Music Stars Wannabes Playlist vol. 1

guitarduelW ostatnim czasie dostałem całą masę muzycznego materiału od młodych zespołów oraz solowych projektów. Sporo z tego co dostałem niestety było za słabe by cokolwiek pozytywnego napisać. Jednak znalazło się kilka utworów, które mogę śmiało polecić. Czasu jak zwykle na wszystko jest za mało, dlatego postanowiłem nie kontynuować rubryki „Muzyczne odkrycia godne polecenia” tylko zawrzeć wszystko co ciekawe w jednej playliście.

City of Mirrors – We Won’t Die. Na początek młody zespół z Warszawy, który jest laureatem „tajemniczego” konkursu organizowanego przez Flyleaf oraz zdobywcą drugiej nagrody w konkursie „Fonografika Young Stage”. Sami określają się jako melodyjny rock. Po pierwszym odsłuchu „We Won’t Die” utwór ten skojarzył mi się z pop-rockową twórczością Paramore. Piosenka oparta na chwytliwej gitarze i mile brzmiącym wokalu Carolin Jacqueline nawet nie ukrywa swoich radiowych zapędów. Osobiście nie jestem fanem tego typu grania, jednakże warto docenić potencjał, który bez wątpienia w tym jednym utworze słychać. Prognoza na przyszłość: Lista przebojów MTV Rock.

Drewnofromlas – Rulewna. „Rulewna” to opener albumu Drewnofromlas „(Tu wpisz tytul)”, który ukazał się na początku tego roku. Jest to zdecydowanie najlepsza piosenka na płycie w której za sprawą brzmienia gitary doszukiwałbym się wpływów Les Savy Fav oraz wczesnego Foals. Wokalnie i lirycznie (zespół nagrywa po polsku!) Drewnofromlas balansują na cienkiej linii kiczowatości, która w odniesieniu do całej płyty niestety momentami jest przekraczana. Jednakże „Rulewna” broni się i co więcej daje radę. Stylistycznie jest to kombinacja indie z muzyką taneczną. Poza tym mam wrażenie, że to kolejny projekt, który wraca do radosnych chwil dzieciństwa. Prognoza na przyszłość: Playlista Porcys i kilka koncertów w modnych klubach dla hipsterów.

Labrador Labratories – Ride That Camel. LL to freak-folkowy zespół z Izraela. I tak jak w przypadku projektu Patrick The Pan o którym pisałem jakiś czas temu geneza powstania sięga pewnej sypialni i muzyki nagranej na zwykłym sprzęcie dostępnym w Tesco. Chciałem zwrócić uwagę na ten zespół z dwóch powodów. Po pierwsze od jakiegoś czasu muzyka z tamtego regionu coraz częściej gości w głośnikach Europy i USA, powoli można już mówić o pewnej fali w którą wpisuje się Labrador Labratories. Po drugie w ich muzie słychać niesamowitą lekkość tworzenia oraz bogate inspiracje starym dobrym rockiem lat 60. Prognoza na przyszłość: Występy na festiwalach muzycznych w Szwajcarii i Austrii.

 

Reklamy

Iceage – You’re Nothing

Iceage-Youre-Nothing-608x608Lodowce w Danii prędko nie odpuszczą…

A to wszystko za sprawą epoki lodowcowej pełnej punkowej energii, która prosto z Kopenhagi rozprzestrzenia się po całym świecie. Wszystko zaczęło się w 2011 roku. Młody zespół o którym cały czas mowa – Iceage wydał debiutancki album „New Brigade”. Płyta świetna, energiczna, hałaśliwa, pełna kapitalnych gitarowych zagrywek i reprezentująca dumnie nowe oblicze punku – normalnie palce lizać. Mimo, że na żywo mnie nie porwali to lubiłem wracać do tamtego materiału. Teraz pojawił się nowy. A wraz z nim pewne obawy, w końcu nie wielu zespołom udaje się nagrać dobrą drugą płytę.

Im się udało, młodzi Duńczycy znaleźli sposób by płyta była podobna do poprzedniej i jednocześnie wnosiła coś nowego i świeżego. Piosenki na „You’re Nothing” również reprezentują nowe oblicze punku, są hałaśliwe, energiczne, z pazurem i pełne nihilistycznych wartości. Jednak w odróżnieniu od „New Brigade” wydają się one bardziej melodyjne, jeżeli w ogóle można o ich muzyce mówić jak o melodyjnej. Otwierający całość „Ecstasy” za sprawą perkusji odkrywa taneczne rejony Nowego Jorku lat 70. Natomiast w takim „Morals” słyszymy nawet klawisze!

Druga kwestia odnosząca się do innowacyjnych rozwiązań „You’re Nothing” to fakt, że zespół wydaje się inspirować nie tyle klasyką punka i nowej fali co współczesnymi zespołami grającymi punka, noise-rocka czy też inne gatunki pokrewne z hardcore’m. Pierwszy singiel z płyty, który słuchałem pod koniec 2012 przypominał mi stylistycznie Japandroids (Oczywiście poza wokalem). „In Haze” natomiast momentami zahaczał o mainstreamowe strony amerykańskiego rocka. Poza tym wciąż słychać tutaj wpływy Joy Division. Ocena: 7/10.

A i na koniec współcześni nihiliści

nihiliści

Pissed Jeans – Honeys

honeys pissed jeansPowrót obsikanych jeansów.

„Honeys” to nie mokry sen, to trzeci longplay grupy z Allentown. Zespół dobrze znany wam za pewne za sprawą zeszłorocznego występu na Offie trzyma wciąż poziom. Nowy materiał jest energiczny, hałaśliwy, jazgotliwy i trafny. Amerykanie wykorzystują sprawdzone środki jakby jeszcze bardziej. Słuchając ich wcześniejszych płyt przyzwyczaiłem się do ich ciężkiego klimatu. Na „Honeys” nie jest inaczej. Już otwierający całość „Bathroom Laughter” daje się poznać jako idealny soundtrack do palenia opon na ulicy. „Chain Worker” natomiast potwierdza moją wcześniejsza tezę na temat „ciężkości” tego materiału. Rozciągnięta, toporna, jazgotliwa gitara ciągnie się niczym stary, zepsuty autobus, którego nie można wyprzedzić. Nie wiele tutaj melodyjności, no może poza „Cafeteria Food”, który jest najbardziej radiowym utworem na „Honeys”.

Trudno nie docenić tej płyty. To kawał dobrej muzy nie tylko dla fanów punkowej rewolucji i wszelkiej maści hardkorów. Muzycy z Pissed Jeans to równe chłopaki z dużym dystansem do siebie i ironicznym sposobem bycia. Również nie lubią hemoglobiny, ale mistyfikacja to jest to z czym się utożsamiają. Żadna inna nazwa do nich by nie pasowała tak dobrze jak obsikane dżinsy. Geneza nazwy: Brudne rękawki byłoby zbyt lajtowe, natomiast obsrane majty zbyt brudne. Obsikane dżinsy są zatem jak najbardziej ok .

Jedynym, ale za to głównym minusem tego materiału jest jego wtórność. Muzycy nie podają nam niczego, czego byśmy wcześniej nie słyszeli. Na razie formuła grania krótkich, topornych i mocnych utworów się sprawdza. Jednak z czasem może przestać nas to bawić, tak też jest z tą płytą. Pierwsze odsłuchania są przyjemne, jednak wątpię by ktokolwiek z przyjemnością wracał do tego albumu po latach. Ocena: 6/10.

Walentynkowa lista przebojów

heartsJuż jutro walentynki, amerykańskie święto zakochanych. Pozwolę sobie „nabić” miliony wyświetleń za pomocą okazjonalnej playlisty. Nie będzie jednak to zwykła lista piosenek o miłości. Będzie z pazurem, z ironią, słodko-gorzko, różne aspekty miłości.

Queens of The Stone Age – Make It Wit Chu. „Chce to zrobić, chce to zrobić to z Tobą. Jeszcze, jeszcze i jeszcze.” – wszystko mówiący refren. Pytanie jak jedno staje się dwójką. A wszystko z tłem rockowej ballady śpiewanej gdzieś na pustyni przy ognisku. Czujecie ogień?

The Beatles – Hold Me Tight. Staromodne śpiewanie o przytulaniu realizuje zadanie słodkości na playliście. Utwór z epoki Beatlesów tanecznych, miłosnych piosenek, dalej już tylko narkotyki i wolność. Którą imprezę wybieracie?

The Cardigans – Lovefool. Chyba nie muszę nikomu mówić, że to prawdopodobnie najlepsza piosenka lat 90. Obraz miłości zatraconej, fajny  tekst, jeszcze lepsza linia melodyczna. Takich piosenek brakuje.

Chris Isaak – Wicked Game. Ten utwór ma kapitalny klimat. Do tej pory kojarzy mi się z pewną sceną z „Dzikości Serca”, kiedy to Nicolas Cage (nie cierpię tego aktora, ale w tym filmie jest bossem) i Laura Dern podróżują cadillakiem przez pustynię przy zachodzie słońca. Poza tym ten mistrzowski motyw przewodni gitary!

Cool Kids of Death – Piosenki o Miłości. Być może najlepsza polska piosenka o miłości. Świetne, gówniarskie podejście do tematu. Nocny autobus jadący nie wiadomo gdzie, znajomi, których nie chcesz widzieć, banalne filmy o miłości, jedno ciepłe spojrzenie, wyszło chu***o.

Elvis Costello – I Want You. Piosenka o żądzy kobiety bliźniego swego, no może nie bliźniego a zwykłego klauna! Typowa walka serca z rozumem. Wspaniały głos Elvisa Costello wielokrotnie powtarza „I want You” próbując nie dopuścić do głowy myśli, że nic z tego nie będzie. Wersja Fiony Apple także fajna.

Les Savy Fav – We’ll Make A Lover Of You. Znalazło się też miejsce na moich indie rockowych ulubieńców. Uwielbiam głos brodatego i obleśnego wokalisty Les Savy Fav. Tekst nie gra tutaj pierwszorzędnej roli (jak we wszystkich ich utworach), skupiamy się na bezbłędnych bębnach i kapitalnej gitarze. Końcówka szczególnie mocna, zwłaszcza z pocałunkiem w kuchni i spadającymi talerzami.

Phoenix – You Can’t Blame It on Anybody (Le Crayon Rework). Pierwotnie miał być oryginał, ale znalazłem ten wyczesany remix. Wakacyjny utwór o wakacyjnej miłości stał się jeszcze bardziej gorący.

The Weeknd feat. Drake – The Zone. Intymny kawałek o kobiecych strefach. The Weeknd i Drake grają role dobrego i złego gliny. Pierwszy z nich subtelny i delikatny, drugi wchodzi w zabłoconych butach do salonu.

Tesla Boy – Fantasy. Coś dla samotników wypatrujących szczęścia w monitorze komputera.

Konkluzja na dziś:

kaczor howard

Patrick The Pan – Something of an End

Patrick The Pan - okładkaNa początek przyznam się, że jestem wiernym czytelnikiem head phones porno. Wiernym – gdyż mimo, że przez cały poprzedni rok pojawiły się tylko dwie notki (jedna w styczniu, a druga w sylwestra) to przynajmniej raz na dwa tygodnie zaglądałem tam z nadzieję na coś nowego. Przez długi czas widniała lista ulubionych albumów z 2011, aż do 31 grudnia. Wtedy dowiedziałem się, dlaczego blog został porzucony. Otóż Szadi (Piotr Madej) nagrał w swoim mieszkaniu płytę pod szyldem Patrick The Pan.

Brzmienie ów albumu zatytułowanego „Something of an End” nie było dla mnie większym zaskoczenie, gdyż wiedziałem jaką muzyką pasjonuje się 24-letni krakowianin. Zaskoczeniem jednak był fakt, że album ten jest wyjątkowo dobry na tle innych, podobnych projektów muzycznych. Piotr Madej nie popełnił standardowych błędów wielu młodych artystów/kapel, które często przesyłają mi swoje wypociny w nadziei na jakąś wzmiankę. Przykładowo liczne grono zespołów nawet fajnie zaczyna, ale im dłużej ich słuchamy to tym bardziej mamy ich dość. Przynudzają, smęcą, grają cały czas to samo i przekraczają cienką granice kiczowatości. Na „Something of an End” jest zupełnie inaczej. Im dłużej słuchamy tego krążka to tym bardziej jest ciekawie.

Zaskakujące jest również to, że cały album od początku do końca został stworzony w mieszkaniu Piotra. Płytę nagrał i wydał sam. Sam też ją sprzedaje (szczegóły tutaj). I zrobił to tak, że zupełnie nie słychać różnicy a w ruch poszedł zwykły mikrofon do Skype’a! Oczywiście natręt powie, że przy obecnej technice to nic takiego nagrać płytę w domu. Zgadza się, ale by taka płyta była dobra, trzeba mieć jednak talent. Piotr Madej taki talent posiada.

Poza talentem posiada również ciekawe pomysły i jeszcze ciekawsze inspiracje. „Something of an End” jest rozliczeniem z przeszłością młodego krakowianina, słychać tutaj wyraźnie wpływy Sigur Rós, Radiohead, amerykańskiego folku oraz Lenny Valentinto. Sam autor płyty śpiewa momentami jak Artur Rojek a najstarszy na płycie i jedyny zaśpiewany po polsku utwór „Hełm grozy” brzmi jak zagubiona piosenka z „Uwaga Jedzie Tramwaj!”

Ciężko jednoznacznie scharakteryzować tą muzykę. Znajdziemy tutaj wiele gatunków, przykładowo czwarty na płycie „Pov” brzmi jak połączenie Tindersticks z Fleet Foxes, „The Moon and The Crane” po klawiszowej części pierwszej nagle zamienia się w taneczną elektronikę, „Slowly” momentami brzmi jak Radiohead z okresu „Ok Computer”. Natomiast końcówka „Remains” (a zwłaszcza gitara) silnie przypomina nam wcześniej wspomniane Lenny Valentino. Przede wszystkim jednak znajdziemy tutaj sporo dobrej muzy, którą mogę polecić z szczerym sercem. Patrick The Pan ożywiło smętną ostatnimi czasy polską alternatywę. Mam nadzieje, że Piotrek się nie sprzeda nagrywając kolejną płytę (którą już ma w głowie) i zagra kiedyś na Offie (koncerty też mają się odbyć lada moment).  Ocena: 7/10.

Posłuchaj

 

 

Toro Y Moi – Anything in Return

toro-y-moi-anything-in-returnBrzmienie tej płyty nie jest dla mnie zaskoczeniem. Chaz Bundick zawsze oscylował z swoją muzyką w regionach sentymentalnej muzyki tanecznej. Tym razem jednak jest jakby mnie sentymentalnie a bardziej tanecznie. Nie każdemu przypadło to do gustu. Zamiast fachowej, rzetelnej i jednocześnie cholernie nudnej analizy literackiej przedstawie czym jest dla mnie (a w zasadzie z czym mi się kojarzy) „Anything in Return” Toro y Moi w kilku zdjęciowych migawkach.

toroymoinewalbum

Ocena: 7/10

New Order – Lost Sirens

New-Order-Lost-SirensSzkoda, że muszę pisać o tym wielkim zespole przy okazji tak słabiutkiej płyty.

New Order, czyli zespół składający się z byłych członków Joy Division, który nie trzeba nikomu przedstawiać. Nie miałem nigdy wcześniej okazji pisać o Joy Division (Trzeba kiedyś to nadrobić!) ani tym bardziej o jego kontynuacji jaką stanowi New Order. Jednak kiedyś musi być ten pierwszy raz, szkoda tylko, że w takich okolicznościach.

„Lost Sirens” to płyta do bólu przewidywalna, nudna, nic nie wnosząca do mojego życia. Nie jest to jednak żadne zaskoczenie dla tych, którzy, wiedzieli, że krążek będzie oparty na odrzutach z poprzedniego albumu. Początek jeszcze w miarę jakoś brzmi, zespół stara się być melodyjny, taneczny. Jednak im dalej w las tym ciemniej. Nie rozumiem jakimi kryteriami kierowali się byli członkowie Joy Division puszczając ten materiał? Od ostatniego roku z niepokojem się przyglądam wyczynom moich idoli. Wpierw akcja z Peterem Hookiem, który postanowił dla celów komercyjnych wrócić do odgrywania „świętości” Joy Division. Następnie dowiaduje się, że Disney wypuszcza t-shirty „zainspirowane” Joy Division. Później konflikt na linii Hook – New Order się zaostrza do retoryki nienawiści a teraz ta płyta… WTF?

Skok na kasę. To oczywiste i zarazem przykre. Kolejna wielka legenda upada. Nawet łagodne słowa Piotra Metza na temat „Lost Sirens” w ostatnim Wproście nic nie zmienią, to płyta po prostu słaba i nie potrzebna nikomu. Nie wliczając może ultrafanów, do których niestety się nie zaliczam. Nie widzę tutaj ani żadnych wartości, ani żadnego post scriptum. Dalsze słowa są zbędne, nie polecam. Ocena: 3/10.

Posłuchaj