Janelle Monáe – The Electric Lady

janelle-monae08W zeszłym roku zamiłowanie do muzyki r’n’b rozbudził we mnie Miguel za sprawą kapitalnego albumu „Kaleidoscoe Dream„. W tym roku sympatia do tego typu muzyki została podtrzymana przez Janelle Monáe i jej drugi w dorobku Longplay „The Electric Lady„. Powyższą tezę jednakże komplikuje pewien fakt. Mianowicie najnowsze dzieło Monáe to nie jest stricte album r’n’b. Oczywiście całość jest nagrana w takiej konwencji, jednakże znajdziemy tutaj elementy rocka lat 80, latynoskiego jazzu, popu spod ręki Prince’a, muzyki elektronicznej, reggae oraz hip-hopu.

Zacznijmy jednak od początku. Młoda artystka debiutowała w 2010 roku albumem „The ArchAndroid„. Rozbudowany i pompatyczny krążek zebrał wówczas świetne oceny a młoda Monáe została okrzyknięta nadzieją muzyki r’n’b. Słuchając jej tegorocznego LP słyszymy, że wokalistka nie spoczęła na laurach. „The Electric Lady” potwierdza jej ogromne ambicje nagrania albumu WIELKIEGO. Jej tegoroczny krążek to wydawnictwo dopracowane w drobnych szczegółach, rozbudowane do granic możliwości (70 minut muzyki!) oraz nagrane wręcz z operowym rozmachem. Znajdziemy na nim wiele kapitalnych kompozycji odnoszących się do różnych gatunków muzyki oraz dobrze dobranych gości w postaci Prince’a, Solange, Miguela oraz Eryki Badu.

electric ladyCałość się zaczyna od filmowego „Suite IV Electric Overture” co wskazuje, że tegoroczny album w jakimś sensie jest kontynuacją „The ArchAndroid„, gdzie mieliśmy do czynienia z Suite II oraz III. Płytę można podzielić na dwie części. Pierwsza to hit za hitem. Trudno tak nie określić nagranego we współpracy z Princem „Givin Em What They Love„, tytułowego „The Electric Lady” czy też „Dance Apocalyptic„. Dalsza część płyty nie jest już tak przebojowa, co nie oznacza, że jest gorsza. Monáe skupiła się tutaj bardziej na brzmieniu i zabawie dźwiękiem. Mamy tutaj perełkę „Victory” z gitarowymi wstawkami niczym z Guns’n Roses czy też „Can’t Live Without Your Love” brzmiące jak jedna z piosenek Franka Oceana. Co jakiś czas między utworami pojawiają się przerywniki w postaci fragmentów rozmów z rozgłośni radiowej, które dodają klimatu i trzymają całość w spójności.

Przy pisaniu recenzji tej płyty trudno również nie wspomnieć o kwestiach feministycznych, które porusza Janelle Monáe. Oczywiście chodzi o przywoływanie postaci Sally Ride oraz Dorothy Dandridge a także wydźwięk utwory „Ghetto Woman„. Warto także wspomnieć o głównej bohaterce „The Electric Lady„, czyli Cindi Mayweather – alter ego Monáe. Generalnie recenzowana przeze mnie płyta to lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów czarnego popu i osób lubiących pompatyczne koncept albumy. Janelle Monáe pomimo tego, że jest osóbką niską to nagrała album jednak wielki. Ocena: 8/10.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s