OFF Festival 2013

offKolejna edycja OFFa już za nami a co za tym idzie pora podsumowań. Dla mnie to była już szósta przygoda z festiwalem organizowanym przez Artura Rojka lecz dopiero pierwsza w pełnym czterodniowym wymiarze. Jak było tym razem?

Before Party:

Na Before Party udałem się do Katowickiego Centrum Kultury. Wybrałem opcję najbardziej optymalną, ze względu na to, że w tym roku niestety Artur Rojek nie wcisnął w czwartkowe imprezy żadnej perełki, której nieobejrzenie zrywałoby mi sen z powiek jak miało to miejsce w latach wcześniejszych. Początkowo myślałem, że impreza odbędzie się na scenie przed budynkiem jednak po chwili odkryłem, że blisko dwu godzinny spektakl będzie miał miejsce w środku w sali z miejscami siedzącymi. Taka sceneria była odpowiednia do kameralnych i akustycznych występów A Band of Buriers i Patricka Wolfa. Poza tym możliwość oglądania na siedząco pozwoliło mi na większe skupienie po mocno męczącym i zabieganym dniu. A Band of Buriers zaprezentowali się całkiem przyzwoicie. Byłem zaciekawiony jak zabrzmi na żywo mieszanina angielskiego folkloru z poetycznymi, rapowanymi tekstami wokalisty. Zespół składający się z gitarzysty, perkusisty, skrzypaczki, klawiszowca oraz dwu-osobowego żeńskiego chóru pomimo widocznej niskiej średniej wiekowej zaprezentował się mocno dojrzale i profesjonalnie. Jednakże punktem centralnym był James P. Honey, który momentami pozwalał sobie na mały freestyle. Utwory z zeszłorocznego „Flith” brzmiały znacznie ciekawiej, zwłaszcza „Slides by”. Czekam na dalsze wieści o tym zespole.

Niecałą godzinę później zaprezentował się „gwiazdor” dnia, czyli Patrick Wolf. Koleś o nieokreślonej płci, ubrany w dziwne sukienko-spodnie ma całkiem sporą grupkę fanów w Polsce, która widoczna była również na koncercie. Towarzyszyła mu skrzypaczka oraz akordeonista, którzy momentami opuszczali scenę by Wolf mógł błyszczeć pełną mocą. Niestety nie było czuć chemii pomiędzy nimi. Sam występ był nudny jak flaki z olejem a ciekawie zrobiło się dopiero gdy Wolf zapomniał tekstu piosenki (specjalnie?). Pod koniec zrobiło się nawet śmiesznie, gdy pozwolił jednej z fanek śpiewać swoją piosenkę a chwile później czteroosobowa grupka robiła chórek. Było to show, którego niestety nie jestem odbiorcą.

Dzień I

Pierwszy dzień plenerowych zmagań rozpocząłem od koncertu wyczekiwanego przeze mnie Mikala Cronina. Niestety wczesna, jeszcze gorąca pora nie pozwalała mi wejść do dusznego namiotu Trójki. Mimo to sam koncert odbieram pozytywnie, było rockowo i po kalifornijsku. Cronin grał głównie piosenki z ostatniego albumu „MCII” dlatego nie zabrakło jego największych hiciorów takich jak „Weight” czy też „Change”. O 19:40 dotarłem pod scenę główną by zobaczyć Cloud Nothings. Autorzy chyba najlepszej indie rockowej płyty zeszłego roku dali występ pełen energii. Zagrane na żywo „Stay Useless” czy też „Fall In” zabrzmiały równie dobrze jak na płycie. Nie jestem pewien czy pojawiły się starsze piosenki gdyż setlista wydawała się mocno krótka. Trochę więcej się spodziewałem po kończącym koncert „Wasted Days”, który został rozciągnięty do granic możliwości byle tylko wypełnić do końca czas zaplanowany na występ grupy z Cleveland. Straciła przez to ta niezwykła piosenka swoją dynamikę i pazur.

wodeckiO 21:50 miał się zacząć koncert dnia i chyba całego Offa. Zbigniew Wodecki i grupa Mitch&Mitch odkurzyli materiał sprzed 37 lat. Chodzi o debiutancką płytę Wodeckiego o której sam autor nawet zapomniał, a szkoda bo to kawał dobrej muzyki, która przy mitchach dostała nowych kolorów. Sam Wodecki był w dobrej formie, jego wygląd nie zmienia się od lat a postawa wzbudzała tylko sympatię. W tłumie można było usłyszeć podśpiewki dwóch największych szlagrów Wodeckiego jednak po tym historycznym koncercie ludzie zapamiętają kolejną, odegraną na bis „Rzuć to wszystko co złe” z sielankowym na na na na na. Sprawdziłem również w jakiej formie utrzymują się Brytyjczycy z The Pop Group. Niestety zarówno jak na płycie tak i na żywo nie przekonali mnie do siebie. Dzień zakończyłem z gwiazdą dnia, czyli The Smashing Pumpkins. Grupa co prawa swoje lata świetności ma za sobą, jednak w ostatnim czasie odżyli za sprawą albumu „Ocenia”. I to z najnowszego krążka piosenki brzmiały najlepiej, zwłaszcza „Panopticon” czy też „Violet Rays”. Niestety sami muzycy nie porwali ogromnego tłumu a klasyczne utwory takie jak „Tonight, Tonight” nie były tak epickie jak by mogły być.

Dzień II

Drugi dzień festiwalowych zmagań rozpocząłem nieco później niż chciałbym. Niestety przez afrykańską temperaturę odpuściłem występ Trupa Trupa i załapałem się jedynie na końcówkę występu Bisza. Po szybkim ogarnięciu tematu spostrzegłem się, że załapałem się na ich najlepsze piosenki, które zostawili na koniec. O 17:00 na scenie leśnej rozpoczął się koncert jednej z najciekawszych rodzimych formacji – Ul/KR. Niestety to nie była właściwa pora i właściwa scena dla tego typu koncertu. Ludzie szukali cienia a cała psychodela znana z ich debiutanckiej płyty gdzieś się rozproszyła w suchym powietrzu. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało wieczorową porą w jednej z namiotowych scen, które mogłyby stanowić imitację zadymionego klubu. O 17:50 stawiłem się pod sceną główną, gdzie swój wystąp miało nowe oczko w głowie Sub Popu – Metz. Na każdej edycji Rojas stara się zaserwować nam coś hardkorowego i pod tym względem grupa nie zawiodła. Dla tych, którym było mało obiecali wrócić na jesień do Polski. Następnie udałem się na długo oczekiwanego w Polsce Jensa Lekmana. Niestety pojawił się ten sam problem, zła pora, zła scena. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało na leśnej, przy zachodzącym słońcu i pełnym akompaniamencie muzycznym. A tak dostaliśmy uroczy acz odegrany w połowie z kasety występ Lekmana w dusznym namiocie w piknikowej atmosferze (co akurat nie było takie złe). Szwed zaserwował nam mieszankę nowych utworów i tych z „Oh You’re so silent Jens”. Fanki nie czuły się zawiedzione. Kolejny występ tego dnia to The Walkmen grający na głównie. Po ich ostatniej, nudnej płycie spodziewałem się, że nie za wiele się wydarzy na scenie. I nie zawiodłem się. Kulminacyjny moment to odegrany gdzieś w środku „The Rat” a reszta koncertu była mocno przewidywalna aczkolwiek na swój sposób wciągająca za sprawą frontmana. Dla fanów zimnego i eleganckiego grania koncert mógł być nie lada gratką, niestety ja takiej muzyki słucham już coraz mniej.

walkmenGrający zaraz po amerykanach Skalpel był jedynym zespołem, którego wcześniej nie słuchałem. W tym miejscu muszę się wyspowiadać przed wami, że moja tegoroczna forma jest fatalna. Chodziłem na koncerty tylko tych, których wcześniej znałem. Przez cały festiwal nie poznałem niczego nowego oprócz wspomnianego Skalpela. Shame on me. Wracając jednak do polskiej grupy grającej psychodeliczną elektronikę to muszę przyznać, że był to występ miły zarówno dla oka jak i ucha. Wspaniałe wizualizacje z fragmentami filmów i teledysków grupy ciekawiły i dodawały kolorystyki, natomiast muzyka wprowadzała w trans. Był to spektakl nie gorszy od koncertów Kraftwerk. Ostatni koncert dnia to Godspeed You! Black Emperor. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że co roku reprezentanci post-rocku stanowią najważniejsze ogniwo line-up, jednak osobiście wolałbym więcej różnorodności przy doborze gwiazd dnia. Koncert GY!BE z pewności nie należał do najładniejszych do oka. Liczna grupka muzyków skryła się w ciemności sceny a do fanów dochodziły jedynie, potężne dźwięki z ich najnowszej płyty. Nie mam pojęcia ile zagrali utworów (ciężko było ogarnąć kiedy kończy się jeden a zaczyna drugi), ale można je policzyć na palcach jednej ręki. Mimo, że jak dla mnie brzmiało to zbyt cicho (wiadomo rekord głośności zarezerwowany był dla MBV) to mocno podobał mi się ten występ, który był idealnym zwieńczeniem tego gorącego i męczącego dnia.

Dzień III

Ostatni dzień offa zapowiadał się najbardziej hardkorowo pod względem must see. Maraton rozpocząłem od występu grupy Gówno na scenie Głównej. Wcześniejszy trening przed offem dużo pomógł punk-rockowcom, gdyż zagrali bardzo dobry koncert. Pod sceną zebrała się wierna grupa ultrasów Gówna a muzycy natomiast zrewanżowali się czystym punkiem. Maciej Salamon utrzymywał dobry kontakt z widownią a jego ironiczne wstawki wzbudzały uśmiech. Nie zabrakło mgły smoleńskiej, ale i uwag o polskiej młodzieży, która potrafi tylko pisać posty na facebooku. Grupa zagrała materiał z debiutu oraz ostatniej płyty „Czarne Rodeo”, szkoda tylko, że zabrakło rodeo punka na koniec. Aha wokalista wystąpił w koszulce The Kurws, Rojas wiesz co robić. Pięć minut po Gównie występował kolejny ciekawy polski projekt o nazwie Rebeka. Muszę przyznać, że utwory z „Hellady” znacznie lepiej zabrzmiały na żywo niż na albumie. Co prawda każdy w tym momencie szukał cienia w drzewach mimo to był to jeden z najlepszych występów, które widziałem na scenie leśnej. Kolejny występ to spore rozczarowanie. Mowa o Autre Ne Veut. Czekałem na ten koncert szczególnie, gdyż dobrego r’n’b jak i hip-hopu na offie wiecznie nie wiele. Niestety było tak sobie pomimo, że leciały same hity z „Anxiety”. Artur Ashin co prawda dał popis wokalny jednakże nie potrafił rozruszać widowni do tańca. Poza tym na minus wpłynęły: zerowy kontakt z publiką, zaduch namiotu no i muzyka w 90% puszczona z taśmy, oj nie podoba mi się to. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało na leśnej wieczorem przy pełnym zespole i efektownych światłach.

Molesta_OFF_Festival_bede_6205921Po Autre Ne Veut powróciłem na Scenę Leśną gdzie miał wystąpić zespół, który uratował muzykę gitarową. Oczywiście chodzi o kanadyjski duet Japandroids dla którego był to ostatni koncert na europejskiej trasie. Chłopaki udowodnili, że przy akompaniamencie samej gitary, perkusji i dwóch ryczących ryjów można zrobić niezłe rockowy rozpiździel. Setlista złożona z kawałków z ostatniej płyty i kilku starszych urozmaicona została pod koniec wstawką „Enter Sandman”. Nie zabrakło potu, pogo, gitarowych i perkusyjnych solówek. Ogólnie czad, gdybym był młodszy pewnie bym skakał pod barierkami. Po Kanadyjczykach na Scenie Głównej wystąpiła grupa Molesta, która miała odegrać swój debiutancki album „Skandal”. Warszawiacy dali jeden z najlepszych występów całego festiwalu. Album zagrany został w całkowicie nowej aranżacji przy pełnym zespole (była nawet trąbka!). Natomiast Pele, Włodi i Vienio rozbujali widownie i nawet mieli przy jednym utworze pogo. Próbowali zaśpiewać „Długość Dźwięku Samotności”, utrzymywali ciągły kontakt z publiką i byli w ciągłym ruchu. Przy odgrywaniu „Sztuki” w stronę sceny poleciały staniki (Pierwsze od 17 lat!). Nie jetem pewien czy zagrali wszystkie utwory ze „Skandalu„, gdyż grali je w innej kolejności niż ta na albumie. Pojawiły się natomiast inne utwory takie jak „Muzyka Miasta” czy też „Wszystko wporzo”. Po ciągłym machaniu ręką nie miałem sił by tłoczyć się na scenie eksperymentalnej podczas występu Thee Oh Sees. Jednakże nie mogłem odpuścić tego koncertu dlatego też przybrałem wygodną pozycję w oddali przed namiotem. Zaczęli mocno od utworów z ostatniego LP, było głośno i energicznie, czyli tak jak miało być. Zespół miał grać równą godzinę, jednak opuścił scenę po około 40 minutach (pomyłka czy celowo?). Wrócili jednak by dograć resztę czasu ja jednak już myślami byłem przy kolejnym występie na scenie głównej. Deerhunter zaczął mało ciekawie, mrocznie. Na szczęście rozkręcili się a Bradford Cox nabrał smiałości i nawet się rozgadał. Zdissował ruskich nas natomiast pochwalił za otwartość. Cieszymy się bardzo i zapraszamy ponownie! Setlista zawierała wszystko to co chciałem usłyszeć. Nie zabrakło genialnego „Desire Lines”, pocieszającego „Don’t Cry” czy też utworów z ostatniego longplaya „Monomonia”. Najlepsze jednak było na końcu, gdzie zaserwowali istny muzyczny szał. Po tym występie pomimo ogromnego zmęczenia chciało się więcej.

mykki blancoPo jedynej w tym dniu przerwie udałem się pod namiot gdzie miał wystąpić Mykki Blanco. W zamiarze miało być jedynie 20 minut by zdążyć przynajmniej na godzinę z gwiazdą całego festiwalu – My Bloody Valentine. W namiocie spędziłem jednak więcej czasu i były to najdziwniejsze minuty mego życia. Pierwsze dwa utwory odegrane przez innego rapera (również o niepewnej płci) miały rozgrzać przed występem Blanco. Nim to jednak nastąpiło na scenie pojawiła się dziwna czarnoskóra postać o niezidentyfikowanej płci ubrana w białą szatę i umalowana na biało. DJ w tym momencie puścił jakieś dwie przeróbki starych hitów? Nie jestem pewien. Postać ta natomiast świeciła dziwnym jasnym światłem prosto z jamy ustnej i dłoni! Wyglądała przerażająco niczym zombie i jednocześnie było w tym coś pasjonującego. Po tym pokazie pokazał się Mykki Blanco. Rapował, fristajlował, zagadywał, biegał w scenie w dziwnych białych majtach z podwiązkami? Co chwilę poprawiał długie, czarne rozpuszczone włosy. Koleś jest nie przewidywalny jednak przy jego „Wavvy” czy też „HazeBoogie” wszyscy dobrze się bawili. A zainteresowanie było ogromne, namiot wypełnił się po brzegi (Czego się nie spodziewałem ze względu na równocześnie grające MBV). Nie obejrzałem tego występu do końca gdyż chciałem zobaczyć druga połowę występu Irlandczyków. Na My Bloody Valentine faktycznie było głośno. W odróżnieniu do GY!BE Kevin Shields i ekipa postawili na światła i wizualizacje, szkoda tylko, że okazali się drętwiakami zakazując robienia zdjęć. Nie można odmówić im profesjonalizmu, na scenie wyglądali dobrze i energicznie. Odegrali najlepsze kawałki z legendarnego „Loveless” z „Only Shallow” na czele. Nie zabrakło także piosenek z ostatniej, nowej płyty „M B V”. Mimo to nie powalili mnie na kolana i zacząłem trochę żałować, że nie zostałem na Mykkim Blanco do końca. Zwłaszcza, że ten pod koniec występu rzucił się w tłum i stracił swoją cenną perukę! Z resztą raper został w
Polsce na dłużej, gdyż na jego profilu Facebook’owym można zobaczyć jak świetnie się bawił w stolicy. W ten sposób zakończyłem swoją przygodą z kolejną edycją Off Festiwalu.

Podsumowanie

Podsumowując Offa należy na pewno wyróżnić ogromną różnorodność występujących artystów i fakt, że festiwal ten jako jedyny w Polsce i nieliczny na świecie dyktuje pewne trendy w muzyce. Dzięki tej edycji poznaliśmy kapitalny debiut Zbigniewa Wodeckiego, który nie jest dla większości z nas jedynie kolesiem od Tańca z Gwiazdami i Pszczółki Mai. Na duży plus zasługuje pomysł organizacji spotkań z artystami w strefie Converse. Były one ciekawe i dodają festiwalowi uroku, gdyż nie jest to już tylko wyłącznie impreza gdzie pije się piwo i słucha muzyki. Kolejny mega plus za dobór filmów. Dzięki offowi poznałem zapomniany polski film z 1929 roku „Mocny Człowiek”. Poza tym na „plaży” można było także zobaczyć „Nóż w Wodzie” Polańskiego. Filmy były także wyświetlane na scenie leśnej, jednakże nie miałem okazji tego zobaczyć ze względu na późną porę pokazów. Po raz kolejny Kawiarnia Literacka kusiła dobrym doborem pisarzy i poetów a cała Dolina była obwieszona różnymi plakatami, które przykuwały uwagę na dłużej niż 2 sekundy. Na koniec pochwał chciałbym pochwalić Rojka za lepszy dobór polskich artystów. Pojawiły się ciekawe, rodzime debiuty takie jak: Trupa Trupa, Drekoty, Gówno, Rebeka czy też wyjadacze tacy jak wspomniany Wodecki, Skaplel i Molesta. Kiedyś był z tym problem bo notorycznie widziano te same polskie twarze z CKOD, Hey, Janerką na czele. Jest jeszcze wiele ciekawej polskiej muzyki, która zasługuje na pokazanie światu.

Teraz trochę zażaleń. Na początku chwaliłem festiwal za różnorodność, jednakże boli mnie nacisk na muzykę gitarową z post rockiem na czele. Scena główna przeważnie zarezerwowana jest na rockowych wyjadaczy a w moim odczuciu należałoby dać szansę więcej ilości młodym kapelom, które coś aktualnie wnoszą.  Poza tym za mało hip-hopu i r’n’b. Koncert Molesty i Mykki Blanco pokazał, że zainteresowanie tą muzyką jest coraz większe. Ogromny minus za nagłośnienie. To co działo się na Deerhunterze i Moleście nazwałbym Skandalem. Sprzęgało, szumiało, nie działały mikrofony. Na GY!BE było cichutko,  na innych scenach też ten dźwięk nie raz brzmiał nie tak jak powinien. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale skoro taki nagłośnieniowy laik jak ja słyszy, że nie jest dobrze to znaczy, że chyba coś zawiodło. Poza tym kwestie organizacyjne, pierwszy dzień to był jakiś koszmar. Kolejki po odbiór internetowego biletu, zacinające się karty zbliżeniowe, problemy na polu namiotowym (nie byłem, ale słyszałem narzekania) czy też problem z dostaniem się do jedzenia to najpoważniejsze przeszkody. Poza tym czy w tak upalne dni ta butelka z wodą jest tak ogromny niebezpieczeństwem dla uczestników? Dobrze chociaż, że strażak polewał wodę z hydrantu, dawało to ulgę. Mimo ogromnego zmęczenia festiwalem jestem zadowolony. To świetna okazja by poznać ciekawych ludzi, posłuchać dobrej muzyki i mile spędzić czas z najbliższymi. Za rok na pewno będę też.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “OFF Festival 2013

  1. no super przygoda. byłeś na patricku wolfie, a na dwóch najlepszych koncertach festiwalu (goat i fire) nie. przegrałeś zycie. i spać o północy.

  2. Od Wolfa bardziej interesowało mnie A Band of Buriers. No cóż festiwal rządzi się swoimi prawami, miałem inne priorytety. Trochę żałuje Goat bo byłem tylko na samej końcówce, ale niedziela to był maraton i trzeba było z czegoś zrezygnować.

  3. Z dnia I.

    Największe ukłony za dobrą robotę dla Pana Strażaka.
    Największe wrażenie za stylówkę pewnej mrocznej postaci, która wyszła z namiotu podczas trwania koncertu Mikala Cronina.
    Największe wrażenie koncert Wodeckiego.
    Największe zmęczenie i odkrycie (bynajmniej dla mnie) dla grupy The Smashing Pumpkins.

    pOFFzdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s