Tauron Nowa Muzyka Festiwal 2017

Ok, sezon festiwalowy już się rozpoczął. Jak zwykle, możecie liczyć na moją rekomendacje dla najciekawszych wydarzeń muzycznych tego roku. Jedną z nich jest z całą pewnością Tauron Nowa Muzyka, który będzie miał tradycyjnie miejsce w Katowicach. Poniżej garść przydatnych informacji.

Gdzie i kiedy?

Festiwal ponownie będzie miał miejsce w katowickiej Strefie Kultury. Ten, kto był na poprzednich edycjach ten wie, że to miejsce idealne dla tego typu wydarzenia. Koncerty będą się odbywać na kilku scenach, w tym sali NOSPR Katowice. Jedyna zmiana to termin. W tym roku impreza odbędzie się w lipcu, a dokładnie w dniach 6-9 lipca 2017.

Kto zagra?

Tegoroczny line-up imprezy jest bogaty w kilka bardziej znanych nazw. W Katowicach zagra między innymi niezawodna Roisin Murphy, znana ze swojego zamiłowania do muzyki elektronicznej. Poza tym niemal już legendarni australijczycy z Gang Gang Dance, kapitalni Hercules & Love Affair oraz szaleni Who Made Who. Ja osobiście polecam występ !!! (chk chk chk), którzy potrafią świetnie dać czadu na scenie. Poza tym wystąpią już dobrze znany SOHN, którego miałem okazję widzieć 3 lata temu oraz William Basinski, The Cinematic Orchestra, Chloe Martini, Forest Swords, Clark czy też Princess Nokia. Z polskich akcentów na pewno warto przyjrzeć się raperom Ten Typ Mes i Taco Hamingway oraz sprawdzić w jakiej formie jest Niemoc, Rebeka czy też Kroki.

Za ile?

Bilety wciąż są dostępne. Karnet dwu dniowy to wydatek rzędu 280 złotych, a bilet na jeden dzień kosztuje 160 zł. Bilety kupicie Tu.

Więcej informacji na temat festiwalu znajdziecie w poniższych odnośnikach.

http://festiwalnowamuzyka.pl/

https://pl-pl.facebook.com/NowaMuzyka/

 

Phoenix, Ti Amo!

Boże, jak ja się stęskniłem za tymi rozczochranymi żabojadami. Pewnie, że jestem fanem twórczości Phoenix! „Wolfgang Amadeus Phoenix” czy też „Alphabetical” to moje ulubione krążki od francuskiego kwartetu. Ich ostatni „Bankrupt!” co prawda oceniłem na blogu dość wysoko, ale nigdy nie wracałem do tej płyty, tak jak do wymienionej wcześniej dwójki. Dlatego tym bardziej ucieszyła mnie wiadomość, że będzie nowe wydawnictwo od Phoenix. Zwłaszcza, że zapowiadał go kapitalny singiel „J-Boy„. Komu by nie poleciała ślinka?

Wrażenia po pierwszych odsłuchach „Ti Amo” były dość pozytywne. Oczywiście nowa płyta nie przebija wcześniejszych, ale podtrzymuje narzucony poziom. I za to szacunek. Brakowało mi takiej płyty w tym roku. Podoba mi się ta popowa lekkość, którą Phoenix wyróżnia w swoich piosenkach. „Ti Amo” to przyjemny zestaw niezobowiązujących porcji uroczej muzyki o miłosnych historiach i tańczeniu. Na lato 2017 jak znalazł.

Całość zaczyna się mocno od singla „J-Boy„, który od pierwszych sekund przypadł mi do gustu. Kolejny tytułowy „Ti Amo” to już brzmienie, do którego nas przyzwyczaili francuscy indie-rockowcy. Do trzeciego „Tuttifrutti” wkrada się odrobina banalności, ale to zupełnie nie przeszkadza. „Fior Di Latte” ładnie się rozkręca a w „Goodbye Soleil” dostajemy sporo elektroniki okraszonej przyjemnymi gitarowymi riffami. „Lovelife” jest zdecydowanie najbardziej tanecznym utworem na płycie. Jednak końcówka „Ti Amo” nie idzie w taneczne nastroje, a bardziej nastrojowe. I wychodzi to krążkowi na zdrowie.

Podsumowując, najnowszy album Phoenix to idealny zestaw letnich, przebojowych i lekkich piosenek z pogranicza popu i indie rocka. Przyjemna dla ucha mieszanka syntezatorów z gitarami daje ładny efekt. „Ti Amo” nie zostanie zapisane na kartach historii jako album genialny, zmieniający muzykę, ale nie taki był cel. Celem chłopaków było umilenie nam najbliższych ciepłych dni. I to im się udało. Ja to kupuje, a Wy? Ocena: 7/10.

Posłuchaj

 

Pijany Thundercat, wciąż smutny Drake

Dziś dwie pieczenie na jednym ogniu. Zajrzymy co słychać u wiecznie smutnego Drake’a i dowiemy się co po pijaku robi nijaki Thundercat. Zaczniemy od tego drugiego zgrywusa. Miłej lektury! No i czekam na Wasze komentarze co sądzicie na temat albumów „Drunk” i „More Life„.

Stephen Bruner, znany szerzej jako Thundercat wyłania się powoli z wody i zerka na nas! Zerka oczami maniaka i wariata. Na szczęście muzycznego wariata. Co tu się odsmerfowało na tym albumie? Thundercat zdaje się grać przez cały czas jedną piosenkę. Każdy utwór na albumie to coś około dwóch minut rozpoczętego motywu, który nagle się urywa. Aż się prosi o rozwinięcie, lecz nie te numery z Thundercatem. Dostajemy tylko namiastkę jego pomysłu. Z jednej strony to dobrze, bo płyta intryguje i zmusza do myślenia. Jednak pozostaje pytanie, czy to nie było, tak, że artyście zabrakło pomysłu na dalszą część?

Gdy słucham „Drunk” to pierwsze co mi przychodzi na myśl to twórczość Maxa Tundry. Sporo tu dziwacznych brzmień, które za pierwszym razem mogą odrzucać. Jednak, gdy się wsłuchamy to odkryjemy w tym coś więcej niż szalone odjazdy. W moim przypadku, ten krążek zyskiwał za każdym kolejnym odsłuchaniem. Słucha się go przyjemnie, szybko i pozostawia po sobie to „coś”. A dokładnie myśl: „Kurde, ale to dobre”. Panie Stephanie, udało Ci się! Ocena: 8/10.

Drake nie zwalnia tempa. „More life” to kolejny krążek w kolekcji rapera. Niby wszystko brzmi po staremu, ale jest w tym coś po prostu lepszego. W sumie nic dziwnego, gdyż ostatni longplay Kanadyjczyka pozostawił po sobie wielki niedosyt. „Views” było cholernie nudne, a tu, gdy się wsłuchamy to dzieje się bardzo wiele. Podkłady stoją na dobrym, wysokim poziomie. Mamy tutaj chwytliwe melodie z „Passionfruit” czy też „Madiba Riddim„, które mieszają się z melancholijnymi nutami w „4422” czy też „Nothing Into Somethings„. W „Teenage Fever” Drake pokazał, że z mainstremowego mega hitu Jennifer Lopez „If You Had My Love„, można wykrzesać coś kapitalnego. No i nie zapominajmy o bangerach w postaci „Gyalchester”. Generalnie podobają mi się tutaj zgromadzone beaty, gdyż każdy wnosi coś od siebie istotnego i co najważniejsze innego. Ta różnorodność podoba mi się, Drake skorzystał ze swoich doświadczeń i przedstawił całkiem ciekawą mieszankę.

A lirycznie? No cóż, Aubrey wciąż jest smutny. Smutek, mocno bije z tej płyty. Co prawda, raper rzuca zuchwale „more life, more everything”, ale ja chyba mu nie wierzę. W sumie to dobrze, bo nic tak dobrze nie wpływa na wartość muzyki jak pęknięte serce. Drejku, bądź smutny jak najdłużej. Wychodzi Ci to na dobre, serio. Poza tym trzeba dodać, że „More Life” zostało wypuszczone w świat jako playlista. Długa playlista. I trzeba przyznać, że ta mnie oficjalna forma wydawania wychodzi raperowi lepiej od rozdmuchanych albumów długogrających. Ostatni taki twór „If You’re Reading This, It’s Too Late” zebrał dobre oceny. „More Life” na razie też zalicza same pochwały. Nie inaczej będzie u mnie. Aubrey, dobra robota! Ocena: 8/10.

Wavves, zawsze mile widziani. Recenzja „You’re Welcome”

Recenzje tą muszę rozpocząć od apelu. Wavves, przyjedźcie wreszcie do Polski! Od Waszego odwołanego występu na OFF Festiwalu 09, czekam na wasz sceniczny rozpierdol. Serio, na żadną inną grupę tak nie wyczekuje, jak na ekipę Nathana Wiliamsa. Organizatorzy festiwali, muzyczni dygnitarze to apel również do Was! Zaproście Wavves do Polski. Dziękuje.

A teraz przejdźmy do recenzji najnowszego krążka grupy „You’re Welcome„. Zacznę od tego, że strasznie czekałem na ten album. Z resztą jak na każdy, od momentu ukazania się „King of the Beach” z 2010 roku. Niestety, album ten nie spełnił moich marzeń o kapitalnym longplayu, urywającym dupę. Jest co najwyżej przyzwoicie. Szkoda. Od pewnego czasu słychać w wydawnictwach Williamsa tendencje spadkową. Wydaje mi się, że w kwestii letniego, garażowego lo-fi zostało już powiedziane wszystko, a tegoroczny krążek to kolejna ciekawa anegdota, aniżeli osobny rozdział.

O ile na poprzednich wydawnictwa Wavves miał kapitalne momenty, tak na „You’re Wolcome” ciężko takowe znaleźć. Płyta jest na równym, jak powiedziałem wcześniej przyzwoitym poziomie. Single nie spełniają swojej roli, a całość momentami miesza się w jedną papkę. Trochę szkoda mi pisać takie słowa, ale odnośnie Wavves mam duże wymagania. Inny zespół za ten krążek dostałby lekko siódemke, Williams dostanie oczko niżej.

Oj Nathan, myślałem, że w te wakacje będę zasłuchiwał wyłącznie „You’re Welcome„. A tu wychodzi na to, że wciąż będę repetował „Green Eyes” oraz „My Head Hurts„. Jednak by nie krytykować wyłącznie kalifornijskiego bandu to należy wspomnieć, że „No Shade” jest całkiem OK utworem. Natomiast „Come To The Valley” to całkiem zabawna zabawa z latami 60. Sam album natomiast słucha się szybko i przyjemnie. To dobra muzyka na lato. Jeżeli nie mieliście nigdy do czynienia z Wavves to nie powinna was rozczarować. „You’re Welcome” najkrócej można określić pełnym energii i charakterystycznych melodii indie rockiem na dość przyzwoitym poziomie. Ocena: 6/10.

Czy ktokolwiek o nich słyszał? Czy ktokolwiek coś wie? – Recenzja „Visuals” Mew

Po powróceniu do słuchania Cold War Kids, odkurzyłem sobie kolejny zapomniany przeze mnie indie band. Tym razem padło na duńską formację Mew, którą namiętnie zasłuchiwałem przed 2010 rokiem. Wtedy krewni Gangu Olsena występowali na katowickim Off Festivalu, gdzie grali głównie kawałki z albumu: „No More Stories Are Told Today, I’m Sorry They Washed Away // No More Stories, The World Is Grey, I’m Tired, Let’s Wash Away„. To jednak stare dzieje, a co teraz? Pod koniec kwietnia, grupa grający alternatywny rock powróciła z najnowszym. siódmym longplayem „Visuals„. Jakie są moje odczucia? O tym poniżej.

Najnowszy krążek w zestawie Mew, nie wnosi absolutnie nic nowego. Przynajmniej nic, czego byśmy nie słyszeli na poprzednich wydawnictwa Duńczyków. Jonas Bjerre, raczej nie lubi eksperymentować, i to słychać na tym krążku. To kolejny zestaw przyjemnych dla ucha piosenek z pogranicza alternatywnego rocka z domieszką rocka progresywnego.  To dobra wiadomość dla oddanych fanów grupy. Jeżeli ktoś pokochał ten zespół za tego typu muzykę, to nie powinien być rozczarowany. Usłyszy dokładnie to samo, co zespół gra od 1997 roku. Słuchacze bardziej wymagający nie mają raczej czego tu szukać. Po przesłuchaniu „Frengers” z 2003 roku czy też „And the Glass Handed Kites” z 2005 roku, ma się wiedzę absolutną na temat muzyki Mew.

Visuals” to przyjemny w odbiorze album. Słucha się go całkiem dobrze. Jonas Bjerre wciąż posiada hipnotyzujący głos i pomysł na swoją muzykę, który w pełni realizuje. Jest to mocno nastrojowa płyta, która sprawia, że czujemy się jakbyśmy spacerowali po trawiastych wybrzeżach Danii. Tak jak mówiłem wcześniej nie jest to odkrywcza muzyka, ale jest na tyle dobra, że śmiało można raz czy dwa razy „Visuals” odpalić. Przy większej ilości odsłuchań, płyta może po prostu się szybko znudzić, i jest to najpoważniejszy zarzut jaki można wytoczyć. Wiecie, nie można jeść codziennie tej samej kanapki na śniadanie. Prędzej czy później, będziecie mieć smak na jajecznice. Jonas Bjerre z kolegami jej Wam jednak nie zaserwuje, a co najwyżej zamień na Waszej kanapce ser goudę na ser edamski. Ocena: 5/10.

Mac DeMarco znowu to zrobił! – Recenzja „This Old Dog”

No i doczekaliśmy się. Najnowszy, trzeci już długogrający album od Mac’a DeMarco „This Old Dog” ukazał się jakiś czas temu. Recenzje póki co zbiera pozytywne. Nie inaczej będzie u mnie. Ale po kolei.

Jak to jest, że ten Kanadyjski skurczybyk z taką lekkością i jakby od niechcenia wydaje tak świetne płyty? Debiutancki „2” z 2012 roku pokazał, że mamy do czynienia z kimś nietuzinkowym i ciekawym.  Dwa lata później ukazał się GENIALNY „Salad Days„, który uważam za najdoskonalsze dzieło Mac’a. Jego „Passing Out Pieces” przez długi czas był moim dzwonkiem w telefonie. Nie minął rok, a DeMarco wydał kolejny mini-krążek „Another One„, który znowu zachwycił! Teraz mamy 2017, a słynny Pepperoni Playboy znowu zachwyca.

Mac DeMarco niczym Bob Dylan, przy pomocy akompaniamentu gitary, swojego głosu i zmysłu do piosenek uwodzi nasze uszy. Udowadnia to już opener „My Old Man„. Trochę niepozorna piosenka, ale kurcze jak to łapie! A dalej jest tylko lepiej. W „This Old Dog” muzyk ponownie łapie nas swoim sentymentalizmem i senno-narkotycznym nastrojem. Trzeci w zestawie „Baby You’re Out” brzmi jak zaginiona piosenka Dylana, w której autor rzuca zagadkowe: „Remember all the faces still unseen / And soon enough, you’ll see just what I mean„.

For The First Time” to perełka kompozycyjna. Świetna partia basu wprowadza nas w klimat, a elementy klawiszowe dają całości kolorytu. Tym utworem DeMarco udowadnia, że ma nosa do ciekawych brzmień i potrafi je zgrabnie połączyć. W piątym „One Another” muzyk eksploruje gitarą brzmienie południowych stanów i podpowiada co by nagrywał Johnny Cash, gdyby żył i był Kanadyjczykiem. W połowie krążka, znajdujemy krótką balladę „Sister” a kolejny „Dream From Yesterday” za pomocą syntezatora wprowadza nas w letni, leniwy nastrój. Numer 9, czyli „A Wolf Who Wears Sheeps Clothes” to ponowna próba zabawy w Dylana za pomocą harmonijki. Za „One More Love Song” mówi już sam tytuł a „On The Level” wprowadza nieco psychodeli na ten album. A jak dobrze wiecie, za ten specyficzny klimat najbardziej uwielbiamy produkcje Mac’a DeMarco. W „Moonlight River” artysta nieco się rozszalał, gdyż to najdłuższy kawałek na płycie. 7 minutowy kolos w otoczeniu 2-3 minutowych kolegów robi inne wrażenie. Całość kończy spokojne „Watching Him Fade Away”.

This Old Dog” to krążek na wysokim, bardzo dobrym poziomie. Co prawda Mac DeMarco przywyczaił nas do tego, że jego albumy to nie przelewki. Nie mniej fajnie, że nie rozczarował nas. Świetne kompozycje łączą w sobie spokój, lekkość, fajne melodie i specyficzny klimat. No i co najważniejsze, każda część tej płyty jest odmienna od reszty, przez co nie możemy mówić o nudzie. Śmiało możemy się kłaniać przed Kanadyjczykiem, wykonał swoje zadanie perfekcyjnie. Ocena: 9/10.