Muzyczne podsumowanie roku 2019

Tradycyjnie, o tej porze roku pora pożegnać się z rokiem 2019 i przywitać nowy rok. Jak zwykle miałem wiele zaległości recenzenckich, których postanowiłem nie nadrabiać (krejzol ze mnie). Jak zwykle nie przesłuchałem też tyle muzyki, ile chciałem i nie zobaczyłem tylu filmów ile mógłbym. I jak zwykle chciałbym by nowy rok był powrotem do formy pisarskiej. Przede wszystkim bym częściej pisał i częściej odpisywał na e-maile… Z tym, że tym razem postanowiłem potraktować to postanowienie poważnie. Zamykam więc rok podsumowaniem. Oto 10 płyt, które najbardziej przypadły mi do gustu w zeszłym roku.

10. Chance The Rapper – The Big Day. Trochę się bałem tej płyty, ale nie było źle. Ba nawet spoko, skoro się tutaj załapał.

9. James Blake – Assume Form. Pan Blake jest zawsze OK, i niech tak pozostanie.

8. Spielbergs – This Is Not the End. Miły i sympatyczny zespolik z Norwegii odkryty przez Pitchforka. Grają fajnie, ale póki co nie zapuszczają się dalej niż Wyspy i Niemcy.

7. Future – Future Hndrxx Presents: The WIZRD. Future jak to Future, trochę robi się jak Drake. Wydaje często i gęsto, jednak z poziomu póki co jeszcze nie schodzi.

6. FKA twigs: MAGDALENE. Nie zdążyłem napisać o tej płycie na blogu, ale nie tylko o tej!  Nie zmienia to jednak faktu, że ją jak najbardziej propsuje.

5. Kanye West – Jesus is King. Nie wiem na ile te nowe chrześcijańskie oblicze Kanye jest prawdziwe, ale podoba mi się. Dobra mieszanka rapu z muzyką gospel. Często słuchałem w kotłowni podczas palenia w piecu.

4. Kwiaty – Kwiaty. Co tu dużo gadać, najlepszy polski debiut zeszłego roku. Powiecie pewnie Enszałot Huntellaaar, a ja powiem Wam gówno, słuchajcie Kwiatów. Piękna muzyka gitarowa.

3. These New Puritans – Inside The Rose. Bracia Barnett nie nagrywają rzeczy słabych i pokazali to ponownie. Jest klimatycznie, mrocznie i w ich stylu. Warto znać.

2. Tyler, The Creator – Igor. Kolejna kapitalna płyta Pana Okonmy. W ogóle ziomek jest w wyśmienitej formie wydawniczej. Było blisko pierwszego miejsca, ale…

1. Lana Del Rey – Norman Fucking Rockwell! …to jednak bardziej Lana Banana mnie oczarowała. Może dlatego, że się tego wcale nie spodziewałem, że stać ją na to by nagrać tak perfekcyjny, urzekający i piękny album? Wygranie LM przez Porto czy tam inne Ajaxy Amsterdamy zawsze wzbudzi więcej pozytywnych odczuć niż piąty z rzędu tytuł dla Realu Madryt. Zapamiętajcie te słowa – Lana już pewnie nigdy nie nagra takiego albumu, ale póki co to miniony rok należał do niej.

 

10 najlepszych seriali od Netflixa

Wykupiliście sobie dostęp do platformy streamingowej Netflix i nie wiecie co dalej? Spokojna głowa! Mam dla was listę 10 najlepszych seriali, które możecie zobaczyć na popularnym Netfliksie.

Better Call Saul (2015). Dla fanów „Breaking Bad” i nie tylko powrót do pustynnego i gorącego Albuquerque było bardzo dobrą wiadomością. Postać Saula Goodmana cieszyła się tak dużą popularnością, że twórcy serialu postanowili stworzyć spin-off. Tego typu akcje rzadko kończyły się udanie, ale w tym przypadku coraz częściej słyszy się głosy o wyższości „Better Call Saul” od „Breaking Bad„. Co prawda serial pokazuje nam historię adwokata jeszcze z czasu, gdy nazywał się Jimmy McGill i nie był prawnikiem jakim poznaliśmy go z przygód Waltera White’a. Do tej pory powstały cztery sezony, a twórcy wciąż grają na zwłokę i nie chcą pokazać transformacji. Odtwórca głównej roli Bob Odenkirk świetnie tym razem się sprawdził jako aktor dramatyczny, gdyż jak pamiętamy w „BB” jego epizody miały główniej wymiar humorystyczny. Podobno nawet początkowo był zamysł by „Better Call Saul” było sitcomem! Nie mniej warto się zapoznać, nawet jeśli wcześniej nie widziało się narkotycznych przygód z Albuquerque.

BoJack Horseman (2014). Przygody gadającego konia BoJacka to obecnie obok Ricka i Morty’ego jedna z najlepszych komediowych animacji. Tytułowy bohater to były aktor, który mieszka w Los Angeles i swoje najlepsze lata ma za sobą. Prowadzi życie niczym Hank Moody z Califonication – imprezy, alkohol, seks i narkotyki. Jednak jak łatwo się domyślić nie daje mu to szczęścia i wciąż poszukuje sensu w swoim życiu, przez co pakuje się nieustannie w tarapaty. Dużym plusem serialu jest świat przedstawiony, czy ludzie i ludzio-zwierzęta przedstawiający dalej cechy zwierząt. Poza tym to kapitalna satyra ukazująca bolączki społeczeństwa oraz popkultury. Koniecznie obejrzyjcie wersję z polskim dubbingiem, przez wielu jest on uznawana za przykład jak powinno się tłumaczyć tego typu produkcje.

Czarne Lustro /  Black Mirror (2011). Brytyjska produkcja stworzona przez Charliego Brookera to świetna ilustracja społeczeństwa ukazana przez pryzmat rozwoju technologii. Futurystyczne wizje ukazują głębię zachowań ludzkich oraz zmian jakie zaszły pod wpływem wszechobecnych nowinek technologicznych. Każdy odcinek to odrębni bohaterowie i całkowicie inne historie nie powiązane ze sobą w żaden sposób. Serial doczekał się 4 sezonów (łącznie 19 odcinków), więc dla kogoś kto jeszcze nie widział ani jednego epizodu nie jest to odstraszająca liczba nie do przejścia w jeden weekend. Odcinki zapadają w pamięć i dają na prawdę do myślenia. Najlepsze jednak jest to, że pomysły wykorzystane w tym serialu mogą tak naprawdę stać się naszą codziennością i bliżej im jednak do „Science” niż „Fiction”.

Dark (2017). Zeszłoroczna produkcja z Niemiec była dość głośnym serialem, który sporo rozgłosu uzyskał za sprawą sukcesu „Stranger Things„. Mimo, że wiele słyszałem o podobieństwach obu seriali to dla mnie są to zupełnie dwie różne rzeczy. Jedyną wspólną dla obu widowisk są lata 80. „Dark” jest znacznie mroczniejszym i trudniejszym w odbiorze dziełem telewizyjnym. Pomijając fakt, że dla polskiego widza ciężką sprawą jest rozróżniać bohaterów (których jest całkiem sporo i mają podobne imiona) to na dodatek istnieją oni na trzech płaszczyznach czasowych! Tak, to serial o podróżowaniu w czasie. A zwłaszcza o ciągu przyczynowo-skutkowym wywołanym przez ingerowanie w przeszłość. Osobiście serial zrozumiałem może w jakiś 70-80%, by całkowicie rozkminić o co w tym wszystkim chodziło potrzeba drugiego seansu. Niemniej jednak warto!

Dom z Papieru / La Casa Del Papel (2017). Hiszpańska produkcja to jeden z tych seriali, który wciąga od pierwszych sekund. Grupa kryminalistów pod dowództwem „Profesora” postanawia przejąć hiszpańską mennicę na jak najdłuższy czas by wyprodukować jak największą ilość banknotów EURO. Jednak nie będzie to zwykły skok jakich wiele było w kinie, ten jest zaplanowany co do najmniejszych szczegółów. Z każdym odcinkiem będziemy świadkami misternego planu grupy, która będzie manipulować nie tylko policją, ale i opinią publiczną. Dużym atutem serialu są nieustanne cliffhangery. Akcja toczy się bardzo sprawnie i ciągle się coś dzieje. Netflix skrócił oryginalne odcinki i podzielił całość na dwa sezony, przez co serial jest jeszcze bardziej dynamiczny. Bohaterowie są dobrze napisani i różnorodni, każdy odnajdzie swoich faworytów! Minusem są ciągłe romansy (jak to u latynosów), które nie wnoszą nic do głównego wątku (Może poza jednym). Poza tym dzieje się tam gigantyczna liczba absurdów i fabularnych głupot. Jednak gdy akcja toczy się tak błyskawicznie to nie mamy zbyt wiele czasu by się nad tym zastanawiać.

House of Cards (2013). Ostatnio było sporo szumu wokół serialu za sprawą afery związanej z Kevinem Spacey’em. Odtwórca głównej roli został wyrzucony z planu po tym jak został oskarżony o molestowanie seksualne. Twórcy nie zamierzali jednak przez to ucinać głowy kurze znoszącej złote jaja (lub też urywać kurze złotego jaja), i postanowili kręcić serial dalej, już bez Spacey’a. Efekt? Bardzo słabe (zasłużenie) recenzje ostatniego, szóstego sezonu serialu. Niemniej warto obejrzeć wcześniejsze 5 sezonów by odkryć, że historia bezwzględnego polityka Francisa Underwooda i jego żony to kapitalna opowieść o polityce, władzy i pieniądzach. A kto wie, może Kevinowi zapomni się jego grzechy z przeszłości (Jak Melowi Gibsonowi), wróci do łask widzów i producentów i ponownie zobaczymy go w serialu?

Rick i Morty / Rick and Morty (2013). Dawno nie widziałem jednocześnie tak pokręconej i zabawnej rzeczy jak ten serial. Na pewno słyszeliście wiele dobrego na temat tego widowiska, i że odcinek z ogórkiem najlepszy. To wszystko, to oczywiście prawda. Szalony naukowiec Rick wraz ze swoim wnukiem mazgajem Mortym przemierzają wszechświat w celu przeżywania nowych przygód. Każda z nich jest świetnie napisana, zrealizowana i zabawna. Oczywiście niektóre rzeczy są tak zawiłe, że ciężko załapać o co kaman, jednak nie przeszkadza nam to w pozytywnym odbiorze całości. Podobno wersja z napisami lepsza, dla mnie jednak (o dziwo!) wersja z dubbingiem jest równie dobra. Serial mimo, że jest animowany to nie jest oczywiście dla dzieci. Przekleństwa i wulgaryzmy lecą równo, i to w wszystko w rodzinie.

Stranger Things (2016). Jakiś czas temu pisałem o tym serialu w osobnej recenzji. Jednak od tego czasu pojawił się drugi sezon, który raczej nie zawiódł oczekiwań fanów i już teraz wszyscy czekają na dalsze losy bohaterów. Serial wciąż ma te same zalety. Jest mroczny, tajemniczy, wciągający, ale jednocześnie pozytywny, gdyż przypomina nam czasy dzieciństwa. Akcja w końcu toczy się w latach 80, także będzie sporo fajnych nawiązań i odniesień do popkultury (Pogromcy Duchów i Gremliny!). Poza tym opowiada o przyjaźni, tej dziecięcej, szczerej i prawdziwej. Piękna sentymentalna podróż w czasy dzieciństwa z lekkim dreszczykiem.

Mindhunter (2017). Któż z nas nie lubi Davida Finchera? Reżysera takich kapitalnych jak filmów „Se7en„, „Fight Club” czy też „The Game” po prostu nie sposób nie wielbić. To głównie jego nazwisko przykuło moją uwagę do „Mindhuntera„. Co prawda Fincher wyreżyserował tylko dwa pierwsze i dwa ostatnie odcinki seriali, jednak całość stoi na równym, wysokim poziomie. Obraz powstał na podstawie książki „Mindhunter. Tajemnice elitarnej jednostki FBI” autorstwa Marka Olshakera i Johna E. Douglasa. Opowiada historię dwójki policjantów Holdena Forda i Billa Tencha, którzy za pomocą rejestrowania rozmów z seryjnymi mordercami chcą opracować system ścigania największych zwyrodnialców a także dokonać analizy przyczyn ich postępowania. Z góry zaznaczam, że nie znajdziecie tutaj zbyt wiele wartkiej akcji. Co prawda pojawia się wiele morderców i spraw, o których wspomina dwójka głównych bohaterów. Jednakże wszystko bazuje na podejściu psychologicznym i przedstawieniu żmudnej, policyjnej pracy, która w rzeczywistości nie jest tak heroiczna jak w filmach.

Narcos (2015). Ekranizacji o życiu i interesach Pablo Escobara było już całkiem sporo. Dlaczego zatem warto przyjrzeć się „Narcos„? Przede wszystkim ze względu na niesamowitą realizację tego serialu. Mamy szybkie tempo, wartką akcję oraz udany zabieg narratorski, który przybliża widzowi świat przedstawiony. Tematy kryminalo-gangsterskie od zawsze cieszyły się dużym zainteresowaniem, tutaj smaku dodaje fakt, że te historie są zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Atutem serialu jest także fakt, że to kompozycja… zamknięta (Dla mnie i wielu innych osób jest to plus serialu, że nie trzeba nadrabiać wielu sezonów i dziesiątki odcinków). Serial skończył się po trzech sezonach a jego kontynuacją jest nowe widowisko „Narcos: Meksyk„. Jeżeli mamcie ochotę zobaczyć coś w mafijnej konwencji i jednocześnie dowiedzieć się co się działo w Kolumbii na przełomie lat 80 i 90 to warto na pewno sięgnąć po „Narcos„.

 

 

Muzyczne podsumowanie roku 2018

Tradycyjnie już przedstawiam 10 najlepszych w mojej opinii płyt zeszłego roku. Znalazło się sporo miejsca dla cięższego grania, którego słuchałem w 2018 całkiem sporo jak i rapu, i polskiej muzyki. Nie wiele brakło Thomowi Yorke’owi i Cloud Nothings by się znaleźć w TOP10, niemniej uważam, że wymieniona przeze mnie dziesiątka to obowiązkowa lista do przesłuchania dla każdego fana dobrych dźwięków.

10. Mac Miller – Swimming. Z całą pewnością wstawienie ostatniej płyty Millera na moją listę nie jest wyłącznie pośmiertną laurką dla rapera. Autentycznie sporo słuchałem i zachwycałem się tym krążkiem w zeszłym roku. Świetna produkcja, kapitalne teksty plus kilka rap bangerów pokroju „Self Care” sprawiło, że miałem dla ex Ariany Grande więcej uznania niż choćby dla „Ye” Westa.

9. Rycerzyki – Kalarnali. Rycerzyki swoją nową płytą zapowiedzieli mi wiosnę. A, że jest to moja ulubiona pora roku podczas której wychodzę z zimowego stanu depresyjnego to mam z tym krążkiem wiele miłych i pogodnych wspomnień! A poza tym krakowski band świetnie sobie radzi z melodyjnym i momentami tanecznym indie-popem.

8. Kendrick Lamar – Black Panther: The Album. To był dobry rok dla muzyki filmowej. Bo obok tego znakomitego krążka Kendricka Lamara pojawił się równie kapitalny soundtrack autorstwa Thoma Yorke’a do filmu „Suspiria” (któremu nie wiele zabrakło by się znaleźć na mojej liście). O ile sam film „Czarna Pantera” uważam za jeden za najbardziej przehajpowanych obrazów w historii Wszechświata (za co te nominacje do Oscara?!?) to już sama muzyka broni się świetnie. A Nagroda Akademii Filmowej za piosnkę „All The Stars” dla rapera to dla mnie formalność.

7. Iceage – Beyondless. Moi duńscy punk rockowi koledzy po raz kolejny zachwycili. Przyglądam się im od 2011 roku i wciąż potrafią mnie wciągnąć. Wpierw ostrym nihilistycznym punkiem, później kowbojskim punkiem z nutą melancholii by przejść do najbardziej dojrzałej i wpadającej w ucho dawki muzyki gitarowej. Każda ich płyta była inna, każda wspaniała, a ta prawdopodobnie najlepsza do tej pory.

6. Beach House – 7. Siódmy album Beach House to najwybitniejsza rzecz jaka im się przytrafiła. Zespół wynurzył się z marazmu nudy i rutyny w której zakopał się już dawno temu. Nie sądziłem, że twórcy dream popu z Baltimore jeszcze kiedyś zabłysnął. To pokazuje, że nie należy nikogo przedwcześnie skreślać. Pójście w bardziej psychodeliczne brzmienie opłaciło się amerykańskiemu duetowi, na tyle, że po raz pierwszy ich wysokie miejsca w całorocznych zestawieniach są całkowicie zasłużone.

5. Pusha T – Daytona. Mało w tym roku słuchałem hip-hopu w porównaniu do lat minionych. Jakoś średnio kupuje te nowe trendy w stylu Migos, czy trapy a la Scott Travis. Doceniam jednak to co w zeszłym roku zrobił Pusha T. Gościa lubię już od jakiegoś czasu a „Daytona” wydaje się chyba jego najlepszym dokonaniem. Świetne beaty, nie za długie utwory oraz nieprzesadzona nawijka samego autora. Dobry rap w klasycznym wydaniu.

4. Idles – Joy as an Act of Resistance. O Idles usłyszałem dość późno, jednak nie przeszkodziło im to w wskoczeniu do samej czołówki mojego zestawienia. Wyróżniam ich przede wszystkim za świetne teksty, angielskie poczucie humoru oraz zdrowe, mocne brzmienie. W tym roku słuchałem znacznie więcej cięższego, gitarowego grania, a Idles idealnie się z tym zgrali. Chciałoby się rzec więcej takich płyt, ale wtedy Idles nie byliby tak wyjątkowi jak teraz.

3. Mitski – Be The Cowboy. Tytuł może być mylący, pod żadnym pozorem nie jest to żaden zestaw kowbojskiego country na rodeo. Nowojorska artystka o wschodnich korzeniach zamiast tego serwuje nam wyśmienity album o samotności w którym wrzuca trochę electro-popu, trochę rocka. Jaki efekt tego? Płyta roku wg Pitchforka, a w reszcie zestawień także czołowe pozycje. Zupełnie zasłużenie!

2. Car Seat Headrest – Twin Fantasy. Indie Rock wciąż żyje! Co więcej Amerykanie z Leesburga w stanie Wirginia udowodnili, że warto czasem odświeżyć coś starszego. „Twin Fantasy ” przecież pierwotnie ukazało się w 2011 roku, jednak wtedy nie odbiło się większym echem. Nawet w ich rodzimym stanie. Jednak gdy zespół zyskał większy rozgłos po krążkach „Teens of Style” oraz „Teens of Denial” ukazała się wznowiona wersja „Twin Fantasy„. Był to strzał w dziesiątkę, gdyż materiał ten okazała się jednym z najlepszych indie rockowych wydawnictw minionego roku.

1. Deafheaven – Ordinary Corrupt Human Love. Najczęściej słuchany album przeze mnie w minionym roku musiał po prostu wygrać w tym zestawieniu. Ba, mamy styczeń 2019 a ja wciąż słucham tego genialnego krążka. Niby tylko 9 utworów, ale ile w tym mocy. Takie utwory jak: „Honeycomb” czy też „Canary Yellow” to ponad 12 minutowe hymny, które bawią się różnorodnością. Amerykanie postawili na większe eksperymenty w brzmieniu i opłaciło im się to z nawiązką. Już nikt nie może ich zaszufladkować wyłącznie jako twórców tzw. „BlackGaze”, gdyż tym krążkiem udowodnili, że żaden im gatunek nie jest straszny. Żałuje tylko, że nie udało mi się dotrzeć na ich koncerty w Poznaniu i stolicy. Może w tym roku na jakimś festiwalu się spotkamy? Oby!

7 indie piosenek na Święta

Swego czasu grudniową tradycją tego bloga było tworzenie świątecznych zestawów piosenek, których nie usłyszycie w radiu pomiędzy „Last Christmas” Wham i „All I Need For Christmas Is You” Mariah Carey. Postanowiłem powrócić do tego pomysłu i stworzyć nową, krótką listę 7 indie utworów specjalnie na tegoroczne Święta Bożego Narodzenia

Sufjan Stevens – Lonely Man of Winter. Sufjan Stevens na dobrą sprawę mógłby zmienić swój pseudonim artystyczny na Mr. Christmas Indie Songs Maker. Autor „Illinois” ma na swoim koncie wiele świątecznych utworów i kompilacji a utwór „Lonely Man of Winter” to kolejny świąteczny smaczek w jego stylu. Sporo tutaj smuteczków, ale też ile uroku i klimatu. Muzyka Stevensa w Święta jest dla mnie tak samo ważna jak choinka i prezenty.

Fleet Foxes – White Winter Hymnal. Z serii „stare, ale jare”. Święta bez śniegu, to tak jak świąteczna playlista bez Fleet Foxes. Świetny utwór, który podbił moje serce już w 2008 roku. Najlepsze jest to, że wciąż mam te same skojarzenia przy słuchaniu tego utworu.

Julian Casablancas – I Wish It Christmas Today. By rozruszać towarzystwo podczas świątecznej imprezki najlepszym wyborem będzie utwór wokalisty The Strokes. Stary dobry indie rock ’00 w wydaniu świątecznym też potrafi zaczarować. Julian co prawda dalej nie umie za bardzo śpiewać, ale jemu chyba jesteśmy wybaczyć, prawda?

Phoenix – Alone On Christmas Day. Wiem, że temat samotności w Święta jest często powielany przez różnorakich artystów. Ba, rzec by można, że został wyczerpany przez filmy z serii Kevin Sam w Domu. No, ale co zrobić skoro to tak wyjątkowy czas, że nikt nie chce być sam? Francuzi z Phoenix urzekli ponownie. A tak na poważnie, to 90 % roboty robi niezniszczalny Bill Murray!

The Flaming Lips – A Change At Christmas (Say It Isn’t So). Wayne Coyne i spółka również mają na koncie parę świątecznych utworów, zatem wiedzą dobrze jak się w tą grę gra. Tym razem wokalista przybiera pozę połączenia Bono i Bowiego i przy akompaniamencie rozbudowanych syntezatorów robi nam święta już od 2011 roku.

Marika Hackman – Driving Under Stars. Dream-pop na święta? Przecież ja to kupuje w pełni. Pani Hackman urzeka swoim znudzonym głosem, jednak to te gitarowe wstawki w stylu Maca DeMarco najbardziej mnie przyciągają. Cudny utwór.

Slow Club – Christmas (Baby Please Come Home). Niezniszczalna świąteczna piosenka, która ma już wiele ciekawych wykonań (Między innymi od Death Cab For Cutie). Brytyjski duet z Sheffield też dał radę i ta interpretacja również trafiła w mój gust. Mocny głos wokalistki świetnie się tu komponuje z indie rockowym, brytyjskim pazurem.

Halloween w stylu retro – 5 klasycznych horrorów, które trzeba zobaczyć

Jako oddany fan gatunku jakim jest horror, z wielką przyjemnością wyłapuję wszelkie odniesienia do klasycznych filmów grozy w nowych produkcjach. Pewnie sami zauważyliście, że w tego typu filmach często główni bohaterowie w wieczór halloween oglądają stare, czarno białe produkcje z lat 30 i 40. Dziś te film, nie straszą tak jak kiedyś. Niemniej warto je zobaczyć, dlatego przygotowałem dla was krótką listę klasycznych horrorów na wieczór halloween.

Dziwolągi / Freaks (1932, reż. Tod Browning). Film Toda Browninga można spokojnie nazwać jako jeden z najbardziej szokujących i kontrowersyjnych horrorów XX wieku. „Dziwolągi” przez prawie 30 lat był zakazany w wielu krajach i w pewnym sensie zakończył karierę filmową reżysera. Wszystko za sprawą tematu i obsady aktorskiej wykorzystanej w filmie. Główni bohaterowie to prawdziwi artyści z objazdowego cyrku tzw. „Freak Show„. Mamy tutaj zarówno karłowatą parę, dzieci z deformacjami, kobietę z brodą czy też mężczyznę bez kończyn. Fabuła skupia się na intrydze zaplanowanej przez piękną aktorkę Cleopatrę i siłacza Herkulesa. Kobieta uwodzi karła Hansa, by przejąć jego bogactwa. Nie zdaje sobie jednak sprawy do jakich konsekwencji doprowadzi jej niecny plan. Na początku wpisu stwierdziłem, że stare horrory raczej już nie straszą tak jak kiedyś. „Freaks” to wyjątek od reguły, gdyż ponad 80 lat po premierze wciąż wywołuje te same reakcje u widza. Jest to film mocny, obrazo twórczy i z wyjątkowo wstrząsającym finałem.

Furman Śmierci / Korkarlen (1921, reż. Victor Sjostrom). Podobno reżyser Victor Sjostrom przygotowując się do nakręcenia tego filmu przebierał się za biedaka i zapuszczał się w najbiedniejsze rejony Sztokholmu. I trzeba przyznać, że opłaciło się to poświęcenie, gdyż dziś szwedzka produkcja uchodzi za arcydzieło i często pojawia się w zestawieniach najlepszych filmów grozy. Fabuła opowiada historię trzech pijaków którzy w sylwestrową noc opowiadają sobie legendę o furmanie śmierci. Historia ta mówi, że grzeszna osoba, która jako ostatnia umrze w roku kalendarzowym przez cały następny rok musi jeździć wozem śmierci i zabierać dusze umarłych. Tak się składa, że w wyniku szamotaniny jeden z nich traci przytomność i przybywa po niego Śmierć ze swoim wozem. Głównym atutem tego obrazu jest fakt, że pod pewnym względem był pionierski na swego czasu. Nie typowa konwencja ukazująca retrospekcje nie była w tamtym czasie często używana, a film świetnie mieszał w sobie realizm z fantastyką. Najważniejszy jest jednak wpływ jaki miał na późniejsze filmy i twórców takich jak Ingmar Bergman, F.W. Murnau,  Fritz Lang czy też Stanley Kubrick.

Gabinet Doktora Caligari / Das Cabinet des Dr. Caligari (1920, reż. Robert Wierne). Do małego miasteczka przybywa hipnotyzer, gdzie zdobywa sporą widownie, której szczególnie przypadł do gustu medium somnambulik Cezar. W tym samym czasie dochodzi do serii morderstw. Przyjaciel jednego z zamordowanych, Francis, odkrywa ponury sekret – hipnotyzer jest reinkarnacją morderczego doktora Caligari, który zabijał, posługując się medium. „Gabinet Doktora Caligari” to jeden z najlepszych przedstawicieli niemieckiego ekspresjonizmu. Oko cieszą piękne i nietypowe scenografie i kostiumy. Ucho natomiast jest dopieszczane kapitalną muzyką. Historia jest wciągająca, jednak największe wrażenie robi finał historii, który był podrabiany w wielu późniejszych obrazach. Tak jak wcześniej wymienione obrazy przeze mnie, ten też jest zaliczany to klasyki i największych arcydzieł kina, dlatego wstyd nie znać.

Nosferatu – Symfonia Grozy / Nosferatu, eine Symphonie des Grauens (1922, reż. F.W. Murnau). Chyba do żadnego filmu o wampirach nie odwoływano się tak wiele razy jak do dzieła F.W. Murnau. Wystarczy wspomnieć takie tytuły jak „Dracula„, „Znak Wampira„, remake Wernera Herzoga „Nosferatu” czy też niedoceniony „Cień Wampira„, który opowiada historię kręcenia filmu przez niemieckiego reżysera. Obok wspomnianego wcześniej „Gabinetu Doktora Caligari” film ten też zalicza się do niemieckiego ekspresjonizmu. Fabuła film opiera się na książce Brama Strokera i ponownie opisuje historię agenta nieruchomości, który w celu podpisania umowy udaje się do zamku hrabiego Orloka, który przez miejscową ludność jest uznawany za wampira. Największym atutem jest już legendarna kreacja samego Nosferatu, którą stworzył Max Schreck. Aktor tak mocno się zaangażował w rolę, że przez cały czas zdjęć nie zdejmował swojego stroju i spał w drewnianej skrzyni. Warto także zwrócić uwagę na kapitalne zdjęcia, mroczny klimat i unikatowa muzykę. F.W. Murnau stworzył arcydzieło, które wpisało się do kanonu kina na zawsze.

Wilkołak / The Wolf Man (1941, George Wagner). Nie mogło na mojej liście zabraknąć dzieła z studia Universal w którym nie grałby mistrz Bela Lugosi. Ba! Nie mogło zabraknąć filmu o wilkołaku (moim ulubionym temacie horrorów). Po śmierci brata Larry Tabot wyjeżdża do rodzinnej Szkocji. Na miejscu odwiedza cygański obóz, gdzie zostaje zaatakowany przez Bela (W tej roli Lugosi), który zamienia się w wilkołaka. Larry zabija stwora, jednak zostaje ugryziony. Od tego momentu zaczną się jego prawdziwe kłopoty. Ok, może „Wilkołak” Wagnera nie jest tak pionierskim obrazem jak wcześniej wymienione przeze mnie filmy, a fabuła nie jest oryginalna i zaskakująca. Nie mniej jest to esencja i creme de la creme lat 30 i horrorów produkowanych przez studio Universal. Obok „Draculi„, „Frankenstaina„, „Niewidzialnego człowieka” i „Mumii” to właśnie „Wilkołak” jest najlepszym przedstawicielem horrorów tamtych czasów.

 

 

10 Najlepszych piosenek Maca Millera

W związku z niespodziewaną śmiercią Maca Millera, postanowiłem uczcić pamięć tego wybitnego rapera z Pittsburgha listą jego 10 najlepszych tracków. Lista mocno subiektywna, kolejność alfabetyczna.

2009 (2018, Swimming). Najbardziej nostalgiczny utwór na „Swimming” rozpoczyna się od okazałej porcji smyczków i fortepiana. Później jednak wchodzi beat w stylu starego Eminema samplujący Chante Moore a Malcolm wraca myślami do momentów sprzed wydania pierwszego mixtape’u. Rok 2009 to był dobry rok. A „2009” wychodzi na przeciw moim oczekiwaniom.

Posłuchaj

Cinderella (2016, The Divine Feminine). Ten trwający równe osiem minut utwór oparty jest na prostym i chwytliwym gitarowym riffie wyjętym z utworu Tokyo Police Club oraz wpadającym w ucho refrenie, który wykonuje Ty Dolla $ign. Całość brzmi jak brakujący track z „Long.Live.A$AP„, który również mógłby znaleźć się na jakimkolwiek albumie Drake’a. Malcolm opowiada o namiętnych chwilach spędzonych z dziewczyną, by po ponad pięciu minutach stać się jeszcze bardziej romantycznym i śpiewać przy akompaniamencie fortepianu.

Posłuchaj

Dang! (2016, The Divine Feminine). Utwór nagrany we spółce z Andersonem Paak to prawdopodobnie jeden z najlepszych dowodów, że twórczości Millera nie daleko do samego Justina Timberlake’a. Funkujący i zahaczający o electro-pop beat ładnie komponuje się z elastycznym refrenem. Chłopaki śpiewają o dziewczynach i bardzo dobrze im to wychodzi.

Posłuchaj

Donald Trump (2011, Best Day Ever). Pomijając wszelkie nawiązania polityczne, warto zwrócić tutaj szczególną uwagę jak pięknie zapętlony został „Vesuvius” Sufjana Stevensa. Młodzieniaszek Miller pokazał tutaj, że posiada potencjał by przebić się ze swoim rapowaniem w gatunku zdominowanym przez czarnych, a sam bohater z tytułu określił kiedyś Millera jako „następny Eminem”. Jak dobrze, że nim się nie stał!

Posłuchaj

Kool Aid & Frozen Pizza (2010, K.I.D.S.). Perełka z jednego z pierwszych mixtape’ów, dzięki któremu Malcom wybił się na szerokie wody. Generalnie wolę późniejszego, bardziej dojrzalszego Maca. Nie mniej warto sprawdzić od czego to wszystko się zaczęło.

Posłuchaj

Ladders (2018, Swimming). Na najnowszym i zarazem ostatnim długograju Malcolm pokazuje swoją dojrzałość muzyczną. Świetnie zrobiony podkład przez duet: Pomo/Jon Brion ładnie wpisuje się w metaforę życia jaką jest opisywana przez Millera tytułowa drabina. Gdzieś w tle łaskocze nas funkująca gitarka, pojawią się synthy i jakieś trąbeczki. Ładnie skomponowany utwór.

Posłuchaj

S.D.S (2013, Watching Movies with the Sound Off). To jeden z tych utworów, który od razu rozpoczyna się z „grubej rury”. Psychodeliczny, wręcz narkotyczny podkład stworzony przez Flying Lotusa (słychać to) sampluje… fragment z Dragon Ball Z. Miller swoją nawijką natomiast świadomie nawiązuje do tego pokręconego beatu rzucając „My voice sound like it was a sample off a vinyl„. Mostkowe „Somebody do something” dodaje tylko więcej absurdalności tej sytuacji, podoba mi się to!

Posłuchaj

Self Care (2018, Swimming). O takie rap single walczyłem. Wpada w ucho, da się do tego pobujać, ale równie dobrze działa jako utwór do spokojnych przemyśleń. A te są takie, że Mac Miller szedł w dobrą stronę ze swoją twórczością. Piosenka dzieli się na dwie części. Pierwsza brzmi jak połączenie Drake’a z Justinem Timberlakem, druga natomiast przywołuje mi outra w stylu Kendricka Lamara. Rzadką sprawą jest by przywołać te trzy nazwiska w czyimś utworze, także szacuneczek.

Posłuchaj

Weekend (2015, GO:OD AM). Piszę te słowa we wtorek, słucham tego utworu i już marzę o weekendzie. Dzięki Mac! Rozważania na temat weekendowych rozrywek nie pomagają mi zapomnieć, że dziś dopiero pieprzony wtorek! Ok, ale przejdźmy do utworu. Podoba mi się jak mój r’n’b ulubieniec Miguel współgra z Malcolmem. Swoją drogą Mac Miller świetnie dobiera sobie featuringi. Miguel raczej nie gra tu wielkiej roli, pomaga przy hookach i na końcu serwuje outro na temat dni tygodnia niczym w utworze D-Bomb „O Ela„. A tak na poważnie, to bardzo przyjemny utwór z pogranicza alternatywnego r’n’b i hip-hopu.

Posłuchaj

 

 

10 koncertów OFF Festivalu 2018, których nie można przegapić

Tradycyjnie już w pierwszy weekend sierpnia w Katowicach odbędzie się kolejna edycja OFF Festiwalu. Co prawda pełen line-up imprezy nie jest jeszcze domknięty w stu procentach, jednak by ubiec konkurencje postanowiłem stworzyć listę 10 koncertów z kategorii „must see”. Dotychczasowy zestaw artystów sprawił, że wyselekcjonowanie dziesiątki nie było zadaniem łatwym. Kolejność alfabetyczna.

…And You Will Know Us By the Trail Of Dead gra „Source Tags & Codes„. Koncert Trail of Dead w Polsce marzył mi się już od dawna, a koncert w którym Teksańczycy mają odegrać w pełni ich najlepszy album to już w ogóle marzenie ściętej głowy. Nic bardziej mylnego. Grupa wpada do Katowic by zagrać kawałki właśnie z „Source Tags & Codes„. Jeżeli ktoś nie słyszał tej płyty to powinien jak najszybciej tą zaległość nadrobić. Album ten wygrał w wielu prestiżowych rankingach miano najlepszego LP roku 2002. Jeżeli lubicie alternatywny rock, w którym jest sporo ostrego naparzania to szykujcie się na pogo przez wielkie „P” pod offową sceną.

Ariel Pink. To jeden z tych artystów, których zawsze warto zobaczyć na żywo. Nawet jeśli był już wcześniej na Off Festiwalu a jego ostatni krążek miał premierę rok temu to warto zobaczyć tego skurczybyka na scenie. Na pewno możecie spodziewać się czegoś ekscentrycznego i niespodziewanego. To raz, a po drugie nikt wam nie zapewni tyle ciepłego kalifornijskiego lo-fi, co ten szaleniec o różowych włosach.

Clap Your Hands Says Yeah. Co prawda muzyczny projekt Aleca Ounswortha swoje najlepsze lata ma za sobą. Jeżeli jednak chcecie sobie przypomnieć co nieco z czasów tak zwanej New Rock Revolution i posłuchać kawałków z płyty „Some Loud Thunder” oraz debiutu Clap Your Hands Says Yeah, i przy okazji usłyszeć co nowego u amerykanów to warto zajrzeć na ten koncert.

Grizzly Bear. Być na Offie i nie widzieć Grizzly Bear, to jak być w Rzymie i nie widzieć papieża. Każda z pięciu płyt w ich dyskografii to absolutna perełka indie rocka, dlatego na pewno nie zabraknie materiału by zagrać kompletne widowisko. Nie wyobrażam sobie by miało zabraknąć takich utworów jak „Knife„, „Two Weeks” czy też „Yet Again„. Poza tym na ich najnowszym krążku „Painted Ruins” też nie brakuje piosenek, które chciałbym usłyszeć na żywo.

Jon Hopkins. Wydane w tym roku przez Hopkinsa „Singularity” zbiera skrajne oceny. Ja mam jednak nadzieję, że materiał ten znacznie lepiej zabrzmi na żywo niż na albumie studyjnym.  Zresztą przy tego typie muzyki nie wyobrażam sobie innego scenariusza. Jon Hopkinsa potrafi porwać publiczność. Wierzcie lub nie, ale niezależnie od miejsca i pory dnia ludzie zgromadzeni pod sceną na pewno nie będą stać w miejscu!

Legendarny Afrojax. Afrojax czy to wraz z Afro Kolektywem czy też solo, to wciąż świetny raper z kapitalnymi, inteligentnymi tekstami. Zarówno nagrane w 2016 roku „Nagrałem to, bo nie miałem kasy” jak i „Przecież ostrzegałem” to stojące na równym, dobrym poziomie krążki. Dla offowego słuchacza będzie tu na pewno sporo momentów by się ironicznie uśmiechnąć i pokiwać głową.

Kult gra „Spokojnie„. Gdyby ktoś 10 lat temu (albo nawet parę miesięcy temu) powiedział, że będę wyczekiwał koncertu Kultu na OFF Festiwalu to bym mu odpowiedział, że oszalał. Nie ma szans. Kult na Offie? Przecież czasy, kiedy na tym festiwalu pogrywały zespoły typu Lao Che czy też Armii już dawno minęły. To nie juwenalia, tylko poważny muzyczny festiwal. A jednak, OFF Festiwal po raz kolejny kreuje trendy i pełni funkcje edukacyjną. Kult przyjedzie do Katowic odegrać swoje opus magnum, czyli album „Spokojnie„. Ich trzecia w dyskografii płyta to klasyka polskiego punka, który miesza się z elementami post punku i rocka alternatywnego. Perełka polskiej muzyki gitarowej końca lat 80. Przypomnienie młodszym pokoleniom tego albumu to zdecydowanie bardzo dobry pomysł, dlatego trzeba to zobaczyć!

Le Mystery Des Voix Bulgares – czyli po prostu tajemnicze bułgarskie pieśni. OFF Festiwal co roku raczy nas kulturalną mieszanką w swoim line-upie. Po brzmieniach afrykańskich czy też tych z bliskiego wschodu pora tym razem na nieco bułgarskiej egzotyki. Kobiecy chór z Bułgarii zaserwuje nam muzyką ludową ze swojego kraju, co może być ciekawym doświadczeniem. Szwajcarski producent Marcel Cellier zafascynował się tymi paniami, nie widzę przeszkód by i katowicka publika nie była pod wrażeniem.

M.I.A. Mathangi „Maya” Arulpragasam znana szerzej jako „M.I.A.” największą popularność zyskała dzięki singlowi „Paper Plans„. Jednak bez obaw, artystka mająca korzenie z Sri Lanki ma znacznie więcej dobrych rzeczy w dyskografii. Zarówno jej ostatni longplay „AIM” jak i wydane w 2013 eksperymentalne „Matangi” to kawał dobrego r’n’b w którym znajdziemy zarówno sporo elektroniki, muzyki orientalnej jak i klasycznego popu. Jest to jeden z tych headlinerów, który na pewno nie zawiedzie żadnego słuchacza spragnionego dobrej muzyki.

Zola Jesus. Koncerty Nicole Hummel to wydarzenia z kręgu tych mistycznych i podniosłych. Wspaniały głos artystki na pewno będzie mocno rozlegać się po Dolinie Trzech Stawów.Natomiast materiał z zeszłorocznego „Okovi” to zestaw mocno osobistych piosenek nagranych w samotności, gdzieś w leśnej chatce. Nie szykujcie się na koncert, szykujcie się na przeżycia.