Real Estate – Atlas

real-estateGrupa Real Estate większości z nas kojarzy się z wiosenny spotem TVNu z 2012 roku, jednakże warto zapamiętać sobie ten zespół. Otóż piątka amerykanów pochodzących z malutkiego Ridgewood w stanie New Jersey ma już na koncie trzy albumy. Nie jest to może nic nadzwyczajnego, ale wszystkie trzy zostały bardzo dobrze przyjęte przez krytyków i słuchaczy. Druga sprawa to fakt, że w przypadku tego zespołu można mówić o tendencji zwyżkowej. Nie dużej co prawda (spójrzmy na oceny Pitchforka: 8.5, 8.7, 8.8), ale zawsze zwyżkowej. Widać i słychać wyraźnie, że zespół dąży wyznaczoną wcześniej drogą. Każdy kolejny album jest konsekwencją wcześniejszego i z każdym kolejnym albumem robią mały krok w przód.

Sytuacja ta przypomina mi trochę Belle and Sebastian, które w latach 90 równymi i dobrymi albumami podbijali serca słuchaczy. Debiutanckie „Real Estate” z 2009 roku zachwycało poetyckością i nawiązaniami do klasyki w stylu Galaxie 500, Yo La Tengo oraz Pavement. Dwa lata później pojawił się album „Days„. Amerykanie będąc na fali podpisali kontrakt z większą wytwórnią (Domino) i nagrali album lekki i przyjemny. Jednakże pomimo dobrych ocen jakie zebrał krążek pojawiły się opinie o spadku formy. Kilkanaście dni temu miała premiera trzeciego już LP Real Estate, który już przez niektórych został okrzyknięty najlepszym w dorobku.

atlasSzczerze powiedziawszy nie sądziłem, że o Real Estate będzie jeszcze kiedykolwiek głośno. Po przesłuchaniu „Atlas” przyznaje, że jest to hype jak najbardziej uzasadniony. Amerykanie sięgnęli po sprawdzone wcześniej środki. Nagrali album uroczy, wakacyjny, przyjemny w odbiorze i momentami hipnotyczny. Macie czasami takie zawiasy, że przez moment wyobrażacie sobie coś przyjemnego i fajnego? Takie myśli, które wywołują w was pozytywne reakcje? Ta płyta jest właśnie jak takie chwilowe bujanie w obłokach. Czas przy tym albumie upływa nam niewiarygodnie szybko (Podczas pisania tej recenzji zdążyłem już go trzy raz przesłuchać) i przyjemnie. Melodie oparte są na łagodnych gitarach, nie jest za głośno, nie jest za cicho. Nie za szybko, nie za wolno. Taki idealny krążek na pierwsze ciepłe dni. Obawiam się jedynie, że o ile teraz dobrze mi się go słucha to za jakiś czas zapomnę o nim. Teksty Martina Courtney’a pomimo tego, że są poetyckie to nie zapadają w pamięć. Natomiast melodie, które są lekkie i łatwo przyswajalne ciężko będzie po jakimś czasie nucić gdzieś tam w pracy, czy na spacerze. Jednakże daje okejkę i polecam najnowsze dzieło Real Estate na pierwsze wiosenne dni. Ocena: 7/10.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s