The Strokes – Comedown Machine

THE_STROKES_ApprovedPiąty album w kolekcji Nowojorczyków nie zmienia absolutnie nic. Nie zmienia muzyki, nie zmienia świata na lepszy, nie zmienia mnie, mojego sąsiada, kota ani statusu zespołu, który wciąż pozostaje legendą new rock revolution (im jestem starszy tym bardziej gardzę tym medialnym określeniem). W 2001 zespół Casablancasa roku nagrywa swój debiutancki i zarazem najlepszy album „Is This It”, których zachwyca nas ze względu na świeże podejście do indie rocka. Zimna kalkulacja zakrywała rzeczywiste emocje a dystans czasowy, który przebyliśmy od tej pory pozwala nazwać tą płytę „klasyczną”. Na „Room on Fire” zespół utrzymuje status quo, natomiast „First Impressions of Earth” wydaje się być najbardziej singlowym, radiowym i energetycznym krążkiem w całej dyskografii. Później zapada cisza na blisko 5 lat a w między czasie Julian Casablancas i Albert Hammond Jr. nagrywają solowo. W 2011 otrzymujemy „Angles”, który chyba dostał troszkę zawyżone oceny ze względu na zwykłą tęsknotę. Do tej pory nie mam określonego zdania na temat tej płyty. Z jednej strony fajnie, fajnie – z drugiej natomiast nie wróciłem nigdy do całej płyty a jedynie poszczególnych singli. Podsumowując The Strokes to band z jedną klasyczną płytą na koncie, czterema fajnymi i absolutnie żadną słabą.

the-strokes-comedown-machineGdy pod koniec stycznia marketingowcy Strokesów podesłali mi na e-mail najnowszy track „One Way Trigger” zawiodłem się. Miałem nadzieje, że to nie najlepszy utwór na płycie, gdyż po pierwszy wrażeniach reakcje były raczej średnie. Z czasem jednak przekonałem się do tej piosenki a po zapoznaniu się z całością wydaje się być chyba jednak tym najlepszym kawałkiem. Generalnie uważam„Comedown Machine” za dobrą płytę. Pomimo, że po przesłuchaniu tego krótkiego, 38-minutowego materiału nie doszukałem się niczego nowego i świeżego. Otwierający całość „Tap Out” to przyjemna, nieco senna, wakacyjna piosenka oparta na fajnym pulsującym basiku z całkiem niezłym refrenem. Słuchając „All The Time” a także oglądając teledysk do ów piosenki ma się wrażenie, że singiel ten stanowi pewnego podsumowanie całej twórczości. Momentami jednak niebezpiecznie balansuje on na granicy autoplagiatu, gdyż wydaje się on utworem za późnym dla „Room On Fire”, ale za wczesnym także dla „First Impressions of Earth”. Warta uwagi jest końcówka „Welcome To Japan” a także typowa strokesowa kołysnaka (prosze nie zakładajcie tylko takiego fanpage’a na fb) – „50/50”.

Generalnie całość jest dobra, ale dupy nie urywa. Melodie są ładne, zgrabne, jest pełno hooków a odpowiedzialny za produkcję Gus Oberg odpowiednio się postarał o to by pachniało tutaj potartymi jeansami z lat 80. Jednakże nie ma tutaj absolutnie niczego nowego, świeżego. Nie ma niczego o co można by się zaczepić na dłuższą chwilę, czegoś co by wpadło w ucho na dłużej niż kilka minut. Poza tym The Strokes wydają się być trochę mało modni ostatnio. Sam miałem problem za zabranie się z recenzją tej płyty, co więcej zacząłem się zastawiać, czy faktycznie jest potrzebna skoro będzie tylko 6/10?

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s