Kanye West – Yeezus

Kanye-WestTrzy lata temu Kanye West wydając „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” zaserwował światu uznawany przez wielu (w tym przeze mnie) kapitalny album oparty na przepychu (co akurat momentami ujmowało w odbiorze całości). W tym roku West zrobił coś absolutnie odwrotnego. Jego najnowsze wydawnictwo nazwane „Yeezus” jest surowe, krótkie, szczupłe, momentami niedopieszczone. Bardziej przypomina brudnopis aniżeli poważną płytę. Spójrzcie tylko na sam fizyczny wygląd tego albumu. Pudełko zaklejone czerwony „plajstrem”. Jedynie co się nie zmieniło to ego autora i próby prowokacji.

Które są mizerne. Jezu, Kanye ogarnij się. Nikogo nie bawi Jezus napisany przez Y. I czy kogoś obecnie rusza stwierdzenie jestem bogiem? W polskim hip-hopie  funkcjonuje ono od ponad 10 lat. Beatlesi używali takich porównań jak jeszcze nie było kolorowej telewizji. Już nawet Madonna na krzyżu się nie wiesza, bo to po prostu nuuuuudy. Chcesz prowokować? Ok masz do tego prawo, a nawet artystyczny obowiązek, ale zrób to w sposób oryginalny. Dobrze, że tym razem nie publikowano żadnych zdjęć z swoją kuśką.

kanye-west-yeezusPrzejdźmy jednak do samej muzyki. Po pierwszym odsłuchu „Yeezus” nie dowierzałem, że to nowa płyta Kanye. Gdzie przepych? Gdzie 50 gwiazd r’n’b i hip-hopu w jednej piosence? Gdzie bogate, aż zabardzo nafaszerowane samplami brzmienie? Na starcie Kanye wita nas dziwnymi dźwiękami i pierdami ze syntezatora do których nawija: „Yeezy season approaching / Fuck whatever y’all been / hearing / Fuck what, fuck whatever y’all been wearing / A monster about to come alive again”. Następny utwór „Black Skinhead” oparty głównie na bębnach i jakiś dziwnych okrzykach to napinka Kanye na konserwatywny świat katolików. „I’m A God” próbuje stworzyć podniosły, poważny nastrój. Jednak wypowiadany na spokojnie refren przez Kanye psuje wszystko wzbudzając jedynie politowanie.

Dalej jest lepiej. „New Slaves” to ciekawa kompozycja, która kończy się „Dziewczyną o perłowych włosach” węgierskiej grupy Omega i wokalnymi popisami Franka Oceana. „Hold My Liquer” to jedyny utwór na „Yeezus”, który spokojnie zmieścił by się na poprzednim krążku Kanye nagranym „na bogato”. Nie chodzi tylko o intro wyśpiewane przez Justina Vernona, ale sam wydźwięk całego utworu. Nad tą piosenką raper chyba posiedział troszkę dłużej. W „I’m in It” słyszymy lekkie zalążki muzyki reagge i zatrute pióro rozpustnika w pierwszym porno wersie. W „Blood On The Leaves” słyszymy trendy nowego hip-hopu i to jest zdecydowanym plusem, gdyż momentami wydawało mi się, że Kanye nagrywając ten materiał funkcjonował w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Na koniec West serwuje nam ciekawy miszmasz w postaci „Bound 2”.

Nie doszukałem się niestety w „Yeezus” wielkiego geniuszu artysty o którym sam lubi mówić przy każdej okazji. Doceniam chęć eksperymentowania i serwowania zróżnicowanym materiałem. Imitacja Death Grips to był dobry pomysł, aczkolwiek momentami Kanye West zwyczajnie się zagalopował. Poza tym szokowanie katolików już dawno przestało kogokolwiek wzruszać, nawet Papierz olał sprawę i nie wpisał Westa na listę muzyki złej i propagującej szatańskie zachowania. Jednakże trzeba oddać Westowi, że wciąż potrafi nagrać kawałek, który wyróżnia się na tle reszty. Ocena: 7/10.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s