Amerykański gorzki sen wg Lany Del Rey – recenzja „Norman Fucking Rockwell!”

Media recenzujące „Norman Fucking Rockwell!” tuż po premierze zdążyły go okrzyknąć jako najlepszy longplay spod ręki Lany Del Rey. Od momentu ukazania się szóstego albumu 34-letniej wokalistki minęło już trochę czasu, dzięki czemu na zimno i zupełnie trzeźwo mogę tylko przyznać rację ekscytacji Rolling Stone i reszcie muzycznych recenzentów. NFR to zdecydowanie najlepsza rzecz jaka się przytrafiła Lanie.

Amerykańska songerka wejście miała mocne. Świat podbiła w 2012 roku za sprawą „Born To Die„. Sam jarałem się tym albumem, mimo świadomości, że to wszystko jest ładnie zrobionym i poprawionym produktem. Następnie pojawił się moment nudy i monotonii. Albumy „Ultraviolence” oraz „Honeymoon” może i ładnie się sprzedawały, ale serc krytyków muzycznych nie zdobyły. Ponownie uwierzyłem w artystkę za sprawą świetnego „Lust For Life„, gdzie pojawiły się odważniejsze romanse z hip-hopem. Okazało się, że Lana Del Rey potrafi być piosenkarką wielowymiarową i nie śpiewać w kółko jednej i tej samej piosenki.

Tegoroczny „Norman Fucking Rockwell!” jest jej opus magnus. Trwający ponad godzinę materiał to słodko-gorzki zestaw historii opowiadających o amerykańskim śnie i dawnej Ameryce, którą znamy z filmów chociażby Davida Lyncha. Swoją drogą to bardzo filmowa płyta. Jestem pewien, że gdyby twórca „Dzikości Serca” oraz „Zagubionej Autostrady” wciąż tworzył filmy to w tle słyszelibyśmy te piosenki. Znajdziemy tutaj sporo przeciwności. Afirmację życia – rezygnację, wzloty miłosne i rozczarowania, słodkie i gorzkie wspomnienia. Lana Del Rey jak nigdy opowiada wspaniałe historię swoim charakterystycznym i jednocześnie uwodzącym głosem.

Za produkcję płyty odpowiada Jack Antonoff, który stawia na proste rozwiązania nie rezygnując jednocześnie z bardziej wymyślnych zabiegów. W „Don’ Time” znajdziemy modny w ostatnim czasie trip-hop. Natomiast większość utworów oparta jest na fortepianie i mocnym głosie Lany Del Rey jak chociażby w „Bartender” czy też „California„. Nie zabraknie tutaj także gitarowych ballad jak chociażby „The greatest” oraz „Mariners Apartment Complex„. Najwięcej się dzieje oczywiście w „Venice Bitch„, które trwa prawie 10 minut i jest najbardziej psychodelicznym utworem na płycie.

Na koniec jeszcze garść ciekawostek. Tytuł płyty nawiązuje do amerykańskiego malarza i ilustratora, który słynął z odzwierciedlania amerykańskiego stylu życia a kojarzony jest głównie z ilustrowania okładek do The Saturday Evening Post. Natomiast otwierający album utwór o tym samym tytule nawiązuje już do zupełnie innej rzeczy. Opowiada on dramatyczną historię pewnego romansu pomiędzy dwoma mężczyznami. Na okładce płyty obok Lany Del Rey stoi wnuk Jacka Nickholsona – Duke Norfleet.

Podsumowując „Norman Fucking Rockwell!” zasługuje w pełni na miano najlepszej płyty Lany Del Rey. Artystka jeszcze nigdy tak nie łapała za serducho i nie zmuszała do refleksji jak na tym krążku. NFR to świetnie zaprojektowany i wykonany koncept album na temat amerykańskiego snu. Czuć tutaj dużo nostalgii za starą, romantyczną Ameryką, gdzie wszystko wydawało się takie proste… Ocena: 9/10.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.