on wydarzenia, które zaistniały przed samym serialem. Zobaczymy między innymi śledztwo w sprawie morderstwa Teresy Banks jak i ostatnie dni życia Laury Palmer. Dla fanów serialu film ten powinien być łakomym kąskiem, obsadę stanowią praktycznie ci sami aktorzy, których znamy z Miasteczka Twin Peaks. Jednak Ci, którzy nie oglądali serialu także będą zadowoleni, gdyż obraz ten stanowi esencję twórczości Lyncha, pełną zagadek, sekretów, niedopowiedzeń i domyśleń. Mimo, że pojawiały się głosy, że Lynch za dużo dopowiedział do serialu to warto zobaczyć ten film ze względu na przytłaczającą atmosferę małego miasteczka Twin Peaks a także nerwowość scen z udziałem Laury Palmer i jej ojca.

Lost Highway / Zagubiona Autostrada (1997). To kolejny film Lyncha, gdzie zostałem zrobiony w bambuko. Od początku układałem sobie wszystko spokojnie w głowie, każdą scenę, każde wydarzenie. Wszystko próbowałem ułożyć w logiczną całość, jednak nic z tego. Końcówka filmu znowu zawirowała moim mózgiem a Pan Lynch po raz kolejny pokazał mi figę z makiem. Film przedstawia Freda Madisona (Bill Pullman), muzyka jazzowego, który podejrzewa swoją żonę Alice (Patricia Arquette) o to, że go zdradza. Małżeństwo dostaje dziwne kasety video z nagraniami z ich domu. Po pewnym czasie na jednej z nich ukazane będzie morderstwo Alice a Fred trafi do więzienia i zostanie skazany na karę śmierci. Jednak jak się później okaże to nie muzyk siedzi w celi tylko ktoś zupełnie inny… Od tego momentu zaczyna się dziać akcja pełna tajemnic. Po raz kolejny zobaczymy sceny z pogranicza rzeczywistości a fantazji głównego bohatera. Czasami mi się wydaje, że David Lynch pisze te scenariusze zaraz po przebudzeniu o 4 rano. Niedopowiedzenia w fabule mogą być minusem, jednak Lynch ukrył w tym filmie wiele wskazówek, które pozwalają ułożyć całość w logiczną kupę. Gdy już to każdy z nas zrobi spokojnie po seansie to wie, że film był genialny. Po raz kolejny udało się wytworzyć rewelacyjny klimat duszności i mroku dopełniony fragmentami piosenek Rammsteina. Chciałbym kiedyś pójść na piwo z Lynchem i pogadać o tym filmie.

Mullholand Drive (2001). Mullholand Drive to pierwszy film Davida Lyncha jaki obejrzałem. Jeszcze przed seansem nie wiedziałem czego się dokładnie spodziewać. Wiedziałem tylko jedno, że film ten jest wybitny. Niektórzy w swoich opiniach dzielili swoje życie na trzy etapy: przed Mullholand Dr, Mullholand Dr i post-Mullholand Dr. Zachęcony takimi zdaniami, zobaczyłem ten ponad dwu-godzinny obraz. Po obejrzeniu tego filmu mój mózg był jak wypluta guma do żucia. Nic do końca nie było takie jak na początku. Mimo, że film ten uznawany jest za jeden z tych, który najłatwiej idzie zrozumieć i logicznie poukładać to i tak wymaga od nas wysiłku intelektualnego. Akcja rozpoczyna się od wypadku samochodowego, przeżywa tylko kobieta – Rita (Laura Harring), która traci pamięć. Rita poznaje przypadkowo Betty (Naomi Watts), która niedawno przyjechała do Los Angeles by stać się „wspaniała aktorką”. Betty postanawia pomóc Ricie. Szczerze powiedziawszy nie widziałem nigdy tak zakręconego filmu. Ogromną zaletą Mullholand Dr jest to, że Lynch wymieszał w nim wiele gatunków. Mamy sceny typowo komediowe (historia reżysera Adama Keshera, scena z płatnym zabójcą) jak i wyrwane z najstraszniejszych horrorów (dziwna postać za restauracją). Reżyser tego obrazu stworzył świetny klimat narkotycznego Los Angeles. Sceny w teatrze czy też spotkanie reżysera z kowbojem na nowo definiują stwierdzenie „geniusz kina”. Dopełnieniem tego arcydzieła jest klimatyczna muzyka stworzona przez Angelo Badalamentiego. Ten film trzeba zobaczyć.

I tak na koniec trochę mniej serio twórczość Lyncha przedstawiona w dwie minuty:


Skuteczne strachaki, czyli 15 horrorów, które trzeba zobaczyć. Część pierwsza.

Muszę się przyznać, że jestem dużym fanem filmów grozy. Najbardziej cenię sobie klasykę gatunku, świetne lata 30, koniec lat 60, przełom lat 80 i 90, no i czasem jestem w stanie wyłowić jakąś perełkę nakręconą niedawno. Aczkolwiek obecnie panuje tendencja wracania do klasyki i kręcenia nieskończonej ilość sequeli, prequeli, remak’ów itd. Przykład? Chociażby ostatnie remake’i takich klasyków jak: Halloween, Friday 13th, Nightmare on Elm Street. Poziom tych filmów raczej jest niski bo bazuje głównie na trzech zasadach: więcej efektów specjalnych, więcej krwi i więcej cycków. Spróbuję więc przedstawić wam 15 horrorów, które moim zdaniem są klasą samą w sobie. Będzie ciężko, bo tych filmów znam dużo więcej. A więc zapraszam do lektury części pierwszej mojego zestawienia, a później do oglądania.

Alien / Ósmy pasażer Nostromo (1979). Film opowiada historię załogi statku Nostromo. Załoga, która wraca na Ziemię z zapasem rudy zostaje przebudzona, gdyż statek otrzymał nieznany sygnał z księżyc planety w układzie Zeta 2 Reticuli. Postanawiają to sprawdzić, niestety podczas eksploracji księżyca dochodzi do wypadku, jednemu z członków załogi przylepia się dziwna forma życia do twarzy. Kane z nieznanym obiektem na twarzy zostaje zabrany na statek, gdzie reszta załogi próbuje zdjąć z niego owego osobnika. Niestety nie jest to możliwe z powodu kwasu, który płynie w jego żyłach. Wkrótce jednak obca forma umiera a Kane przebudza się. Lecz to nie koniec podczas wspólnego posiłku Kane zaczyna się dziwnie czuć. Z jego klatki piersiowej wydostaje się mały obcy, który szybko zmyka do kanałów wentylacyjnych. Od tego momentu załoga będzie musiała sie zmierzyć z obcym pasażerem Nostromo.

Jeżeli ktoś jeszcze nie widział, to koniecznie musi zobaczyć ten film. Jest to klasyka horroru sciencie-fiction, sam film doczekał się wielu kontynuacji (dobrych co najważniejsze!) a postać Obcego stała się niemal kultowa. Można było ją zobaczyć w komiksach, grach komputerowych by później skojarzyć go z predatorem w filmach Alien vs. Predator. Ja sam jestem fanem całej serii, a pierwszą część uważam ze najlepszą. Mimo, że od premiery mija już ponad 30 lat to film nadal budzi mój podziw. Ridley Scott oddał idealnie klimat pustej przestrzeni kosmosu. Każdy późniejszy reżyser próbował inaczej wykorzystać Obcego jako niezniszczalnego, Ridley Scott zrobił to najlepiej wykorzystując to czego najbardziej boimy się najbardziej, czyli tajemniczości. Postać Obcego będzie gdzieś tam przemykać, po kolei likwidować kolejnych członków załogi i do samego końca nie będziemy wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Warto również zwrócić na grę Sigourney Weaver, która dzięki serii stała się gwiazdą na skalę światową.

Co dalej? Warto zobaczyć Drugą część, którą nakręcił James Cameron. Jest to już inny film, jednak wciąż trzymający poziom. W trzeciej części nakręconej przez Davida Finchera można doszukiwać się zwróceniu się w stronę pierwszej wersji. Także polecam. Czwarta część to już gwiazdorska obsada i komputerowe efekty, w ramach ciekawostki można zobaczyć. Nie polecam natomiast serii Alien vs Predator, która jest już zupełnie czymś innym. Ośmy pasażer Nostromo oceniam na 10/10 i proponuje każdemu spragnionemu dobrych wrażeń.

An American Werewolf in London / Amerykański wilkołak w Londynie (1981). Dwójka amerykańskich studentów podróżuje po Anglii. Z faktu, że są studentami to włóczą się po pastwiskach, śpią pod gołym niebem i poruszają się od wioski do wioski. Jednak pewnej nocy ujrzeli na polanie dziwnego zwierza. Okazało się, że był to wilkołak, który zaatakował dwójkę przyjaciół. Jeden z nich ginie, David, który przeżył trafił do szpitala. Gdy wraca do zdrowia zatrzymuje się u pielęgniarki Alex, która go przygarnia. David z czasem dowie się, że w wyniku ataku wilkołaka sam zamienia się w owego stwora przy pełni księżyca.

Nie może zabraknąć w zestawieniu filmu o wilkołakach. Jednego upalnego lata zapoznawałem się z filmami o tej tematyce i Amerykański Wilkołak w Londynie wydał mi się najciekawszą pozycją. Na szczególną uwagę zasługuje przede wszystkim scena ataku wilkołaka na dwójkę studentów. Oświetlenie i nasze domysły same budują napięcie tej świetnej sceny. Nikt z nas nie chciałby wtedy być na tym trawiastym pastwisku. Mogą nas czasem odrzucać efekty specjalne, jednak klimat zamglonej Anglii, świetne zdjęcia i atmosfera całej sytuacji nadrabiają zaległości w materii efektów specjalnych. Ocena: 7/10.

Z filmów o podobnej tematyce polecam przede wszystkim pierwszy film o wilkołakach, mianowicie The Wolf Man z 1941 z Belą Lugosi, który gra cygana zamieniającego się w wilkołaka. Poza tym dobry jest film o tytule „Wolf” z 1994 roku, z Jackiem Nicholsonem. Niedawno też w kinach można było oglądać The Wolfman z Anthonym Hopkinsem. Warto również zobaczyć, film świetnie trzyma w napięciu.

Braindead / Martwica Mózgu (1992). Wszystko zaczyna się od szczuro-małpy. Trzymana w nowozelandzkim zoo gryzie matkę głównego bohatera Lionela. Matka, która trzyma pod kloszem syna szybko zamienia się w zombie i zaczyna zagrażać otoczeniu. Choroba nieopatrznie dalej się przenosi i co raz więcej ludzi zaczyna delektować się ludzkim mięsem. Jedynie Lionel i jego latynoska dziewoja mogą zatrzymać poszerzającą się epidemię.

Na wstępie muszę powiedzieć, że ten film nie jest typowym horrorem a jedynie czarną-komedią, w której krew płynie rzeką a mózgi, ciała ofiar co chwile fruwają w strzępkach. Mnóstwo świetnych gagów, połączonych z elementami horroru. Świetne sceny z księdzem „karate”, rodzinka zombie żyjąca w piwnicy głównego bohatera, postać szczuro-małpy, scena z wyprowadzeniem dziecka-zombie na spacer oraz finałowa walka w domu z matką gigantem. Wiem, brzmi to mocno absurdalnie. I taki ten film właśnie jest. Pełen absurdów, kiczu oraz krwi. Co nie sprawia, że jest żenujący tylko stanowi ciekawe rozwiązanie na nudny wieczór. Ocena: 8/10.

Dracula (1931). Film jest oparty na opowiadaniu Brama Stokera. Prawnik Ranfield wyrusza do Transylwanii by podpisać z tamtejszym hrabią Draculą umowę o kupnie ziemi. Okazuje się jednak, że hrabia nie jest człowiekiem a wampirem, który żywi się krwią oraz  potrafi zamieniać się w zwierzęta. Wkrótce Hrabia Dracula wyrusza do Londynu, gdzie spróbuje uprowadzić młodą Lucy.

Wiem o tym, że nie wszyscy lubią stare filmy. Jednak moim zdaniem mają one w sobie to coś. I mimo, że brak tu efektów specjalnych a wszystko bazuje na naszej wyobraźni to szczerze mogę polecić ten horror z lat 30. Fenomenalną kreacje stworzył tutaj Bela Lugosi.Pamiętne „I’m Dracula”.  Dla tego emigranta z Węgier, który nie potrafił mówić po angielsku jeszcze poprawnie była to życiowa rola. Lugosi nawet sobie zażyczył by pochowano go w stroju wampira. Poza tym film ma wyśmienity, mroczny klimat. I mimo, że już nie straszy to warto go zobaczyć chociażby ze względu na Belę Lugosi. Ocena: 9/10.

Co jeszcze? Powstało multum filmów o wampirach, seriali itd. Większość to chłam oczywiście. Już w latach 80 wizerunek wampirów zmierzał w stronę człowieka aniżeli potwornego krwiopijcę. Nawet David Bowie zagrał wampira. Z filmów o tej tematyce szczerze mogę polecić Niemieckiego Nosferatu, Bram Stocker Dracula z gwiazdorską obsadą oraz warto zapoznać się także z filmem o tytule Wywiad z Wampirem.

Evil Dead / Martwe Zło (1981). Grupka młodych ludzi zatrzymuje się gdzieś w lesie w małym, drewnianym, opuszczonym domku. Ash i Scott znajdują w piwnicy, dziwną starą księgę oraz taśmę z nagraniem. Okazuje się, że wcześniejszym lokatorem domku był pewien naukowiec, który badał księgę umarłych. Przyjaciele postanawiają przesłuchać taśmę, jednak podczas słuchania nagrany głos wymawia pewne zaklęcie, które budzi do życia złą siłę. Przebudzone zło zaczyna atakować narybek, który będzie musiał wytrzymać do rana by przeżyć.

Najmocniejszym punktem tego filmu z pewnością będzie praca kamery, nie dowiemy się co kryje się pod złem, który zabija i wprowadza w opętanie uczestników podróży. Będzie nas gonić po lesie, osaczy nas w domu, przybierze najróżniejsze formy. Film w tym roku obchodzi 30-lecie premiery, jednak jak już wspominałem w wstępie filmy z tego okresu stoją na wysokim poziomie, czego wybitnym przykładem jest Evil Dead. Oglądając ten film czułem się jak bohaterowie, razem z nimi czekałem na wschód słońca, który miał być wybawieniem. Na ogromne brawa zasługują dwaj panowie: Sam Raimi, który wyreżyserował ten klasyk oraz Bruce Campbell odtwórca Asha. Pierwszy z nich wytworzył świetną atmosferę, już zaczynamy się bać gdy wiatr tupocze drzwiami. Natomiast Campbell zagrał na tyle dobrze, że mimo, że ten film oglądałem parę lat temu to wciąż pamiętam jego świetna grę. Ocena: 8/10.

Co jeszcze? Film doczekał się dwóch kontynuacji. Wiele osób ceni mocno drugą część, która mimo tego, że nazwana Evil Dead 2 nie pokazuje dalszej części historii a jedynie przedstawia ją na nowo w bardziej humorystyczny sposób. Trzecia natomiast prowadzi nas do średniowiecznych czasów, gdzie znalazł się Ash. Cała trylogia Evil Dead jest warta zobaczenia.

The Exorcist / Egzorcysta (1973). Mała Regan zaczyna nagle się dziwnie zachowywać, zdesperowani rodzice poszukują pomocy u lekarzy jednak nie zdaje to skutku. Do dziewczynki przybywa Ojciec Merrin, tytułowy egzorcysta, który wraz z Ojcem Karrasem spróbują wypędzić diabła, który siedzi w młodej dziewczynce.

Film ten można powiązać z Dzieckiem Rosemary oraz Omenem. Rozpoczął on dyskusje na temat opętania oraz samych egzorcyzmów. Film ten zawierał wiele drastycznych scen, jak na tamte lata, które budziły ogromny strach. Do tej pory film wzbudza podziw i ciekawi historią, która jest opowiedziana. Na szczególne wyróżnienie zasługuje również charakteryzacja małej Regan, która zostaje opętana. Wzbudza ona pewne poczucie nie komfortu przez swoje agresywne, wulgarne zachowanie. Film nawet został uhonorowany oscarem. Ocena: 10/10.

Co dalej? Z pewnością mogę polecić Egzorcyzmy Emily Rose,  jest to nowszy film, który ma na prawdę dobry poziom.

Frankenstein (1931). Kolejny klasyk kina. Fabuła oparta na powieści Mary Shelley. Historia szalonego naukowca doktora Frankenstaina, który pragnie stworzyć życie. Wykrada on wraz ze swoim pomocnikiem ze cmentarza świeże zwłoki by z nich stworzyć ciało, jednak omyłkowo wsadzają do niego mózg przestępcy. Ożywione monstrum zaczyna wymykać się spod kontroli doktora i terroryzować pobliską wioskę.

Każdy chyba zna tą historię. Film z 1931 jest najpopularniejszą wersją. Legendarna jest już kreacja Borisa Karloffa jako monstrum. W późniejszym czasie dołączył on do Beli Lugosi’ego i wystąpili w wielu horrorach lat 30. Także dzięki niemu do monstrum przylgnęło określenie Frankenstein, które samo w sobie już brzmi groźnie. Mimo upływy wielu dekad film nadal potrafi wzbudzić nasze zainteresowanie. Już raczej nikogo nie przestraszy, jednak jest to pozycja obowiązkowa dla każdego entuzjasty kina, zwłaszcza kina grozy. Ocena: 8/10.

Co dalej można polecić? Z pewnością drugą część „Narzeczona Frankensteina”, która jest uważana za lepszą od „jedynki” a w ramach ciekawostki polecam wersję tego filmu z 1994 roku, gdzie w postać monstrum wcielił się sam Roberto De Niro.

Friday 13th / Piątek Trzynastego (1980). Grupka znajomych wybiera się na obóz nad jeziorem Crystal Lake. Jednak nie znają oni drastycznej historii tego obozu. W 1957 roku zatonął tam mały Jasone Voorhees. Rok później w tajemniczych okolicznościach ginie tam dwójka obozowiczów. To nie koniec ofiar, nie znany morderca za pomocą noża wykańcza po kolei młodych ludzi, którzy przyjechali cieszyć się wakacjami.

Z pewnością najbardziej znany slasher w dziejach. Seria doczekała się multum kontynuacji oraz wykreowała w subkulturze postać Jasona w masce hokejowej z maczetą. Dla mnie osobiście mimo znaczącego wpływu tego filmu na kino grozy, był momentami przy nudnawy. Osobiście bardziej cenię drugą oraz trzecią część sagi przygód Jasona. Przyznam, że Piątek Trzynastego jest ciekawy z tego punktu widzenia, że do końca nie wiadomo kto jest mordercą. Dla tych, którzy nie widzieli powiem tylko tyle, że mordercą nie jest Jason. Pojawia się on dopiero w drugiej części. Ocena: 7/10.

Powstało 9 kontynuacji. Można je podzielić na dwa etapy. Pierwszy, najlepszy odnosi się do pierwszych części i pokazuje nam Jasona zabijającego młokosów wokół Crystal Lake. Od około gdzieś szóstej części Jason zamienia się w zombie, kosmitę i z najróżniejszych, najgłupszych powodów wraca do życia. Z czystym sumieniem możecie zakończyć oglądanie na czwartej części. Remake z 2009 też można sobie darować.

Batman

Kto z was w dzieciństwie nie chciał być super bohaterem i walczyć ze złem w tajemniczym przebraniu, za pomocą niesamowitych przyrządów? Bohaterem mojego dzieciństwa bez wątpienia był człowiek nietoperz, który walczył ze przestępczością w mieście Gotham City. Komiksy z batmanem, które przeczytałem można policzyć na palcach jednej ręki, ale dzięki serialom animowanym i filmom z batmanem w roli głównej zapragnąłem zostać superbohaterem na wzór batmana. Oczywiście nie zrealizowałem swojego marzenia z dzieciństwa, ale fanem filmów z netoperkiem pozostałem. Oto recenzje filmów z moim ulubieńcem:

Batman (1989) – Nie jest to pierwszy film z Batmanem, ale od niego zaczęła się seria filmów. Reżyserem był Tim Burton. I jest to jeden z głównych powodów dla których warto zobaczyć ten film. Pan Burton jest jednym z moich ulubionych twórców filmowych. Stworzył on wiele świetnych produkcji, z czego w prawie połowie brał udział świetny Johnny Deep. Gnijąca Panna Młoda, Jeździec bez głowy, Sok z żuka, Charlie i Fabryka Czekolady. I wiele, wiele innych filmów. Mają one swój bajkowy, mroczny klimat. I również w pierwszej części Batmana czuć było Tima Burtona i jego świetne pomysły. Następny powód? Obsada! Jack Nicholson jako Joker! Można godzinami debatować, kto zagrał lepiej tą postać? Ledger czy słynny odtwórca głównej roli takich filmów jak Lśnienie czy też Lot nad kukułczym gniazdem. W roli batmana mamy Michaela Keatona, ale jakoś bez większych wzlotów. Pojawia się również Kim Basinger. Towarzystwo jest zatem doborowe.

Słówko o fabule. Bogacz Bruce Wayne prześladowany przez wspomnienie morderstwa swoich rodziców postanawia walczyć z przestępczością za pomocą stroju nietoperza i kilku gadżetów. W tym czasie w mieście Gotham City dzieje się źle. Wszech obecna korupcja, w policji również oraz liczne przestępstwa powodują, że w mieście pojawia się Joker. Niegdyś mafiozo Jack Napier jednak po tym jak wpadł do zbiornika pełnego chemikaliów pragnie zemsty w tym na batmanie.

Efekty jak na rok upadku komunizmy w Polsce są bardzo dobre. Nieznacznie się zestarzały. Sam Batman wygląda może zbyt statycznie, tak bardziej komiksowo, ale jest to do zniesienia gdyż w ciągu dwóch godzin Tim Burton zapewni nam dużo świetnej zabawy przy oglądaniu tego filmu. Ocena: 8/10

Batman Returns/Powrót Batmana (1992). Kontynuacja pierwszej części Batmana. W Gotham City pojawia się człowiek pingwin, który wychował się w kanałach. Zachłanny biznesmen i przestępca Max Shreck (nie ten zielony Shrek ani to miejsce najkrótszych randez-vous) usiłuje zrobić z niego burmistrza miasta by przeforsować swój plan budowy elektrowni w mieście. By to zrobić człowiek pingwin wykorzystuje swoich ludzi by zastraszyć mieszkańców i jednocześnie osłabić batmana oraz burmistrza miasta. Pomaga mu w tym Kobieta Kot, która wcześniej usiłuje zemścić się na mężczyznach a przede wszystkim na swoim szefie Shrecku.

Druga część przygód Batmana również została wyreżyserowana przez Tima Burtona i również zagrali w niej świetni aktorzy. Tym razem Danny DeVito idealnie odegrał człowieka Pingwina, który mimo, że był postacią negatywną to wzbudza litość u widza. Świetnie pokazała nam przemianę Seliny Kyle w kobietę kota Michelle Pfeiffer. Natomiast Christopher Walken wcielił się w postać Maxa Shrecka. W roli Batmana wciąż Michael Keaton, który wypadł lepiej niż w wcześniejszej wersji. Zarówno jak w pierwszej części film zachwyca od początku mrocznym, baśniowym klimatem Tima Burtona. Idealnie dopasowane scenerie, kadry zachwycają oko. Muzyka natomiast skomponowana przez pana Elfmana zachwyca ucho. Akcja toczy się podczas świąt Bożego Narodzenia, miesiąc grudzień, lód, śnieg, ciemne wieczory, świecące choinki, lodowate rzeczki w parku, pływająca wielka żółta kaczka. Jeszcze nie poczułem się zawiedziony przez tego reżysera. Polecam każdemu. Nawet nie lubiąc Batmana warto zobaczyć. Ocena: 8/10.

Batman Forever (1995). Tym razem Tim Burton wyłącznie w roli producenta tylko. Reżyserią zajął się Jole Schumacher. I kurcze zestarzał się ten film. Kiedyś wydawał się lepszy, teraz na spokojnie mogę powiedzieć, że przekombinowany. Brakuje klimatu Burtona, mamy co prawda gwiazdorską obsadę, ale to nie wystarczy by zakryć wszystkie braki. Val Kilmer trochę mniej denerwuje jako batman, ale generalnie troszkę ciężko zaspokoić moją potrzebę dobrego odegrania człowieka nietoperza. Dla mnie Bruce Wayne/Batman to superstar i ciężko mi wskazać aktora który by dobrze zagrał tę postać i zaspokoił moją potrzebę spełnienia przed ekranem. Nicole Kidman zbłaźniła się, powiedziałbym to samo o panu Carrey’u, ale on właśnie w tamtym czasie miał same takie zwariowane role także pod tym względem nie zawiódł. Wydurniał się na swoim, niedoścignionym poziomie. Poza tym to był jego czas chwały a komedie z tamtego okresu można fajnie obejrzeć z kimś najbliższym. Najbardziej zawiodło mnie przedstawienie postaci Two Face’a, którego gra Tommy Lee Jones. Zupełnie nie przekonuje mnie historyjka z kwasem, jakoś za dużo w tym nonsensu, za dużo.

W tej części Batman ugania się jednocześnie za człowiekiem zagadką oraz byłym prokuratorem Gotham Dentem, który stał się nijakim Two Face. Motywy ich postępowania są z lekksza absurdalne, także nie spodziewajcie się fajnego psychologicznego portretu złoczyńcy. O ile człowiek zagadka jest opętany manią na temat swojego chlebodawcy Bruce’a Wayne’a to Two Face po prostu stał się zły bo oberwał kwasem po mordzie. Pojawia się postać Robina, który chce pomścić śmierć rodziny cyrkowców. Momentami film był fajny, momentami męczyłem się. Ocena: 5/10

Batman & Robin (1997). W miasta szaleje Mr. Freeze, który załamany nieuleczalną chorobą żony próbuje zamrozić miasto Gotham. Pomaga mu w tym przebiegła Pamela Isley, która jako Trujący bluszcz chce zagłady ludzkości by górą była nowa forma roślin. Jedynie Batman przy pomocy Robina może uratować miasto przed szaleńczym duetem. Fabuła jak widać dość kimiksowa i tylko tym można wytłumaczyć beznadziejność tego filmu.

Podejrzewam, że najgorsza część batmana jaka się ukazała. Niemiłosiernie się męczyłem oglądając ten dwóch godzinny koszmar zatytułowany Batman & Robin. Zacznijmy od tego, że nie lubię Robina, dla mnie Batman zawsze był samotnie walczącym bohaterem a jedyna pomoc na jaką mógł liczyć to Alfred, którego chyba próbowano uśmiercić w tej części. Dobrze, że tego nie zrobili. A w tej części nie dość, że ejst Robin, którego jakoś przełknąłem to pojawia się batwomen. Nie jest to oczywiści wymysł filmowców, Ci bohaterowie byli pokazani już wcześniej w komiksach, ale dla mnie Nietoperz musi walczyć sam.

Kiczowato ten film wygląda, strasznie się zestarzał. Oglądając go przypomniał mi się taki paskudny serial puszczany na Polsacie pt Power Rangers. Nasza trójka nietoperzy wyglądali właśnie jak te kolorowe ludki w kaskach. Uma Thurman fatalnie, obecny gubernator  Kalifornii irytował, za dużo już było tych jego hasełek, Goeorge Clooney jako bożyszcz Wayne Bruce OK ale jako Batman… no proszę. Alicia Silverstone jako Batgirl w porządku, ale i tak wszystko mizernie wyglądało. Jak brzmi stare piłkarskie porzekadło „Nazwiska nie grają”. Ocena: 3/10

Batman Begins/Batman Początek (2005). Na fali braków pomysłów na nowe filmy wrócono również do pomysłu Batmana by go odświeżyć i dodać do tytułu magiczne, wiele razy powtarzane słowo „Początek”. Także w tej części zobaczymy jak To mały Bruce przestraszył się nietoperzy, zobaczył śmierć swoich rodziców a także nauczył się tych wszystkich sztuk walki oraz nadał początek człowiekowi nietoperzowi. A w mieście Gotham dobrze się nie dzieje jak zwykle. Korupcja, handel prochami, mafia trzyma władze. Jednak pojawia się nasz bohater, który nie tylko musi wyczyścić miasto z przestępczości ale uratować je przed Ra’s Al Ghul i jego ninja, którzy chcą zniszczyć miasto za pomocą strachu.

Nie jest to kontynuacja Batmana i Robina oraz pozostałych części Tima Burtona i Jole’a Schumachera. Christopher Nolan raczej od tej części rozpoczął własną serię filmów z nietoperzem. Na pewno na plus można odnotować, że porzucono komiksową specyfikę fabularną i wszystko wydaje się bardzie uzasadnione, bardziej realne. Taki Scarecrow to nie jakiś strach na wróble tylko koleś z workiem na głowie pryskający gazem strachu. Historia jest wiarygodna i mimo, że momentami zastanawiamy się WTF? to jest to firm na poziomie, który nie męczy a momentami nas zainteresuje. Jest grupa mankoltentów dla których to najgorsza część Batmana, ale dla mnie te odświeżenie było fajnym pomysłem. Zwłaszcza, że dało to ujście kolejnej część o której dalej. Ocena: 6/10

The Dark Knight/Mroczny Rycerz (2008). Najnowsza i zarazem ostatnia produkcja z walecznym nietoperzem. Reżyserią zajął się Christopher Nolan. I co by powiedzieć o tym filmie by nie przesadzić? Jest świetny to się zgadza. Bardzo dobry, dynamiczny, pełny akcji i napięcia obraz z takimi gwiazdami w rolach głównych jak: Heath Ledger, Gary Oldman, Morgan Freeman, Aaron Eckhart czy też Christian Bale jako Batman. Najbardziej spodobała mi się dwójka Ledger i Oldman. O ile Joker i Ledger to już klasyka, świetna rola plus przedwczesna śmierć aktora mają swój efekt to Oldman troszkę w cieniu. Niezasłużenie. Koleś świetnie pokazał się jako porucznik Gordon. Jedna z lepszych ról w filmie. Jeżeli chodzi o warstwę techniczną to wszystko idealnie. Przez 152 minuty nie czuć upływającego szybko czasu, świetnie się bawiłem oglądając ten film. Zwłaszcza scenę w której Joker napada na policyjna eskortę. Efekty specjalne mocnym plusem filmu. Sam Batman jest mocno dynamiczny, taki jak bym tego oczekiwał. By to uwydatnić porusza się on często na swoim motocyklu.

Scenariusz też jest ciekawie rozpisany. Podoba mi się to jak został pokazany Joker i sam Hervey Dent i jego przemiana w Two Face. Wątek ten został pominięty w wersjach Burtona, jednak The Dark Knight nadrabia te zaległości. Fabuła może nie różni się zbyt wiele od wcześniejszych wersji bo mamy miasto Gotham City, w którym dzieje się po prostu źle. Nowy Prokurator Hervey Dent ma temu zaradzić. Pojawia się jednak nieprzewidywalny Joker, miasto musi liczyć na pomoc Batmana. I jak się okaże dobro i miłość nie zawsze wygrywa. Sam film mi się mocno podoba i jeżeli nie macie co robić wieczorem to polecam. Ocena:8/10.