Turbo zakończenie Gry o Tron – recenzja 8 sezonu

Nie łatwo być twórcą „Gry o Tron„, serialu wręcz ubóstwianemu i przez wielu uważanego za najlepszy w dziejach. Telewizyjne widowisko o smokach i rycerzach ma miliony fanów na Świecie, których oczekiwania z każdym nowym sezonem rosły by osiągnąć szczyt przy finalnym sezonie. Ludzie pokochali te postacie, a w dobie możliwości internetu presja jest jeszcze większa niż chociażby paręnaście lat temu. Nie dziwi mnie więc reakcja rozczarowanych fanów potoczonym biegiem spraw, którzy wymyślili sobie by 8 sezon nakręcić jeszcze raz. Ponad milion ludzi podpisało petycję w tej sprawie! Nie pomaga też sam prowodyr całego show – George R.R. Martin, który mocno opieszale pisze najnowszy tom powieści. Co prawda pomagał on samym scenarzystom przy tworzeniu finału historii, ale czy takie samo będzie w jego książce? Ciężko stwierdzić. Jedno jest pewne, zakończenie serialu spotkało się raczej z zimnym przyjęciem. Czy zasłużenie? O tym poniżej. Ostrzegam, że mogą pojawić się spoilery.

Przyznam szczerze, że sam jestem rozczarowany tym jak ten serial się skończył. Jednak nie w ten sam sposób co miliony widzów, którym nie spodobało się, że finalna walka z Nocnym Królem była słabo widoczna, że John Snow nie pożegnał się w jednym odcinku z wilczurem czy też fakt, że Deanerys oszalała i stała się czarnym bohaterem. Najgorsze jest szczególnie to ostatnie, bo przecież tyle „madek” nadało imię swoim córkom na cześć bohaterki odgrywanej przez Emilię Clark. Podobnie jak Jakubowi Popieleckiemu z Filmwebu nie przeszkadzało mi to CO SIĘ DZiAŁO z bohaterami. W zasadzie odpowiadał mi ten bieg wydarzeń… W końcu to GRA O TRON! To serial, który chyba już zdążył przyzwyczaić, że żaden bohater nie jest bezpieczny i rzadko spotyka się tu happy endy. Większy problem miałem z tym JAK TO SIĘ DZIAŁO.

Generalnie uważam, że serial trzymał formę do 6 sezonu. Siódmy stanowił grę na czas i przeczekanie do finału. Ósmy miał natomiast być wielkim finałem. Niestety nie do końca się to udało. Wyraźnie czuć i widać gołym okiem jak bardzo szybko D.B. Weiss i David Benioff chcieli zakończyć ten serial i zająć się Gwiezdnymi Wojnami. 6 odcinków (pomimo, że długich) to stanowczo za mało by zamknąć udanie tyle ciekawych i angażujących widza wątków. Szczególnie boli mnie jak rozprawiono się z motywem armii Nocnego Króla. Hasło „Winter is coming” straszyło przecież przez 7 sezonów i człowiek spodziewał się więcej odpowiedzi niż pokazanie jednej epickiej bitwy. Nie dowiedzieliśmy się kim był Nocny Król i skąd ta motywacja zabicia Brana i zajęcia Westeros? Zimny ludek ze swoją armią umarlaków po prostu przyszedł i ostatecznie przegrał. A co się dzieje dalej? Otrzymujemy kolejną epicką bitwę o Królewską Przystań, która zamienia się w Teksańską Masakrę Piłą Mechaniczną. I to wszystko na przestrzeni 3 odcinków! Ostatni natomiast prezentują nam słodko-gorzkie zakończenie, które nie jest złe, ale mam poczucie, że to wszystko dzieje się za szybko. Na dobrą sprawę serial mógłby toczyć się do 10 sezonu i z pewnością skorzystałaby na tym cała historia. Swoją drogą, to ogromna rzadkość by mówić, że dany serial skończył się za szybko. Przeważnie działa to w odwrotną stronę.

Denerwuje także prostolinijne i zupełnie niewiarygodne zachowanie bohaterów. Trochę ciężko uwierzyć, że w końcowej scenie nikt nie chce ostatecznie tronu, o którym tak bardzo wszyscy marzyli. Tyrion – geniusz strategii myli się co chwile przez co jego pozycja słabnie a wszechwiedzący Varys nie domyśla się, że zostanie skazany na śmierć. Takich perełek jest oczywiście więcej. Przypomnę tylko podejście do smoków, które w każdym odcinku jest inne. Okazuje się, że łatwo jest zabić latającego gada by chwilę później uczyni go największym rozpierdalaczem w całym królestwie. Generalnie mógłbym się doczepić każdego wątku w tym serialu, a szkoda mi palców do opisywania tych wszystkich absurdów. Pomimo, że w 8 sezonie dzieje się dużo ciekawych rzeczy i ma ten serial swoje momenty to sposób w jaki jest to pokazane psuje odbiór całości. Trochę szkoda, bo lepsze zakończenie serialu mogłoby sprawić, że stawiało by się go w jednym rzędzie obok „Rodziny Soprano” czy też „The Wire„. A tak otrzymaliśmy coś na miarę „Zagubionych” – fajny serial, z kiepskim zakończeniem. Mam tylko nadzieję, że fani książki otrzymają coś znacznie lepszego.

Reklamy