Przegląd Filmowy #7

Czas po raz kolejny odkurzyć zasłużony dział filmowy. Muzyki nie słuchałem za dużo, więc nie mam na razie nic do powiedzenia w tej kwestii. Chciałbym jednak podzielić się swoimi opiniami na temat kilku filmów, które widziałem w ostatnim czasie.

mechanikNa pierwszy rzut obraz, do którego zabierałem się od dawien, dawna. Mowa o „Mechaniku” w reżyserii Brada Andersona. Film ten przedstawia historię Trevora Reznika (w tej roli okrutnie wychudzony, acz genialny Christian Bale), który cierpi na bezsenność. Dnie mijają mu na pracy w jednym z lokalnych zakładów oraz spotkaniach z prostytutką Stevie. Wieczory natomiast spędza w lotniskowej kawiarni gdzie do późnych godzin rozmawia z kelnerką Marie. Jest jednak pewien problem. Z powodu braku snu Trevor nie rozróżnia już rzeczywistości od często nawiedzających go zwidów. Zaczyna odczuwać niepokój, gdy spotyka Ivana o którym nikt z jego współpracowników nie słyszał. Zaczyna podejrzewać, że ludzie wokół są w zmowie przeciwko niemu. Prawda okaże się jednak brutalniejsza.

Po pierwsze „Mechanik” to absolutnie moje klimaty jeżeli chodzi o obrazy filmowe. Cała konstrukcja oraz sposób realizacji mocno przypomina dzieła Davida Lyncha. Mamy przecież liczne psychodeliczne wizje (jazda w domu strachów, zakrwawiona lodówka), bohatera nie rozróżniającego rzeczywistości od zwykłej halucynacji, ciepłe oraz industrialne miejsce akcji, zagadkę, symbolikę (lewa strona, prawa strona), poczucie zagrożenia oraz osaczenia (Co akurat może budzić skojarzenia z obrazami Romana Polańskiego). Film Andersona dodatkowo ma świetne, szare barwy, które potęgują klimat. „Mechanik” wciąga i może nie trzyma w jakimś wielkim napięciu, ale absorbuje całkowicie naszą uwagę. Poza tym moje uznanie dla Pana Bale’a, który specjalnie na potrzeby scenariusza głodził się by ważyć trochę ponad 50 kg. Szczerze polecam ten obraz, jeżeli lubicie zagadkowe filmy o specyficznym, mrocznym klimacie. Ocena: 8/10.

Dracula-Untold-Concept-TransformationNa drugi rzut dla odmiany film, który należy omijać szerokim łukiem. Takim obrazem jest tegoroczny „Dracula Untold„, czyli „Dracula Historia Nieznana„. Szczerze? Ta historia nigdy nie powinna być znana. To co zafundowali nam scenarzyści to arcy głupota. Nie chce mi się wymieniać wszystkich idiotyzmów z tego filmu, bo było ich wiele. Wspomnę tylko o tych, które mnie najbardziej bolą. Co do diabła uczyniono z postacią Draculi? Zamiast potwora, postaci tragicznej w swoim bycie otrzymaliśmy superbohatera, który w pojedynkę rozprawił się z całą armią osmańską. Druga rzecz to ten cały główny wątek, nie zrozumiały dla mnie. 100 tysięczna armia idzie na garstkę ludzi, tylko po to by pojmać syna Hrabiego? I to wszystko w dwa wieczory? Trzeci koszmar to turecki sposób na strach żołnierzy – czyli zawiązanie oczu całej armii. Bo w końcu boimy się tego co widzimy… Ten film uwłacza ikonie popkulturowej jaką jest Hrabia Dracula. Nie jest to też żaden horror, tylko zwykły film akcji. Dialogi są cienkie, fabuła naciągana, motywacje bohaterów niezrozumiałe, postacie słabo napisane. Widziałem ten film parę dni temu i nadal mnie boli, że straciłem swój cenny czas na tego gniota. Stanowczo odradzam. Ocena: 3/10.

pinNa zakończenie dzisiejszego przeglądu filmowego mam dla was perełkę z końca lat 80. Mianowicie film produkcji kanadyjskiej pod tytułem „Manekin„. Pewne rodzeństwo: Leon i Ursula żyje jak wiele rodzin. Ojciec lekarz, człowiek z zasadami oraz matka gospodyni domowa mająca fobię odnośnie porządku nie okazują za wiele uczuć swoim dzieciom. Te jednak znajdują przyjaciela w manekinie z gabinetu ojca. Po śmierci rodzicieli, Leon i Ursula mieszkają sami ze swoim „przyjacielem” Pinem. Ursula pragnie ułożyć swoje życie na nowo z nowo poznanym kolegą. Niestety inne plany ma Leon oraz przede wszystkim Pin.

Zacznę od tego, że nie jest to typowy horror. W tym filmie jest sporo z dramatu psychologicznego oraz thilleru. Obraz ten genialnie ukazuje konstrukcję psychologiczną bohaterów. Mamy wyraziste postacie ojca lekarza, perfekcyjnej pani domu oraz zagubionego syna. Trochę nie pasowała mi tutaj postać Ursuli, która początkowo wydawała się pustą i głupią Kelly Bundy by po czasie zamienić się w rozsądną i pracowitą kobietę. Druga trudna w ocenie postać to Pin. Do samego końca nie wiadomo, czy manekin faktycznie żyje, czy jest tylko wymysłem chorej wyobraźni. Film wciąga, momentami bawi ale głównie szokuje. Nie jest to może kino najwyższych lotów, ale „Manekin” jest całkiem sprawnie zrealizowany i dobrze się go ogląda. Ocena: 6/10.

20 najlepszych okładek płyt

Background_PurpleCzym byłaby muzyka bez tej fizycznej części? Jestem staroświecki, lubię mieć płytę na półce. Lubię podczas słuchania oglądać okładkę, czytać zawartość książeczki, śledzić teksty. To jest pewnego rodzaju rytuał słuchania płyty. Dlatego nie jarają mnie w ogóle wersje elektroniczne. Dzień w którym nie będzie można kupić płyty, filmu, książki i gazety w formie fizycznej będzie najsmutniejszym dniem w dziejach świata. Dzisiejszą notkę chcę poświęcić okładkom, które nie ukrywajmy są równie ważne co zawartość płyty. W historii muzyki było wiele kapitalnych płyt z słabymi okładkami i na odwrót. Dzisiaj chcę zaprezentować 20 moich ulubionych okładek.

arctic-monkeys-whatever-people-say-i-am-thats-what-i-am-notArctic Monkeys – Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not (2005). Z powodu fajki było sporo kontrowersji, jednak trzeba przyznać, że zdjęcie Chrisa McClure’a jest na swój sposób urzekające. Zawiera ono pewnego rodzaju prostotę. Nie jest może jakieś wybitne, ale idealnie pasuje do zwartości płyty.

Animal-Collective-Strawberry-JamAnimal Collective – Strawberry Jam (2007). Tak jak w przypadku wcześniejszej okładki to zdjęcie również pasuje do albumu. Płyta się nazywa truskawkowy dżem to i na zdjęciu mamy rozkwaszone truskawki. So ironic.

The Beatles - Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club BandThe Beatles – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (1967). Legendarna okładka kultowego zespołu. Znaleźli się na niej oprócz muzyków zespołu z Liverpoolu  i ich woskowych figur kartonowe wizerunki wielu znanych osób sztuki, muzyki, filmu, polityki, sportu, nauki i innych dziedzin. Współczesnemu, nieobeznanemu w historii człowiekowi wiele tych nazwisk nic nie mów. Te najbardziej znane to: Marlon Brandon, Edgar Allan Poe, Bob Dylan, Flip i Flap, Marylin Monroe, Karol Marks, Oscar Wilde i Albert Einstein. Monumentalne dzieło.

Blondie PLBlondie – Plastic Letters (1978). Sam zamysł robienia zdjęcia przy radiowozie brzmi infantylnie. Jednak to zdjęcie ma to „coś”, taki luz, który powoduje, że to moja ulubiona okładka Blondie. I pomimo tego, że zawartość płyty dupy nie urywa to kupiłem tą płytę ze względu właśnie na okładkę.

bob-dylan-freewheelinBob Dylan – The Freewheelin’ (1963). Mimo, że to zimowy Nowy Jork to ta okładka promienieje i wzbudza we mnie pozytywne odczucia. Nie wiem czy to sprawka Suze Rotolo, która wróciła z słonecznej Italii czy też tego hipisowskiego Volkswagena z tyłu?

born in the usaBruce Springsteen – Born In The U.S.A. (1984). Chyba najbardziej amerykańska okładka wszech czasów. Przetarte jeansy, kowbojski pasek, czapka z daszkiem i tyłek Springsteena. A to wszystko na tle flagi Stanów Zjednoczonych.

london-callingThe Clash – London Calling (1979). Źródeł  popularności okładki punkowej płyty należy upatrywać w nawiązaniu do grafiki ozdabiającej debiut Elvisa Presleya oraz fenomenalnym zdjęciu przedstawiającym Paula Simonona rozwalającego swoją gitarę podczas koncertu w Nowym Jorku. Połączenie ironii (muzycy zawsze podkreślali, że teksty takich muzyków jak Presley czy Rolling Stones są do dupy) i anarchii, którą symbolizuje roztrzaskana gitara.

clinic 1999 epClinic – Clinic EP (1999). Ta okładka przez długi okres czasu ozdabiała mój folder z muzyką na kompie. W jakiś sposób to samo się ustawiło. Jednak nie zamierzałem tego zmieniać, bo genialnie pasowała. Nie jest ona jakaś wybitna, jednakże przedstawia mój ulubiony instrument muzyczny – perkusję. A jeżeli ktoś jeszcze nie wie to bębny od zawsze był moją niespełnioną do końca pasją.

kanyewestlateregistration2005Kanye West – Late Registration (2005). Dropout Bear w szkolnym uniformie był chwytem marketingowym Kanye Westa w czasach zanim okładką jego płyty był brak okładki. A tak serio, gdy patrze na ten obrazek to mam mieszane uczucia. Sam West także budzi mieszane uczucia. Z jednej strony chętnie nakopał bym mu do tyłka, z drugiej cenię jego za kapitalną muzykę. Stąd wyróżnienie.

good-kid-maad-cityKendrick Lamar – Good Kid, M.A.D. City (2012). To zdjęcie wygląda trochę jak ten mem z tymi czterema śmiesznymi typkami przy jednym stole. Z drugiej strony, gdyby przejrzeć rodzinne albumy to możemy znaleźć dziesiątki podobnych fotek u siebie. Siła tkwi w prostocie i słoiku z żółtym „czymś”. Klimatu z pewnością dodają też cenzurki na twarzach. Świetna płyta, z świetną okładką.

108315_kombajn-do-zbierania-kur-po-wioskach_osme_pietroKombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – 8 Piętro (2005). Mechaniczny kurczak na fajnym odcieniu zieleni przez długi czas stanowił moją tapetę na telefonie. Moja słabość do tej płyty tkwi nie tylko w muzyce, ale i w tej grafice.

Fucked Up - The Chemistry of Common LifeFucked Up – The Chemistry of Common Life (2008). Kolejna okładka prezentująca uroki Nowego Jorku. Tyle, że tym razem w cieplejszy dzień przy zachodzie słońca. Metafora życiowego pośpiechu i cywilizacyjnego postępu. Być może zdjęcie jakich wiele, ale na swój sposób ujmujące i wciągające.

Menomena - Friend And FoeMenomena – Friend And Foe (2007). Zdecydowanie jedna z moich ulubionych okładek. Na te drobne elemenciki tworzące w kunsztowny sposób grafikę płyty Menomeny mogę patrzeć godzinami. Czuć duch Radiohead i ich stworka z „Amnesiac„.

N.W.A. - Straight Outta ComptonN.W.A. – Straight Outta Compton (1988). Te zdjęcie pokazuje tylko jedno. Trzymajcie się z dala od Compton, najniebezpieczniejszego miejsca na planecie. W naszym wydaniu brzmiałoby to tak „miasto jest nasze”. Gangsterska płyta z mocnymi tekstami wymaga równie mocnego artworku.

Nirvana - NevermindNirvana – Nevermind (1991). O tej okładce pisano już książki, dlatego też nie dodam nic oryginalnego. Musiała się znaleźć na liście.

of Montreal – The Sunlandic Twinsof Montreal – The Sunlandic Twins (2005). Zespół Kevina Barnesa przyzwyczaił nas, że muzykę of Montreal można interpretować na wieloraki sposób. Jednakże okładka albumu z 2005 roku symbolizować może tylko – Małżeństwo Kevina z Niną. Muzyka of Montreal zawsze szła w parze z uczuciami sercowymi wokalisty. Na tym etapie Kevin czuł się bliźniakiem Niny. Stąd taka a nie inna nazwa płyty i okładka. Co było dalej, poszukajcie sami.

Rage Against The Machine - Rage Against The MachineRage Against The Machine – Rage Against The Machine (1992). Chyba pierwsze zdjęcie na liście o zabarwieniu politycznym. Rage Against The Machine często poruszali kwestie polityczne dlatego nie dziwi fakt,że użyli legendarnego zdjęcia z okresu wojny w Wietnamie przedstawiającego wietnamskiego mnicha dokonującego aktu samospalenia.

The Rolling Stones - Beggars BanquetThe Rolling Stones – Beggars Banquet (1968). Nie ma nic bardziej rockowego niż obleśny kibel z zamazaną ścianą. Wczytajcie się w te napisy i te obrazki.

the_velvet_underground-the_velvet_underground_y_nico-frontalThe Velvet Underground and Nico – The Velvet Underground and Nico (1967). W tym przypadku recepta na sukces była prosta – użycie grafiki Andy’ego Warhola.

Ścianka - Pan Planeta (2006)Ścianka – Pan Planeta (2006). Ta okładka jest jak cała zawartość tej płyty. Nie tylko ze względu na tytułowego Pana Planetę. Ale formę jaką on przyjął i jego minę. Uwielbiam takie ironiczne żarciki i heheszki.

Kylie Minogue

Po Sufjanie Stevensie pora na przegląd dorobku innego artysty. Tym razem padło na moją ulubioną artystkę pop Kylie Minogue, której fanem jest od czasów kiedy to jeszcze całe dnie biegałem w dresiku. Artystka trafiała do mnie swoimi przebojowymi singlami oraz (a może głównie?) urodą. W tamtym czasie na pytanie Britney Spears czy Christina Aguliera? odpowiadałem Kylie Minogue!

Kylie (1988). Oglądając zdjęcia Kylie z tego okresu przeciera się oczy ze zdumienia. Australijka jest jak wino, im starsza tym lepsza. Jednak nie zapominajmy, że ta płyta jest konsekwencją sławy jaką zdobyła grą w serialu „Sąsiedzi”. Słuchając debiutu „Kylie” ma się wrażenie jakby był to album bez historii. Typowa produkcja dla wczesnych lat 80 nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym poza dwoma pierwszymi piosenkami. „I Shoudl By So Lucky” i „The Loco-Motion” to fajne single z dość naiwnym tekstem. Jednak dalsze pozycje nie wyróżniają się niczym poza słodkim brzmieniem. Mimo to warto zapoznać się z debiutem Australijki, gdyż był to początek dla jej dalszej i bogatej kariery muzycznej. Ocena: 5/10.

Enjoy Yourself (1989). Nie minął rok a Kylie ponownie wkroczyła do akcji. „Enjoy Yourself” jednak nie był krokiem do przodu a jedynie utrzymaniem obecnej pozycji. Album ten jest mocno podobny do debiutu. Święta trójca: Atiken, Stock i Waterman, która była odpowiedzialna z poprzedni krążek wiedziała, że ta muzyka się sprzeda dlatego nie wprowadziła większych zmian na „Enjoy Your Self”. Z pewnością plusem tego albumu jest fakt, że kompozycje na nim zawarte są taneczne, energiczne i rewelacyjnie sprawdzają się jako żywa definicja muzyki pop z tego okresu. Jednak dla kogoś kto czekał na coś nowego „Enjoy Yourself” będzie rozczarowaniem, a szkoda bo sam tytuł płyt nakazuje się cieszyć. Mimo wszystko piąteczka się należy bo to całkiem przyjemny teen pop. Ocena: 5/10.

Rhythm of Love (1990). Zdecydowane najlepsza płyta, która wyszła spod rąk wcześniej wspomnianej trójki Atikena, Stocka i Watermana. Produkcja jest bardziej żywiołowa, głos Kylie jakby pewniejszy. To z pewnością był krok do przodu, jednak w tym momencie nie mogliśmy jeszcze wiedzieć, że Kylie stanie się jedną z legend muzyki pop. Najlepsze utwory na płycie? Z pewnością „Things Can Only Get Better” wyróżnia się ponad resztę (ta gitara!), jednak jest to album bardziej kompletny i równy w porównaniu do „Kylie” i „Enjoy Yourself”. Jeżeli chodzi o początek kariery Kylie (kiedy jeszcze miała te swoje niesforne kędziory na głowie a uśmieszek nie znikał z jej buźki) to jest to mój ulubiony jej album z tego okresu. Ocena: 6/10.

Let’s Go to It (1991). Rok 1991 przyniósł parę zmian. Przede wszystkim zmienił się wygląd Kylie, która wraz z wejściem w lata 90 stała się bardziej „sexy”. Kylie dojrzewa nie tylko wizualnie porzucając image słodkiej, fajnej dziewczyny ze sąsiedztwa, ale także muzycznie. Na „Let’s Go to It” bierze niektóre sprawy w swoje ręce i w ten sposób staje się współtwórcą niektórych utworów. Obok nazwisk Atikena, Stocka i Watermana pojawia się w końcu podpis Minogue. W tym momencie pokazuje swój potencjał, czego efektem będzie późniejszy sukces Australijki. Póki co „Let’s Go to It” był płytą średnią, nie wiele wnoszącą do muzyki pop. Jednak dla fanów jej wcześniejszej twórczości jest to nie lada kąsek. Mi osobiście do gustu przypadł utwór „Give Me Just a Little More Time” oraz „I Guess I Like It Like That”. Ocena: 5/10.

Kylie Minogue (1994). Gdy słyszymy jak brzmi opener tej płyty, czyli „Confide In Me”, jak brzmi sam głos Kylie to wiemy, że ten album jest definitywnie kolejnym etapem w karierze piosenkarki. To już nie Kylie tylko Pani Minogue. Inną zmianą jest brak Atikena, Stocka i Watermana. Produkcją zajęli się zupełnie inni ludzie tacy jak Dave Seaman czy Brett Anderson. Natomiast Kylie Minogue dalej próbuje sama tworzyć piosenki. Czwarta płyta wydaje się być bardziej stonowana, nie tak energiczna, ale wciąż popowa. W zasadzie melodie i brzmienie zawarte na „Kylie Minogue” nie odbiegają od tego co się dzieje w tym czasie w muzyce pop, ale warto posłuchać tej płyty dla tych paru fajnych, popowych ballad takich jak „Put Yourself In My Place” czy też „Dangerous Game”. Ocena: 6/10

Impossible Princess (1997). „Impossible Princess” (tytuł płyty nawiązują do śmierci księżny Diany) to pierwszy konkretny i na prawdę dobry album w dorobku Kylie, który świadomie mogę polecić każdemu entuzjaście muzyki elektronicznej. W tym czasie muzyka pop brzmiała inaczej, do mainstreamu przebiło się wiele motywów wyjętych z techno. Była to pewnego rodzaju rewolucja muzyki elektronicznej, której dostrzeżono zalety i zaczęto kombinować jak to połączyć ze współczesnym popem. Na albumie po raz pierwszy pojawiają się piosenki, które Minogue sama stworzyła od początku do końca. „Too Far” pokazuje dojrzałość jaką osiągnęła Australijka w tworzeniu piosenek, natomiast „Say Hey” zaskakuje nas swoim minimalizmem. Nad produkcją czuwali muzycy zespołu Manic Street Preachers, co słuchać wyraźnie w gitarowym „Some Kind of Bliss” czy też „I Don’t Need Anyone”.„Impossbile Princess” to dobra płyta. Ocena: 8/10.

Light Years (2000). Wejście w nowe milenium Kylie miała mocne. Chodzi mianowicie o singiel „Spinning Around”, który wepchnął Kylie Minogue do czołówki światowego mainstreamowego popu. Ten pierwszy, wielki przebój rozpoczął złotą erę w dorobku Kylie. Jednak „Light Years” to nie płyta jednego utworu. Jest to dobry, taneczny album na którym znajdziemy disco w najlepszym jego wymiarze. Takie „Your Disco Needs You” to świetny kawałek określany „najlepszym utworem disco od lat 70”. I trudno mi z tą tezą się nie zgodzić bo mamy tutaj do czynienia z naprawdę kapitalnym kawałkiem. Wystarczy wsłuchać się w ten patetyczny refren albo ten świetny mostek z okolic 1:51. Przy tworzeniu tej płyty pomagał Robbie Williams, który nawet zaśpiewał jeden gitarowy kawałek z Kylie „Kids”. Na co jeszcze warto zwrócić uwagę? „Loveboat” oraz „Under the Influence of Love” to fajne piosenki, zresztą jak cała płyta. Ocena: 8/10.

Fever (2002). To na prawdę gorący album, wypełniony po brzegi pierwszorzędnymi hiciorami. Któż z nas nie zna „Can’t Get You Out of My Head”? Największego przeboju Kylie. Poza tym rewelacyjne „Come Into My World” (chyba mój ulubiony utwór na płycie), taneczne „Love At First Sight”, pełne fajnych hooków „In Your Eyes” i na koniec mieszające gatunki „Burning Up”. „Fever” to zdecydowanie najlepszy, najbardziej przebojowy album w dorobku Australijskiej wokalistki. Pójdę nawet dalej i powiem, że jest to jeden z najlepszych albumów popowych mijającej dekady. Łączy on w sobie dojrzałość z nastoletnim szaleństwem. Świetne, taneczne podkłady idealnie się komponują z głosem wokalistki. Poza parkietowymi killerami można tutaj usłyszeć kilka innych dobrych utworów. Takie „Your Love” to fajna gitarowa piosenka, której nie powstydzili by się specjaliści od tego typu grania. Jeżeli miałbym wskazać jakiś jeden album nasiąknięty seksem to wskazałbym „Fever” Kylie Minogue. Kylie, która zaczynała od teen-popu dzięki temu wydawnictwu stała się światową divą popu i symbolem seksu nowego milenium. Ocena: 9/10

Body Language (2004). Po tak świetnie przyjętym albumie jak „Fever” oczekiwania były ogromne. Kylie troszkę rozczarowała recenzentów mimo, że „Body Language” to  na prawdę dobry i równy album. Single na nim zgromadzone nie są tak rażące taneczna radością jak na poprzednim krążku. Ciężko porównywać „Slow” na którym nie wiele się dzieje do takiego „Love At First Sight”, ale jest parę piosenek, które sobie całkiem nieźle radzą. Chociażby „Choclate” jest równie „sexy” jak kompozycje z „Fever” i spokojnie mógłby znaleźć się na tej płycie. Innym dużym plusem jest „Red Blooded Woman” z rewelacyjnym refrenem. Z pewnością te synth-popowe kawałki są na dobry poziomie a Kylie mimo wszystko pokazała klasę podczas gdy reszta czołówki mainstreamowej muzyki opierała się głównie na mniej lub większych skandalach. Chyba za to głównie kochamy Panią Minogue. Ocena: 8/10.

X (2007). Po genialnym „Fever” i jeszcze w miarę fajnym „Body Language” w dorobku Kylie przytrafiła się słabsza płyta, która okazała się strzałem kulą w płot. Osobiście bardzo lubię single zgromadzone na tej płycie. „2 Hearts” to fajna, rozkręcająca się piosenka, gdzie Kylie lansuje się na Marlin Monroe (odsyłam do teledysku), „In My Arms” to jeden z tych utworów, który utrzymywał mnie przy życiu kiedy musiałem słuchać rano w pracy RMF FM, natomiast „Wow” możliwe, że jest najlepszą piosenką w całym dorobku Kylie. Jednak poza tymi trzema utworami nie znalazłem niczego szczególnego na „X”. Niby jest fajnie, melodyjnie, ale jakoś mnie to nie przekonuje. Brakuje mi tutaj tego czegoś co wcześniej tak bardzo ceniłem u Kylie. Ocena: 5/10.

Aphrodite (2010). Po mało udanym „X” Kylie wzięła się w garść. Zostawiła w spokoju te zabawy w Marlyn Monroe, zacisnęła pośladki i wzięła się ostro do roboty. Efekt? Całkiem przyjemna, fajna popowa płyta „Aphrodite”. Opener i zarazem pierwszy singiel promujący „All The Lovers” oparty na zwykłym pitu pitu działa. Reszta jest kompatybilna. Prostymi środkami do celu. Z pewnością jest lepiej niż na poprzednim albumie. Gdy oglądam współczesne gwiazdy pop ciesze się, że jest jeszcze Kylie Minogue, która wciąż zachowuje klasę i nagrywa fajne piosenki, które ucieszą każdego. Mocne punkty na płycie? „Everything Is Beautiful” – tekst może naiwny i prosty, ale jak ten kawałek brzmi. „Too Much” – czy nie brzmi to jak ten ostatni utwór od Rihanny i Calvina Harrisa? (Kylie była pierwsza). Poza tym na plus… w sumie każda piosenka na tej płycie jest plusem. Każda coś ciekawego wnosi. Brawo, Australijka nie schodzi od ponad 10 lat poniżej dobrego poziomu. Ocena: 7/10.

10 nietuzinkowych płyt hip-hopowych

Ostatnio zasłuchiwałem różnorakich rymów rapowanych i tak wpadłem na pomysł stworzenia listy 10 płyt bez, których hip-hop byłby uboższy. Płyty znane, klasyczne, wpływowe, dodające wiele do czarnego nurtu. Oto najważniejsze płyty z czarną muzą, które przesłuchać warto a nawet trzeba:

Beastie Boys – Paul’s Boutique (1989). Trzech byłych punkowców przechodzi na czarną stronę muzy i idąc w ślad Run/DMC dodają od siebie wiele nowego i dobrego do muzyki hip-hopowej. Choć nie pozostawiają ukochanego rocka gdyż wciąż można u nich usłyszeć gitarowe riffy i moc uderzenia w bębny. Stara szkoła hip-hopu w najlepszym wykonaniu. Chłopaki swobodnie wymieniają się poszczególnymi zwrotkami i czuć dobrą zabawę jaką mieli przy nagrywaniu tej płyty. Taki 5-Piece Chicken Dinner to 21 sekundowa esencja wyśmienitego dzwonka w telefonie. Poza tym nie jest jakoś poważnie, chłopaki rymują nawet o kolesiu jajku w Egg Man, który kończy się horror-ową nutą. A Hey Ladies idealnie ukazuje luzackość na tej krążku. Car Thief to przykład świetności podkładów na albumie z 1989 roku. Kolesie mają na prawdę talent i dobrze im to wychodzi. Może czasem przynudzają grając swoje improwizacje, jednak to co zrobili pod koniec lat 80 i początek 90 zasługuje na medal. I nie jest to zasługą ich żydowskiego pochodzenia. yo

Eminem – The Marshall Mathers LP (2000). Moja przygoda z Eminemem zaczęła się w podstawówce kiedy to pierwszy raz ujrzałem tego śmiesznie rapującego blondasa na niemieckiej vivie u babci podczas wakacji. Spodobał mi się od razu i zapamiętałem sobie to słowo na odwrócone E. Później kuzyn pożyczył mi oryginalną płytę gdzie na czarno-białej okładce słynny Shady siedzi przed domkiem. Dostałem wtedy od kuzyna tylko jedną wskazówkę. Nie słuchaj przy mamie piosenki numer 12. Początkowo nie ogarniałem tego o czym Em rapuje, ale wiedziałem, że jest mocno wulgarnie i kontrowersyjnie. W mediach było o nim głośno. Moim zdaniem płyta z 2000 roku jest jego najlepszą płytą w całej dyskografii. Na żadnej już następnej płycie nie był tak szokujący, tak wiarygodny i tak po prostu znakomity. Mamy tutaj takie kawałki jak Cryminal, I’m Back czy też The Way I Am. Jest druzgocący Kim, który przedstawia niezwykle prawdziwą kłótnię z Kim, którą na późniejszych albumach przepraszał i prosił o wybaczenie. Poza tym nasz biały raper nie pozostawia na nikim suchej nitki, wtedy obiektami drwin byli Fred Durst czy też Britney Spears. Poza tym na  płycie pojawiali się kolesie z D12 oraz między innymi X-Zibit, Snoop Dogg a w utworze Stan Dido, która później dzięki tej kolaboracji wypromowała się. Nad produkcja czuwał sam Dr. Dre. Teraz trochę Eminem jedzie już na sprawdzonych patentach, wtedy jednak było to coś nowego, co intrygowało a przy tym posiadało ogromny potencjał. Polecam.

Grammatik – Światła Miasta (2000). Swego czasu dużo słuchało się hip-hopu. Mieszkanie na osiedlu ma swoje uroki i wpływa na kształtowanie młodego umysłu. Jednak nigdy nie mogłem się przekonać do warszawskich grup a Grammatik mimo, że znałem od dawna to doceniłem stosunkowo nie dawno. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to jedna z najmądrzejszych płyt (nie tylko hh) jaka powstała w tym kraju. I mimo, że mija już dekada odkąd wyszła na świat to jej teksty  i tematy w nich obrane są wciąż aktualne. Światła miasta charakteryzuje nie zwykła dojrzałość. Eldo w wieku 21 lat śmiało wyznaje „Nie mam już sił by przez dziurkę od klucza świat podglądać”, „A ja tylko chcę sam kierować swoim życiem” czy „Gdy jest się młodszym, chce się bawić, szaleć / Ja już dojrzałem i chyba za wcześnie zezgredziałem chyba”. Biciki i podkłady idealnie komponują się w przemyślenia młodych Warszawiaków. Nie ma tu plastiku, sama poezja nowoczesna podana w luźny, niezobowiązujący i niewymagający rapowy sposób. Posłuchajcie kiedyś późną nocą, gdy będziecie sami.

NAS – Illmatic (1994). Debiut nowojorczyka, który również udzielał się w The Firm (nie kojarzcie z naszą firmą) okazał się objawieniem hip-hopowym swego czasu. Płyta raczej nie jest nasiąknięta singlami podbijającymi serca słuchaczy radia, ale tworzy jednolity, ciekawy i na wysokim poziomie kawał dobrego hip-hopowego gówna. Po przeciwnej, cieplejszej stronie nagrywał wtedy Snoop Doggy „You don’t love my, You love my doggystyle” Dogg, ale to Nas w moim guście więcej dał tej muzie. Czuć na niej klimat zimnego, brudnego Nowego Jorku. I raczej nie opisuje radośnie swojego otoczenia. „Dear Born, you’ll be out soon, stay strong / Out in New York the same shit is going on” ,”You see the streets have me stressed somethin terrible” . Te fragmenty dobrze obrazują tę płytę. Warto zauważyć, że raczej nie ma mowy tutaj o jakimś gangsta rapie a hip-hop lat 90 idzie już w inną stronę. Dzisiaj do inspiracji tą płytą przyznają się obecnie najpopularniejsi raperzy z Eminemem i The Game na czele a sam Nas nagrywa „Hip Hop is Dead”

Notorious BIG – Ready To Die (1994). Christopher Wallace czyli po prostu Notorious BIG. Faktycznie tak wielki jak się określa. I nie chodzi tu już nawet o wielkość i masę jaką posiadał, ale to ile zrobił dla hip-hopu w swoim krótkim życiu. I Tu kolejny paradoks. W nazwie debiutanckiego albumu zawarł gotowość na śmierć. Za pewne nie wiedział, że trzy lata później dojadą go na zachodnim wybrzeżu tuż po wydaniu drugiego albumu. Sprawa z nim jest dość mało jasna. Początki miał jak każdy murzyn z dzielnicy. Schemat: rzucenie szkoły, bujanie się po krawężnikach, sprzedaż narkotyków, paka, rapowanie, wydanie płyty. Nie będę wnikał w to czy był zamieszany w śmierć Tupaca i czy jego morderstwo to była po prostu zemsta. Obaj nie żyją i trzeba im oddać, że robili porządny kawał czarnej muzy. Sam Notorious BIG słynną nie tylko z fałdowanej budowy ciała ale z świetnych freestyle’ów. Wróćmy jeszcze do albumu. Pełno tutaj dziarskiego flow, dobrego brzmienia oraz fajnych skitów z narodzinami w intro i smarkaniem w Gimme the Loot na czele i wiele, wiele rożnych, różniastych, serio różniastych he he. Tematy tekstów natomiast dotyczące murzyńskich spraw ulicy „Your face, my feet, they meet, with stompin”. Koleś zna się na rzeczy, sprawdź to gówno yo yo.

N.W.A. – Straight Outta Compton (1988). To najniebezpieczniejsza Grupa Świata właśnie stworzyła podwaliny haseł, dziś wszech obecnych w hip-hopie, zwłaszcza tym blokerskim typ chwdp (hwdp), jp100%, slu itd itp. Określając to jasno w tytule piosenki Fuck The Police. Zresztą zerknijcie sobie też na tytułowy opener Straight Outta Compton. Grupa nie istniała za długo, jednak wpisała się do rapowanej księgi. Szybko zrozumieli, że ten interes bardziej opłaca się solo. I tak do dziś Ice Cube nagrywa płyty, które mają swoich odbiorców a Dr-Dre zajmuje się produkcją i często widzimy jego mordkę czy to obok Snoop Dogga czy Eminema. Podobnie jak Public Enemy chłopcy opowiadają jak to ciężko jest się bujać po dzielni, gdyż miejscowi szeryfowie zatruwają im skutecznie życie. Jednak swoją frustrację wyładowują w sposób dość agresywny jak i na swój sposób sugestywny i jasny na swoim drugim albumie. Widać, że West Coast też nie miał lekko. Czuć, że jest gorąco i nie tylko z powodu typowo kalifornijskiej pogody. Poza tym byciem murzynem w drugim na liście najbiedniejszych przedmieść Stanów Zjednoczonych musiało zaowocować taką płytą. Warto jednak tego posłuchać bo płyta jest oparta na fajnych podkładach a kolesie z Ice Cubem i Eazy-E na czele wyróżnili się spoko nawijką. Weź to poczuj.

Paktofonika – Kinematografia (2000). Zanim jeszcze nastały czasy tak zwanego hip-hopolo to warto zauważyć, że początki polskiego rapu są płodne w dobre płyty. Nie było chyba owocniejszego w tym czasie miasta niż Katowice. Kaliber 44 doceniam, ale nigdy nie byłem fanem psycho rapu. Przejście Magika do PFK było najlepszym transferem w dziejach polskiej muzy. A owocem tego jest album Kinematografia. Tego wcześniej nie było. W dodatku po śmierci Magika grupa został legendarna a ostatni pożegnalny koncert odbył się w 2003 roku. Każdy z nich prezentował swój, rozpoznawalny styl. Magik tego nie wytrzymał, ale Rahim i Fokus dalej nagrywają. Pierwszy z nich jest dla każdego ziomka z ławki po blokiem takim Kurtem Cobainem, jego wrażliwość pozwoliła nam słuchać wyjątkowych tekstów ale także przyniosła przedwczesną śmierć. Rahima spotykam na zakupach w Auchan, ale trzeba mu przyznać, że jest bardzo kreatywny i pomysły ma bardzo dobre. Co do Fokusa to wzbudzał zawsze najwięcej mojej sympatii. Jego barwa głosu wyróżnia go spośród innych polskich raperów. Niezniszczalność Fokusmoka jest również wynikiem ogromnej charyzmy. A płyta? Trzeba znać. Takie klasyki jak Jestem Bogiem czy Chwile Ulotne potrafi zanucić każde dziecko w piaskownicy. „Kawłek jest stary, ale nie o to chodzi” „a o co?” „posłuchaj tego”

Public Enemy – It Takes A Nation Of Millions To Hold Us Back (1988). Lata 80 to nie tylko pudel rock, Franek Kimono, Disco Polo i kostka rubika. To także rozkwit muzyki ulicy, czyli hip-hopu, który miał charakterystyczne brzmienie i bazował często na rockowych podkładach. Public Enemy to idealny przykład jak głos czarnych mniejszości wołał głośno „fuck off”. Pełno tutaj krytyki polityki rządu Stanów Zjednoczonych i ogólnie jazda i dissy na wszystko co odgórne i medialne zakłamanie „Some media is the whack / You believe it’s true, it blows me through the roof / Suckers, liars get me a shovel”. Warto wspomnieć, że to już kolejna grupa z Nowego Jorku, która pojawia się w zestawieniu. East Coast Rulez jednak. Przyznam się, że przed odsłuchem pierwszy raz ich nie wiedziałem czego się spodziewać. Nazwa brzmi dość groźnie. Wróg publiczny. Wyobrażałem już sobie nie wiadomo co, brzmienie jednak mają całkiem przyjemne i old schoolowe. Wsłuchując się w teksty wychwytuje się te nie zadowolenie, bo teksty są mocno upolitycznione. Od tego momentu wielu raperów jechało po władzy a obecnie jest to już niemal powszechne. Bo hip-hop najczęściej opowiada albo o tym jak się jest zajebistym czarnuchem i ile to lasek zaliczyło na imprezie albo o tym jak ch**** jest w naszym mieście.

Run-D.M.C. – Run-D.M.C. (1984). O pierwszych krokach hip-hopu i Run-D.M.C. już pisałem w recenzji Raising Hell. Przyjrzyjmy się jednak z bliska debiutanckiej płycie, która pokazała, że muzyka rapowana może być nie tylko fajna dla czarnej młodzieży bo przy rytmach Run-D.M.C. bawił się również świetnie biały „rockowy” narybek. Głównie dzięki łączeni rockowych podkładów pod rapowanie Run’a i DMC. Kolesie o świetnym wizerunku czarnych skór, białych butów adidasa, łańcuchów i kapeluszy na stałe wpisali się w kanony muzyki rozrywkowej. Trzy pierwsze płyty nadały ton późniejszego rapu i przetarły drogę dla takich zespołów jak Beastie Boys czy też późniejszych gangsta bandów Public Enemy czy N.W.A. Można w sumie powiedzieć, że to od nich się zaczęło. Debiutancka płyta była innowacyjna, może bez wielkich hitów, które pojawiły się później (Walk This Way, It’s Tricky), ale miała to coś co podbiło w latach 80 serca amerykańskiej młodzieży i nie tylko. Do tej pory grupa mimo, że się rozpadła i pozostało żywych już tylko dwóch członków to traktowana jest z szacunkiem i jest rozpoznawana. Myślę, że warto sprawdzić dlaczego teraz w towarzystwie wyuzdanych lalek 50 cent liczy dolary w swoim hammerze.

Wu-Tang Clan – Enter The Wu-Tang (36 Chambers)(1993). Legendarna grupa ze Staten Island w Nowym Jorku i ich arcydzieło z 1993 roku to pozycja obowiązkowa dla każdego fana czarnych rytmów. Nie tylko dla dresików z bloku ale i każdego entuzjasty muzyki grupa Wu-Tang Clan powinna stanowić ogniwo porządnego hip-hopu. W składzie Ghostface Killah, GZA, Inspectah Deck, Masta Killa, Method Man, Raekwon The Chief, RZA, U-God i nie żyjący już Ol’Dirty Bastard. Każdy z nich w późniejszym czasie nagrywał świetne płyty solowe i robią to do dziś i są w dobrej formie. Początek lat 90 to okres pojawienia się gangsta rapu a Wu-Tang Clan to przedstawiciele mafioso rapu. Poza tym nastąpił powolny kres łączenia rapu z rockiem a czarna muza obrała własny kierunek. Debiut nowojorskiej grupy jest przepełniony świetnymi bitami (Shame on A Nigga, Tearz), kolesie nawijają o ciemnych stronach życia w Nowym Jorku „Who don’t pay they bills on time and fuck wit digital /Never seen, smoke a bag of evergreen” a cała płyta trzyma wysoki poziom i jest pełna wstawek z filmów kung-fu. Mamy tu też tak kultowe kawałki jak Protect Ya Neck, C.R.E.A.M. czy też Wu Tang Clan Ain’t Nuthing Ta Fuck Wit. Pojawiają się także różniaste skity z typową szybką murzyńską gadaniną, niektóre całkiem zabawne. Tą płytę trzeba po prostu znać.