Mac DeMarco przedobrzył – recenzja „Here Comes To Cowboy”

Nim przejdę do niezbyt przychylnej recenzji „Here Comes To Cowboy” należy oddać honory Macowi DeMarco za to co do tej pory uczynił. Koleś stworzył swój własny, niepowtarzalny i rozpoznawalny styl. Następnie z każdą następną wydaną płytą go dopracowywał w najmniejszych detalach. Udanych krążków ma w swojej kolekcji całkiem sporo. Wystarczy wspomnieć debiutanckie „2„, genialne „Salad Days” z 2014 roku oraz solidne „This Old Dog” wydane dwa lata temu. A to przecież nie wszystko, bo krytyków i fanów kupił także minialbumem „Another One” z 2015 roku.

Wydawać by się mogło, że tegoroczny album to „pewniaczek” mówiąc żargonem bukmacherskim. Otóż nie. To co działało na wcześniejszych płytach, czyli leniwe i nieśpieszne melodie wymieszane z chillowym wokalem DeMarco tutaj nie spełnia swojej roli. Możliwe, że kolejna płyta wydana w tym samym stylu po prostu już nie działa z tą samą częstotliwością co jej poprzedniczki. DeMarco brzmi na „Here Comes To Cowboy” przesadnie luźno i po prostu nudnie.

Na szczęście płyta ma też swoje dobre momenty. Najlepszym z nich jest zdecydowanie „Heart To Heart„. Przyjemne brzdąkanie basa łączy się tutaj z przyjemnym śpiewem o miłości Pepperoni Playboya. Takiego Maca chce się słuchać! Co poza tym? Dobrze się słucha także „On The Square” oraz kończącego całość „Baby Bye Bye„. Reszta tracków tak jak wspominałem wcześniej nie robi na mnie już tak wielkiego wrażenia i wydaje się zwyczajnie przedobrzona. Nie zrozumcie mnie źle, ta płyta wciąż jest OK. Jednak na tym etapie wymagam od Pana Vernora Winfielda McBriare’a Smith’a czwartego znacznie więcej.

Podsumowując „Here Comes To Cowboy” to całkiem niezła płyta, mająca jedno ale – spodziewałem się czegoś znacznie lepszego. No, ale Mac DeMarco pewnie ma to głęboko w dupie. Facet jest obecnie na tak wysokim poziomie wyluzowania, że efektem tego jest właśnie tegoroczny krążek. Także może i ja powinienem wyluzować, zapalić viceroya i odpalić ponownie „Here Comes To Cowboy„? W końcu w te afrykańskie upały słuchało się tego całkiem dobrze. Ocena: 6/10.

Reklamy

Tauron Nowa Muzyka Katowice 2019 – Relacja

Tegoroczna edycja Tauron Nowa Muzyka Katowice była moją czwartą, więc można już mówić o małej tradycji mojego uczestnictwa w tej imprezie. Katowicki festiwal przyzwyczaił mnie do dużego poziomu organizacyjnego i kapitalnych występów. Mam nadzieję, że ten wysoki poziom zostanie zachowany także i w przyszłych edycjach. Jak zwykle było bardzo dobrze, a więcej szczegółów na ten temat poniżej.

Dzień I

Piątek rozpoczął się od występu Jazzanovy na scenie Tauron Music Hall. Niemiecki kolektyw muzycznie uderzał bardziej w funkowe tony aniżeli jazzowe. Jednak z sceny czuć było dobrą energię i była to idealna rozgrzewka przed pozostałymi występami. Następnie udałem się pod główną scenę Miasta Muzyki na występ Fisz Emade Tworzywo. Zespół braci Waglewskich to dość ciekawy twór, który rozpoczynał od eksperymentów z hip-hopem a skończył na zabawie z brzmieniem disco z lat 80. Utwory z nowej płyty „Radar” brzmiały interesująco i zachęciły mnie do tego by sprawdzić tą płytę w domowym zaciszu. Nieco rozczarował mnie występ londyńskiego rapera GAIKA. Cały odśpiewany na auto-tunie, bez polotu i na jedno kopyto. Co prawda raper dysponuje dobrym materiałem na fajny występ, jednak tego dnia nie potrafił mnie porwać do tańca.

Występem dnia był oczywiście koncert legendarnej grupy Kraftwerk. Zainteresowanie nim było ogromne. Oczywiście można by się doczepić, że nie dla każdego starczyło okularów 3-D a efekty projekcyjne nie były rewelacyjne. Nie zmienia to jednak faktu, że był to bardzo dobry koncert. Niemcy dostali wyjątkowo więcej czasu na show (90 minut) i w tym czasie zachwycili zebraną pod sceną publikę. Rozpoczęli od „Numbers„, które idealnie wprowadziło widownie w koncertowy trans. Grupa odegrała swoje największe hity takie jak „The Model„, „Auto-Bahn” czy też „Tour De France„. Nie zabrakło świecących kombinezonów, efektów świetlnych, lądującego kosmicznego spodka tuż obok katowickiego Spodka a także tańczących manekinów-robotów do utworu „The Robots„. Mimo, że panowie z Kraftwerk są wieku moich dziadków to potrafili dać ładny wizualnie i cieszący ucho występ.

Na scenie Red Bull Stage występował Kornel Kovacs. Jego ostatni krążek został bardzo dobrze przyjęty przez fanów i dziennikarzy, dlatego spodziewałem się dobrego dj setu. Taki też i dostałem. Szwed o węgierskich korzeniach porwał katowicką publikę do tańca i prawdopodobnie zagrał najlepszy występ na tanecznej scenie Taurona. Ponownie powróciłem pod główną scenę by sprawdzić The Mouse Outfit. Manchesterska grupa składająca się z 9 osób dała energiczny, acz nieco chaotyczny występ. Co prawda hip-hop z żywymi instrumentami zawsze robi wrażenie, to w tym wypadku wydawał się on nieco przekombinowany.

Dzień II

Dzień drugi rozpocząłem od występu Króla na Tauron Music Hall. Widziałem już wcześniej występ tego artysty, a także koncert jego wcześniejszego zespołu UL/KR. Jednak dopiero teraz udało się muzykowi z Gorzowa bardziej mnie zainteresować jego twórczością. Świetny kontakt z widownią, dowcipny żart i dobra muzyka. Tak w skrócie można podsumować ten występ. Król już w zasadzie od połowy występu żegnał się z widownią, bo „tyle jeszcze fajnych koncertów do zobaczenia” i „trzeba dziś jeszcze potańczyć”. Muzycznie natomiast dawał radę, a jego najnowsze piosenki dobrze brzmiały na żywo, zwłaszcza odegrane „Z Tobą/DO DOMU„. Następnie udałem się pod scenę główną na koncert duetu Smolik/Kev Fox. Widziałem już wcześniej ich występ na Tauronie w 2016 roku. Od tamtego czasu polsko-brytyjska grupa nie nagrała zbytnio więcej materiału toteż ten koncert ponownie był mieszanką utworów z płyty „Smolik/Kev Fox” wydanej w 2015 roku i coverów. Fajny, energiczny show (genialny perkusista!)  jednak z racji, że już wcześniej to widziałem to przeżyłem go bez większych emocji.

Na scenie Red Bulla zgromadziła się spora liczba widowni by zobaczyć Kamp!. Fajny występ, jednak wolę grupę w bardziej piosenkowo-koncertowym wydaniu. Spore oczekiwania wiązałem też z występem Apparata. Członek grupy Moderat słynnie z eksperymentowania z różnymi gatunkami muzycznymi, jednak w moim odczuciu zagrał raczej bezbarwny koncert. Mocno nie równy występ w połączeniu z dość sennymi kompozycjami sprawił, że to show nie wywołał u mnie zbyt wielu pozytywnych przeżyć. Raczej nie będę rozpamiętywał tego koncertu latami. Z racji, że nie udało mi się dostać do Sali Kameralnej NOSPR na występ Lisy Morgenstern to wylądowałem w amfiteatrze NOSPR na występie Kamila Pivota. To było jedno z moich pozytywnych odkryć tej edycji. Nie wiedziałem, że można tak fajnie rapować o pieluchach, problemach z dziećmi i piłkarzach jednocześnie. A kawałek o Ruchu Chorzów genialny!

Najważniejszym tego dnia wydarzeniem był jednak koncert Skepty. Brytyjski raper obracający się w klimatach grime’u, dał rewelacyjny występ. Porwał publikę do machania rękami, tańczenia i bujania się. Raper odegrał głównie utwory z swojej najlepszej płyty „Konnichiwa” oraz najnowszej „Ignorance Is Bliss„. Świetnie na żywo zabrzmiały takie utwory jak: „Shutdown„, „That’s Not Me„, „Bullet from a Gun” czy też „What Do You Mean?„. Jednak najwięcej frajdy sprawiło mi odsłuchanie jednego z moich hymnów zeszłego lata – „Praise The Lord„. To był prawdopodobnie najlepszy koncert całego festiwalu. Drugim ważnym występem tego dnia był występ duetu GusGus. Masakryczny tłum zgromadzony w Tauron Music Hall ledwo pozwolił mi się przedostać na ten koncert. Było jednak warto. To był prawdopodobnie najbardziej patetyczny, podniosły i zjawiskowy koncert tego dnia. Grupa brzmi równie dobrze na żywo tak jak na studyjnych albumach.  Resztę dnia a w zasadzie nocy spędziłem na scenę Future!/carbon, gdzie występował m.in. AVTOMAT czy też dogheadsurigeri. W tym roku taneczne sceny mocno dawały radę, aż szkoda było opuszczać tę imprezę.

To był niezwykle udany festiwal, który w tym roku może się pochwalić rekordową frekwencją. Czekam już na następną edycję tej wspaniałej imprezy i mówię „TAURONIE DO ZOBACZENIA!”

Mroczne historie z londyńskiego metra – recenzja „Ignorance is Bliss”

Ostatnio było długo i rozwlekle z szczegółowymi analizami, dlatego dzisiejsza recenzja najnowszej płyty Skepty w pigułce. W związku z tym, że na tegorocznym Tauronie (TO JUŻ ZA TYDZIEŃ MORDO) jednym z headlinerów będzie brytyjski raper, to na tapetę wziąłem jego najnowszy longplay „Ignorance is Bliss„.

Piąty w dyskografii rapera z Tottenhamu miał nie lada zadanie przed sobą – przebicie poprzednika. Sprawa nie łatwa, zwłaszcza, że wydana trzy lata wcześniej „Konnichiwa” uznawana jest za opus magnum rapera. Udowadniają to recenzje krążka oraz zdobyta nagroda Mercury Prize. Czy mu to się udało? Ciężko ocenić, gdyż raper podąża już dawno wyznaczoną przez siebie drogą. Takie sprawy najlepiej rozstrzyga czas, który jest sprawiedliwym recenzentem i sędzią jednocześnie.

Ignorance is Bliss” to zlepek 13 utworów poruszających się w grime’owym klimacie. Raper opowiada o mrocznych historiach z londyńskich ulic i stacji metra. Jednakże nie zabraknie nawijek na temat miłości. Jednostajne i dość ponure beaty odstają od tego co ostatnio słyszymy w rapie za oceanu, raper stawia raczej na dość tradycyjne podejście do tematu i nie robi rewolucji w kwestii rap-podkładów. Trapowym trendom najbliżej jest muzyka z „Animal Instict„. Poza tym usłyszymy zahaczające o r’n’b „Glow In The Dark” czy też samplujące niezniszczalny hit Sophie Ellis Bextor – „Murder On Dancefloor„, „Love Me Not„. Pozostała część podkładów nie sili się na eksperymenty i pozostaje w dość topornym, grime’owym tonie.

W dobrej formie pozostaje sam Skepta. Jego nawijka brzmi prawdziwi i soczyście. Dobre flow łączy się tutaj z serduchem, jakie daje brytyjski raper. Mimo, że podkładowo „Ignorance is Bliss” nie oferuje nam fajerwerków to jest to pozycja warta sprawdzenia. Zwłaszcza jeśli wybieramy się za tydzień do Katowic na kolejną edycję Tauron Nowa Muzyka Festiwal. Ocena: 6/10.

 

Wczasy celebrują porażkę – recenzja albumu „Zawody”

Normalnie pisząc recenzję tej płyty nie rozpisywałbym się za bardzo. Wiem, że zespoły chciałyby pisano o ich muzyce dużo i dobrze. Jednak mało komu chce się czytać długie elaboraty na temat co artysta miał na myśli i dlaczego zrobił to tak, a nie inaczej. Druga sprawa to kwestia, którą kiedyś poruszał Krzysiek Kwiatkowski z Trzech Szóstek. Mianowicie internetowi recenzenci/blogerzy zwyczajnie nie mają aż tyle czasu by poświęcić go na wielokrotne słuchanie płyty i jej analizowanie. Nikt nam za to niestety nie płaci, i robimy to tylko z zamiłowania do muzyki. Czego czasem niektórzy twórcy nie potrafią zrozumieć. Żyjemy w czasach szybkiego przepływu informacji,a forma recenzji muzycznej coraz bliżej schodzi do poziomu łapki w górę lub łapki w dół. Trochę to smutne, ale coś za coś. Internet daje więcej możliwości do wybicia się i udostępnienia swojej muzyki większej ilości słuchaczy, także nie wszystko jest złe w tej sytuacji.

Przejdźmy jednak do sedna, bo tekst, który właśnie czytacie miał być zupełnie o czymś innym. Dzisiejsza recenzja z pewnością byłaby krótsza, jednak sprawa HONORU nie pozwala mi potraktować tej sprawy ulgowo. Mianowicie słuchając płyty „Zawody” grupy Wczasy (oczywiście z zamiarem późniejszego zrecenzowania) zostałem wyśmiany przez swoją własną żonę (Kolejny negatywny aspekt pisania o muzyce niezależnej). „Co to za głupie teksty?”, „Podoba Ci się to?!?”, „Co za badziew” – to oczywiście tylko część wypowiedzi na temat drugiej płyty duetu z Gorzowa Wielkopolskiego. Żona oczywiście obiecała mi, że wypowie się na ten temat na facebookowym fanpeju Paweuu i zdradzi moją „WIELKĄ TAJEMNICĘ”, że Paweuu się nie zna na muzyce a płyty, które recenzuje wcale nie przesłuchuje tylko sugeruje się opiniami z internetu.

Otóż nie. Oczywiście przesłuchuje płyty, i to do końca. Z internetowymi opiniami na temat muzyki również zapoznaje się, jednak nie po to by je przepisywać na bloga, tylko po to by wyłapywać współczesne trendy. Album „Zawody” poznałem stosunkowo nie dawno, za sprawą komiksu Melona (Podobna sytuacja miała miejsce z twórczością Kwiatów). Z miejsca jednak spodobał mi się debiutancki longplay Wczasów i zdążyłem już go przesłuchać paręnaście razy. Duet Bartłomiej Maczaluk – Jakub Żwirreło porusza się całkiem zgrabnie w rejonach elektroniki żywcem wyjętej z lat 80 i podrasowanej nutą gitarowego grania. Niektórzy widzą w nich polskiego odpowiednika Maca DeMarco i trudno się z tym nie zgodzić, gdy słyszymy „1000 problemów” sprzed dwóch lat. Na zeszłorocznym krążku grupa postawiła w większym stopniu na elektronikę, która momentami zahacza o elektro-punk („Ryszard„) a chwilami zwalnia tempo („Weź mnie„). Pojawiające się na „Zawodach” kiczowate synthy nawiązują do lat 80. Natomiast automat perkusyjny i lekkie, indie rockowe wstawki gitarowe ładnie komponują się z najważniejszym atutem tej płyty – TEKSTAMI.

O czym Wczasy Śpiewają na „Zawodach„? Ładnie to porównał Rafał Krause, przytaczając w swojej recenzji facebookowy profil „Magazyn Porażka„. To muzyka o życiu współczesnego dwudziesto-trzydziestoparolatka, któremu nie wszystko w życiu się udało. Okazuje się, że otrzymujemy w ten sposób bardzo ciekawy koncept-album. Już z okładki bije w nas obraz porażki, a w zasadzie oddania walkowera. Muzycy leżący bezczynie na torze wyścigowym, dają jasno do zrozumienia, że nie będą brać udziału w wyścigu szczurów. Teksty na „Zawodach” przesiąknięte są ogromną ilością ironii (ta zawsze jest u mnie w cenie) jak i dość prawdziwymi i smutnymi spostrzeżeniami o współczesnym świecie.

Najlepszym tego przykładem jest zamykający płytę „Nowy Świat„, w którym muzycy z nostalgią wspominają czasy dzieciństwa śpiewając o bazach z kumplami. Jednak przez nowoczesne technologie więzi społeczne zanikły. Pojawia się także troska o przyszłość i poczucie niepewności „Czy będzie lepiej w tym nowym świecie? / Czy nowoczesność zupełnie nas przygniecie?„. W utworze „Dzisiaj Jeszcze Tańczę” pojawiają się przemyślenia na temat bólu związanego z codziennością i chodzeniem do pracy. Nic nie oddaje tak mocno niechęci do swojej pracy jak zwrotka:

„Rano będzie trzeba wstać
Będzie trzeba iść do pracy
I robić rzeczy, których nie chcę
Rozmawiać z ludźmi, z którymi nie chcę”

W następnym „Zawody” ponownie wracamy do tematu przewodniego płyty – ludzi przegranych. Pada tutaj lista zawodów z stwierdzeniem, że nie każdy może je wykonywać. Dosadnie to ilustruje m.in. ta zwrotka:

Nie każdy może być inżynierem
Zaprojektować kanalizację
Systemy odprowadzania wody z gównem
Z bloków

Na płycie pojawiają się także tematy frapujące współczesnego artysty niezalowego z Polski. W utworze „Ryszard” wokalista z przekąsem śpiewa: „Nie musieć już nigdy pracować, być jak Jacek Cygan / Albo jak Ryszard Rynkowski w pociągu pełnym złota„. Jednocześnie wyśmiewa jarmarkowość polskiego rynku muzycznego. W otwierającym całość „Prince i Bowie” otrzymujemy relację na linii artysta-fan. Podmiot liryczny wspomina o tym, że chce grać tak jak Prince i Bowie. Wyrzuca jednak, że fan woli nieżyjących idoli od muzyka, który jest TU i TERAZ. Prosi jedynie by dać mu szansę – „Zabrałbym cię tam, gdzie oni – / Prince i Bowie, tam, gdzie oni„.

W jednym z najlepszych utworów na płycie – „Smutne Disco” wokalista zwraca uwagę na aspekt samotności w klubie z muzyką. Gdy większości ludzi dyskoteka kojarzy się z zabawą i tańcem (generalnie rzeczami pozytywnymi), to wtedy przychodzą Wczasy i uświadamiają swoim odbiorcom, że: „Bo dyskoteki to nie tylko bijatyki i śmiech / To też smutek, że nie kochasz mnie„. Temat samotności i wyobcowania pojawia się także w „Ciągle Sam„.

Generalnie Wczasy śpiewają o ludziach nienawidzących swojej pracy, swoich obowiązków, które minęły się z ich marzeniami. O ludziach, którzy nie osiągnęli sukcesu, a nawet nigdy o niego się nie otarli. O ludziach odrzuconych, przegranych i takich, o których nie mówi się na co dzień. O artystach, którzy tworzą muzykę z pasji jednak nigdy nie osiągną sukcesu na miarę Ryszarda Rynkowskiego. O ludziach wracających z dyskoteki w smutku. Myślę, że nie będąc totalnym przegrywem to każdy mógłby coś znaleźć dla siebie w tym worze niepowodzeń. W końcu nawet Messiemu zdarzają się słabe mecze, prawda?

Osobiście widzę w tej płycie nową wersję debiutu Cool Kids of Death. Płyta z 2002 roku, również stanowiła pewnego rodzaju manifest i poczucie niezadowolenia związanego z sytuacją życiową współczesnych dwudziestoparolatków. Głos wokalisty, a przede wszystkim sposób śpiewania może budzić skojarzenia z Michałem Wiraszko z Much, stylistycznie jednak płyta przywołuje na myśl Supergirl & Romantic Boys. Oczywiście możemy się tutaj doszukać pełnej palety inspiracji z lat 80 zaczynając od The Cure a kończąc na Papa Dance i Kombi?!? Generalnie warto sprawdzić debiutancki album Wczasów. Takie płyty nie zdarzają się często. Zespół świetnie operuje kiczem i ironią, muzycznie obraca się w modnej ostatnio retromanii lat 80, a tekstowo zjada większość polskich płyt z ostatnich paru lat. Ocena: 8/10.

Soulowe alter ego Tylera kreatora – recenzja albumu „Igor”

W piękny sposób rozwija nam się Tyler, the Creator. Raper od momentu wydania „Cherry Bomb” w 2015 roku pokazuje coraz większe zamiłowanie do eksperymentowania z innymi gatunkami. Na debiutanckim albumie „Goblin” z 2011 roku i wydanym dwa lata później „Wolf” raper dał się poznać od brudnej, mrocznej i dość ciężko brzmiącej strony hip-hopu. Stąd przyjemniejsze dla ucha „Cherry Bomb„, gdzie mieszają się gatunki muzyczne, było dość odważnym posunięciem ze strony Okonmy. Następnie wydany został „Flower Boy„, który w mojej ocenie był najlepszym albumem w 2017 roku. Na tym albumie artysta (bo już coraz mniej raper) zostawił mniej miejsca na klasyczne rapsy na rzecz zabawy z r’n’b, popem i soulem. Kolejnym i póki co finalnym krokiem było wydanie „Igora„.

Na tegorocznym longplayu Tyler Gregory Okonma zostawia już śladowe ilości rapowania. Na palcach jednej ręki można policzyć jego nawijki. Dostajemy w zamian pięknie zaaranżowane podkłady, które nawiązują do soulu lat 60, popu,elektroniki i r’n’b. Warstwa muzyczna robi ogromne wrażenie. Muzyka w całości stworzona przez Okonmę pokazuje jego niesamowite zdolności w tej materii i co więcej, okazuje się, że Tyler odrobił lekcje na szóstkę z plusem. Zdarza się, że sam Okonma śpiewa na „Igorze” (i wychodzi mu to nieźle), jednak generalnie zostawia dużo miejsca na występy gościnne. A nazwiska jakie zgromadził na płycie są wyborne. Łatwiej chyba wymienić kogo nie ma, aniżeli jest. Na „Igorze” usłyszymy m.in. Kanye Westa, Solange, La Roux, Charlie Wilsona, Santigold, Playboi Carti’ego czy też Pharrella Williamsa. Nazwiska nazwiskami. Najważniejsze jest jednak to, że wszystkie te featuringi są trafione w punkt i idealnie komponują się w całość.

Po przesłuchaniu „Igora” (Ja zrobiłem już to chyba z dziesiątki razy) raczej nie mamy wątpliwości co do orientacji seksualnej artysty. O ile już na „Flower Boy” Tyler dawał takie sygnały, to po tym krążku wiemy o tym na pewno. Linijka w stylu: „Next line I’ll have em’ like woah, I’ve been kissing white boys since 2004” jest dość wymowna. „Igor” to przede wszystkim płyta o miłości, rozstaniu i tęsknocie. Szczególnie ta tęsknota wybrzmiewa w kończącym całość „ARE WE STILL FRIENDS?„, gdzie Okonma z żalem śpiewa „I can’t stop you, I can rock, too” czy też „I don’t want to end the season on a bad episode, nigga, nah„. Samotność wybrzmiewa także z genialnego „PUPPET„, gdzie usłyszymy „You lost, son, and you’ve been tryna find your way to me” a w refrenie wybrzmiewa „I’m your puppet  / You control me„. Wymownie brzmi również „I DON’T LOVE YOU ANYMORE„, gdzie usłyszmy „(No) I don’t love you no more / Tell me where to go / Can I have my heart back?

To najbardziej dojrzałe dzieło w dorobku Tylera, The Creatora. Co więcej, to zdecydowanie jego najlepszy album, który stanowi opus magnum twórczości rapera z Los Angeles. Okonma w piękny sposób nawiązuje do klasyki soulu, czerpiąc z niej co najlepsze. Chyba, żadna tegoroczna płyta mi się tak dobrze nie słuchała jak „Igor„. Zdecydowanie pozycja obowiązkowa dla każdego, nie tylko fanów rapera. Ocena: 9/10

Tauron Nowa Muzyka Katowice 2019 – Zapowiedź

Tradycyjnie już na terenie Muzeum Śląskiego w Katowicach odbędzie się kolejna edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice. W tym roku ponownie będę miał uprzejmość gościć na tej imprezie. Mam nadzieję, że i Wy zawitacie do stolicy Śląska. Oto kilka przydatnych informacji na temat tegorocznego Taurona.

Gdzie i kiedy?

Niby w centrum, a trochę z boku. Dobry dojazd, sąsiedztwo NOSPRU z wspaniałymi widokami na Spodek i nowe biurowce. To właśnie teren Muzeum Śląskiego, gdzie wcześniej znajdowała się Kopalnia Węgla Kamiennego Katowice. To właśnie tam po raz XIV odbędzie Tauron Nowa Muzyka Katowice. Termin? Tym razem jest to ponownie konie czerwca, a dokładnie 20-23 czerwca 2019.

Jakie gwiazdy wystąpią?

W tym roku największą gwiazdą imprezy jest bez wątpienia grupa Kraftwerk. Niemiecka legenda muzyki elektronicznej zaprezentuje występ 3-D. Z całą pewnością usłyszymy ich największe hity w tym „The Robots” czy też „The Model” bądź „Trans-Europe Express„. Drugim headlinerem festiwalu jest Skepta. Brytyjski DJ i producent ma na koncie utwory m.in. z A$AP Rocky’m, Blood Orange czy też Dizzee Rascal’em. Artysta jest na scenie od 2004 roku i w tym czasie zdążył nagrał całkiem sporo dobrego materiału by zapełnić pełen festiwalowy występ.

Kto jeszcze zagra?

Z całą pewnością warto posłuchać hip-hopowego The Mouse Outfit. Z piątkowych koncertów warto jeszcze sprawdzić dj set od Kornela Kovacsa, który zaprezentuje najnowszy album „Stockholm Marathon„. Natomiast w sobotę warto udać się na występ Apparat, czyli solowego projektu Saschy Ringa z grupy Moderat. Poza tym tego dnia wystąpi gitarowa formacja Gus Gus, zawsze wciągający Laurel Halo oraz Matthew Dear. Z polskich artystów warto sprawdzić jak brzmi na żywo najnowszy album KAMP!, co słychać u Króla oraz ponownie posłuchać Smolika z Kev Foxem oraz Fisz Emade Tworzywo.

Ile kosztują bilety?

Na tą chwilę można zakupić karnety dwudniowe w cenie 329 zł oraz trzydniowe (20-22.06) za 389 zł. Dostępne są również bilety jednodniowe w cenie 199 zł za sztukę. Bilety można zakupić TUTAJ.

Więcej informacji na temat wydarzenia pod linkami:

Strona główna

https://www.facebook.com/NowaMuzyka/

https://www.instagram.com/nowa_muzyka/

 

 

OFF Festival 2019 – Zapowiedź

XIV edycja kultowego już OFF Festiwalu nie jest być może jubileuszowa, ale jest nie mniej ważna na festiwalowej mapie Polski. Tradycyjnie publikuje najważniejsze informacje na temat tegorocznej edycji święta muzyki alternatywnej i gorąco zachęcam do uczestnictwa.

Gdzie i kiedy?

Okazuje się, że jednak jest to jubileuszowa edycja. Otóż OFF po raz już dziesiąty zagości w Katowicach, a dokładnie na Trzech Stawach. Kto był wcześniej w stolicy Śląska, ten wie, że nie brakuje tutaj zieleni. Nie inaczej jest na Trzech Stawach. OFF idealnie się odnalazł w pobliżu drzew, jezior oraz lotniska. Czas imprezy to już tradycyjnie pierwszy weekend sierpnia, który w tym roku wypada na 2-4 sierpnia.

Jakie gwiazdy wystąpią?

Tegoroczni headlinerzy to indie rockowcy z Foals, którzy ładnie się rozkręcają ze swoją muzyką. Kiedyś mnie drażnili i wydawali się kolejną brytyjską kapelą grającą nic nie wnoszącą nowego gitarową muzykę. Dziś mają swój rozpoznawalny styl, z którego pełnymi garściami czerpią młode kapele. Kolejna hit kapela to legenda britpopu lat 90 Suede. Mimo, że mają na koncie wiele hiciorów to na pewno nie zabraknie nowszych utworów. Trzecia gwiazda to kolejna legenda z lat 90. Mowa o Stereolab, które dzięki albumowi „Emperor Tomato Ketchup” odcisnęło swoje piętno na muzykę z pogranicza popu i alternatywy.

Kto jeszcze zagra?

Na pewno warto zwrócić uwagę na The Comet Is Coming i Jarvisa Cockera. Zagra też kolejna „mała” legenda lat 90 – Neneh Cherry. Być na Offie i nie zobaczyć Electric Wizard to jak być w Rzymie i nie widzieć papieża. Czadu na pewno dadzą Daughters a Soccer Mommy na pewno dostarczy wielu pozytywnych emocji. Polską reprezentację będzie stanowić m.in. Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk”, Dezerter grający „Underground out of Poland„, Tęskno czy też Wczasy.

Ile kosztują bilety?

Na dzień dzisiejszy karnet trzy dniowy kosztuje 360 zł. Pole namiotowe to dodatkowy koszt w wysokości 80 zł. Bilety jednodniowe pojawią się w późniejszym terminie. Wejściówki można zakupić TUTAJ.

Więcej informacji na temat OFF Festivalu znajdziecie TUTAJ.